niedziela, 11 lutego 2018

Pulpety z indyka z sosem pomidorowym i makaronem

Siedzieliśmy wczoraj z Wybrankiem i zastanawialiśmy się nad menu obiadowym - ja od dłuższego czasu wielką fanką mięsa nie jestem (jedynym mięsnym produktem, który powoduje, że nie mogłabym być wegetarianką, jest wędzony boczek...), a Wybranek wręcz przeciwnie. Udało nam się jednak nie pokłócić o obiad. Ostatecznie stanęło na daniu mięsnym, ale z drobiem, o którym fani czerwonego mięsa czasami mówią, że to nie mięso, więc danie można chyba uznać za prawie wegetariańskie ;-)

Za oknem zima, więc dla kontrastu zrobiliśmy sobie lato na talerzu - sos pomidorowy na bazie pomidorów z puszki doprawiliśmy oliwkami, kaparami, suszonymi pomidorami i dużą ilością świeżej bazylii. Takie śródziemnomorskie klimaty, także z perspektywy nakładu pracy - danie jest w moim wykonaniu jednogarnkowe. Inspiracją był przepis z bloga Kwestia Smaku, który nieco zmodyfikowałam, dodając do sosu białe wino, suszone pomidory i cebulę, a sos lekko dosłodziłam. Zrezygnowałam z dodawania rodzynek do pulpetów, bo Wybranek nie lubi tych suszonych owoców. No i mój makaron nie był taki, jak w oryginale, ale to akurat nie powinno mieć żadnego wpływu na smak. Wyszło z tego bardzo przyjemne danie, które nadaje się do przechowywania (acz podgrzewanie sprawia, że makaron przestaje być al dente).

Pulpety z indyka z sosem pomidorowym i makaronem


















Składniki (dla 4 osób)
  • 500g mielonej piersi z indyka
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki kaparów
  • 15 zielonych oliwek
  • 5 łodyżek świeżej natki pietruszki
  • 2 puszki pomidorów (bez skórki, w całości - w przypadku krojonych jest większe pole do popisu dla różnego rodzaju trików po stronie producentów, może się okazać, że kupując krojone, kupicie puszkę pomidorowych skrawków i odpadków...)
  • 5 suszonych pomidorów wyjętych z oliwnej zalewy
  • 1 mała cebula (szalotka lub zwykła biała)
  • 100ml białego wytrawnego wina (to samo możecie podać do posiłku)
  • 400ml bulionu drobiowego lub warzywnego (może być z ekologicznej kostki)
  • 200g makaronu (u mnie było drobne penne, w oryginale są kolanka, ale inne rodzaje też będą ok)
  • pęczek świeżej bazylii
  • mielona ostra papryka, sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki oliwy do smażenia
Przygotowanie:
  1. 1 ząbek czosnku obieramy i drobno siekamy lub przepuszczamy przez praskę
  2. oliwki i kapary odsączamy i drobno siekamy
  3. natkę myjemy i drobno siekamy
  4. mięso wkładamy do miski, dodajemy posiekany czosnek, oliwki, kapary i natkę, doprawiamy solą i pieprzem (na oko - duża szczypta pieprzu i ok. 1/4 łyżeczki soli)
  5. wyrabiamy mięso z dodatkami do momentu, aż składniki będą dobrze wymieszane, a następnie formujemy z mięsnej masy niewielkie pulpeciki (w oryginalnym przepisie było 22, u mnie wyszło 24, ale nie ma to większego znaczenia, ile dokładnie ich będzie)
  6. na dużej i głębokiej patelni (w rondlu) rozgrzewamy oliwę i smażymy na niej pulpety (ja smażyłam w dwóch porcjach, żeby nie wrzucać wszystkich pulpetów na raz, bo zbyt stłoczone raczej się duszą niż smażą) ze wszystkich stron, do zrumienienia (w środku nie muszą być dosmażone, bo później i tak dojdą w trakcie duszenia w sosie)
  7. usmażone pulpety zdejmujemy z patelni/rondla i odstawiamy na bok
  8. obieramy drugi ząbek czosnku i cebulę, drobno siekamy i wrzucamy na dno naczynia, w którym smażyliśmy pulpety, chwilę podsmażamy (jeśli na patelni brakuje tłuszczu, można dodać łyżkę oleju), mieszając
  9. do podsmażonego czosnku i cebuli wlewamy wino i mieszamy, żeby oderwać od patelni "smak" ze smażenia mięsa
  10. następnie dorzucamy pomidory z puszki (można wcześniej usunąć gniazda nasienne) razem z płynem oraz wlewamy bulion
  11. suszone pomidory drobno siekamy i również dodajemy do sosu
  12. patelnię z zawartością przykrywamy przykrywką i gotujemy na niedużym ogniu przez 30 minut
  13. ugotowany sos doprawiamy do smaku solą i pieprzem oraz szczyptą ostrej papryki, jeśli pomidory były mało słodkie, dosładzamy (ja dodałam 1 łyżeczkę syropu z agawy, ale można też dodać 1 łyżeczkę zwykłego cukru), a następnie wrzucamy surowy makaron i gotujemy przez 5 minut
  14. po podgotowaniu makaronu dodajemy na patelnię/do rondla usmażone pulpety i mieszamy, żeby dobrze pokryły się sosem
  15. całość gotujemy przez kolejnych 15 minut (pod koniec sprawdzamy, czy makaron jest już ugotowany i ew. gotujemy trochę dłużej, jeśli jest zbyt twardy(
  16. przed podaniem posypujemy posiekaną świeżą bazylią, można też dodać tarty parmezan (ale ja podawałam bez parmezanu)
Smacznego :-)



