niedziela, 6 maja 2018

Zapiekanki z zielonymi szparagami

Sezon szparagowy wystartował. Tzn. szparagi z importu były dostępne już od jakiegoś czasu, teraz można korzystać z polskich plonów :-) Wybranek zaopatrzył nas w trzy piękne pęczki w piątek, więc weekend upływa nam pod znakiem szparagowych posiłków.

Szukając pomysłów na szparagowe dania, najczęściej trafiam albo na szparagi pieczone z różnymi dodatkami (np. z szynką parmeńską, z cytryną i rozmarynem, pod beszamelem, na cieście francuskim), albo na makarony/risotta z dodatkiem tych warzywa (np. risotto z dodatkiem kurczaka i marchewki, makaron ze szparagami, boczkiem i sosem alfredo) albo na szparagi w towarzystwie jajek (np. z omletem, z jajecznymi muffinami, z jajkiem sadzonym, z pastą jajeczną). Rzadziej zdarzają się inne kombinacje, ale nie przestaję szukać - na liście "do zrobienia" mam szparagi w jakimś azjatyckim daniu (prawdopodobnie "stir fry") i w sałatce. A dziś zapiekanki ze szparagami :-)

Zapiekanki to danie kultowe, chyba nie znam nikogo, kto by ich nie lubił. U mnie i Wybranka w domu zapiekanki (zwane "zapieksami") to jedno z częściej pojawiających się "dań", szczególnie, jak na dworze jest zimno i ciemno, a w pracy był ciężki dzień. To też całkiem niezły sposób na wykorzystanie pieczywa, które nie jest pierwszej świeżości.

Gdy byłam dzieckiem, moja Mama robiła zapiekanki dla mnie i mojego rodzeństwa w takim PRLowskim opiekaczu, produkowanym w NRD, czasami można znaleźć to ustrojstwo na Allegro. Mój Tato nazywał je "wulkanizatorkiem" :-)  Zapiekanki z tego opiekacza to jest jedno z moich najsilniejszych i najmilszych gastrowspomnień z dzieciństwa - pamiętam zapach spieczonego sera, chrupanie przypieczonego pieczywa, zajadanie zapiekanek przed telewizorem, w trakcie seansu Smerfów (oczywiście tylko wtedy, gdy Taty nie było w domu, bo Tato nie pozwalał nam nic jeść w dużym pokoju, żeby chociaż jedno pomieszczenie w domu pozostało w stanie "wyjściowym"). Dobrze w domu być z Mamą :-)

Przygotowanie zapiekanek to żadna filozofia, miałam więc wątpliwości, czy w ogóle wrzucać ten przepis na bloga, no ale jednak wrzucam, bo może kogoś zainspirują do takiego wykorzystania szparagów :-) Moja wersja jest bez mięsa, ale można oczywiście dodać jakąś wędlinę.

Zapiekanki z pieczarkami, mozzarellą i szparagami


















Składniki (dla 2-4 osób, w zależności od pojemności żołądka):
  • 2 nieduże bagietki (ale takie raczej polskie niż francuskie; bardzo dobrze nadają się do tego bagietki z piekarni Piwońskich w Warszawie) lub tzw. weki lub bułki paryskie
  • 500g pieczarek
  • 1 duża mozzarella (można też użyć zwykłego sera żółtego, ale mi zależało na mozzarelli, bo ma delikatny smak, a więc nie zdominuje szparagów)
  • 1 pęczek szparagów
  • 1 małą cebulka (u mnie była szalotka)
  • 1 łyżka oleju
  • natka pietruszki (kilka łodyżek)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Mozzarellę wyjmujemy z opakowania, odsączamy z płynu, kroimy na plastry, a każdy plaster rozrywamy na mniejsze kawałki (zaczynam od odsączenia i rozdrobnienia mozzarelli, bo niektóre mozzarelle mają w sobie bardzo dużo płynu, a jeśli tego płynu się nie pozbędziemy, na pizzy czy zapiekance może powstać nieapetyczne bajoro)
  2. Pieczarki myjemy i obieramy (jeśli obieracie, nie wszyscy to robią), kroimy na plasterki i wrzucamy na suchą patelnię, żeby odparować z nich wodę
  3. Cebulkę obieramy, drobno siekamy
  4. Gdy woda z pieczarek wyparuje, dodajemy na patelnię łyżkę oleju, wrzucamy cebulkę i chwilę razem podsmażamy
  5. Natkę pietruszki (można oczywiście pominąć, ale dla mnie pieczarki, cebula i natka = best friends forever) drobno siekamy i dorzucamy na patelnię, mieszamy, doprawiamy całą zawartość solą i pieprzem do smaku i zdejmujemy z ognia
  6. Szparagi myjemy, odłamujemy zdrewniałe końce i kroimy na nieduże kawałki (takie, żeby zmieściły się w poprzek na bagietce/wece/bułce paryskiej) - dzięki rozdrobnieniu szybciej się upieką
  7. Bułkę przekrajamy w poprzek, układamy na kratce do pieczenia (takiej z piekarnika) przekrojoną stroną do dołu i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza na 3 min
  8. Po upływie 3 minut obracamy przekrojone bułki na drugą stronę i opiekamy przez kolejne 3 min
  9. Opieczone z dwóch stron bułki wyjmujemy z pieca, na każdej układamy pieczarki (pieczarki można wcześniej zblenderować na masę, którą posmarujecie bułki, ale mi się nie chciało), potem kawałki mozzarelli, a na wierzchu kawałki szparagów, posypujemy odrobiną soli i pieprzu i wstawiamy do piekarnika na ok. 15 min, zmniejszając temperaturę do 180 stopni
  10. Zapiekamy do momentu, aż mozzarella się stopi, a szparagi nieco przyrumienią, utrzymując jednocześnie zielony kolor (khaki nas nie interesuje ;-)
  11. Gotowe zapiekanki serwujemy na ciepło - używanie keczupu nie jest oczywiście zabronione, ale ja sobie podarowałam ;-)
Smacznego :-)

