niedziela, 2 kwietnia 2017

Kokosanki

Mój Tato nie lubi smaku kokosa, więc w moim rodzinnym domu kokos pojawiał się rzadko, a kokosanki jadłam głównie u znajomych. W moim własnym gospodarstwie domowym kokosowe produkty pojawiają się często, szczególnie olej kokosowy (bardzo dobry do smażenia, świetnie znosi wysokie temperatury, neutralny w smaku) i mleczko kokosowe (dodatek do zup, sosów i deserów). Wiórki kokosowe występują głównie w roli dodatku do słodkich wypieków, które robię w zasadzie tylko wtedy, gdy wiem, że będziemy mieli gości - Wybranek ma bardzo selektywne podejście do ciast, więc robiąc całą blachę bez okazji, zwykle ryzykuję, że będę ją musiała zjeść sama (nie twierdzę, że to jest ponad moje możliwości ;-)

Kokosanki zrobiłam pierwszy raz na kameralną imprezę sylwestrową, w dresach i z "Dwójką" (tzn. przed telewizorem, z oglądaniem transmisji z zabawy sylwestrowej organizowanej przez TVP2). Niesłodkich dań miało byś sporo, pomyślałam więc, że deser w postaci kokosowych kuleczek wystarczy. Potem robiłam kokosanki jeszcze kilka razy, zwykle było to motywowane wykorzystaniem w innym przepisie jedynie żółtek (szkoda wyrzucać białka, szczególnie, gdy jest ich sporo, a jednocześnie robienie koksiarskiego omletu z samych białek nie wchodzi w grę ;-)

Przepis zaczerpnęłam z bloga Poezja Smaku.

Kokosanki















Składniki:
  • 300 g wiórków kokosowych (w Tesco można dostać duże opakowania)
  • 4 białka (autorka oryginalnego przepisu podpowiada, że powinny to być białka ze średniej wielkości jajek, więc jeśli Wasze jajka były małe, spokojnie można dodać 1 białko więcej
  • 85 g cukru
  • 85 g masła
  • 2 łyżeczki mąki ziemniaczanej
Przygotowanie:
  1. Masło rozpuszczamy, a następnie mieszamy je z wiórkami kokosowymi
  2. W osobnym naczyniu ubijamy białka, a gdy piana będzie sztywna, stopniowo dodajemy cukier, cały czas ubijając
  3. Do mieszanki białek i cukru dodajemy mąkę, mieszamy
  4. Odkładamy mikser, a do białkowo-cukrowo-mącznej masy dodajemy połowę wiórków z masłem i delikatnie mieszamy (łyżką), żeby połączyć składniki, ale nie zniszczyć piany
  5. Następnie dodajemy drugą połowę wiórków z masłem i również delikatnie mieszamy
  6. Z uzyskanej masy lepimy kulki wielkości orzecha włoskiego i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia (autorka oryginalnego przepisu radzi każdą kulkę lekko spłaszczyć)
  7. Blaszkę wstawiamy do piekarnika do rozgrzanego do 170 stopni Celsjusza piekarnika (grzanie od góry i o dołu, bez termoobiegu) na środkową półkę i pieczemy ok 15 minut (u mnie zajęło to nieco więcej czasu, ok 20 minut, trzeba po prostu obserwować kokosanki i wyjąć z pieca, gdy będą miały złoty kolor)
Kokosanki z tego przepisu są chrupiące na wierzchu, a miękkie i lekko ciągnące w środku, niezbyt słodkie.

Smacznego :-)






Słoneczna polenta na początek wiosny

Wczoraj i dziś pogoda w Warszawie jest przepiękna - cały czas świeci słońce, a temperatura przypomina raczej czerwcową niż z początku kwietnia (wczoraj strofowałam Wybranka za wychodzenie z domu w samym podkoszulku, "bo to przecież nie początek czerwca, tylko kwietnia", po czym sama zagotowałam się w kurtce ;-) W takich warunkach aż prosi się, żeby wyjść z domu, więc dania, które wymagają spędzania "przy garach" wielu godzin raczej nie wchodzą w grę. Pomyślałam więc, że wrzucę na bloga przepis na polentę, który zaczerpnęłam z książki pt. "Włoska wyprawa Jamiego", autorstwa Jamiego Olivera. Zanim sięgnęłam po przepis z książki, przekopałam internetowe przepisy, ale jakoś żaden nie budził mojego zaufania - było sporo przepisów przewidujących gotowanie kaszy na mleku lub na bulionie, a wydawało mi się to mało prawdopodobne z uwagi na prostotę kuchni włoskiej (polenta to danie kuchni włoskiej). Na przepisach Jamiego nigdy się nie zawiodłam, stąd taki autor.

