piątek, 26 maja 2017

Różane ciasteczka na Dzień Matki

Trochę ściema z tym tytułem, bo ciasteczka były pieczone na targi ślubne, na których swoje projekty zaproszeń i dodatków prezentowało zaprzyjaźnione Goodlove Studio (gorąco polecam). Potrzebny był jakiś wabik ;-) Ciasteczka, owszem, zwabiły, ale innych wystawców, którzy podobno pochłonęli wabiki jeszcze zanim targi na dobre się rozkręciły... Niesamowite dla mnie jest to, jak atrakcyjne potrafią być proste ciastka własnej roboty (sprawdza się to również w innych okolicznościach i z innymi niż te wypiekami). Czy nikt już nie piecze w domu i dlatego częstowanie własnoręcznie wykonanymi słodkościami wzbudza taką sensację? :-)

Po przetestowaniu ciasteczek na targach ślubnych, pomyślałam, że mogą być dobrym pomysłem na słodki prezent na Dzień Matki. Kształt serca będzie idealny. Różany dodatek sprawia, że motywy kwiatowe również mamy odhaczone. Ale nawet jeśli zrobicie te ciasteczka w innym kształcie, czy z innym dodatkiem, jestem przekonana, że Waszym Mamom (i Tatom, i Dzieciom, i innym członkom rodziny też) będą smakowały - są kruche, delikatne i bardzo smaczne. Zróbcie je dla Waszych bliskich, gwarantuję, że będą zachwyceni smakiem i gestem.

Wszystkim Mamom (a w szczególności mojej) życzę wszystkiego najlepszego :-)

Różane ciasteczka
[bazowałam na przepisie z bloga "Mama na diecie bezmlecznej"]




















Składniki (na kilkanaście sztuk)
  • 125g mąki pszennej
  • 50g cukru pudru
  • 75g masła (w oryginalnym przepisie jest bezmleczna margaryna)
  • 1 żółtko
  • szczypta soli
  • 2 łyżeczki wody różanej (w oryginalnym przepisie była 1 łyżeczka; wodę różaną można kupić w sklepach z bliskowschodnią żywnością, w Kuchniach Świata, jest też dostępna w wielu supermarketach)
  • opcjonalnie: 1 łyżka połamanych na małe kawałki suszonych płatków róży (smaku to nie zmienia, ot kaprys, żeby było więcej różanych składników w tych różanych ciastkach)
Przygotowanie:
  1. mąkę łączymy z cukrem pudrem (przesianym, żeby nie było grudek), szczyptą soli i (opcjonalnie) płatkami
  2. zimne masło ścieramy na tarce o grubych oczkach lub siekamy nożem, łączymy z suchą mieszaniną, a następnie rozcieramy w palcach (tak jak kruszonkę)
  3. dodajemy żółtko wymieszane z wodą różaną i zagniatamy ciasto
  4. z ciasta formujemy kulę, owijamy ją folią spożywczą i chowamy do lodówki na ok 1 godzinę
  5. po schłodzeniu wyjmujemy ciasto z lodówki, rozwałkowujemy na placek o grubości ok 3 mm i wykrajamy ciasteczka (kształt dowolny)
  6. ciasteczka układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, a następnie wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od dołu i od góry) i pieczemy przez ok. 10 min (trzeba obserwować, być może w Waszych piekarnikach ciasteczka będą gotowe szybciej lub będą potrzebowały więcej czasu - mają mieć lekko złocisty kolor)
  7. po upieczeniu wyjmujemy i studzimy, a następnie delikatnie (bo są kruche) przekładamy na talerz czy do opakowania
Ciasteczka nie są idealnie gładkie ani zjawiskowo piękne, obdarowana (-y) nie będzie więc miała wątpliwości, że to domowa robota, a nie tzw. "kupne" ;-)



sobota, 6 maja 2017

Jajeczne muffiny ze szparagami

Tegoroczny sezon szparagowy uważam za otwarty :-) Jak szparagi to z jajkiem - wydaje mi się, że niewiele jest składników, które tak dobrze pasują do tych zielonych warzyw, nie zabijając, a wręcz podkreślając ich delikatny smak. Dziś propozycja na śniadanie - jajeczne muffiny. Można przygotować je w wersji wegetariańskiej lub z dodatkiem wędliny. U mnie były z zielonymi szparagami, polędwicą sopocką i szczypiorkiem. Zastąpienie szparagów innymi warzywami (np. szpinakiem, cukinią czy papryką), a wędliny - serem (np. fetą lub miękkim kozim) na pewno tym muffinom nie zaszkodzi. Można je traktować jako bazę do "dań nawinie", dodając to, co się akurat nawinie :-) Są fajną alternatywą dla jajek w postaci jajecznicy czy omletów, wymagającą mniej uwagi niż jajecznica czy omlet (nad muffinami nie trzeba stać i pilnować, żeby zbytnio się nie spiekły/nie wysuszyły).

