niedziela, 23 października 2016

Pieróg z kaszą gryczaną i ziemniakami

Pieróg z ciasta z nadzieniem to danie pochodzące z moich rodzinnych stronach (Podkarpacie). Dziś chyba już prawie nikt takiego ciasta nie piecze, może poza członkiniami kół gospodyń wielkich z różnych części regionu. Kiedyś było serwowane "od wielkiego dzwona". Pieczone z białej mąki pszennej, która kilkadziesiąt lat temu była rarytasem (na co dzień ludzie jedli razową), z różnego rodzaju nadzieniem, było przygotowywane na święta i rodzinne uroczystości. Nie udało mi się niestety dojść do tego, dlaczego to się nazywa "pieróg". Zakładam, że chodzi o to, że jest robione z dwóch kawałków ciasta, między które wkłada się nadzienie, a potem skleja. Oto analogia do pieroga ;-)

Z dzisiejszej perspektywy kombinacja ciasta drożdżowego, ziemniaków i kaszy gryczanej może wydawać się dość nietypowe, niemniej jednak jak już to ciasto upieczecie, przekonacie się, że to nie jest wcale taki głupi pomysł :-) Polecam jako urozmaicenie (nie)codziennych posiłków :-)

Pieróg z kaszą gryczaną i ziemniakami*







































Składniki (forma, w której przygotowałam wypieki na obronę ma następujące wymiary: 23 cm x 18 cm x 7 cm, to była jednorazowa forma aluminiowa marki Jan Niezbędny):

NA CIASTO
  • 1/2 szklanki mleka (125ml)
  • 25 g drożdży (świeżych)
  • szczypta cukru
  • 2 jajka (najlepiej przechowywane w temp. pokojowej albo wyjęte wcześniej z lodówki)
  • 2 łyżki oleju
  • ok. 250 g mąki pszennej (w oryginalnym przepisie pojawia się stwierdzenie „ile ciasto zabierze”, w trakcie wypróbowywania przepisu wyszło mi, że ok 250 g powinno być ok, ale można zacząć od mniejszej ilości, np. 200 g, i obserwować, jak się będzie „zachowywało” ciasto)
  • tłuszcz do wysmarowania formy
NA FARSZ
  • 1 szklanka kaszy gryczanej (surowej, palonej)
  • 1 kg ziemniaków (po obraniu i ugotowaniu, czyli ok 1,2 kg surowych; nie ma tu większego znaczenia, czy stare czy młode ziemniaki)
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 1 łyżka oleju do usmażenia cebuli
  • sól, pieprz – do smaku
Przygotowanie:
  1. Drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku ze szczyptą cukru, dodajemy 1 łyżkę mąki i odstawiamy zaczyn do wyrośnięcia
  2. Gdy zaczyn podrośnie, dodajemy pozostałe składniki (1 jajko, olej i mąkę), wyrabiamy ciasto (można w robocie kuchennym; gotowe ciasto powinno być gładkie, elastyczne
    i nie powinno lepić się do rąk), i odstawiamy do wyrośnięcia (do podwojenia objętości;
    ja często wyrabiam ciasto w metalowej misce, którą następnie wstawiam do lekko rozgrzanego piekarnika, tak do ok. 40°C)
  3. Następnie gotujemy ziemniaki i przepuszczamy je przez praskę do ziemniaków lub tłuczemy na gładko
  4. Kaszę gotujemy na na sypko, a cebulę drobno siekamy i rumienimy na oleju
  5. Wszystkie składniki na farsz (ziemniaki, kasza, cebula) należy łączymy oraz doprawiamy solą i pieprzem do smaku (wedle Waszych upodobań)
  6. Wyrośnięte ciasto dzielimy na dwie części (w stosunku 2:3), obie rozwałkowujemy 
  7. Większą częścią ciasta wykładamy dno natłuszczonej blachy (tak, aby brzegi ciasta zachodziły na ścianki blachy)
  8. Na tak przygotowany spód wykładamy farsz i przykrywamy go drugą (mniejszą) połową ciasta; brzegi obu części ciasta powinny być zlepione, żeby farsz był całkowicie „otulony” ciastem; jeżeli zostanie Wam trochę ciasta, możecie zrobić z niego dekoracje (tak jak ten warkocz na wierzchu mojego wypieku)
  9. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do podrośnięcia w ciepłe miejsce, na 15-20 min
  10. Następnie smarujemy wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180°C (grzanie od góry i od dołu) i pieczemy przez ok. 50 minut (do uzyskania złotego koloru; można też np. 10 min przed końcem pieczenia wyłączyć grzanie od góry, a dopiec jedynie spód) na środkowej półce piekarnika
  11. Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika i serwujemy na ciepło (powinno trochę przestygnąć, zanim zaczniecie je kroić)
Ja podaję to danie w towarzystwie surówki z kapusty kiszonej gulaszu, jak na załączonym obrazku. Myślę, że doskonale sprawdzi się też w towarzystwie sosu grzybowego i ogórków kiszonych. Podsmażone grzyby (czy to leśne, czy pieczarki) można też z powodzeniem dodać do farszu, dobrze powinna sprawdzić się też podsmażona wędlina (boczek, kiełbasa lub inna wędzona).