poniedziałek, 22 stycznia 2018

Pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami

W tym roku na Dzień Babci przygotowaliśmy z moim bratem ciotecznym dla naszej Babci (a także dla innych członków rodziny, którzy się załapali ;-) obiad. Była zupa z pieczonego kalafiora (przepis wkrótce), kurczak po portugalsku (z przepisu przywiezionego z lekcji gotowania w Lizbonie) oraz ciasto, które nasza Babcia wspominała ze swojego rodzinnego domu: pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami. Jak wynika z opowieści Babci, takie ciasto (z kaszą lub z ryżem) robiła jej Mama, a moja Prababcia.

Pieróg to ciasto drożdżowe ze słodkim lub wytrawnym (jak tutaj) nadzieniem, które było popularnym wypiekiem w moich rodzinnych stronach. Raczej świątecznym, bo z białej mąki pszennej, której dziś specjaliści od żywienia radzą unikać, a niegdyś była towarem luksusowym (na co dzień jadło się pełnoziarnistwa, z ziaren zmielonych w domowym żarnie), z dodatkie masła i jajek, które również nie były codziennym pożywieniem (gospodynie wolały jajka sprzedać niż wykorzystać we własnej kuchni).

Pieróg występuje również w formie wytrawnej, wersję z kaszą gryczaną i ziemniakiami znajdziecie tutaj.

Pieróg z kaszą jaglaną i prażonymi jabłkami
















Składniki (na małą prostokątną formę, o wymiarach 23 cm x 18 cm x 7 cm lub podwójną keksówkę)

CIASTO
  • 3/4 szklanki mleka,
  • 25 g drożdży (świeżych),
  • 2 łyżki białego cukru,
  • 2 żółtka + 1 całe jajko (najlepiej przechowywane w temp. pokojowej albo wyjęte wcześniej z lodówki),
  • 80 g masła,
  • 2,5 szklanki mąki pszennej
NADZIENIE
  • 2 szklanki kaszy jaglanej;
  • 4 szklanki mleka;
  • 1 duże opakowanie cukru waniliowego (32 g) lub 2x „normalne” (16 g);
  • 2 łyżki białego cukru (przy tej ilości cukru nadzienie jest jedynie „słodkawe”, jeśli komuś zależy na słodszym deserze, warto dodać 4 lub 6 łyżek zamiast 2)
  • 1 duży słoik (ok. 400-500g) prażonych jabłek (takich, jak do naleśników)