Jajeczne muffiny ze szparagami















Składniki (dla 2-3 osób):
  • 4 jajka
  • kilka plastrów wędliny (u mnie 8 plasterków polędwicy sopockiej)
  • 10 cieńszych lub 6 grubszych zielonych szparagów
  • 1 łodyżka szczypiorku
  • 1 łyżeczka masła
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Szparagi myjemy, odcinamy zdrewniałą końcówkę i kroimy na 2-3mm plasterki, zostawiając główkę w całości
  2. Plasterki wędliny siekamy na mniejsze kawałki i przez chwilę podsmażamy na roztopionym na patelni maśle, do zrumienienia
  3. Drobno siekamy szczypiorek
  4. Gdy wędlina będzie już usmażona, przed wyłączeniem "ognia" pod patelnią, dorzucamy na patelnię plasterki szparagów (bez główek) i posiekany szczypiorek, mieszamy, doprawiamy szczyptą soli i pozostawiamy na ciepłej patelni
  5. Blachę do muffinów (6 szt.) natłuszczamy lub wykładamy papilotkami albo kawałkami papieru do pieczenia (jeśli macie dwie blachy na 6 muffinów, możecie na jednej z nich poukładać kawałki papieru, a następnie przygnieść je drugą blachą od góry, wtedy kawałki papieru łatwiej wpasują się w dolną blachę)
  6. Do każdego zagłębienia blachy/każdej papilotki nakładamy po czubatej łyżce mieszaniny  
  7. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  8. Jajka wbijamy do miski, doprawiamy 4 dużymi szczyptami soli i 4 małymi szczyptami pieprzu (po jednej szczypcie soli i pieprzu na każde jajko :-) i roztrzepujemy trzepaczką
  9. Do każdego zagłębienia blachy/każdej papilotki wypełnionego/j farszem wlewamy trochę jajecznej masy (starając się, żeby porcje były podobnych rozmiarów), a na wierzchu każdej porcji układamy główkę szparaga
  10. Blachę wstawiamy do rozgrzanego piekarnika, na środkową półkę, i pieczemy przez ok 20 min (aż masa jajeczna całkowicie się zetnie, a muffiny lekko zarumienią)
  11. Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika i serwujemy na ciepło (aczkolwiek niektóre przepisy mówią, że takie muffiny są smaczne również po wystygnięciu - tutaj muszę wierzyć na słowo, bo nie próbowałam), np. z dodatkiem świeżego pieczywa i pomidorów
Smacznego :-)

P.S. Zachęcam również do wypróbowania innych jajeczno-szparagowych przepisów:


sobota, 29 kwietnia 2017

Sałatka z pomarańczy, buraków i sera feta

Wiosna to moja ulubiona pora roku - szczególnie, jeśli aura jest nieco bardziej sprzyjająca niż tegoroczna. Po ok 20-stopniowym wiosennym "upale" na samym początku kwietnia, reszta miesiąca dobrą pogodą niestety nie rozpieszczała. Wygląda na to, że początek maja też nie będzie najcieplejszy. Nastrój można poprawić sobie w kuchni, choć obfitość świeżych składników jeszcze przed nami - zamiast tegorocznych zbiorów można sięgnąć po produkty dostępne przez cały rok i połączyć je w przyjemną dla oka i orzeźwiającą jak wiosna kompozycję, jak np. sałatkę z pomarańczy, buraków i sera feta :-)

Pomysł na tą sałatkę zaczerpnęłam z Pinteresta, szukając inspiracji do bufetu na wieczór panieński bliskiej znajomej. Potrzebowałam pomysłu na proste, efektowne i smaczne dania, pasujące jednocześnie do charakteru wieczoru (tzw. damskie jedzenie ;-) Ta sałatka moim zdaniem wszystkie te cechy posiada, a dodatkowo zabiera buraki, których gwiazda wieczoru jest miłośniczką. Polecam na wieczory panieńskie i inne okazje, przez cały rok.