sobota, 5 maja 2018

Naleśniki z pieczarkowo-szpinakowym nadzieniem zapiekane z jajkiem

Odkąd zaczęłam samodzielnie gotować, wypróbowałam całkiem sporo przepisów, z których niektóre były naprawdę skomplikowane. Efekty tych moich starań zwykle były ok - czasami mniej, czasami bardziej, ale ogólnie coś zjadliwego z tego wychodziło (z wyjątkiem sytuacji, kiedy łamałam przepisy, działając wbrew wieloletniej tradycji czy zdrowemu rozsądkowi ;-) Pokonały mnie naleśniki, i to nie jeden raz. Próbowałam wielu przepisów i technik, ale zawsze grono ofiar jest duże. Ostatnio połowa ciasta wylądowała w koszu, bo naleśniki nie chciały odchodzić od patelni - nie wiem, czy to wina eksperymentowania z mlekiem bez laktozy, czy patelni, po prostu się przyklejały, przypalały i rwały przy próbie oddzielenia od spodu patelni. A zależało mi, żeby mieć chociaż 4 sztuki, bo chciałam zrobić danie, które Wam dziś zaprezentuję. Ostatecznie się udało, ale następnym razem poproszę, żeby naleśniki zrobił dla mnie ktoś inny (Wybranek podchodzi do gotowania na większym luzie niż ja, więc pewnie jemu wyjdą bez problemu).

Dzisiejsza propozycja została zaczerpnięta z bloga Pyszności.pl, aczkolwiek jestem przekonana, że wcześniej widziałam ją na którymś z zagranicznych video blogów, natomiast nie mogą znaleźć oryginału, podaję link do polskiego odpowiednika, bo jest na nim dobrze zilustrowany proces przygotowania tego dania. Łatwiej obejrzeć niż zrozumieć to, co zaraz tu nawypisuję ;-)

Danie to nadaje się na śniadanie (szczególnie, jeśli ktoś lubi cięższe śniadania), na lunch, a i na kolację nie będzie złe. Farsz można dowolnie modyfikować, dodając mięsne składniki, warzywa, inne zioła. Możliwości jest wiele. Jest to też sposób na wykorzystanie naleśników, które zrobiliście poprzedniego dnia, ale nie zostały zjedzone, o ile nie dodaliście do ciasta naleśnikowego cukru.

Naleśniki z pieczarkowo-szpinakowym nadzieniem zapiekane z jajkiem



















Składniki (dla 2 osób):
  • 4 duże, niesłodzone naleśniki (przepisu nie podaję, bo nie mam takiego, który mogłabym z czystym sumieniem polecić z powodów opisanych powyżej; dobrze, jeśli naleśniki są raczej cieńsze i elastyczne niż grube i puszyste, żeby nie pękały przy zwijaniu)
  • 250g pieczarek
  • 2 garści młodego szpinaku
  • mała cebulka (u mnie była biała końcówka od zielonej cebulki)
  • 3 jajka
  • tarty parmezan
  • świeża natka pietruszki
  • sól i pieprz do smaku
  • olej słonecznikowy (lub inny dobrze znoszący wysokie temperatury)
Przygotowanie:
  1. Pieczarki myjemy i obieramy (jeśli obieracie pieczarki), siekamy w plasterki i wrzucamy na suchą patelnię, żeby puściły wodę i się w niej udusiły
  2. Cebulę obieramy i drobno siekamy
  3. Gdy z pieczarek odparuje cały płyn, dodajemy na patelnię łyżkę oleju i dorzucamy posiekaną cebulę, chwilę razem smażymy, mieszając od czasu do czasu
  4. Gdy cebula będzie miękka, dorzucamy na patelnię szpinak, mieszamy, do momentu, aż szpinak zmięknie, ale nadal będzie miał ładny, zielony kolor
  5. Zawartość patelni doprawiamy solą i pieprzem (wedle uznania), posypujemy drobno posiekaną natką, mieszamy i zdejmujemy z ognia
  6. Dwa naleśniki układamy na blacie/desce do krojenia obok siebie tak, żeby brzeg jednego nieco zachodził na drugi - miejsce, w którym się łączą, smarujemy rozkłóconym jajkiem, żeby się skleiło
  7. Na naleśniki nakładamy (w poprzek) "ścieżkę" z połowy farszu, smarujemy brzegi naleśników rozkłóconym jajkiem i zwijamy w rulon
  8. To samo robimy z pozostałymi naleśnikami i farszem
  9. Naczynie do zapiekania w piekarniku (ja miałam duże kokilki, ale może być coś innego - jeśli blaszka, wyłóżcie papierem do pieczenia) natłuszczamy olejem
  10. Naleśnikowe rulony zwijamy na kształt ślimaków, miejsce, w którym końcówka rulony zachodzi na ślimaka smarujemy jajkiem, żeby się przykleiła 
  11. Naleśnikowe ślimaki wkładamy do naczynia do zapiekania, tak, aby naleśnik przybrał formę miseczki (z wyższymi brzegami i zagłębieniem wewnątrz), posypujemy startym parmezanem
  12. Naczynie z tak przygotowanymi naleśnikowymi ślimakami wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza i zapiekamy przez 10 min
  13. Po upływie 10 minut wyjmujemy naczynie z piekarnika, na wierzch każdego ślimaka wybijamy ostrożnie jajko, doprawiamy jajko solą i pieprzem i wstawiamy z powrotem do piekarnika (raczej na niższą półkę niż na wyższą - u mnie stało na ok 1/3 wysokości piekarnika) i zapiekamy do momentu, aż białko się zetnie (u mnie trwało to ok 10 min)
  14. Gotowe danie wyjmujemy z pieca, posypujemy drobno posiekaną natką pietruszki i serwujemy (koniecznie na ciepło)
Smacznego :-)