Przygotowanie:
1. Drożdże należy rozpuścić w ciepłym mleku z 2 łyżkami cukru, dodać 2 łyżki mąki i odstawić zaczyn do wyrośnięcia.
2. Masło rozpuszczamy i studzimy.
3. Żółtka mieszamy z cukrem waniliowym.
4. Do miski wsypujemy mąkę, dodajemy podrośnięty zaczyn i żółtko wymieszane z cukrem, wstępnie wyrabiamy.
5. Do wstępnie wyrobionego ciasta dodajemy rozpuszczone i wystudzone masło, a następnie kontynuujemy wyrabianie.
6. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość).
7. Kaszę trzeba przepłukać wrzątkiem, odcedzić, a następnie wsypać do garnka, zalać mlekiem, dodać cukier waniliowy i zwykły cukier i gotować na niedużym ogniu pod przykrywką, aż kasza wchłonie cały płyn (można ją nawet trochę „przeciągnąć”, tzn. rozgotować, bo dzięki temu łatwiej się zlepia i lepiej „trzyma formę” przy krojeniu gotowego ciasta).
8. Wyrośnięte ciasto trzeba podzielić na dwie połowy (w stosunku 2:3), obie rozwałkować.
9. Większą częścią ciasta należy wyłożyć dno natłuszczonej blachy (tak, aby brzegi ciasta zachodziły na ścianki blachy).
10. Na tak przygotowany spód wyłożyć ugotowaną kaszę, a następnie na kaszy rozsmarować jabłka (lub ułożyć owoce sezonowe) i przykryć go drugą (mniejszą) połową ciasta.
11. Brzegi obu części ciasta powinny być zlepione, żeby farsz był całkowicie „otulony” ciastem.
12. Jeżeli zostanie Wam trochę ciasta, możecie zrobić z niego dekoracje (tak jak ten kwiatek na wierzchu mojego wypieku)
13. Przykryć ściereczką i odstawić do podrośnięcia w ciepłe miejsce, na 15-20 min.
14. Następnie należy posmarować wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, wstawić do piekarnika rozgrzanego do 180°C (grzanie od góry i od dołu) i piec przez ok. 60-70 minut (do uzyskania złotego koloru; można też np. 15 min przed końcem pieczenia wyłączyć grzanie od góry, a dopiec jedynie spód) na środkowej półce piekarnika.

Oryginalny przepis na to ciasto pochodzi z bloga Czym Dziś w Kuchni Pachnie. Został zmodyfikowany (ryż zastąpiłam kaszą jaglaną, nie dodałam żółtka do farszu, dodałam jabłka prażone zamiast świeżych, itd.)

sobota, 6 stycznia 2018

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami, komosą ryżową i awokado

Ta sałatka pewnego dnia wyświetliła się na stronie głównej mojego prywatnego profilu na Pintereście. Urzekła mnie wyglądem, zainteresowała składem - słodkie ziemniaki (bataty), komosa ryżowa (quinoa), awokado... To ostatnie sprawiło, że przypomniałam sobie o opinii, wygłoszonej przez pewnego australijskiego biznesmena, który dorobił się na nieruchomościach. W jednym z wywiadów, które udzielał, pytany o rady dla młodych ludzi chcących kupić własne mieszkanie, powiedział: "Przestańcie kupować awokado". Jego zdaniem wydawanie pieniędzy na drogie produkty spożywcze i jedzenie "na mieście" sprawia, że młodych ludzi nie stać na własne mieszkanie, a ci z nich, którzy mieszkania się dorobili, ciężko na to pracowali i oszczędzali. Skoro samo kupowanie awokado pozbawia młodych ludzi szans na własne mieszkanie, trudno mi sobie wyobrazić, co ów trzydziestokilkuletni mędrzec powiedziałby o tej sałatce ;-) "Sałatka, która Cię zrujnuje"? Sałatka "Nigdy nie będzie Cię stać na własne mieszkanie"?