Polenta to danie bardzo proste i szybkie w przygotowaniu, neutralna baza, do której (jak do makaronu) można dodać... cokolwiek. Wystarczy ugotować kaszę kukurydzianą z dodatkiem przypraw (u mnie tylko sól i pieprz), masła (a jak!) i parmezanu, a otrzymamy smaczną podstawę do posiłku w pięknym, słonecznym kolorze. Ja polentę podałam w towarzystwie dużej ilości pieczarek pokrojonych w ćwiartki i podsmażonych na maśle z cebulką, solą i pieprzem, do których tuż przed podaniem dodałam świeżą natkę. Innym razem podałam polentę z sosem mięsno-pomidorowym (a la bolognese) - polentę wyłożyłam na głębokie talerze, a na środku kaszy uformowałam dołek, w którym znalazł się sos. Opcji jest naprawdę wiele - zarówno mięsnych, jak i wegetariańskich. Niestety trudno mi wyobrazić sobie wersję wegańską, bo kasza bez dodatku masła i parmezanu jest raczej mdła...

Polenta z przepisu Jamiego Olivera

















Składniki (moim zdaniem taka ilość kaszy może wystarczyć na 4-6 osób, w zależności od wielkości porcji)
  • 250g kaszy kukurydzianej (ja robię z kaszy kukurydzianej marki Sante, bo łatwo ją dostać)
  • 1,5l wody (Jamie podaje 1,7l, ale ja robię z 1,5 i jest ok)
  • 100g masła
  • 130g startego parmezanu
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Do zagotowanej i osolonej (zaczęłabym od 1/2 łyżki soli, potem można dosolić) wody, wsypujemy kaszę i gotujemy, często mieszając, aż ziarenka zmiękną, a całość osiągnie konsystencję gęstego kleiku (np. kaszy manny podawanej z sokiem, jaką wiele osób pamięta z dzieciństwa) - mieszanie jest ważne, bo inaczej mogą powstać grudki, które sprawią, że kasza nie będzie miała gładkiej konsystencji
  2. Gdy kasza osiągnie docelową konsystencję, zdejmujemy ją z ognia, dodajemy masło i parmezan, a następnie mieszamy aż rozpuszczą się w kaszy
  3. Doprawiamy do smaku solą (tu ostrożnie, bo woda była osolona, a parmezan również zawiera sporo soli) i pieprzem, a następnie - najlepiej od razu (jak zastygnie w garnku, nie będzie gładka po wyłożeniu na talerz) - wykładamy kaszę na talerze i serwujemy z dodatkami
Jeśli nie zjedzie całej kaszy, możecie wylać ją na duży talerz/naczynie żaroodporne i wystudzić. Gdy kasza przestygnie i zastygnie można pokroić ją w kostkę i wykorzystać do kolejnego dania (np. po podsmażeniu na patelni lub jako dodatek do zupy - kiedyś robiło się takie "kluski" z kaszy manny, można analogicznie wykorzystać resztki polenty).

Smacznego :-)

poniedziałek, 27 lutego 2017

Kurczak miodowo-musztardowy

To jest jeden z przepisów, które moja Siostra wyszukała na blogu Kwestia Smaku i który na stałe zagościł w naszym rodzinnym menu. Po Siostrze przepis podchwyciła Mama, w międzyczasie został przekazany jeszcze kilku innym członkom rodziny i znajomym, a ostatnio zagościł również na moim stole. Zaprosiłam na niedzielny obiad moją najstarszą Przyjaciółkę - znamy się od ponad 30 lat, pierwsze wspólne zdjęcie mamy z zabawy choinkowej z 1986 lub 1987 roku, nasi rodzice się przyjaźnili i nadal się przyjaźnią, a my tą przyjaźń dostałyśmy w genach i rozwinęłyśmy - z mężem i kilkumiesięcznym synkiem Dawidem. Jak niedzielny obiad, to musi być kurczak :-) Dla urozmaicenia - w nieco innej odsłonie, w miodowo-musztardowej glazurze.