niedziela, 29 kwietnia 2018

Dorsz pieczony z boczkiem

Szukając pomysłu na weekendowy obiad, pomyślałam o rybie, bo mieliśmy z Wybrankiem ochotę na coś lekkiego, wiosennego, pasującego do zielonych szparagów (z importu - sezon trwa tak krótko, że zaczynamy go już zwykle przed sezonem) i młodych ziemniaków (również z importu, a jak - tu nie mamy wymówki, że sezon jest strasznie krótki, po prostu mieliśmy ochotę na małe ziemniaczki, których nie trzeba obierać). Ja jednak nie jestem specjalną fanką ryb (poza kostką z mintaja w panierce z lat 90., autorstwa mojej mamy, i poza łososiem w sosie teriyaki), jestem za to fanką boczku wędzonego (gdyby nie boczek wędzony, mogłabym zostać wegetarianką) i tak jakoś wyszło, że złożyłam te dwa składniki "do kupy". Otrzymane danie nie miało już wprawdzie tej lekkości, która spowodowała, że w ogóle pomyśleliśmy o rybie, ale pasowało do pieczonych szparagów i młodych ziemniaków w mundurkach. Okazuje się, że ryba może smakować dobrze. Pod warunkiem, że owinie się ją boczkiem ;-)

Dorsz pieczony z boczkiem



















Składniki (dla 2 osób):
  • 400g polędwiczki z dorsza
  • 8 cienkich plastrów boczku wędzonego
  • 10 młodych ziemniaków
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz
  • opcjonalnie: natka pietruszki
Przygotowanie:
  1. Ziemniaki myjemy, wrzucamy do osolonej wody i gotujemy do miękkości
  2. Rybę kroimy na cztery części podobnej wielkości, każdą z nich oprószamy solą i pieprzem, a następ owijamy w dwa plastry boczku
  3. Szparagi myjemy, odłamujemy zdrewniałą końcówkę
  4. Piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni Celsjusza, bez termoobiegu, grzanie z góry i z dołu
  5. Blachę do pieczenia wykładamy papierem pergaminowym, a papier natłuszczamy oliwą
  6. Na natłuszczonym papierze układamy owiniętą w boczek rybę
  7. Blachę z rybą wstawiamy do nagrzanego piekarnika
  8. Po 10 minutach na blaszkę (obok ryby) dokładamy szparagi, skrapiamy oliwą, oprószamy solą i pieprzem i wstawiamy do piekarnika na kolejnych 10 min (pod koniec pieczenia można zmienić na opcję grill, żeby boczek bardziej się zrumienił)
  9. Wyjmujemy blaszkę z pieca, upieczoną rybę i szparagi serwujemy z ziemniakami z wody, całość posypujemy drobno posiekaną świeżą natką (opcjonalnie)
Smacznego :-)

niedziela, 18 marca 2018

Smaki Białowieży, czyli co i gdzie zjeść w najstarszej puszczy w Europie

O urokach Białowieży słyszałam nie raz. Znajomi jeździli i wracali zachwyceni. Ale dopiero, gdy rozpętała się burza wokół wycinki Puszczy Białowieskiej zaczęłam myśleć o wybraniu się w te strony, trochę dlatego, że chciałam przekonać się na własne oczy, jak wygląda sytuacja z tą wycinką, a trochę dlatego, że było mi wstyd, że nie znam swojego własnego kraju (bo nie znam - byłam nad morzem, byłam w Tatrach i w Bieszczadach, a tak poza tym większość wakacji spędzałam na działce babci i dziadka na Pojezierzu Łęczyńsko-Włodawskim; będąc nastolatką zaczęłam jeździć na różne obozy w Europie, a potem, już jako dorosła i samodzielna podróżniczka, skupiałam się na zwiedzaniu zagranicznych atrakcji). W ubiegłym roku w kilka tygodni przejechałam pociągami i samochodami 7 tys. kilometrów po Polsce w celach służbowych, w trakcie tych podróży dotarło do mnie, że sporo tracę, stąd jednym z moich postanowień na ten rok było jeździć więcej po kraju. Byliśmy w Trójmieście w styczniu (gdzie bardzo duże wrażenie zrobiło na mnie Muzeum II Wojny Światowej oraz Muzeum Emigracji; w Muzeum Solidarności byłam przy którejś z wcześniejszych wizyt i też mi się podobało), w Białowieży w lutym, potem - pierwszy raz w życiu, mimo, że to stolica mojego rodzinnego województwa - bardziej zainteresowałam się ofertą turystyczną Rzeszowa (dzięki temu odkryliśmy Muzeum Dobranocek i Podziemną Trasę Turystyczną), wiosną jedziemy na Kaszuby i do Borów Tucholskich. W międzyczasie chciałabym jeszcze trochę lepiej poznać Lublin, skąd pochodzi moja mama, zarówno od strony etnograficznej (Muzeum Wsi Lubelskiej, w którym nigdy nie byłam), jak i historycznej (Majdanek). Jeśli znacie jakieś fajne miejsca w Polsce, które warto zobaczyć, będę wdzięczna za podpowiedzi :-)