Muszę przyznać, że dla mnie fakt, czy coś jest tzw. superfoods czy nie, nie ma większego znaczenia (podobno mega superfoods to zwykła biała kapusta, ale nikomu nie opłaca się jej promować w ten sposób). Liczy się smak. No i wygląd też trochę, w końcu to właśnie zdjęcie tej sałatki wyłapane na Pintereście sprawiło, że ją zrobiłam. Koszt produktów do tej sałatki nie zrujnuje Waszego domowego budżetu, tym bardziej, że nie wyobrażam sobie, żebyście od wypróbowania tego przepisu pierwszy raz postanowili już nic innego nigdy nie jeść ;-)

Oprócz tego, że ładnie wygląda i dobrze smakuje, sałatka ta składa się ze składników, które uchodzą za "zdrowe" - świeże, naturalne, upieczone lub surowe, pełne składników odżywczych. Nie ma w niej mięsa ani nabiału, ale to wcale nie przeszkadza jej być naprawdę sycącym daniem. Fajne na kolację lub na lunch (ale z czosnkiem w dressingu), raczej nie na przystawkę, bo będzie problem ze zmieszczeniem dania głównego.

Autorką oryginalnego przepisu, który nieco zmodyfikowałam (nie dodaję suszonej żurawiny ani suszonych ziół, a dodaję pomidorki), jest Chelsea Lords, która prowadzi blog o nazwie "Chelsea's Messy Apron".

Sałatka z pieczonymi słodkimi ziemniakami i komosą ryżową



















Składniki (dla 4-6 osób, w zależności od rozmiarów apetytu ;-)
  • 2 średniej wielkości słodkie ziemniaki
  • 1 szklanka surowej komosy ryżowej
  • 1 duże awokado
  • ok. 250g pomidorków koktajlowych
  • 1 opakowanie świeżego młodego szpinaku
  • 1/2 szklanki oliwy z oliwek (właśnie dlatego ta sałatka jest taka sycąca ;-) + trochę do natłuszczenia ziemniaków
  • sok z 1/2 cytryny
  • 4 łyżki octu z czerwonego wina
  • 2 łyżki lejącego miodu lub syropu z agawy (mój dodatek, moim zdaniem bez tego dressing jest zbyt octowy)
  • 1 ząbek czosnku
  • 1,5 łyżki musztardy dijon (według autorki oryginalnego przepisu inna się nie nadaje)
  • opcjonalnie (mój dodatek): 1 łyżka musztardy francuskiej (= ziarnistej)
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: świeża bazylia i czarny sezam do posypania
Przygotowanie:
  1. ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy w dużą kostkę, a następnie natłuszczamy 2-3 łyżkami oliwy z ok. 1/4 łyżeczki soli, rozkładamy na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia i pieczemy przez 20 min w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni Celsjusza (grzanie od dołu i od góry, bez termoobiegu), po upieczeniu studzimy
  2. kaszę płuczemy na sitku pod bieżącą wodą, a następnie wsypujemy do garnka, zalewamy 2 szklankami wody, dodajemy szczyptę soli i gotujemy do momentu, aż woda wyparuje, a kasza będzie sypka, po ugotowaniu studzimy
  3. awokado obieramy, pozbywamy się pestki, kroimy w kostkę
  4. pomidorki myjemy i przekrajamy na połówki lub ćwiartki
  5. przygotowujemy dressing: łączymy czosnek obrany i przepuszczony przez praskę z sokiem z cytryny, musztardą (oba rodzaje), octem, miodem i oliwą, mieszamy, doprawiamy do smaku solą i pieprzem
  6. do miski wkładamy liście szpinaku i wsypujemy kaszę, wlewamy połowę dressingu i mieszamy, żeby kasza i liście szpinaku dobrze pokryły się dressingiem
  7. doprawiony szpinak z kaszą przekładamy na talerz lub talerze, na których sałatka będzie serwowana
  8. na szpinaku i kaszy układamy upieczone ziemniaki, pokrojone awokado i pomidorki, a następnie równomiernie polewamy drugą połową dressingu
  9. na końcu całość możemy posypać posiekaną świeżą bazylią i/lub czarnym sezamem 
Smacznego :-)



poniedziałek, 1 stycznia 2018

Czorne klóski

Moją i Wybranka tradycją od kilku lat jest gotowanie w Sylwestra jakichś kluchów, które umilą nam spędzanie tego wieczoru w dresach, na sofie. Próbowaliśmy różnych innych pomysłów na spędzenie ostatniego dnia mijającego roku, ale "imprezowanie" w domowych pieleszach okazało się najbardziej spójne z naszą naturą.