*Przepis pochodzi z książki autorstwa Aliny Bosak i Urszuli Sobol pt. „Kulinarne wędrówki po Podkarpaciu”. Ilość składników na ciasto zmniejszyłam o połowę w stosunku do oryginalnego przepisu – jak pierwszy raz zrobiłam to danie trzymając się wskazówek z książki wyszło, że albo ciasta jest 2x za dużo na taką ilość farszu albo farszu 2x za mało na taką ilość ciasta.

sobota, 22 października 2016

Hummus w izraelskim stylu

Hummus to jedna z moich ulubionych przekąsek, chyba najczęściej robione przeze mnie w domu danie. Przed podróżą do Izraela zawsze robiłam je na bazie zmodyfikowanego przepisu Tomka Woźniaka, w którym do tej pasty z cieciorki dodaje się świeży czosnek i oliwę. Natomiast przepis, który poznałam w Izraelu, w trakcie lekcji gotowania z Orly Ziv, nie zawiera żadnego z tych składników (tzn. oliwa jest tylko dodatkiem, którym polewa się - lub nie - gotową pastę z cieciorki).

Hummus, który jedliśmy w Izraelu, bardzo nam smakował. Gdy po powrocie do domu wypróbowaliśmy przepis z książki Orly, okazało się, że to jest właśnie to, udało się odwzorować smak zapamiętany z wakacji, co wcale nie jest takie łatwe ani oczywiste, bo najważniejsze są składniki. Co najmniej kilka razy rozczarowaliśmy się, próbując odwzorować w domu potrawy, które jedliśmy w podróży, ale często to po prostu nie jest to, bo np. warzywa dostępne w Polsce, nawet w szczycie sezonu, nie smakują tak, jak warzywa dojrzewające w słońcu i cieple przez kilka tygodni. Takim trochę rozczarowaniem była szakszuka, czyli jajka sadzone na pikantnym sosie pomidorowym. Nie pomogło nawet to, że użyliśmy dobrej jakości pomidorów pelati z puszki. Musieliśmy dodać sporo cukru, żeby sos choć trochę zbliżył się do oryginału, bo nasze pomidory były za mało słodkie z natury.

Hummus z tego przepisu jest nieco bardziej czaso-/pracochłonny niż ten, który robiliśmy wcześniej. Nie robi się go z cieciorki z puszki, ale z samodzielnie ugotowanej z dodatkiem cebuli, czosnku i kminu rzymskiego. Do pasty z tak przygotowanej cieciorki dodaje się tylko tahinę, sok z cytryny i sól, a odpowiednią konsystencję uzyskuje się, dodając wody, w której gotowana była cieciorka.

Hummus w izraelskim stylu*



















Składniki:
  • 2 szklanki suszonej cieciorki
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 5 ząbków czosnku
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 1 pęczek natki
  • 4-5 łyżek tahiny
  • sok z 1 cytryny
  • sól
  • oliwa z oliwek
  • mielona słodka papryka
  • dodatkowa świeża natka pietruszki do posypania
Przygotowanie
  1. suszoną cieciorkę wsypujemy do garnka, wlewamy wodę (tak, żeby przykryła fasolkę) i zostawiamy na noc albo pół dnia do namoczenia (co najmniej raz należy wymienić wodę)
  2. namoczoną cieciorkę odcedzamy, wsypujemy do garnka, dodajemy obraną i pokrojoną w piórka cebulę, obrane ząbki czosnku w całości, pęczek umytej natki w całości i kmin rzymski
  3. do napełnionego garnka wlewamy dużą ilość wody i gotujemy do momentu, aż cieciorka będzie miękka
  4. gdy cieciorka się ugotuje, odlewamy trochę płynu do miseczki (max. 1 szklankę), a następnie odcedzamy cieciorkę
  5. z ugotowanej cieciorki (bez cebuli, czosnku i natki) odstawiamy na bok 1/4 szklanki, a resztę przekładamy do kielicha blendera (lub innego robota kuchennego), dodajemy tahinę, sok z cytryny, sól (wedle uznania) i mielimy, dolewając stopniowo wodę z gotowania, do uzyskania pożądanej konsystencji (gęstej śmietany)
  6. gotową pastę przekładamy do naczynia do serwowania, na wierzchu układamy odłożoną wcześniej cieciorkę, polewamy niedużą ilością oliwy z oliwek, posypujemy szczyptą mielonej papryki i posiekaną natką
Podajemy na z pieczywem i/lub pokrojonymi warzywami (to akurat nie jest izraelski wynalazek ;-). W Izraelu hummus podaje się z jajkami ugotowanymi na twardo w szybkowarze, co sprawia, że białko nabiera lekko różowego koloru.



