Wracając do Białowieży: wybraliśmy się tam pod koniec lutego, a więc w okresie totalnie poza sezonem turystycznym. Z jednej strony było to fajne, bo uniknęliśmy tłumów, a drugiej - pewne atrakcje turystyczne nie są dostępne późną jesienią czy zimą, więc skazaliśmy się na to, że nie wszystko, co warto tam zobaczyć, zobaczymy. Nie weszliśmy do ścisłego rezerwatu (w tym do Miejsca Mocy), bo nie było dostępnego przewodnika. Nie przeszliśmy się ścieżką Żebra Żubra, bo najlepiej wybrać się na tę wycieczkę, gdy wokół jest zielono. Nie weszliśmy do skansenu, bo był zamknięty na cztery spusty. Mamy więc powody, aby wrócić do Białowieży w cieplejszym okresie :-)

Mimo tego, że wielu atrakcji nie zobaczyliśmy, wyjazd zaliczamy do udanych. Mieliśmy okazję nocować w starej drewnianej chatce wyposażonej we wszelkie współczesne wygody (Wi-Fi, ogrzewanie podłogowe, bardzo miła obsługa), co było bardzo przyjemnym doświadczeniem. Wybraliśmy się do Rezerwatu Pokazowego Żubra, gdzie mogliśmy pierwszy raz w życiu zobaczyć żubry, a przy okazji przekonać się, jak wygląda żubroń (czyli krzyżówka krowy i żubra), który zrobił na nas ogromne wrażenie (dosłownie, bo to wielkie zwierzę - masa mięśni z pyskiem uroczej jałówki; a propos jałówek - jeszcze przed wyjazdem do Białowieży śledziliśmy losy żądnej przygód krowy, która uciekła z pobliskiej hodowli i ukrywała się w puszczy, podjęto kilka prób jej "odłowienia", a gdy to ostatecznie się udało, krowa najwyraźniej uznała, że jej życie nie ma sensu i opuściła ten "padół płaczu"). Widzieliśmy też inne zwierzęta żyjące w puszczy (sarny, jelenie, dziki), co dla takich mieszczuchów jak my zawsze jest miłym doświadczenie. Wybranek najbardziej chciał zobaczyć rysia, który ma swoje własne miejsce w tym rezerwacie - niestety ryś nie chciał zobaczyć Wybranka (innych zwiedzających również nie, a więc nie była to niechęć wymierzona jedynie w Wybranka, "nothing personal"), cały czas siedział w zaaranżowanym dla niego przez pracowników rezerwatu tunelu, odwrócony tyłem do zwiedzających. Raczej nie mieliśmy wątpliwości, co o nas wszystkich sądzi ;-)























Włóczyliśmy się trochę po samej Białowieży, która zrobiła na mnie wrażenie ładnie zachowanymi drewnianymi domami i...ciszą. Idąc przez tą wieś w ciągu dnia nie słyszeliśmy nic poza silnikami sporadycznie mijających nas aut, z nieba leniwie spadały płatki śniegu, przyłączył się do nas okoliczny pies, który towarzyszył nam w spacerze do stacji kolejowej Białowieża Towarowa, która funkcji logistycznej już nie pełni, funkcjonuje tam natomiast bardzo dobra restauracja Carska.





















































Położona w miejscu otoczonym polami i lasem ("middle of nowhere"), restauracja Carska zrobiła na mnie bardzo pozytywne wrażenie, zarówno pod względem kulinarnym (byliśmy tam dwa razy na kolacji), jak i obsługi, wystroju wnętrza czy wyglądu otoczenia. Wszystko tam jest...po prostu spójne, ze sobą, z otoczeniem, z historią tego miejsca. To drugi tak spójny lokal w Polsce, w którym miałam okazję być (pierwszy to restauracja Mandragora w Lublinie). Mieliśmy okazję próbować zarówno "polędwicy białowieskiej" (jak lokalną słoninę z dodatkami określił obsługujący nas kelner ;-), dań z dziczyzny (jeleń, żubr) i grasicy (głównie Wybranek), pielmieni, pierogów ruskich (w nietypowej, okrągłej formie), blinów z łososiem (tu zgadzam się z opinią autorów bloga Tasteaway, że jadałam lepsze), jesiotra, kwasu chlebowego, na desery brakowało miejsca niestety. Jeśli potrzebujecie więcej informacji, zachęcam Was do lektury wpisu poświęconego tej restauracji na blogu Madame Edith - znajdziecie tam szczegółową analizę :-) Oprócz kuchni serwującej lokalne przysmaki w eleganckiej formie, Carska to także apartamenty - w wagonach niejeżdżącego pociągu (tzw. salonki, które zrobiły na mnie ogromne wrażenie, gdy oglądałam je na zdjęciach), w wieży ciśnień i w innych zabudowaniach na stacji. Przy kolejnej wizycie w Białowieży, chciałabym nocować właśnie tu.























Oprócz Carskiej, jedliśmy również w restauracji Stoczek (ci sami właściciele prowadzą apartamenty w drewnianym domku, w którym nocowaliśmy), w ładnie odrestaurowanym budynku o nietypowym kształcie, zamieszkiwanym niegdyś przez lokalnych żydów, gdzie próbowaliśmy m.in. barszczu ukraińskiego i kołdunów z mięsem. Smaczny "comfort food", w bardzo przyjemnym wnętrzu.

