Kluchy to raczej określenie, obejmujące różnego rodzaju potrawy mączne :-) Odkąd ta tradycja się wykształciła (a raczej - została wykształcona), w naszym sylwestrowym menu gościły już: pyzy, kluski śląskie, azjatyckie pierożki z ciasta ryżowego gotowane na parze (niestety z jakichś powodów przepisu nie wrzuciłam na bloga, ale może naprawię ten błąd w tym roku), chinkali i kluski kładzione. W tym roku do listy dołączyły pochodzące ze śląska czorne klóski, czyli kluski z gotowanych i surowych ziemniaków, nazywane na Śląski również kluskami tartymi (bo surowe ziemniaki trze się na tarce) lub kluskami polskimi (dla odróżnienia ich od klusków śląskich). Określenie "czorne" pochodzi od koloru klusków, który jest tym ciemniejszy, im większy jest udział surowych ziemniaków w całej masie. U mnie było pół na pół, więc wyszły raczej szare.

Do zrobienia akurat tych klusków w Sylwestra 2017 zainspirowała mnie książka pt. "Ślónska kuchnia dla Hanysów i Goroli" autorstwa Joanny Furgalińskiej, którą przywiozłam z ostatniej służbowej wyprawy do Katowic. Wydało ją wydawnictwo PWN, ja kupiłam mój egzemplarz na dworcu PKP w Katowicach. Książka zawiera kilkadziesiąt przepisów na tradycyjne śląskie potrawy, które zostały przedstawione w formie obrazkowej. Obrazkom towarzyszą opisy poszczególnych czynności i składników w śląskiej gwarze.

Tym, co urzekło mnie w przepisie na czorne klóski, była bardzo krótka lista składników. Podczas gdy w wielu popularnych dziś daniach, szczególnie kuchni azjatyckiej, lista składników zdaje się nie mieć końca (szczególnie różnego rodzaju przypraw i sosów, z których korzystam raczej sporadycznie), w przypadku tego przepisu lista składa się z... dwóch pozycji: ziemniaków i soli. Nie ma tu żadnej wielkiej filozofii: bierzemy jakąś ilość ziemniaków (w oryginalnym przepisie jest 1,5kg, u mnie były 2 kg), połowę gotujemy, drugą połowę (surową) ścieramy na tarce, łączymy, gotujemy, i tyle. Jak to zwykle bywa z prostymi przepisami ważne są konkretne cechy składników - przekonałam się o tym, gdy wrzuciłam pierwszą porcję klusków do garna z wrzącą wodą. Ziemniaki, z których skorzystałam (przyznaję, przypadkowe), nie były najwyraźniej wystarczająco mączne, a przez to ciasto na kluski wyszło zbyt "luźne" i kluski zaczęły się rozpadać w trakcie gotowania. Dodałam więc 4 łyżki mąki ziemniaczanej i to pomogło. Przy kolejnych przygodach z czornymi kluskami albo będę z automatu dosypywała mąki, albo będę pilnowała, żeby kupić ziemniaki odpowiedniej odmiany (mącznej).

My pochłonęliśmy kluski z dodatkiem podsmażonej cebulki i boczku wędzonego, ale równie dobrze można je podać z jakimś sosem mięsnym lub grzybowym, jako dodatek do dania głównego.