Smacznego :-)

*przepis pochodzi z książki "Cook in Israel" autorstwa Orly Ziv


niedziela, 25 września 2016

(Wybrane) Smaki Izraela

Myśl o podróży do Izraela "zalegała" w mojej głowie od jakiegoś czasu. To "wina" Beaty, mojej koleżanki z pracy, która do Izraela jeździ regularnie i wypowiada się o tym kraju w samych superlatywach. Z natury jestem tchórzem, w dodatku ulegającym stereotypom, więc na początku opowieści Beaty budziły we mnie zdziwienie, że ktoś może chcieć jeździć do tego kraju pozostającego w stanie permanentnej wojny. Z czasem jednak zaczęłam zmieniać zdanie, a im więcej czytałam na temat Izraela (gorąco polecam książkę Polki mieszkającej w Izraelu od ponad 20 lat, Eli Sidi, pt. "Izrael oswojony"), tym bardziej chciałam tam pojechać. Nie bez znaczenia był również fakt, że kolega pracujący w tej samej firmie, co ja i wykonujący podobną pracę do mojej, Izraelczyk z polskimi korzeniami (dziadkowie "wyjechali" z Wrocławia w latach 50-tych), mąż, ojciec 3 dzieci, miłośnik dobrego jedzenia, mieszkający na stałe w Tel-Awiwie, zachwalał to miasto i ten kraj pod wieloma względami. A że mamy dobrą relację, podobne zainteresowania (jedzenie) i poczucie humoru, nie miałam powodów, by mu nie wierzyć. Ziarenko ciekawości zostało zasiane i tak sobie kiełkowało, wiercąc dziurę w mojej głowie, aż ta dziura stała się za duża, żeby udawać, że jej nie ma. Udało mi się przekonać do pomysłu podróży do Izraela mojego Wybranka i w ten oto sposób marzenie zostało zrealizowane :-)

Przed wyjazdem, znajomi, którzy mieli już okazję być w Izraelu, trochę nas przestrzegali przed procedurami bezpieczeństwa na lotnisku, przygotowaliśmy się więc - psychicznie - na ostre przepytywanie i sprawdzanie bagażu. Lecieliśmy izraelskimi liniami lotniczymi, El Al, kontrola rzeczywiście była bardziej szczegółowa niż w przypadku lotów do europejskich krajów czy choćby do Zjednoczonych Emiratów Arabskich (w innych miejscach nie byłam, więc się nie wypowiadam), ale przeprowadzona w sposób bardzo rzeczowy, kulturalny, nienachalny i niepowodujący uczucia dyskomfortu po naszej stronie. Wizę dostaliśmy już na miejscu, na lotnisku im. Bena Guriona w Tel-Awiwie, również bez problemów.  Z lotniska do miasta dostaliśmy się pociągiem, co trwało zaledwie kilkanaście minut. Wyzwaniem okazało się odnalezienie się w mieście po wyjściu z dworca kolejowego, na ulicy był duży ruch, a napisy są po hebrajsku, więc zdecydowaliśmy się na skorzystanie z taksówki, którą dzieliliśmy z osobą, jadącą w podobnym kierunku (to raczej typowy obrazek w Tel-Awiwie, że ludzie dołączają do innych pasażerów, żeby zapłacić mniej). Mieszkaliśmy w wynajętym mieszkaniu (typu studio, znalezione przez booking.com), przy ulicy Bena Yehudy, blisko plaży. Ta część miasta przypomina każde inne spore śródziemnomorskie miasto, na ulicach w zasadzie nie widać osób wyznania mojżeszowego w tradycyjnych strojach, niewielu jest też przechodniów w strojach charakterystycznych dla krajów arabskich - częściej można ich spotkać w najstarszej części miasta, Jaffie.

Większość naszego kilkudniowego pobytu w Izraelu spędziliśmy właśnie w Tel-Awiwie, pojechaliśmy na jeden dzień do Jerozolimy (autobusy do Jerozolimy odjeżdżają z dworca Terminal 2000 co 10-15 minut, podróż trwa ok 1 godziny) i na jeden dzień nad Morze Martwe (do miejscowości Ein Bokek; przez Jerozolimę; podróż trwała ok. 3h w jedną stronę). Izrael bardzo nam się podobał, pozostał duży niedosyt. Jeden dzień na Jerozolimę to zdecydowanie za mało (jest naprawdę dużo do zobaczenia i wydaje mi się, że warto jednak udać się tam z przewodnikiem, żeby - tak jak my - nie marnować czasu na szukanie transportu z dworca autobusowego do starego miasta, bo kilka autobusów miejskich, które rzekomo dowożą na starówkę, nie przyjechało lub na szukanie pierwszej stacji Drogi Krzyżowej biegnącej wzdłuż Via Dolorosa). Jerozolima zrobiła na nas ogromne wrażenie, mnóstwo wąskich uliczek, wzdłuż których biegną stragany, funkcjonowanie obok siebie różnych kultur (zaraz za Ścianą Płaczu, świętym miejscem dla żydów, znajduje się Meczet na Skale, święte miejsce dla muzułmanów), zupełnie inny świat. Coś niesamowitego. Z przeczytanych opisów wynika, że warto pojechać również do Hajfy, kusi też Nazaret i Betlejem, ale szczerze mówiąc stchórzyłam, jak przeczytałam, że aby się tam dostać, trzeba przechodzić przez wojskowe punkty kontrolne. Uznałam, że jednak bezpieczniej będzie pojechać innym razem i z przewodnikiem. Plan jest taki, żeby wrócić do Izraela na kolejną wycieczkę, o ile będziemy mogli sobie na to pozwolić, bo Izrael to bardzo droga destynacja, zarówno dla turystów (nawet Brytyjczycy, przy kursie funta do szekla prawie 6:1, narzekali), jak i dla obywateli/stałych mieszkańców tego kraju.