Sałatka z pomarańczy, buraków i sera feta



















Składniki (dla 1-2 osób; jeśli to ma być tylko przystawka, wystarczy dla 2 osób):
  • 2 duże pomarańcze
  • 1 średniej wielkości burak
  • 1/2 małej czerwonej cebuli
  • 60-70g sera feta (z mieszanki koziego i owczego sera; ok.1/3 kostki)
  • garść liści świeżej mięty
  • 1 łyżka białego octu winnego
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Buraka myjemy, a następnie, bez obierania, gotujemy w wodzie lub owijamy w folię aluminiową i pieczemy w piekarniku do miękkości
  2. Po ugotowaniu/upieczeniu studzimy, obieramy ze skórki i kroimy w grubsze półplasterki
  3. Pomarańczę myjemy, obieramy ze skórki, a następnie filetujemy (tutaj znajdziecie materiał video, który prezentuje, jak to zrobić)
  4. Z tego, co pozostało z pomarańczy po filetowaniu (szkielet? :-) wyciskamy do miseczki sok
  5. Cebulę obieramy i kroimy w cienkie półplasterki
  6. W miseczce łączymy 3 łyżki soku wyciśniętego z pomarańczy z 1 łyżką octu i wrzucamy do niej pokrojoną cebulę (kwas sprawi, że jej ostry smak stanie się nieco łagodniejszy, a plasterki zmiękną) i odstawiamy na kilka minut
  7. Na talerzu rozkładamy pokrojone buraki i cząstki ("filety") z pomarańczy, a na wierzchu - plasterki cebuli
  8. Mieszankę soku z pomarańczy i octu łączymy z 2 łyżkami oliwy, doprawiamy solą i pieprzem, a następnie tak przygotowanym dressingiem polewamy buraki z pomarańczami i cebulą
  9. Wierzch sałatki posypujemy pokruszonym serem feta i listkami (jeśli są duże, warto je wcześniej posiekać) mięty
Smacznego :-)

niedziela, 2 kwietnia 2017

Kokosanki

Mój Tato nie lubi smaku kokosa, więc w moim rodzinnym domu kokos pojawiał się rzadko, a kokosanki jadłam głównie u znajomych. W moim własnym gospodarstwie domowym kokosowe produkty pojawiają się często, szczególnie olej kokosowy (bardzo dobry do smażenia, świetnie znosi wysokie temperatury, neutralny w smaku) i mleczko kokosowe (dodatek do zup, sosów i deserów). Wiórki kokosowe występują głównie w roli dodatku do słodkich wypieków, które robię w zasadzie tylko wtedy, gdy wiem, że będziemy mieli gości - Wybranek ma bardzo selektywne podejście do ciast, więc robiąc całą blachę bez okazji, zwykle ryzykuję, że będę ją musiała zjeść sama (nie twierdzę, że to jest ponad moje możliwości ;-)

Kokosanki zrobiłam pierwszy raz na kameralną imprezę sylwestrową, w dresach i z "Dwójką" (tzn. przed telewizorem, z oglądaniem transmisji z zabawy sylwestrowej organizowanej przez TVP2). Niesłodkich dań miało byś sporo, pomyślałam więc, że deser w postaci kokosowych kuleczek wystarczy. Potem robiłam kokosanki jeszcze kilka razy, zwykle było to motywowane wykorzystaniem w innym przepisie jedynie żółtek (szkoda wyrzucać białka, szczególnie, gdy jest ich sporo, a jednocześnie robienie koksiarskiego omletu z samych białek nie wchodzi w grę ;-)

Przepis zaczerpnęłam z bloga Poezja Smaku.

Kokosanki















Składniki:
  • 300 g wiórków kokosowych (w Tesco można dostać duże opakowania)
  • 4 białka (autorka oryginalnego przepisu podpowiada, że powinny to być białka ze średniej wielkości jajek, więc jeśli Wasze jajka były małe, spokojnie można dodać 1 białko więcej
  • 85 g cukru
  • 85 g masła
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:
  1. Masło rozpuszczamy, a następnie mieszamy je z wiórkami kokosowymi
  2. W osobnym naczyniu ubijamy białka, a gdy piana będzie sztywna, stopniowo dodajemy cukier, cały czas ubijając
  3. Do mieszanki białek i cukru dodajemy mąkę, mieszamy
  4. Odkładamy mikser, a do białkowo-cukrowo-mącznej masy dodajemy połowę wiórków z masłem i delikatnie mieszamy (łyżką), żeby połączyć składniki, ale nie zniszczyć piany
  5. Następnie dodajemy drugą połowę wiórków z masłem i również delikatnie mieszamy
  6. Z uzyskanej masy lepimy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (autorka oryginalnego przepisu radzi każdą kulkę lekko spłaszczyć)
  7. Blaszkę wstawiamy do piekarnika do rozgrzanego do 170 stopni Celsjusza piekarnika (grzanie od góry i o dołu, bez termoobiegu) na środkową półkę i pieczemy ok 15 minut (u mnie zajęło to nieco więcej czasu, ok 20 minut, trzeba po prostu obserwować kokosanki i wyjąć z pieca, gdy będą miały złoty kolor)
Kokosanki z tego przepisu są chrupiące na wierzchu, a miękkie i lekko ciągnące w środku, niezbyt słodkie.