Czorne klóski



















Składniki (dla 6 osób)
  • 2 kg ziemniaków
  • 4 łyżki mąki ziemniaczanej
  • sól do osolenia wody
Przygotowanie:
  1. Wszystkie ziemniaki obieramy i dzielimy na połowy
  2. Jedną połowę gotujemy w osolonej wodzie, a po ugotowaniu, jeszcze ciepłe, rozgniatamy lub przepuszczamy przez praskę, aby uzyskać gładką masę
  3. Drugą połowę ścieramy na tarce (na małych oczkach), najlepiej umieszczając w misce sitko i trąc ziemniaki na to sitko w celu zebrania uwalniającego się z tartych ziemniaków skrobiowego płynu, który będzie gromadził się na dnie miski, skapując z sitka
  4. Po utarciu ziemniaków, wyciskamy z nich resztę płynu, który sam nie wypłynął w trakcie tarcia (w oryginalnym przepisie płyn z ziemniaków wyciska się za pomocą gazy, ale nie sądzę, żeby gaza byłą standardowym elementem wyposażenia współczesnych kuchni, więc skorzystanie z sitka może być praktyczniejszym pomysłem)
  5. Płyn powinien podzielić się na dwie części - skrobię, która odkłada się na dnie miski, oraz wodę; skrobię zachowujemy, wodę wylewamy
  6. Łączymy ugotowane i surowe ziemniaki, dodajemy skrobię z tartych ziemniaków oraz mąkę ziemniaczaną, a następnie wyrabiamy na gładką masę
  7. Z masy formujemy okrągłe kluski wielkości dużego orzecha włoskiego, wrzucamy na osolony wrzątek, mieszamy i gotujemy przez ok. 2-3 minuty od wypłynięcia klusków na powierzchnię
  8. Serwujemy od razu po ugotowaniu, z omastą/sosem - najlepsze są świeże, acz odgrzewane również da się zjeść ;-)
Smacznego :-)

czwartek, 28 grudnia 2017

Pieczony camembert, czyli fondue na szybko

Pomysł na pieczony camembert powstał przy okazji rozważań nad możliwościami wykorzystania produktów zalegających w lodówce. Z łakomstwa zdarza mi się coś kupić, a potem leży to w lodówce i czeka na swoją kolej - w tym przypadku był to duży (250g) ser camembert w sklejkowym koszyczku marki Le Rustique (do kupienia w różnych supermarketach w Polsce). Sam pomysł upieczenia camamberta skopiowałam od Jamiego Olivera - kupiłam jego książkę pt. "Każdy może gotować" mojemu młodszemu Bratu (pozdrawiam :-) i sama ściągnęłam stamtąd kilka przepisów, m.in. na makaron z pieczonym serem camembert. W tym przepisie ser przygotowuje się tak, aby zmieszać go z makaronem, natomiast w przepisie, którym chciałabym się z Wami dziś podzielić, camembert jest serwowany w całości - płynny środek służy jako dip, a skórka jako naczynie, w którym ten dip serwujemy. Kupienie sera w sklejkowym koszyczku jest o tyle istotne, że pomaga on utrzymać ser w ryzach w trakcie pieczenia. W efekcie otrzymujemy camembertowe fondue w jadalnej miseczce (podpieczoną skórkę można na koniec zjeść, ale sklejkowego koszyczka jeść raczej nie polecam ;-)

Trudno mi teraz wskazać jedno konkretne źródło w internecie, z którego zaczerpnęłam technikę pieczenia i doprawiania sera. O ile się nie mylę, przejrzałam kilka stron i filmików na You Tube i na bazie dostępnych tam wskazówek, wypracowałam podejście zaprezentowane poniżej.

Polecam Wam to danie jako przekąskę do oglądania filmów/wydarzeń sportowych czy na imprezy - jest smaczne, a jego przygotowanie nie zajmuje dużo czasu. Do tego camembertowego fondue można serwować zarówno świeże warzywa pokrojone w łatwe do maczania słupki, jak i świeże pieczywo czy oliwki.