Miłym kulinarnym zaskoczeniem była restauracja Parkowa, która znajduje się w Parku Pałacowym (sam pałac, zbudowany pod koniec XIX wieku na polecenie cara Aleksandra III, nie istnieje - jego powojenne pozostałości zostały rozebrane na początku lat 60. XX wieku; ostał się natomiast piękny drewniany Dworek Gubernatora i murowana brama pałacowa), w budynku, w którym urzęduje kierownictwo Białowieskiego Parku Narodowego i gdzie znajduje się Muzeum Przyrodnicze.
Z zewnątrz budynek nie wzbudza ani szczególnie pozytywnych, ani negatywnych emocji. Wnętrze restauracji jest utrzymane w mało zachęcającym stylu, przypominającym lokale gastronomiczne z lat 90., natomiast absolutnie nie warto oceniać tego miejsca po wystroju, bo serwowane tam jedzenie jest bardzo dobre. W tym miejscu pierwszy raz jadłam zupę solankę, która była dla mnie kulinarnym odkryciem (jest przepyszna) i zaskoczeniem - to typowe danie kuchni kresowej, zaczerpnięte z rosyjskiej i ukraińskiej kultury kulinarnej. To słono-kwaśna zupa, występująca w odmianach mięsnej, rybnej lub grzybowej, której podstawą jest bulion z kilku rodzajów mięsa (w tym surowego i wędlin), ryb lub grzybów, z dodatkiem kiszonych ogórków i płynu z ich kiszenia, oliwek, kaparów, serwowany z kwaśną śmietaną i plasterkiem cytryny. Te oliwki, kapary i cytryna były dla mnie zaskakującym elementem, temat zgłębię jednak przy okazji osobnego wpisu poświęconego tej zupie, bo próbowałam odtworzyć ją w domu. Wybranek jadł w Parkowej smaczne i pięknie wyglądające pierogi z mięsa z żubra (zwierzę jest pod ochroną, ale mięso jest okresowo dostępne), ja skusiłam się też na sałatkę z twarogiem z pobliskiej Hajnówki, wyglądała bardzo ładnie, ale smakiem na kolana mnie nie rzuciła, sugeruję więc skupienie się na bardziej tradycyjnych daniach ;-)





















Wybraliśmy się też do Hajnówki, o której akurat było głośno w ogólnopolskich mediach z uwagi na marsz nacjonalistów (swoją drogą, zawsze mnie zastanawia, dlaczego oni występują w kominiarkach na swoich marszach - stoją murem za swoimi poglądami, są dumni, czy jednak czegoś się wstydzą i nie chcą pokazać twarzy, wziąć odpowiedzialności za te poglądy?). Chcieliśmy zobaczyć Muzeum Kultury Białoruskiej, ale w tamten weekend było zamknięte. Obejrzeliśmy więc kontrowersyjnej urody cerkiew (większość cerkwi, które widzieliśmy w Białowieży i okolicach bardzo nam się podobało, były utrzymane w tradycyjnym stylu, zbudowane z drewna, a ta w Hajnówce była bardziej w stylu, w którym - niestety - utrzymanych jest wiele katolickich kościołów, czyli beton + awangardowe formy) i udaliśmy się na obiad do bistro Babuszka. Z zewnątrz to miejsce zdecydowanie nie jest zachęcające, w środku wygląda raczej skromnie, panuje samoobsługa, a jedzenie jest serwowane na plastikowych talerza. Ale co to za jedzenie! :-) Jadłam bardzo smaczną solankę (kolejny raz :-) i babkę ziemniaczaną, a Wybranek żurek i pierogi. Babuszka ma "oddział" w Białowieży, który mieści się w pięknie odrestaurowanym tradycyjnym podlaskim drewnianym domku, mogliśmy więc jeść te same smaczne potrawy w nieco przyjemniejszym dla oka otoczeniu, ale zdecydowaliśmy się pójść "do źródła".




Ostatnim miejscem, o którym chciałabym napisać, jest restauracja Babka w Białymstoku. W drodze powrotnej z Białowieży do Warszawy postanowiliśmy zahaczyć o Białystok, w którym żadne z nas nigdy wcześniej nie było. Mieliśmy tylko kilka godzin na obejrzenie tego miasta, a w dodatku pogoda nie sprzyjała dłuższym spacerom osobom nieprzyzwyczajonym do kilkunastostopniowego mrozu. Wpadliśmy do Muzeum Historycznego, gdzie obejrzeliśmy m.in. wystawę "W białostockiej kamienicy", która pokazuje, jak na początku XX wieku mieszkali zamożni białostoczanie oraz wystawę czasową poświęconą nieistniejącemu już hotelowi Ritz, w tym jego cyfrową rekonstrukcję. Widzieliśmy też piękny Pałac Branickich, ale głównie z zewnątrz, bo w środku mieści się Uniwersytet Medyczny. Myślę, że warto przyjechać tam w czasie, gdy ogród jest w rozkwicie - na zdjęciach wygląda bardzo zacnie. Po spacerze po białostockiej starówce udaliśmy się na obiad do Babki. Wystrój we współczesnym stylu etno, obsługa sprawna, trochę nas zszokowała informacja w karcie dań, że czas oczekiwania może wynieść 60 minut lub więcej przy pełnej sali, ale nigdzie się nie spieszyliśmy, więc nie zniechęciliśmy się. Ja kolejny raz poszłam w solankę - tym razem rybną. Nie jestem największą na świecie fanką ryb (z wyjątkiem kostki z mintaja w panierce, którą robiła moja mama, gdy byłam dzieckiem i która jest moim rybnym świętym Graalem), ale chciałam spróbować innego rodzaju solanki niż mięsna i nie pożałowałam. Zupa była pyszna. Na drugie danie wybrałam kiszki ziemniaczane o - moim zdaniem - nieco kontrowersyjnej formie, które były ok (acz wolę babkę ziemniaczaną). Wybranek zamówił tatara i stwierdził, że był to najlepszy tatar, jakiego jadł w życiu (a jadł ich wiele, w bardzo różnych miejscach). Jadł też gulasz z baraniny na plackach ziemniaczanych (mimo, że zawsze twierdził, że placków ziemniaczanych nie lubi ;-), nie narzekał. W karcie znajduje się sporo dań kuchni kresowej, kilka specjałów z Podlasia, a także potrawy kuchni rosyjskiej, litewskiej, ukraińskiej, białoruskiej i żydowskiej. Dla nas to było bardzo udane gastronomiczne zakończenie wyprawy do Białowieży i okolic.


