Smacznego :-)






Słoneczna polenta na początek wiosny

Wczoraj i dziś pogoda w Warszawie jest przepiękna - cały czas świeci słońce, a temperatura przypomina raczej czerwcową niż z początku kwietnia (wczoraj strofowałam Wybranka za wychodzenie z domu w samym podkoszulku, "bo to przecież nie początek czerwca, tylko kwietnia", po czym sama zagotowałam się w kurtce ;-) W takich warunkach aż prosi się, żeby wyjść z domu, więc dania, które wymagają spędzania "przy garach" wielu godzin raczej nie wchodzą w grę. Pomyślałam więc, że wrzucę na bloga przepis na polentę, który zaczerpnęłam z książki pt. "Włoska wyprawa Jamiego", autorstwa Jamiego Olivera. Zanim sięgnęłam po przepis z książki, przekopałam internetowe przepisy, ale jakoś żaden nie budził mojego zaufania - było sporo przepisów przewidujących gotowanie kaszy na mleku lub na bulionie, a wydawało mi się to mało prawdopodobne z uwagi na prostotę kuchni włoskiej (polenta to danie kuchni włoskiej). Na przepisach Jamiego nigdy się nie zawiodłam, stąd taki autor.

Polenta to danie bardzo proste i szybkie w przygotowaniu, neutralna baza, do której (jak do makaronu) można dodać... cokolwiek. Wystarczy ugotować kaszę kukurydzianą z dodatkiem przypraw (u mnie tylko sól i pieprz), masła (a jak!) i parmezanu, a otrzymamy smaczną podstawę do posiłku w pięknym, słonecznym kolorze. Ja polentę podałam w towarzystwie dużej ilości pieczarek pokrojonych w ćwiartki i podsmażonych na maśle z cebulką, solą i pieprzem, do których tuż przed podaniem dodałam świeżą natkę. Innym razem podałam polentę z sosem mięsno-pomidorowym (a la bolognese) - polentę wyłożyłam na głębokie talerze, a na środku kaszy uformowałam dołek, w którym znalazł się sos. Opcji jest naprawdę wiele - zarówno mięsnych, jak i wegetariańskich. Niestety trudno mi wyobrazić sobie wersję wegańską, bo kasza bez dodatku masła i parmezanu jest raczej mdła...

Polenta z przepisu Jamiego Olivera

















Składniki (moim zdaniem taka ilość kaszy może wystarczyć na 4-6 osób, w zależności od wielkości porcji)
  • 250g kaszy kukurydzianej (ja robię z kaszy kukurydzianej marki Sante, bo łatwo ją dostać)
  • 1,5l wody (Jamie podaje 1,7l, ale ja robię z 1,5 i jest ok)
  • 100g masła
  • 130g startego parmezanu
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Do zagotowanej i osolonej (zaczęłabym od 1/2 łyżki soli, potem można dosolić) wody, wsypujemy kaszę i gotujemy, często mieszając, aż ziarenka zmiękną, a całość osiągnie konsystencję gęstego kleiku (np. kaszy manny podawanej z sokiem, jaką wiele osób pamięta z dzieciństwa) - mieszanie jest ważne, bo inaczej mogą powstać grudki, które sprawią, że kasza nie będzie miała gładkiej konsystencji
  2. Gdy kasza osiągnie docelową konsystencję, zdejmujemy ją z ognia, dodajemy masło i parmezan, a następnie mieszamy aż rozpuszczą się w kaszy
  3. Doprawiamy do smaku solą (tu ostrożnie, bo woda była osolona, a parmezan również zawiera sporo soli) i pieprzem, a następnie - najlepiej od razu (jak zastygnie w garnku, nie będzie gładka po wyłożeniu na talerz) - wykładamy kaszę na talerze i serwujemy z dodatkami
Jeśli nie zjedzie całej kaszy, możecie wylać ją na duży talerz/naczynie żaroodporne i wystudzić. Gdy kasza przestygnie i zastygnie można pokroić ją w kostkę i wykorzystać do kolejnego dania (np. po podsmażeniu na patelni lub jako dodatek do zupy - kiedyś robiło się takie "kluski" z kaszy manny, można analogicznie wykorzystać resztki polenty).