Mieszkańcy Izraela pochodzą z różnych części świata, są wśród nich m.in. żydzi sefardyjscy (pochodzący z Półwyspu Iberyjskiego) i aszkenazyjscy (pochodzący z Europy Środkowo-Wschodniej), których kultura kulinarna różni się w znacznym stopniu. Koszerność jest ważna głównie dla żydów ortodoksyjnych (według różnych statystyk stanowią ok. 10-20% społeczeństwa), którzy ściśle przestrzegają religijnych nakazów i zakazów dotyczących diety, pozostali Izraelczycy (żydzi świeccy) nie przywiązują do tego aż tak dużej wagi, a większość z nich zupełnie nie przejmuje się tym, czy coś jest koszerne, czy nie. "Im więcej boczku, tym lepiej" - jak powiedział mój znajomy, gdy planował podróż do Polski i prosił, żebym poleciła mu restauracje w Warszawie, na co ja - nieco skrępowana - odpowiedziałam pytaniem o to, czy to powinny być miejsca serwujące koszerną żywność. W Izraelu mieszkają również Arabowie, których zwyczaje żywieniowe wywarły ogromny wpływ na to, co w tym kraju się konsumuje. Spędzając czas głównie w żydowskiej części Tel-Awiwu, miasta nowoczesnego i liberalnego, mieliśmy okazję poznać tylko bardzo mały wycinek kultury kulinarnej tego kraju.

Od jakiegoś czasu staramy się w trakcie wakacyjnych wyjazdów brać udział w lekcjach z lokalnej kuchni. Zaczęło się od Nicei, potem Lizbona, również w Tel-Awiwie udało nam się skorzystać z takiej możliwości. Mieliśmy przyjemność spacerować po bazarze (Carmel)) i próbować różnego rodzaju lokalnych specjałów (humus, ful, burika, burekas, różnego rodzaju pieczywo, falafel), a następnie uczyć się przygotowywania niektórych z nich z Orly Ziv z Cook in Israel. Mieliśmy okazję zweryfikować np. naszą wiedzę na temat przygotowywania hummusu - w domu robiliśmy go zwykle według tego przepisu, natomiast Orly nie dodaje czosnku ani oliwy do tej pasty, oliwą jedynie polewa gotowy hummus. Nauczyliśmy się też robić bardzo popularną w kartach dań warszawskich śniadaniarni szakszukę, wypiekać chałkę czy przygotowywać bardzo ciekawą w smaku sałatkę z palonego bakłażana z pastą sezamową (tahina) i owocami granatu. To, co było w tym kursie wyjątkowe, to to, że Orly zaprosiła nas do siebie do domu na naukę gotowania, gdzie krzątał się jej mąż, a do kuchni raz po raz wpadały córki. Orly nie je mięsa i owoców morza, a więc to, co nam pokazała, bazowało na warzywach, było też jedno danie rybne. Jak sama podkreśliła, jej styl gotowania bazuje na kuchni żydów sefardyjskich, a więc "gefilte fisz" nie serwuje (to danie typowe dla żydów aszkenazyjskich). Jeżeli mówicie po angielsku (lub po hebrajsku) w stopniu umożliwiającym Wam swobodną rozmowę na tematy kulinarne i będziecie mogli pozwolić sobie na sfinansowanie tego kursu (droższy niż większość jednodniowych kursów kulinarnych w Polsce), polecam Wam gotowanie z Orly - można się dużo nauczyć i spędzić kilka (8) godzin w bardzo miłej atmosferze. Przepisy, którymi się z nami podzieliła, na pewno wypróbuję i postaram się zaprezentować chociaż część z nich na blogu.

