Przepis, który nieco zmodyfikowałam w porównaniu z oryginałem, jest prosty, składniki ogólnodostępne, a przygotowanie nie wymaga "ślęczenia nad garami". Jedynym uciążliwym elementem jest konieczność zaglądania do pieca od czasu do czasu, przewracania kawałków mięsa na drugą stronę i podlewania ich sosem. Ale efekt końcowy jest tego wart - miękki, soczysty kurczak w słodko-pikantnej otoczce. Ja serwuję z pieczonymi warzywami - pokrojoną w grube słupki marchewką i małymi ziemniakami z dodatkiem oliwy, drobno posiekanego rozmarynu, soli i pieprzu. Jako dodatek do tego dania dobrze sprawdzają się również brokuły z przepisu Wybranka.

Kurczak miodowo-musztardowy




























Składniki (dla 6 osób)
  • 6 nóg z kurczaka (udo z podudziem, czyli tzw. "pałką"; w oryginale są same podudzia)
  • 125ml płynnego miodu
  • 4 łyżki musztardy Dijon
  • 4 łyżki musztardy francuskiej (z całymi ziarenkami gorczycy)
  • 4 łyżki białego octu winnego
  • 2 łyżki oleju słonecznikowego
  • sól i pieprz do smaku
 Przygotowanie:
  1. Miód, oba rodzaje musztardy, ocet i olej wymieszać, a następnie doprawić solą i pieprzem do smaku
  2. Nogi z kurczaka opłukać pod bieżącą wodą, osuszyć i wrzucić do miski (w oryginalnym przepisie jest wskazówka, żeby każdy kawałek mięsa naciąć, niemniej jednak ja nie uważam, że jest to konieczne i nie nacinam)
  3. Do mięsa wlewamy marynatę i nacieramy nią każdą nogę kurczaka, a następnie przykrywamy miskę i wstawiamy ją do lodówki na min. 1 godzinę do schłodzenia i zamarynowania
  4. Po upływie minimum 1h godzinę wyjmujemy mięso z lodówki i przekładamy razem z marynatą do naczynia żaroodpornego
  5. Naczynie wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu, na środkową półkę (w oryginalnym przepisie jest 220 stopni i piekarnik z funkcją grill, natomiast ja wolę korzystać z najzwyklejszej funkcji góra-dół i piec w nieco niższej temperaturze, bo to danie bardzo łatwo spalić z uwagi na sporą ilość cukru w miodzie)
  6. Mięso pieczemy ok 1 godziny (aż mięso będzie miękkie, a skórka złoto-brązowa), obracając nogi co kwadrans i polewając je marynatą/sosem - jeśli mięso zaczyna nabierać zbyt ciemnego koloru, można zmniejszyć temperaturę przesunąć blaszkę na niższą półkę)
  7. Po upieczeniu serwujemy z wybranymi dodatkami, mięso smakuje dobrze również po wystudzeniu, w formie dodatku do sałatki
Smacznego :-)




niedziela, 26 lutego 2017

(Wytrawne) ciasto z kalafiorem

Na zdjęcia tego ciasta trafiłam, szukając na Pintereście inspiracji na urodzinową kolację w stylu bliskowschodnim dla bliskiej znajomej. Gdy je zobaczyłam, wiedziałam, że to jest to. To ciasto powinno się w zasadzie nazywać "ciastem parmezanowo-jajeczny z dodatkiem kalafiora", bo zawiera aż 150g tego sera i 7 jajek. Smakuje trochę jak quiche, ale bez ciasta. Nie jest jednak bezglutenowe - w składzie jest mąka pszenna (tej mąki nie jest dużo, więc na oko wydaje mi się, że można ją bez straty dla smaku i prawdopodobnie konsystencji zastąpić mąką bezglutenową - do wypróbowania). Ciasto ma ładny żółty kolor dzięki dodatkowi kurkumy i intrygującą "dekorację" z krążków czerwonej cebuli. Polecam jako samodzielne danie (można podawać na ciepło lub na zimno) lub jako dodatek np. do jakiegoś mięsnego dania z sosem.