Podsumowując - serdecznie polecam Wam Białowieżę jako cel krótszych czy dłuższych wycieczek. Nam się podobało, chcemy wrócić, żeby zobaczyć to, czego ze względu na porę roku nie zobaczyliśmy.

A co do wycinki - ścisły rezerwat podobno pozostał nienaruszony, natomiast przyznam, że widok pościnanych drzew leżących przy drodze prowadzącej przez puszczę do Białowieży oraz w okolicach Rezerwatu Pokazowego, był przygnębiający. Rozumiem, że drzewa naruszone przez szkodniki mogą stanowić zagrożenie dla pojazdów poruszających się tą drogą i podróżujących w nich ludzi, natomiast tylko część leżących tam pościnanych drzew rzeczywiście wyglądała na chore. Pnie pozostałych był zdrowe. Pozostaje mi wierzyć, że to szaleństwo się skończy. To nasze narodowe dziedzictwo naturalne.








niedziela, 11 lutego 2018

Pulpety z indyka z sosem pomidorowym i makaronem

Siedzieliśmy wczoraj z Wybrankiem i zastanawialiśmy się nad menu obiadowym - ja od dłuższego czasu wielką fanką mięsa nie jestem (jedynym mięsnym produktem, który powoduje, że nie mogłabym być wegetarianką, jest wędzony boczek...), a Wybranek wręcz przeciwnie. Udało nam się jednak nie pokłócić o obiad. Ostatecznie stanęło na daniu mięsnym, ale z drobiem, o którym fani czerwonego mięsa czasami mówią, że to nie mięso, więc danie można chyba uznać za prawie wegetariańskie ;-)

Za oknem zima, więc dla kontrastu zrobiliśmy sobie lato na talerzu - sos pomidorowy na bazie pomidorów z puszki doprawiliśmy oliwkami, kaparami, suszonymi pomidorami i dużą ilością świeżej bazylii. Takie śródziemnomorskie klimaty, także z perspektywy nakładu pracy - danie jest w moim wykonaniu jednogarnkowe. Inspiracją był przepis z bloga Kwestia Smaku, który nieco zmodyfikowałam, dodając do sosu białe wino, suszone pomidory i cebulę, a sos lekko dosłodziłam. Zrezygnowałam z dodawania rodzynek do pulpetów, bo Wybranek nie lubi tych suszonych owoców. No i mój makaron nie był taki, jak w oryginale, ale to akurat nie powinno mieć żadnego wpływu na smak. Wyszło z tego bardzo przyjemne danie, które nadaje się do przechowywania (acz podgrzewanie sprawia, że makaron przestaje być al dente).

Pulpety z indyka z sosem pomidorowym i makaronem


















Składniki (dla 4 osób)
  • 500g mielonej piersi z indyka
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki kaparów
  • 15 zielonych oliwek
  • 5 łodyżek świeżej natki pietruszki
  • 2 puszki pomidorów (bez skórki, w całości - w przypadku krojonych jest większe pole do popisu dla różnego rodzaju trików po stronie producentów, może się okazać, że kupując krojone, kupicie puszkę pomidorowych skrawków i odpadków...)
  • 5 suszonych pomidorów wyjętych z oliwnej zalewy
  • 1 mała cebula (szalotka lub zwykła biała)
  • 100ml białego wytrawnego wina (to samo możecie podać do posiłku)
  • 400ml bulionu drobiowego lub warzywnego (może być z ekologicznej kostki)
  • 200g makaronu (u mnie było drobne penne, w oryginale są kolanka, ale inne rodzaje też będą ok)
  • pęczek świeżej bazylii
  • mielona ostra papryka, sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki oliwy do smażenia
Przygotowanie:
  1. 1 ząbek czosnku obieramy i drobno siekamy lub przepuszczamy przez praskę
  2. oliwki i kapary odsączamy i drobno siekamy
  3. natkę myjemy i drobno siekamy
  4. mięso wkładamy do miski, dodajemy posiekany czosnek, oliwki, kapary i natkę, doprawiamy solą i pieprzem (na oko - duża szczypta pieprzu i ok. 1/4 łyżeczki soli)
  5. wyrabiamy mięso z dodatkami do momentu, aż składniki będą dobrze wymieszane, a następnie formujemy z mięsnej masy niewielkie pulpeciki (w oryginalnym przepisie było 22, u mnie wyszło 24, ale nie ma to większego znaczenia, ile dokładnie ich będzie)
  6. na dużej i głębokiej patelni (w rondlu) rozgrzewamy oliwę i smażymy na niej pulpety (ja smażyłam w dwóch porcjach, żeby nie wrzucać wszystkich pulpetów na raz, bo zbyt stłoczone raczej się duszą niż smażą) ze wszystkich stron, do zrumienienia (w środku nie muszą być dosmażone, bo później i tak dojdą w trakcie duszenia w sosie)
  7. usmażone pulpety zdejmujemy z patelni/rondla i odstawiamy na bok
  8. obieramy drugi ząbek czosnku i cebulę, drobno siekamy i wrzucamy na dno naczynia, w którym smażyliśmy pulpety, chwilę podsmażamy (jeśli na patelni brakuje tłuszczu, można dodać łyżkę oleju), mieszając
  9. do podsmażonego czosnku i cebuli wlewamy wino i mieszamy, żeby oderwać od patelni "smak" ze smażenia mięsa
  10. następnie dorzucamy pomidory z puszki (można wcześniej usunąć gniazda nasienne) razem z płynem oraz wlewamy bulion
  11. suszone pomidory drobno siekamy i również dodajemy do sosu
  12. patelnię z zawartością przykrywamy przykrywką i gotujemy na niedużym ogniu przez 30 minut
  13. ugotowany sos doprawiamy do smaku solą i pieprzem oraz szczyptą ostrej papryki, jeśli pomidory były mało słodkie, dosładzamy (ja dodałam 1 łyżeczkę syropu z agawy, ale można też dodać 1 łyżeczkę zwykłego cukru), a następnie wrzucamy surowy makaron i gotujemy przez 5 minut
  14. po podgotowaniu makaronu dodajemy na patelnię/do rondla usmażone pulpety i mieszamy, żeby dobrze pokryły się sosem
  15. całość gotujemy przez kolejnych 15 minut (pod koniec sprawdzamy, czy makaron jest już ugotowany i ew. gotujemy trochę dłużej, jeśli jest zbyt twardy(
  16. przed podaniem posypujemy posiekaną świeżą bazylią, można też dodać tarty parmezan (ale ja podawałam bez parmezanu)
Smacznego :-)