Poznawać lokalną kuchnię staraliśmy się również poza kursem. Korzystając z podpowiedzi mojego izraelskiego znajomego oraz rekomendacji z przewodnika Lonely Planet oraz opinii z portalu TripAdvisor, mieliśmy okazję zjeść pyszny humus i falafel (polecamy Falafel Gabay, niekiedy pisany też przez "i", a więc Falafel Gabai), czyli kotleciki z ciecierzycy smażone w głębokim tłuszczu, podawane z różnymi warzywami i sosem na bazie pasty sezamowej, często w picie, sabih (polecamy miejsce, które nazywa się Falafel HaKosem, gdzie "hakosem" oznacza podobno "magika" i wiele osób odnosi się do tego miejsca jako "the magician"), czyli grube plastry bakłażana smażone w głębokim tłuszczu, podawane z jajkiem gotowanym na twardo, warzywami, w picie, czy też szakszukę (polecamy miejsce o nazwie Shakshukia), czyli jajka sadzone na sosie ze świeżych pomidorów, doprawionym aromatycznymi przyprawami. Wszystkie te dania były bardzo smaczne i jeszcze bardziej sycące, w efekcie czego ograniczyliśmy liczbę posiłków do maksimum dwóch dziennie (z trzech w moim przypadku i pięciu w przypadku Wybranka ;-) Do tego świeżo wyciskane soki z pysznych pomarańczy, granatów i innych owoców, oferowane w malutkich sklepikach, których pełno jest na ulicach miasta. No i chałwa. Podobno najlepsza jest ta produkowana przez firmę Halva Kingdom, działającą od prawie 70 lat - stoisko tej firmy znajduje się np. w Sarona Market, czyli na pięknym, nowoczesnym rynku, urządzonym na parterze biurowca, gdzie można skosztować potraw z całego świata. My, trochę przejedzeni falafelami i hummusem, skusiliśmy się tam na zupę ramen ;-)























Szczerze polecam Izrael jako cel podróży, zarówno amatorom jedzenia, jak i osobom zainteresowanym pięknymi krajobrazami (Morze Martwe i otaczająca je pustynia, wraz z kanionami przypominającymi te z Kolorado), historią (czyż to nie kolebka naszej cywilizacji?), religią (nie muszę chyba wyjaśniać) czy po prostu chcących się wygrzać na plaży (aczkolwiek znam tańsze miejsca, w których można to zrobić ;-) I na koniec jeszcze ogromne podziękowania dla Beaty za to, że zachęciła mnie do odwiedzenia tego miejsca - dziękuję. Było dokładnie tak, jak opowiadała - piękne krajobrazy, super pogoda (słońce i 30 stopni w połowie września), bardzo przyjaźni ludzie (w dodatku w większości mówiący po angielsku), luźna atmosfera.
















Moje największe obawy przed wyjazdem do Izraela dotyczyły bezpieczeństwa - z perspektywy czasu muszę przyznać, że przebywając głównie w Tel-Awiwie, nie było się czego bać. Owszem, na porządku dziennym są kontrole z użyciem wykrywacza metali na wejściu do dworców, centrów handlowych, zabytków, oraz widok funkcjonariuszy policji czy żołnierzy spacerujących ulicami miasta z ostrą bronią w ręku, ale po pierwszym szoku szybko przestałam zwracać na to uwagę. Przeczytawszy sporo różnych publikacji na temat Izraela oraz obserwując, jak dużą wagę przywiązuje się do bezpieczeństwa na miejscu, mam takie przekonanie, że "jeżeli żydzi czegoś nie upilnują, to znaczy, że to było nie do upilnowania". Czy w Europie jest bezpieczniej? Wydarzenia ostatnich miesięcy pokazały, że niekoniecznie...

P.S. W sferze kulinarnej mamy sporo do zrobienia, bo - jak powiedział mi znajomy z Izraela - "polskie jedzenie" to tam synonim szarej brei, co zapewne zawdzięczamy niektórym daniom przygotowywanym przez środkowoeuropejskich żydów (jakaś rozgotowana kapusta np.). I ten znajomy, i Orly, mówili, że coraz więcej turystów z Izraela odwiedza Polskę, więc mamy okazję, żeby udowodnić, że polskie jedzenie to zupełnie coś innego, niż im się wydaje. Mamy sporo stereotypów do obalenia, po obu stronach.

niedziela, 28 sierpnia 2016

Muffiny cytrynowe z cukinią

Pierwszy raz zrobiłam te muffiny, żeby wykorzystać duży zapas cukinii. A kolejne porcje upiekłam dlatego, że były bardzo dobre. Nawet Wybranek, mający do wypieków bardzo selektywne podejście, się skusił. Co więcej, stwierdził, że to są muffiny na 100 punktów w 100-punktowej skali :-) Gdyby jednak ktoś podejrzewał, że ta ocena ma związek nie tyle z rzeczywistymi walorami tego wypieku, co z łączącą nas relacją, śpieszę z wyjaśnieniem, że inni członkowie rodziny oraz znajomi z pracy przychylili się do oceny przyznanej przez Wybranka ;-)

Smaku cukiniinie nie czuć (w mojej ocenie cukinia sama w sobie smaku nie ma za wiele, a dokładnie - ma taki smak, jaki się jej nada), od razu mówię, gdyby ktoś bał się spróbować (no bo jak to, babeczki z warzywem?). Cukinia nadaje muffinom wilgotności i lekkości. Babeczki nie są zbyt słodkie, mają lekko cytrynowy smak. Kopa całości daje lukier na bazie soku z cytryny.