Przepis pochodzi z książki pt. "Cała obfitość", której autorem jest Yotam Ottolenghi, brytyjski szef kuchni pochodzący z Izraela, właściciel kilku knajpek w Londynie. Oprócz tej książki napisał jeszcze trzy inne, w tym "Jerozolima", która jest jedną z najlepszych książek kucharskich, jakie w życiu czytałam - łączy w sobie bogactwo informacji o kulturze kulinarnej Jerozolimy z przepisami na smaczne i apetycznie zaprezentowane dania. Z całego serca polecam tę książkę wszystkim osobom zainteresowanym kulturą (nie tylko kulinarną) Bliskiego Wschodu.

Ciasto z kalafiorem z przepisu Yotama Ottolenghiego






















Składniki (na okrągłą blaszkę o średnicy 24 cm):
  • 1 kalafior (ok 450g po obraniu z liści i podzieleniu na różyczki)
  • 1 średniej wielkości czerwona cebula
  • 1/2 łyżeczki drobno posiekanego świeżego rozmarynu (=igiełki oberwane z jednej łodyżki)
  • 2 łyżki oliwy (w oryginale jest 75ml, ale moim zdaniem to za dużo)
  • 7 jajek
  • ok 1/2 szklanki posiekanych świeżych liści bazylii
  • 120g mąki pszennej (w oryginale jest informacja, że powinna być przesiana, ale ja oczywiście nie przesiałam, z lenistwa)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/3 łyżeczki mielonej kurkumy
  • 150g startego parmezanu
  • 1 łyżka nasion białego sezamu (ja nie dodałam, bo zapomniałam ;-)
  • 1 łyżeczka czarnuszki (jak wyżej)
  • tłuszcz do natłuszczenia formy
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Różyczki kalafiora wrzucamy do osolonej (1 łyżką soli) wody i gotujemy do miękkości (, a następnie odsączamy z wody i odstawiamy\
  2. Cebulę obieramy, odkrajamy 4 grube plastry i odkładamy, a resztę drobno siekamy i podsmażamy na oliwie z dodatkiem rozmarynu do momentu, aż cebula będzie miękka, a następnie odstawiamy do wystygnięcia
  3. Wystudzoną podsmażoną cebulę łączymy z jajkami i bazylią, dokładnie mieszamy (ja korzystam z robota kuchennego, ale zwykły mikser też spokojnie da radę)
  4. Następnie dodajemy starty parmezan, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, kurkumą, 1 łyżeczką soli i 1/2 łyżeczki pieprzu, i mieszamy do uzyskania gładkiej masy
  5. Do masy dorzucamy ugotowane różyczki kalafiora i delikatnie mieszamy, żeby ich nie zmiażdżyć
  6. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia (zarówno dno, jak i brzegi), smarujemy tłuszczem i obsypujemy czarnuszką zmieszaną z sezamem (opcjonalnie, bez tych ziarenek ciasto również jest bardzo dobre)
  7. Do tak przygotowanej blaszki przekładamy ciasto, wyrównujemy wierzch i rozkładamy na nim krążki cebuli
  8. Wstawiamy do rozgrzanego wcześniej do 200 stopni Celsjusza (bez termoobiegu), na środkową półkę i pieczemy przez ok 45 min (do suchego patyczka)
  9. Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika i serwujemy
Smacznego :-)




czwartek, 23 lutego 2017

Faworki cioci Loni

Ciocia Lonia, siostra mojej babci, jest mistrzynią faworków. Co roku w okresie karnawału smaży ogromne ilości tych słodkości - czasami w podstawowej, jak ta, którą zrobiłam ja, a czasami w kształcie różyczek, z wiśniami z własnej roboty przetworów. Ciocia jest też mistrzynią wafli z kajmakiem, który sama gotuje, stojąc godzinami nad garnkiem i cierpliwie mieszając kajmak, oraz drożdżowych ciast pieczonych w piecu kaflowym (mówi, że z piekarnika jej takie dobre nie wychodzą), ale dziś będzie tylko o faworkach.