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami

W tym roku na Dzień Babci przygotowaliśmy z moim bratem ciotecznym dla naszej Babci (a także dla innych członków rodziny, którzy się załapali ;-) obiad. Była zupa z pieczonego kalafiora (przepis wkrótce), kurczak po portugalsku (z przepisu przywiezionego z lekcji gotowania w Lizbonie) oraz ciasto, które nasza Babcia wspominała ze swojego rodzinnego domu: pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami. Jak wynika z opowieści Babci, takie ciasto (z kaszą lub z ryżem) robiła jej Mama, a moja Prababcia.

Pieróg to ciasto drożdżowe ze słodkim lub wytrawnym (jak tutaj) nadzieniem, które było popularnym wypiekiem w moich rodzinnych stronach. Raczej świątecznym, bo z białej mąki pszennej, której dziś specjaliści od żywienia radzą unikać, a niegdyś była towarem luksusowym (na co dzień jadło się pełnoziarnistwa, z ziaren zmielonych w domowym żarnie), z dodatkie masła i jajek, które również nie były codziennym pożywieniem (gospodynie wolały jajka sprzedać niż wykorzystać we własnej kuchni).

Pieróg występuje również w formie wytrawnej, wersję z kaszą gryczaną i ziemniakiami znajdziecie tutaj.

Pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami
















Składniki (na małą prostokątną formę, o wymiarach 23 cm x 18 cm x 7 cm lub podwójną keksówkę)

CIASTO
  • 3/4 szklanki mleka,
  • 25 g drożdży (świeżych),
  • 2 łyżki białego cukru,
  • 2 żółtka + 1 całe jajko (najlepiej przechowywane w temp. pokojowej albo wyjęte wcześniej z lodówki),
  • 80 g masła,
  • 2,5 szklanki mąki pszennej
NADZIENIE
  • 2 szklanki kaszy jaglanej;
  • 4 szklanki mleka;
  • 1 duże opakowanie cukru waniliowego (32 g) lub 2x „normalne” (16 g);
  • 2 łyżki białego cukru (przy tej ilości cukru nadzienie jest jedynie „słodkawe”, jeśli komuś zależy na słodszym deserze, warto dodać 4 lub 6 łyżek zamiast 2)
  • 1 duży słoik (ok. 400-500g) prażonych jabłek (takich, jak do naleśników)

Przygotowanie:
1. Drożdże należy rozpuścić w ciepłym mleku z 2 łyżkami cukru, dodać 2 łyżki mąki i odstawić zaczyn do wyrośnięcia.
2. Masło rozpuszczamy i studzimy.
3. Żółtka mieszamy z cukrem waniliowym.
4. Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy podrośnięty zaczyn i żółtko wymieszane z cukrem, wstępnie wyrabiamy.
5. Do wstępnie wyrobionego ciasta dodajemy rozpuszczone i wystudzone masło, a następnie kontynuujemy wyrabianie.
6. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość).
7. Kaszę trzeba przepłukać wrzątkiem, odcedzić, a następnie wsypać do garnka, zalać mlekiem, dodać cukier waniliowy i zwykły cukier i gotować na niedużym ogniu pod przykrywką, aż kasza wchłonie cały płyn (można ją nawet trochę „przeciągnąć”, tzn. rozgotować, bo dzięki temu łatwiej się zlepia i lepiej „trzyma formę” przy krojeniu gotowego ciasta).
8. Wyrośnięte ciasto trzeba podzielić na dwie połowy (w stosunku 2:3), obie rozwałkować.
9. Większą częścią ciasta należy wyłożyć dno natłuszczonej blachy (tak, aby brzegi ciasta zachodziły na ścianki blachy).
10. Na tak przygotowany spód wyłożyć ugotowaną kaszę, a następnie na kaszy rozsmarować jabłka (lub ułożyć owoce sezonowe) i przykryć go drugą (mniejszą) połową ciasta.
11. Brzegi obu części ciasta powinny być zlepione, żeby farsz był całkowicie „otulony” ciastem.
12. Jeżeli zostanie Wam trochę ciasta, możecie zrobić z niego dekoracje (tak jak ten kwiatek na wierzchu mojego wypieku)
13. Przykryć ściereczką i odstawić do podrośnięcia w ciepłe miejsce, na 15-20 min.
14. Następnie należy posmarować wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180°C (grzanie od góry i od dołu) i piec przez ok. 60-70 minut (do uzyskania złotego koloru; można też np. 15 min przed końcem pieczenia wyłączyć grzanie od góry, a dopiec jedynie spód) na środkowej półce piekarnika.