Pieczony camembert



















Składniki (dla 2 żarłocznych osób lub 4 osób z normalnym apetytem)
  • 1 duży ser camembert (250g) w sklejkowym koszyczku
  • 2 (normalnej wielkości) ząbki czosnku
  • 1 łyżka (płaska) płynnego miodu
  • 1 gałązka świeżego rozmarynu lub 3-4 gałązki tymianku
Przygotowanie:
  1. Piekarnik rozgrzewamy do temperatury 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  2. Camembert wyjmujemy ze sklejkowego koszyczka, odwijamy z papierka, papierek wyrzucamy, a ser wkładamy z powrotem do koszyczka, a koszyczek kładziemy na blaszce do pieczenia lub kawałku folii aluminiowej/papieru do pieczenia (w razie gdyby środek jednak wypłynął)
  3. Czosnek obieramy i kroimy w słupki, a następnie każdy słupek wtykamy w wierzch camemberta
  4. Naszpikowany czosnkiem wierzch sera polewamy miodem i posypujemy posiekanymi igłami rozmarynu lub listkami oskubanymi z łodyg tymianku
  5. Tak przygotowany ser wstawiamy do piekarnika, na środkową półkę, i pieczemy przez 20 min, do uzyskania lekko złotego koloru na wierzchu (ważne jest, aby piekarnik był rzeczywiście dobrze rozgrzany, a temperatura nie spadła w trakcie pieczenia - raz mi się to przytrafiło i mimo pieczenia sera przez 40 minut, fondue nie wyszło, wyszedł raczej camembertowy sernik...)
  6. Po upieczeniu wyjmujemy ser z piekarnika, nacinamy wierzch czubkiem ostrego noża i serwujemy (cały czas w sklejkowym koszyczku)
Smacznego :-)

niedziela, 22 października 2017

Zupa ogórkowa

Sezon zupny uważam za otwarty :-) Po wczorajszej grochówce, czas na ogórkową z kiszonych ogórków. To jedna z moich ulubionych zup, której nigdy nie odmówię. Moja mama gotowała ją często (obok kalafiorowej, rosołu z makaronem i żurku), to dla mnie jeden z najlepiej zapamiętanych smaków dzieciństwa.

Wydawało mi się, że z taką zupą niewiele kreatywnego można zrobić, ale myliłam się. Samo zblenderowanie i zmniejszenie ilości wody, w celu uzyskania zupy ogórkowej w postaci kremu sprawia, że zupa zyskuje nowe życie. Miałam okazję przekonać się o tym w Dworze Sanna, położonym niedaleko Janowa Lubelskiego, gdzie taka zupa była serwowana w sierpniu. Liczyłam, że uda mi się zrobić taki krem, ale niestety za szybko zjedliśmy zupę w klasycznym wydaniu, nic nie zostało do eksperymentów ;-)

Zupa ogórkowa




















Składniki (na 4-6 porcji):
  • 1,5 litra bulionu (u mnie wołowy)
  • płyn z kiszonych ogórków z 1-litrowego słoika z ogórkami (kwasu można dodać więcej, w zależności od preferencji)
  • 300g kiszonych ogórków
  • 2 średniej wielkości marchewki
  • 2 duże ziemniaki
  • 2 łyżki śmietany
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Marchew i ziemniaki myjemy, obieramy i kroimy w kostkę
  2. Ogórki ścieramy (u mnie ze skórką, ale można obrać - jeśli obieracie, weźcie nieco więcej ogórków niż 300g) na tarce o dużych oczkach
  3. Bulion łączymy z kwasem z ogórków, dorzucamy pokrojone marchew i ziemniaki oraz starte na tarce ogórki i gotujemy aż ziemniaki i marchew będą miękkie
  4. Przed podaniem zabielamy śmietaną (stopniowo ogrzewając śmietanę płynem z zupy, w osobnej miseczce, a dopiero gdy mieszanina będzie ciepła, wlewając do garnka) i doprawiamy do smaku solą i pieprzem
Smacznego :-)

sobota, 21 października 2017

Grochówka... miejska

W Warszawie przez cały roboczy tydzień panowała złota polska jesień. Wraz z nastaniem weekendu ze złotej zamieniła się w burą i mglistą. A może to nie mgła, tylko smog. Kto wie. Na taką aurę dobra jest ciepła zupa, najlepiej taka, jaką robiły nasze babcie czy mamy, przywołująca miłe wspomnienia z rodzinnego domu. Taki "comfort food", plaster na serce i na żołądek.