Faworki to jeden z niewielu rodzajów wypieków, które lubi Wybranek. W związku z tym postanowiłam raz na jakiś czas być dobrą żoną i usmażyć dla niego faworki na Tłusty Czwartek. Poświęcenie zostało przypieczętowane poparzeniem, a więc pamięć o faworkach będzie trwała dłużej niż jeden dzień ;-) Mimo wszystko było warto - przepis jest prosty, przygotowanie nie trwa długo, a efekt miły (nie ma to jak tłuszcz i cukier :-)

Faworki z przepisu cioci Loni




























Składniki (wzięłam 1/2 tego, co podyktowała mi ciocia, bo aż tyle byśmy we dwoje nie zjedli; z tej ilości składników wychodzi ok 40 faworków):
  • 250g mąki pszennej
  • 3 żółtka
  • 4 łyżki gęstej śmietany
  • 1 łyżka spirytusu lub octu
  • olej do smażenia (u mnie był 1 litr słonecznikowego)
  • cukier puder do posypania
Przygotowanie:
  1. Mąkę przesiewamy na stolnicę, na wierzchu górki robimy dołek i wlewamy do niego żółtka, śmietanę i spirytus, a następnie wyrabiamy ciasto (tak robi ciocia, ja wrzuciłam wszystko do misy robota kuchennego i wyrobiłam ciasto w robocie)
  2. Gotowe ciasto powinno być miękkie, elastyczne, wilgotne, ale nie powinno się kleić do rąk
  3. Ciasto dzielimy na porcje (u mnie trzy), nieużywane kawałki chowamy do woreczka foliowego, żeby ciasto nie wysychało
  4. Każdą porcję cienko rozwałkowujemy, tniemy na długie paski, które dzielimy na krótsze
  5. Na każdym krótszym pasku robimy nacięcie wzdłuż, na środku (w sporej odległości od brzegów), a następnie zawijamy jeden koniec, przekładamy przez otwór i wywijamy faworka
  6. Powtarzamy do zużycia całego surowego ciasta
  7. Tak przygotowane faworki smażymy po obu stronach na dobrze rozgrzanym oleju (u mnie w charakterze naczynia do smażenia dobrze sprawdził się wok ;-) porcjami (uwaga, smażą się naprawdę bardzo szybko, trzeba cały czas stać nad patelnią i pilnować, żeby się nie spaliły
  8. Gotowe faworki przekładamy na sitko, a potem na ręcznik papierowy, żeby pozbyć się nadmiaru oleju
  9. Przestudzone faworki oprószamy cukrem pudrem
Smacznego :-)


piątek, 6 stycznia 2017

Pyzy ziemniaczane

Tradycji stało się zadość - w Sylwestra, kolejny rok z rzędu, wraz z Wybrankiem mym uraczyliśmy się "kluchami" :-) To taki nasz zwyczaj kultywowany od 2013 roku, że zamiast balować w jakimś lokalu, wystrojeni w cekiny i usztywnieni lakierem do włosów, przywdziewamy dresy tudzież piżamy, oglądamy "Sylwestra z Dwójką" (nie ograniczamy się do TVP2, dajemy szansę wszystkim kanałom nadającym sylwestrową audycję, ale nazwa pochodzi od tej emitowanej przez program drugi telewizji publicznej) i raczymy się jakąś mączną potrawą, koniecznie ze stosowną omastą. Robiliśmy już kluski kładzione, chinkali i kluski śląskie, na które przepisy znajdziecie na blogu. Były też azjatyckie pierożki z mąki ryżowej gotowane na parze, ale z jakiegoś powodu (nie pamiętam już jakiego) przepis na bloga nie zawitał (o ile dobrze pamiętam, pierożki były całkiem smaczne i nieźle wyglądały, więc może jeszcze kiedyś to danie zrobimy, a przepis znajdzie się pewnego dnia na blogu.

