sobota, 16 marca 2013

Ciasto pietruszkowe Ewy

Ciasto marchewkowe pojawiłao się w menu polskich knajpek i na polskich stołach kilka lat temu i zdołało już zadomowić się w świadomości rodzimych konsumentów. Niestety rzadko można spotkać napawdę dobre, elastyczne, wilgotne i korzenne, ciasto marchewkowe. Większość z tych ciast z marchewki, które miałam okazję jeść, były suche i mdłe. Suche i mdłe nie było natomiast pierwsze ciasto pietruszkowe, jakie jadłam w życiu. Było pyszne, wilgotne i zaskakujące w smaku. A odkrycia tego dokonałam dzięki mojej koleżance z pracy, Ewie, która zaserwowała nam taki wypiek na Dzień Kobiet: ciasto pietruszkowe przełożone masą z serka mascarpone i syropu klonowego, udekorowane czekoladą i orzechami na wierzchu. Od razu poprosiłam Ewę o przepis :) Okazało się, że to przepis jej mamy. Zapraszam więc do zapoznania się z przepisem na ciasto Mamy Ewy :) Oczywiście nie mogłam się powstrzymać, żeby zmodyfikować przepis, ale modyfikacja polegała głównie na upieczeniu jednego placka, a nie dwóch części oraz na braku masy i czekoladowej dekoracji, bo ciasto miało jechać do Lublina w pociągu, a podróże pociągiem masom i polewom nie służą. Jak się okazało miałam rację, bo w moim przedziale tak grzali, że pod koniec podróży miałam sucho w gardle i myślałam, że nie wysiedzę na moim podgrzewanym siedzeniu ;) Ale do rzeczy.

Ciasto z korzeniem pietruszki z przepisu Mamy Ewy

Składniki (na okrągłą blachę o średnicy 20 cm):

CIASTO
  • 250g korzenia pietruszki (może też być pasternak; to jest waga przed obraniem warzyw)
  • 1 jabłko
  • 1 pomarańcz
  • 50g orzechów
  • 180g masłą plus trochę do wysmarowania formy (uwaga ode mnie: masło powinno być miękkie, bo będziemy ucierali je z cukrem)
  • 180g cukru
  • 100ml syropu klonowego
  • 4 jajka (uwaga ode mnie: najlepiej w temperaturze pokojowej, bo będziemy je dodawali do miękkiego masła)
  • 250g mąki plus trochę do wysypania formy
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 2 łyżeczki przyprawy do piernika (dałam 2 czubate :)
KREM
  • 250g serka mascarpone
  • 3 łyżki syropu klonowego
DEKORACJA
  • 1 rozpuszczona czekolada (gorzka lub mleczna, wedle uznania) plus garść pokruszonych orzechów
  • lub cukier puder do posypania
  • lub same orzechy (u mnie 2-3 garści)
Przygotowanie:
  1. Piertruszkę i jabłko umyć, obrać i zetrzeć na tarce (w oryginalnym przepisie spisanym dla mnie przez Ewę byłą wskazówka, żeby zetrzeć na drobnej tarce, ale ja jakoś nie mam cierpliwości do tarcia na drobnych oczkach i starłam na grubej ;)
  2. Pomarańczę myjemy, sparzamy skórkę wrzątkiem, osuszamy i ścieramy skórkę do tej samej miski, w której mamy już starte warzywa i mieszamy.
  3. Następnie, również do tej samej miski, wyciskamy sok z pomarańczy (uwaga na pestki).
  4. Orzechy siekamy (ja pokruszyłam, nie lubię siekać orzechów, bo potem znajduję ich kawałki na podłodze i w różnych innych kuchennych zakamarkach) i dorzucamy do miski z warzywem i owocami.
  5. W osobnym naczyniu łączymy masło z cukrem i syropem klonowym, ucieramy na gładką masę.
  6. Do masy dodajemy jajka i miksujemy na gładką masę.
  7. Mąkę w jeszcze innym naczyniu mieszamy z proszkiem do pieczenia i przyprawą do piernika i dodajemy do masy maślano-jajecznej, mieszamy.
  8. Do masy maślano-jajeczno-mącznej dodajemy startą pietruszkę z jabłkiem, pomarańczą i orzechami, mieszamy.
  9. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza.
  10. Mama Ewy piecze dwa okrągłe placki, które piecze osobno - jeśli chcecie zastosować takie podejście, przygotujcie 2 okrągłę blachy o średnicy 20 centymentrów, wysmarujcie je masłem i oprószcie mąką, a następnie podzielcie surowe ciasto na 2 rówie części i wypełnijcie nim blachy. Pieczemy przez 30 minut każdy placek, na środkowej półce. Ja upiekłam jeden placek, w tak samo przygotowanej blaszce, z tym, że moja blaszka ma średnicę 25cm, a wierzch ciasta posypałam 2-3 garściami pokruszonych orzechów. Piekłam go również w 180 stopniach Celsjusza, ale nieco dłużej, a dokładnie 50 minut.
  11. Upieczony placek lub placki wyjmujemy z piekarnika i studzimy. Jeżeli robimy placek z kremem, mieszamy mascarpone z syropem klonowym, a tak uzyskanym kremem smarujemy wierzch jednego placka i przykrywamy drugim. Wierzch dekorujemy rozpuszczoną czekoladą i pokruszonymi orzechami lub posypujemy cukrem pudrem, Ja do mojego placka nie dodawałam już żadnych dekoracji, bo same lekko skarmelizowane orzechy wyglądały wystarczająco ładnie. Nieprawdaż? :)