Przepis pochodzi z bloga Moje Wypieki. Próbowałam zastępować śmietanę jogurtem (bo jogurt mam w domu częściej), a olej rozpuszczonym masłem - w kazdej konfiguracji efekt był bardzo dobry :-) 

Cytrynowe muffiny z cukinią


Składniki (na ok. 18 muffinów o średnicy 5 cm)

NA CIASTO
- ok. 230 surowej cukinii (po odkrojeniu końcówek i usunięciu gąbczastego środka z pestkami), może być biała albo zielona, nie ma to większego znaczenia (może poza tym, że kawałki zielonej są bardziej widoczne w cieście niż żółtej)
- 250g mąki
- 2 łyżeczki proszku do pieczenia
- 1/2 łyżeczki sody oczyszczonej
- 1/3 łyżeczki mielonego kardamonu
- szczypta soli
- 130g cukru (w oryginale 150g)
- 1 opakowanie (15-16g) cukru waniliowego (w oryginale brak)
- 2 jajka
- 1 cytryna
- 125g jogurtu naturalnego lub śmietany (w oryginale jest śmietana)
- 75g masła (w oryginale 125ml oleju)

NA LUKIER
- 1 szklanka cukru pudru
- 3 łyżki soku z cytryny (w oryginale dodaje się też skórkę z cytryny)

Przygotowanie
1. Łączymy mąkę, proszek do pieczenia, sodę, kardamon i sól
2. W osobnym naczyniu łączymy oba rodzaje cukru i jajko, roztrzepujemy lekko trzpaczką, a następnie dodajemy skórkę otarta z cytryny i wyciśnięty z niej sok, jogurt (lub śmietanę) oraz rozpuszczone i wystudzone masło (lub olej)
3. Łączymy obie mieszaniny (wystarczy dobrze wymieszać łyżką, nie trzeba mikserem czy robotem kuchennym), a nastęopnie dodajemy startą na tarce cukinię (na grubych lub na mniejszych oczkach, na smak nie ma to woływu ;-)
4. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza (grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu)
5. Formę do pieczenia mufiinów wykładamy papilotkami, nakładamy ciasto (po ok 1,5 łyżkiw przypadku muffinów o średnicy 5 cm)
6. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy ok 28 min, do suchego patyczka i lekko złotego koloru na wierzchu (w oryginale piecze się w temperaturze 170 stopni, przez 25 min)
7. Upieczone muffiny wyjmujemy z pieca i studzimy
8. Po wystudzeniu polewamy lukrem z soku z cytryny i cukru pudru - ja dodaję mniej cukru niż w oryginalnym przepisie (1,5 szklanki), żeby cukier był bardziej płynny i częściowo wsiąkł w babeczkę

Smacznego :-)


środa, 17 sierpnia 2016

Ciasto z cukinią i jabłkami

Odwiedziny u Dziadka zwykle kończą się powrotem do domu z bagażnikiem pełnym plonów z działki (lato) lub przetworów (pozostałe pory roku). Korzyści są obupólne - dziadek cieszy się, że może się podzielić owocami swojej pracy, a ja cieszę się z warzyw i owoców z pewnego źródła czy z przygotowanych z ich wykorzystaniem przetworów. Efektem ubocznym tej całej działkowej historii jest to, że Dziadek, rocznik 1931, prawdopodobnie m.in. dzięki aktywności fizycznej w ogrodzie, jest w znacznie lepszej formie nie tylko niż wielu jego równieśników, ale również niż niejeden 10 czy nawet 20 lat młodszy pan. Cały czas łudzę się, że aktywność fizyczna nie ma znaczenia, ale w swojej najbliższej rodzinie mam dowód na to, że wręcz przeciwnie...

Po ostatniej wizycie u Dziadka, wróciliśmy do domu obładowani cukinią i jabłkami odmiany antonówka śmietankowa. Pojawiła się zagwostka, co z tym całym cukiniowo-jabłkowym fantem zrobić. Nie żeby to był jakiś niefart, ale przy takim urodzaju trudno, aby cukinia czy jabłka nie popadły w niełaskę wskutek zbyt częstego goszczenia na stole ;-) Pojawiają się więc dylematy pt. jak zużyć ten cały zapas, żeby nie nieć dość. Wyobrażam sobie, że może to przypominać mityczne wysiłki rodziców, żeby przemycić warzywa w daniach serwowanych dzieciom i żeby te dzieci nie odmówiły konsumpcji.