To może grochówka? W kuchni mojej mamy i babć nie gościła zbyt często, kojarzy mi się raczej z jakimiś obozami wędrownymi (gdzie grochówkę robiło się z proszku, wkrajając doń mielonkę, jak wspomina Wybranek) czy imprezami plenerowymi. I z kuchniami polowymi ustawionymi wzdłuż leśnych tras, które z rodzicami i rodzeństwem przemierzaliśmy. Pamiętam transparenty z ręcznie wypisanym "Wojskowa grochówka", ale nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek skorzystali z ich oferty gastronomicznej. Więc w sumie nie wiem, dlaczego zachciało nam się akurat grochówki :-)

Sprawdziłam kilka książek i blogów w poszukiwaniu przepisu, ale żaden mnie nie zachwycił, z tego prostego względu, że w większości pojawiały się wędzone żeberka (w jednej książce była grochówka na świńskich uszach, taka ciekawostka). Nie przypominam sobie, żebym widziała wędzone żeberka w jakimś mięsnym sklepie w Warszawie, a nie jestem na tyle ambitna, żeby wędzić sama (szczególnie, że wędzarni nie posiadam). Więc stwierdziłam, że zrobię grochówkę po swojemu, a na przekór większości przepisów, które prezentowały "grochówkę wiejską", moja będzie miejska. Bo w mieście gotowana przecież. Zamiast wędzonych żeberek (lub świńskich uszu) wzięłam wędzony boczek. W mojej zupie pojawił się też seler naciowy, a to dlatego, że kupiłam go do innej potrawy, ale całego nie zużyłam - żeby się nie zmarnował, stwierdziłam, że sprofanuję nim grochówkę. Niemniej jednak absolutnie nie jest to składnik w tym daniu niezbędny, jak najbardziej można go pominąć. Reszta składników raczej standardowa - łuskany suszony groch z torebki, ziemniaki, marchew, cebula, przyprawy. I bulion wołowy. Wyszła z tego całkiem smaczna zupa, polecam na zimnie i ciemne dni. Takie jak ta sobota w Warszawie.

Grochówka miejska


Składniki (na 4 duże porcje)
- 1,5 litra bulionu wołowego
- 400g grochu suszonego, łuskanego (polecam łuskany, bo - jak piszą mądre panie w mądrych książkach kucharskich - wówczas nie trzeba namaczać)
- 2 duże ziemniaki
- 2 duże marchewki
- 3 łodygi selera naciowego (opcjonalnie)
- 1 średniej wielkości zwykła biała cebula
- 150g wędzonego boczku
- suszony majeranek (ja dodałam 2 czubate łyżeczki, ale można zacząć od jednej i próbować, czy jest ok, czy trzeba dodać więcej)
- sól i pieprz do smaku

Przygotowanie
1. Boczek kroimy w kostkę i wrzucamy na dno garnka (bez dodatku tłuszczu), podsmażamy na niedużym ogniu do momentu, aż mięso się zarumieni i wytopi się tłuszcz
2. Cebulę obieramy, kroimy w kostkę i dorzucamy do garnka, podsmażamy razem z boczkiem przez kilka minut
3. Do cebuli i boczku dorzucamy groch, mieszamy i chwilę razem "smażymy" (o ile suszony groch można smażyć)
4. Do garnka wlewamy bulion i gotujemy przez ok 20 minut
5. Marchew i ziemniaki myjemy, obieramy, kroimy w niedużą kostkę
6. Seler myjemy i kroimy na małe kawałki
7. Po 20 minutach gotowania grochu w bulionie, dodajemy pokrojone warzywa i gotujemy razem do momentu, aż groch będzie na tyle miękki, że zacznie się rozpadać, a pozostałe warzywa też będą miękkie
8. Doprawiamy solą, pieprzem i suszonym majerankiem wedle uznania

Smacznego :-)