W tym roku stanęło na pyzy ziemniaczane - bez nadzienia, ale za to szczodrze okraszone cebulką podsmażoną z boczkiem wędzonym. Z pyzami mam trudną relację, bo kilka lat temu próbowałam je zrobić i nie wyszły. Była to pewnie moja wina, bo wbrew instrukcjom z przepisy, wykorzystałam świeżo ugotowane ziemniaki (zamiast ugotować je z dużym wyprzedzeniem), a zamiast ugnieść je tłuczkiem lub przepuścić przez praskę do ziemniaków, zrobiłam z nich pure w robocie kuchennym, wskutek czego miały konsystencję gęstego kleju. Miałam wrażenie, że niezależnie od tego, ile mąki bym do nich dosypała, wchłonęłyby każdą ilość, przez co smakowały głównie jak mąka. Drugie podejście zrobiłam w listopadzie ubiegłego roku, żeby uniknąć kolejnej porażki w Sylwestra. Tym razem ugotowałam ziemniaki z odpowiednim wyprzedzeniem i rozdrobniłam je za pomocą praski. Niestety to nie pomogło, bo przepis, z którego korzystałam, okazał się po prostu słaby - mimo, że był to przepis z książki, do której mam pełne zaufanie ("Encyklopedia polskiej sztuki kulinarnej" Hanny Szymanderskiej). Próba była więc nieudana, a w Sylwestra poszłam na żywioł, korzystając z przepisu będącego kombinacją wskazówek znalezionych w różnych źródłach. No i pyzy wyszły :-) Najlepszym potwierdzeniem tego, że wyszły był obraz mojej - zwykle jedzącej jak wróbelek - biorącej dokładki ;-) W tym roku do naszego "Sylwestra z Dwójką" dołączyli bowiem moi znajomi ze studiów: Asia, Basia, Marta i Bartek. Autorką fotografii towarzyszącej temu wpisowi jest Asia (dziękuję! :-)

Pyzy ziemniaczane




















Składniki (dla 4-6 osób, w zależności od apetytu ;-)
  • 1,5kg ziemniaków
  • 3 łyżki mąki ziemniaczanej
  • sól
Przygotowanie:
  1. ziemniaki obieramy
  2. 0,5 kg obranych ziemniaków gotujemy w osolonej wodzie, a następnie dokładnie rozdrabniamy, ugniatając tłuczkiem lub przepuszczając przez praskę do ziemniaków
  3. pozostałą część ziemniaków (surowe) ścieramy na tarce (na drobnych oczkach) lub rozdrabniamy w robocie kuchennym (jak korzystałam z Thermomixa), a następnie odciskamy płyn (chyba najlepiej przez gazę - ja wyścieliłam dno metalowego sitka osadzonego w misce kawałkiem gazy i na to wyłożyłam masę ziemniaczaną, następnie przykryłam wierzch gazą i docisnęłam innym naczyniem z góry, żeby pozbyć się płynu z ziemniaków)
  4. w osobnym, suchym naczyniu łączymy ugotowane i surowe ziemniaki, dodajemy mąkę ziemniaczaną i sól (ja dodałam 1 łyżeczkę), a następnie mieszamy, wyrabiając masę
  5. z masy ziemniaczanej lepimy kulki wielkości dużego orzecha włoskiego
  6. pyzy wrzucamy w partiach liczących po kilka sztuk na gotującą się, lekko osoloną wodę i gotujemy przez 5-6 minut od wypłynięcia na wierzch
  7. podajemy zaraz po ugotowaniu, najlepiej z omastą (u mnie cebulka podsmażona z wędzonym boczkiem na tłuszczu, który wytopił się z boczku)



















Uwaga: Pyzy z tego przepisu najlepiej zjeść na świeżo, nie nadają się do odsmażenia następnego dnia, bo bardzo wysychają w środku, robią wrażenie, jakby były zrobione ze styropianu :-( być może odgrzanie pyz przed wrzucenie ich na wrzącą wodę da lepszy efekt, niemniej jednak podsmażanie odradza.


sobota, 17 grudnia 2016

Misie-przytulaki

Pierwsze, co przyszło mi do głowy, jak zobaczyłam zdjęcie misiów tulących migdały na Pintereście to: "Ale słodziaki!". Pierwsze wrażenie może jednak być mylące, bo wcale nie są takie słodkie. Jak udało mi się dowiedzieć z internetowych poszukiwań, autorką pomysłu jest szefowa kuchni rodem z Japonii, Maa Tamagosan. Ten niski poziom słodkości tych ciasteczek oraz precyzja potrzebna przy ich wykonaniu to bardzo typowe cechy japońskich słodyczy (temat ten sam w sobie jest bardzo ciekawy, więcej można przeczytać w książce mojej promotorki ze studiów "Food Studies" na Uniwersytecie SWPS, dr Magdaleny Tomaszewskiej-Bolałek, pt. "Japońskie słodycze"). Przepis na te ciasteczka znalazłam na blogu Lost At E Minor, a wykrawaczki kupiłam w sklepie internetowym Bake-shop (są w dwóch wariantach - o wysokości 10 cm i to jest ta, którą mam ja, oraz o wysokości 6,5 cm i obstawiam, że właśnie takiej wielkości autorka pomysłu użyła w oryginalnym przepisie, wnioskując po stosunku wielkości ciasteczek do wielkości migdałów na zdjęciach na wspomnianym blogu.