Smacznego :-)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kurczak miodowo-musztardowy

To jest jeden z przepisów, które moja Siostra wyszukała na blogu Kwestia Smaku i który na stałe zagościł w naszym rodzinnym menu. Po Siostrze przepis podchwyciła Mama, w międzyczasie został przekazany jeszcze kilku innym członkom rodziny i znajomym, a ostatnio zagościł również na moim stole. Zaprosiłam na niedzielny obiad moją najstarszą Przyjaciółkę - znamy się od ponad 30 lat, pierwsze wspólne zdjęcie mamy z zabawy choinkowej z 1986 lub 1987 roku, nasi rodzice się przyjaźnili i nadal się przyjaźnią, a my tą przyjaźń dostałyśmy w genach i rozwinęłyśmy - z mężem i kilkumiesięcznym synkiem Dawidem. Jak niedzielny obiad, to musi być kurczak :-) Dla urozmaicenia - w nieco innej odsłonie, w miodowo-musztardowej glazurze.

Przepis, który nieco zmodyfikowałam w porównaniu z oryginałem, jest prosty, składniki ogólnodostępne, a przygotowanie nie wymaga "ślęczenia nad garami". Jedynym uciążliwym elementem jest konieczność zaglądania do pieca od czasu do czasu, przewracania kawałków mięsa na drugą stronę i podlewania ich sosem. Ale efekt końcowy jest tego wart - miękki, soczysty kurczak w słodko-pikantnej otoczce. Ja serwuję z pieczonymi warzywami - pokrojoną w grube słupki marchewką i małymi ziemniakami z dodatkiem oliwy, drobno posiekanego rozmarynu, soli i pieprzu. Jako dodatek do tego dania dobrze sprawdzają się również brokuły z przepisu Wybranka.

Kurczak miodowo-musztardowy




























Składniki (dla 6 osób)
  • 6 nóg z kurczaka (udo z podudziem, czyli tzw. "pałką"; w oryginale są same podudzia)
  • 125ml płynnego miodu
  • 4 łyżki musztardy Dijon
  • 4 łyżki musztardy francuskiej (z całymi ziarenkami gorczycy)
  • 4 łyżki białego octu winnego
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • sól i pieprz do smaku
 Przygotowanie:
  1. Miód, oba rodzaje musztardy, ocet i olej wymieszać, a następnie doprawić solą i pieprzem do smaku
  2. Nogi z kurczaka opłukać pod bieżącą wodą, osuszyć i wrzucić do miski (w oryginalnym przepisie jest wskazówka, żeby każdy kawałek mięsa naciąć, niemniej jednak ja nie uważam, że jest to konieczne i nie nacinam)
  3. Do mięsa wlewamy marynatę i nacieramy nią każdą nogę kurczaka, a następnie przykrywamy miskę i wstawiamy ją do lodówki na min. 1 godzinę do schłodzenia i zamarynowania
  4. Po upływie minimum 1h godzinę wyjmujemy mięso z lodówki i przekładamy razem z marynatą do naczynia żaroodpornego
  5. Naczynie wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu, na środkową półkę (w oryginalnym przepisie jest 220 stopni i piekarnik z funkcją grill, natomiast ja wolę korzystać z najzwyklejszej funkcji góra-dół i piec w nieco niższej temperaturze, bo to danie bardzo łatwo spalić z uwagi na sporą ilość cukru w miodzie)
  6. Mięso pieczemy ok 1 godziny (aż mięso będzie miękkie, a skórka złoto-brązowa), obracając nogi co kwadrans i polewając je marynatą/sosem - jeśli mięso zaczyna nabierać zbyt ciemnego koloru, można zmniejszyć temperaturę przesunąć blaszkę na niższą półkę)
  7. Po upieczeniu serwujemy z wybranymi dodatkami, mięso smakuje dobrze również po wystudzeniu, w formie dodatku do sałatki
Smacznego :-)