Cukinia ma smak bardzo neutralny, żeby nie powiedzieć - mdły, dzięki czemu nadaje się jako baza/wypełniacz zarówno do wytrawnych, jak i słodkich dań. Robiłam już ciasta z cukinią i wiedziałam, że dodatek tego warzywa nadaje im lekkości i wilgotności. Tak było i tym razem. Skorzystałam z przepisu z bloga Najsmaczniejsze.pl, wprowadzając kilka modyfikacji. W cieście znalazły zastosowanie również jabłka, bo mój wypiek był z dodatkiem cynamonu i tych owoców. Ciasto miałam wziąć do pracy, żeby nie leżało i nie kusiło w domu (szczególnie, że z nas dwojga najczęściej tylko ja pochłaniam wypieki, Wybranek bardzo sporadycznie i selektywnie), ale oczywiście zapomniałam zabrać ze sobą przygotowanej do zabrania blachy z ciastem, a że to był piątek, musiałam się poświęcić w weekend i kawałek po kawałku pochłonąć je w pojedynkę. Gdybym tam w innych dziedzinach była równie zmotywowana i zaangażowana...

Ciasto jest wilgotne, niezbyt słodkie, smaczne. Polecam tym z Was, którzy niebezpiecznie zbliżają się do momentu przejedzenia cukinią (nie czuć jej w cieście ;-) i tym, którzy próbują komuś przemycić warzywa w diecie. Amatorom czekoladowych wypieków polecam też przepis na czekoladowe ciasto z dodatkiem tego warzywa.

Ciasto z cukinią i jabłkami



















Składniki (na blachę o wymiarach ok 20x30 cm)
  • 250 g cukinii (2 nieduże cukinie, ja miałam zielone, ale żółte też mogą być, będą mniej widoczne ;-)
  • 250 g mąki pszennej
  • 150 g masła
  • 150 g cukru trzcinowego
  • 3 jajka
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka ekstraktu waniliowego
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu (w oryginale brak)
  • szczypta soli
  • 4 nieduże jabłka (w oryginale drylowane czereśnie, 150g)
Przygotowanie:
  1. masło wyjmujemy z lodówki z wyprzedzeniem, żeby zmiękło
  2. cukinię myjemy, usuwamy gniazda nasienne i ścieramy na tarce, na drobnych oczkach
  3. jabłka myjemy, obieramy, część kroimy w kostkę, a część w ósemki
  4. jajka miksujemy z miękkim masłem i cukrem, do uzyskania jednolitej masy
  5. w osobnym naczyniu mieszamy mąkę z proszkiem do pieczenia, cynamonem i szczyptą soli
  6. następnie stopniowo dodajemy suchą mieszaninę do mokrej, mieszając za pomocą miksera/robota kuchennego
  7. do masy dodajemy startą cukinię i mieszamy
  8. na koniec do masy dorzucamy pokrojone w kostkę jabłka
  9. rozgrzewamy piekarnik do 220 stopni Celsjusza
  10. blachę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia, wykładamy masę i wyrównujemy, na wierzchu układamy pokrojone w ósemkę jabłka
  11. wstawiamy do piekarnika, pieczemy przez 10 minut, a następnie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni Celsjusza i pieczemy przez kolejnych 40 minut (do uzyskania suchego patyczka)
  12. po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika, podajemy wystudzone
Smacznego :-)

wtorek, 16 sierpnia 2016

Kurczak cytrynowy

Kolejny przepis na (trwające wciąż) lato. Kolejny przepis z kurczakiem (Wybranek nakupił, więc trzeba było zużyć). Tym razem z cytryną, zainspirowany przepisem z New York Times, znalezionym na Pintereście, i już kiedyś wypróbowanym, a w dodatku bez modyfikacji (bardzo dobry, polecam). Żeby nie wyszło łyso, dodałam żółtą cukinię, dzięki czemy danie nie jest blade, szczególnie, że zaserwowałam je z makaronem ryżowym. Polecam na lato i nie tylko, bo składniki są dostępne w zasadzie cały rok.

Kurczak cytrynowy



















Składniki (dla 2-3 osób)
  • 300g mięsa z piersi kurczaka (zagrodowego)
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • 1 średniej wiekości żółta cukinia
  • 1 cytryna
  • 2 szalotki
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżeczka suszonego tymianku
  • 1/2 szklanki bulionu drobiowego lub warzywnego
  • 1 łyżeczka mąki pszennej
  • 1 łyżka masła
  • sól i pieprz do smaku
  • 250g makaronu ryżowego (wstążki)
Przygotowanie
  1. mięso opłukać, osuszyć, oczyścić i pokroić w kostkę, oprószyć solą i pieprzem
  2. cytrynę porządznie wyszorować, skórkę zetrzeć, sok wycisnąć
  3. szalotki i czosnek obrać, drobno posiekać
  4. cukinię umuć, wydrążyć gąbczasty środek, resztę pokroić w kostkę
  5. na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy kawałki kurczaka i podsmażamy do lekkiego zrumienienia
  6. zdejmujemy kawałki mięsa z patelni, wrzucamy posiekaną cebulę, czosnek i tymianek, a następnie podsmażamy na tym samym tłuszczu, na którym smażył się kurczak, na niedużym ogniu (do zeszklenia, nie do zbrązowienia)
  7. do podsmażonej cebuli i czosnku dodajemy sok i skórkę z cytryny, mieszamy
  8. dorzucamy podsmażonego wcześniej kurczaka, wlewamy wodę i dusimy (bez przykrycia) przez chwilę
  9. w osobnym naczyniu mąkę łączymy z odrobiną płynu z patelni, wlewamy na patelnię i mieszamy
  10. dorzucamy na patelnię pokrojoną cukinię i 1 łyżkę masła, a następnie dusimy, aż cukinia zmięknie (ale nie rozmięknie; powinna zachować żywy żółty kolor)
  11. w międzyczasie gotujemy makaron
  12. sos doprawiamy solą i pieprzem do smaku, łączymy z makaronem i serwujemy
Smacznego :-)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Paprykarz nieszczeciński