Zdjęcia tych ciasteczek już dawno zapisałam na swoim koncie na Pintereście i trochę o nich zapomniałam. Przypomniałam sobie po tym, jak Bake-shop opublikował zdjęcia wykrawaczek-misiów na swoim fanpage'u na Facebooku. Wtedy - przyznaję, uległam reklamie ;-) - kupiłam wykrawaczkę, a w ostatni weekend wypróbowałam i nieco zmodyfikowałam przepis. Ciasteczka z oryginalnego przepisu były jak dla mnie mdłe, więc dodałam do nich wodę z kwiatów pomarańczy oraz otartą i wysuszoną w piekarniku skórkę z pomarańczy. Zamiast syropu z buraka i miodu, dodałam tylko miód. Ciasteczka ze zmodyfikowanego przepisu zostały wypróbowane przeze mnie i kilkoro moich znajomych, wszyscy zachwycają się ich wyglądem i są mile zaskoczeni smakiem (tym, że nie są jakieś strasznie słodkie i że mają ten przyjemny, delikatny aromat pomarańczy). Myślę, że równie dobrze można zrobić takie ciasteczka z esencją waniliową (1 łyżeczka) lub innym dodatkiem nadającym im aromatu (np. 1/4 łyżeczki cynamonu lub kardamonu na podaną poniżej ilość). Można też eksperymentować z dodaniem kakao lub zamoczeniem nóżek misiów w rozpuszczonej czekoladzie. Filmik instruktażowy z oryginalnym, bazowym przepisem znajdziecie tutaj.

Ciasteczka misie-przytulaki



















Składniki (na ok. 15 ciasteczek wysokości 10 cm):
  • 110g mąki pszennej
  • 20g mąki ziemniaczanej
  • szczypta soli
  • 1/2 łyżeczki suszonej skórki z pomarańczy30
  • 50g płynnego miodu (raczej o delikatnym smaku)
  • oleju roślinnego (u mnie był rzepakowy)
  • 1 łyżeczka wody z kwiatów pomarańczy (do kupienia np. sieci Kuchnie Świata)
  • ok. 2 łyżki wody
  • migdały (ja podprażam je w piekarniku przez 10 minut i studzę, zanim oddam misiom do przytulania)
Przygotowanie:
  1. Oba rodzaje mąki mieszamy z solą i suszoną skórką w jednym naczyniu, a miód, olej, wodę z kwiatów pomarańczy w osobnym
  2. Łączymy obie mieszaniny i wyrabiamy ciasto - jeśli się nie lepi, dodajemy wodę (u mnie zwykle 2 łyżki)
  3. Ciasto rozwałkowujemy na grubość ok 2-3mm i wycinamy ciasteczka
  4. Ciasteczka układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia
  5. Na każdym wyciętym ciasteczku kładziemy migdała i delikatnie zaginamy rączki (pomocny może być drewniany patyczek do szaszłyków), a następnie dorabiamy oczka (ja zrobiłam to za pomocą nieostrej końcówki patyczka do szaszłyków)
  6. Rozgrzewamy piekarnik do 160 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu
  7. Wstawiamy blachę z ciasteczkami do rozgrzanego piekarnika i pieczemy 10-12 minut (do lekkiego zarumienienia)
  8. Po upieczeniu studzimy przed jedzeniem, przechowujemy w szczelnym pojemniku
W trakcie dopracowywania przepisu zauważyłam, że: ciasto powinno być ciepłe i świeże, tzn. nie można pozwolić, żeby obeschło, bo wtedy rączki misia się łamią przy próbie zaginania. Warto też kupić specjalną wykrawaczkę - z tego prostego względu, że te misie mają dość długie rączki. Standardowe misie-wykrawaczki nie mają takich długich rączej i efekt nie będzie taki fajny.