niedziela, 26 lutego 2017

(Wytrawne) ciasto z kalafiorem

Na zdjęcia tego ciasta trafiłam, szukając na Pintereście inspiracji na urodzinową kolację w stylu bliskowschodnim dla bliskiej znajomej. Gdy je zobaczyłam, wiedziałam, że to jest to. To ciasto powinno się w zasadzie nazywać "ciastem parmezanowo-jajeczny z dodatkiem kalafiora", bo zawiera aż 150g tego sera i 7 jajek. Smakuje trochę jak quiche, ale bez ciasta. Nie jest jednak bezglutenowe - w składzie jest mąka pszenna (tej mąki nie jest dużo, więc na oko wydaje mi się, że można ją bez straty dla smaku i prawdopodobnie konsystencji zastąpić mąką bezglutenową - do wypróbowania). Ciasto ma ładny żółty kolor dzięki dodatkowi kurkumy i intrygującą "dekorację" z krążków czerwonej cebuli. Polecam jako samodzielne danie (można podawać na ciepło lub na zimno) lub jako dodatek np. do jakiegoś mięsnego dania z sosem.

Przepis pochodzi z książki pt. "Cała obfitość", której autorem jest Yotam Ottolenghi, brytyjski szef kuchni pochodzący z Izraela, właściciel kilku knajpek w Londynie. Oprócz tej książki napisał jeszcze trzy inne, w tym "Jerozolima", która jest jedną z najlepszych książek kucharskich, jakie w życiu czytałam - łączy w sobie bogactwo informacji o kulturze kulinarnej Jerozolimy z przepisami na smaczne i apetycznie zaprezentowane dania. Z całego serca polecam tę książkę wszystkim osobom zainteresowanym kulturą (nie tylko kulinarną) Bliskiego Wschodu.

Ciasto z kalafiorem z przepisu Yotama Ottolenghiego






















Składniki (na okrągłą blaszkę o średnicy 24 cm):
  • 1 kalafior (ok 450g po obraniu z liści i podzieleniu na różyczki)
  • 1 średniej wielkości czerwona cebula
  • 1/2 łyżeczki drobno posiekanego świeżego rozmarynu (=igiełki oberwane z jednej łodyżki)
  • 2 łyżki oliwy (w oryginale jest 75ml, ale moim zdaniem to za dużo)
  • 7 jajek
  • ok 1/2 szklanki posiekanych świeżych liści bazylii
  • 120g mąki pszennej (w oryginale jest informacja, że powinna być przesiana, ale ja oczywiście nie przesiałam, z lenistwa)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/3 łyżeczki mielonej kurkumy
  • 150g startego parmezanu
  • 1 łyżka nasion białego sezamu (ja nie dodałam, bo zapomniałam ;-)
  • 1 łyżeczka czarnuszki (jak wyżej)
  • tłuszcz do natłuszczenia formy
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Różyczki kalafiora wrzucamy do osolonej (1 łyżką soli) wody i gotujemy do miękkości (, a następnie odsączamy z wody i odstawiamy\
  2. Cebulę obieramy, odkrajamy 4 grube plastry i odkładamy, a resztę drobno siekamy i podsmażamy na oliwie z dodatkiem rozmarynu do momentu, aż cebula będzie miękka, a następnie odstawiamy do wystygnięcia
  3. Wystudzoną podsmażoną cebulę łączymy z jajkami i bazylią, dokładnie mieszamy (ja korzystam z robota kuchennego, ale zwykły mikser też spokojnie da radę)
  4. Następnie dodajemy starty parmezan, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, kurkumą, 1 łyżeczką soli i 1/2 łyżeczki pieprzu, i mieszamy do uzyskania gładkiej masy
  5. Do masy dorzucamy ugotowane różyczki kalafiora i delikatnie mieszamy, żeby ich nie zmiażdżyć
  6. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia (zarówno dno, jak i brzegi), smarujemy tłuszczem i obsypujemy czarnuszką zmieszaną z sezamem (opcjonalnie, bez tych ziarenek ciasto również jest bardzo dobre)
  7. Do tak przygotowanej blaszki przekładamy ciasto, wyrównujemy wierzch i rozkładamy na nim krążki cebuli
  8. Wstawiamy do rozgrzanego wcześniej do 200 stopni Celsjusza (bez termoobiegu), na środkową półkę i pieczemy przez ok 45 min (do suchego patyczka)
  9. Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika i serwujemy
Smacznego :-)