Wśród klasyków z mojego dzieciństwa jest wiele dań przygotowywanych przez Mamę czy Babcie własnoręcznie, do podstaw, ze składników znanego pochodzenia. Są jednak i takie tajemnicze gotowce jak paprykarz szczeciński - zmielona ryba z puszki z ryżem, koncentratem pomidorowym i cebulą (bez papryki, wbrew temu, co można by wywnioskować z nazwy, choć podobno w najbardziej pierwotnej wersji zawierał ostrą afrykańska papryczkę pima). Rozsmarowany na chlebie posmarowanym wcześniej masełkiem był smakowitą przekąską.

Moje danie w niczym nie przypomina tamtego paprykarza szczecińskiego. Po prostu nazwa "paprykarz" bardzo mi do niego pasuje. Im bardziej starałam się znaleźć inną nazwę, tym bardziej paprykarzowe wydawało mi się to danie ;-) W błąd nie wprowadza, bo rzeczywiście w składzie jest sporo świeżej i przetworzonej papryki (w tym węgierska pasta z papryki i soli oraz wędzona mielona papryka), a że od paprykarza szczecińskiego jednak trochę się różni, stanęło na "paprykarzu nieszczecińskim". Tyle o nazwie. W praktyce to po prostu danie jednogarnkowe, które oprócz papryki zawiera trochę mięsa (dwie małe piersi kurczaka i niedużo boczku wędzonego) oraz ziemniaków, dzięki którym sos jest gęsty (skrobia), a całe danie bardziej sycące. Zbliża się paprykowy sezon, czyli bardzo dobra okazja, żeby to danie wypróbować ;-)

Paprykarz nieszczeciński



















Składniki (porcja dla 2-3 osób)
  • 300g mięsa z piersi kurczaka (zagrodowego)
  • 100g boczku wędzonego
  • 2 duże czerwone papryki
  • 1 duży pomidor (u mnie malinowy)
  • 1/2 kg ziemniaków
  • 1 duża zwykła cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 3 łyżki węgierskiej pasty paprykowej łagodnej (ja miałam Edes Piros, to nie jest taka pasta z tubki, tylko ze słoiczka)
  • 1/2 łyżeczki mielonej wędzonej słodkiej papryki
  • 1 łyżka oleju
  • 1 duży liść laurowy
  • 2 ziarenka ziela angielskiego
  • 1 szklanka wody
  • sól i pieprz do smaku
  • natka do posypania (opcjonalnie)
Przygotowanie
  1. Piersi z kurczaka (u mnie 2 małe) płuczemy, osuszamy, oczyszczamy i kroimy w kostkę
  2. Boczek kroimy w drobną kostkę
  3. Paprykę myjemy, usuwamy gniazdo i kroimy w kostkę
  4. Pomidora parzymy wrzątkiem, obieramy ze skorki i kroimy w kostkę
  5. Cebulę i czosnek obieramy, drobno siekamy
  6. Ziemniaki obieramy, myjemy i kroimy w kostkę (większą niż do zupy)
  7. Na dno rondla wlewamy łyżkę oleju, a gdy się rozgrzeje, wrzucamy boczek i podsmażamy
  8. W trakcie podsmażania boczku dorzucamy na patelnię posiekaną cebulę i czosnek, razem podsmażamy
  9. Następnie dorzucamy pierś z kurczaka i podsmażamy, aż mięso będzie usmażone
  10. Na patelnię dorzucamy liść laurowy, ziele angielskie, pastę paprykową i mieloną paprykę, mieszamy i dalej podsmażamy
  11. Na patelnię wrzucamy ziemniaki, mieszamy, chwilę razem podsmażamy, a następnie wlewamy wodę, wrzucamy pokrojonego pomidora, przykrywamy rondel pokrywką i dusimy do momentu, aż ziemniaki będą w stanie al dente
  12. Dorzucamy pokrojoną świeżą paprykę, mieszamy i dusimy bez przykrycia przez kilka minut, aż papryka zmięknie (ale nie rozmięknie ;-)
  13. Doprawiamy solą (uwaga z ilością, bo pasta paprykowa jest słona) i pieprzem, podajemy posypane posiekaną natką
Smacznego :-)