Oryginalny przepis na to ciasto pochodzi z bloga Czym Dziś w Kuchni Pachnie. Został zmodyfikowany (ryż zastąpiłam kaszą jaglaną, nie dodałam żółtka do farszu, dodałam jabłka prażone zamiast świeżych, itd.)

sobota, 6 stycznia 2018

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami, komosą ryżową i awokado

Ta sałatka pewnego dnia wyświetliła się na stronie głównej mojego prywatnego profilu na Pintereście. Urzekła mnie wyglądem, zainteresowała składem - słodkie ziemniaki (bataty), komosa ryżowa (quinoa), awokado... To ostatnie sprawiło, że przypomniałam sobie o opinii, wygłoszonej przez pewnego australijskiego biznesmena, który dorobił się na nieruchomościach. W jednym z wywiadów, które udzielał, pytany o rady dla młodych ludzi chcących kupić własne mieszkanie, powiedział: "Przestańcie kupować awokado". Jego zdaniem wydawanie pieniędzy na drogie produkty spożywcze i jedzenie "na mieście" sprawia, że młodych ludzi nie stać na własne mieszkanie, a ci z nich, którzy mieszkania się dorobili, ciężko na to pracowali i oszczędzali. Skoro samo kupowanie awokado pozbawia młodych ludzi szans na własne mieszkanie, trudno mi sobie wyobrazić, co ów trzydziestokilkuletni mędrzec powiedziałby o tej sałatce ;-) "Sałatka, która Cię zrujnuje"? Sałatka "Nigdy nie będzie Cię stać na własne mieszkanie"?

Muszę przyznać, że dla mnie fakt, czy coś jest tzw. superfoods czy nie, nie ma większego znaczenia (podobno mega superfoods to zwykła biała kapusta, ale nikomu nie opłaca się jej promować w ten sposób). Liczy się smak. No i wygląd też trochę, w końcu to właśnie zdjęcie tej sałatki wyłapane na Pintereście sprawiło, że ją zrobiłam. Koszt produktów do tej sałatki nie zrujnuje Waszego domowego budżetu, tym bardziej, że nie wyobrażam sobie, żebyście od wypróbowania tego przepisu pierwszy raz postanowili już nic innego nigdy nie jeść ;-)

Oprócz tego, że ładnie wygląda i dobrze smakuje, sałatka ta składa się ze składników, które uchodzą za "zdrowe" - świeże, naturalne, upieczone lub surowe, pełne składników odżywczych. Nie ma w niej mięsa ani nabiału, ale to wcale nie przeszkadza jej być naprawdę sycącym daniem. Fajne na kolację lub na lunch (ale z czosnkiem w dressingu), raczej nie na przystawkę, bo będzie problem ze zmieszczeniem dania głównego.

Autorką oryginalnego przepisu, który nieco zmodyfikowałam (nie dodaję suszonej żurawiny ani suszonych ziół, a dodaję pomidorki), jest Chelsea Lords, która prowadzi blog o nazwie "Chelsea's Messy Apron".

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami i komosą ryżową



















Składniki (dla 4-6 osób, w zależności od rozmiarów apetytu ;-)
  • 2 średniej wielkości słodkie ziemniaki
  • 1 szklanka surowej komosy ryżowej
  • 1 duże awokado
  • ok. 250g pomidorków koktajlowych
  • 1 opakowanie świeżego młodego szpinaku
  • 1/2 szklanki oliwy z oliwek (właśnie dlatego ta sałatka jest taka sycąca ;-) + trochę do natłuszczenia ziemniaków
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżki octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki lejącego miodu lub syropu z agawy (mój dodatek, moim zdaniem bez tego dressing jest zbyt octowy)
  • 1 ząbek czosnku
  • 1,5 łyżki musztardy dijon (według autorki oryginalnego przepisu inna się nie nadaje)
  • opcjonalnie (mój dodatek): 1 łyżka musztardy francuskiej (= ziarnistej)
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: świeża bazylia i czarny sezam do posypania
Przygotowanie:
  1. ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy w dużą kostkę, a następnie natłuszczamy 2-3 łyżkami oliwy z ok. 1/4 łyżeczki soli, rozkładamy na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez 20 min w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni Celsjusza (grzanie od dołu i od góry, bez termoobiegu), po upieczeniu studzimy
  2. kaszę płuczemy na sitku pod bieżącą wodą, a następnie wsypujemy do garnka, zalewamy 2 szklankami wody, dodajemy szczyptę soli i gotujemy do momentu, aż woda wyparuje, a kasza będzie sypka, po ugotowaniu studzimy
  3. awokado obieramy, pozbywamy się pestki, kroimy w kostkę
  4. pomidorki myjemy i przekrajamy na połówki lub ćwiartki
  5. przygotowujemy dressing: łączymy czosnek obrany i przepuszczony przez praskę z sokiem z cytryny, musztardą (oba rodzaje), octem, miodem i oliwą, mieszamy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem
  6. do miski wkładamy liście szpinaku i wsypujemy kaszę, wlewamy połowę dressingu i mieszamy, żeby kasza i liście szpinaku dobrze pokryły się dressingiem
  7. doprawiony szpinak z kaszą przekładamy na talerz lub talerze, na których sałatka będzie serwowana
  8. na szpinaku i kaszy układamy upieczone ziemniaki, pokrojone awokado i pomidorki, a następnie równomiernie polewamy drugą połową dressingu
  9. na końcu całość możemy posypać posiekaną świeżą bazylią i/lub czarnym sezamem 
Smacznego :-)