Smacznego :)

poniedziałek, 11 marca 2013

Kofty na sałatce a la tabouleh

Tym, którzy w szkole przerabiali utwory tego wszechstronnie uzdolnionego artysty (jak podaje Wikipedia był poetą, dramaturgiem, satyrykiem, piosenkarzem i malarzem), słowo "kofta" pewnie bardziej niż z jedzeniem kojarzy się z nazwiskiem autora tekstu "Pamiętajcie o ogrodach" czy "Ździebełko ciepełka", Jonasza Kofty (który - o zgrozo - zmarł wskutek powikłań po zakrztuszeniu przy spożywaniu posiłku...). Tym, którzy interesują się polskim feminizmem i/lub współczesną polską sztuką, być może bardziej kojarzy się z nazwiskiem Krystyny Kofty. Niemniej jednak dla konsumentów z Azji Południowo-Wschodniej, Bliskiego Wschodu czy Bałkanów "kofta" to po prostu kotlety z mielonego mięsa lub różnego rodzaju kasz z dodatkami, różnych kształtów i o różnym składzie.

Ja dziś proponuję moją wersję tych kotletów, z jagnięciny, na patyku. A do tego sałatka a la tabouleh (której nazwa pisana jest również przez dwa "b") z kaszą bulgur, pomidorkami koktajlowymi i świeżym ogórkiem, doprawiona dużą ilością świeżej natki i mięty oraz soku z cytryny. Oryginalna sałatka ma arabskie pochodzenie, dominują w niej zioła. Ciekawy przepis na tę sałatkę, z kuskusem zamiast kaszy bulgur, można znaleźć na blogu "facet z nożem" - w tym przepisie nie gotuje się kuskusu, a jedynie dodaje surowy do warzyw i czeka, aż kasza napęcznieje po wchłonięciu płynu z posiekanych pomidorów, ogórków i papryki. U mnie była wersja mniej oryginalna, z większą ilością kaszy, a mniejszą warzyw i ziół i bez papryki.

Kofty jagnięce na sałatce a la tabouleh

Składniki (porcja dla 3 osób):

KOFTY
  • 500g mielonej jagnięciny (w Warszawie można ją kupić np. w stacjonarnym sklepie mięsnym Befsztyk lub na rogu ul. Puławskiej i ul. Domaniewskiej lub w internetowym sklepie befsztyk.pl), można też wykorzystać mieloną wołowinę, ale mięso nie powinno być zbyt chude, żeby kotlety nie wyszły za suche
  • 1 mała cebula (u mnie czerwona, ale może też być zwykła biała lub szalotka)
  • 1 łyżka posiekanej świeżej mięty
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
  • 1/4 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano
  • 1 łyżeczka soli
  • szczypta świeżo zmielonego pieprzu
  • oliwa z oliwek
  • drewniane patyczki do szaszłyków (takie długie wykałaczki)
SAŁATKA
  • 150-200g kaszy bulgur (dostępna w dobrych delikatesach, w sklepach internetowych, a ostatnio udało mi się ją dostać w Carrefourze i to w dwóch odmianach - grubo- i drobnoziarnistej; do tej sałatki wzięłam gruboziarnistą)
  • 15 pomidorków koktajlowych
  • 1/2 zielonego ogórka średniej wielkości
  • 1 pęczek świeżej mięty (=1 doniczka mięty dostępnej w supermarketach)
  • 1/2 pęczka natki
  • sok z 1/2 cytryny
  • sól i pieprz do smaku
DODATEK: do tego zestawu bardzo dobrze pasuje też prosty dressing z jogurtu greckiego doprawionego zmiażdżonym ząbkiem czosnku oraz solą i pierzem (może też być tzatziki), z takim dressingiem bardzo fajnie łączy się grillowana jagnięcina.

Przygotowanie:
  1.  patyczki namaczamy w wodzie, żeby nie paliły się przy grillowaniu
  2. cebulę obieramy i drobno siekamy
  3. posiekaną cebulę, posiekaną miętę, oregano, kmin rzymski, cynamon, sól i pieprz dodajemy do mięsa i mieszamy do uzyskania gładkiej masy
  4. masą mięsną oblepiamy patyczki, które wcześniej wyjmujemy z wody i osuszamy, formując podłużne kotlety
  5. gotowe kotlety nadziane na patyczki skrapiamy oliwą i rozsmarowujemy na mięsie, a następnie wrzucamy na rozgrzaną patelnię grillową (lub grill elektryczny lub grill ogrodowy w lecie lub na zwykła patelnię) i smażymy z każdej strony przez chwilę
  6. w międzyczasie bierzemy garnek, wlewamy do niego 2 razy więcej wrzątku niż kaszy bulgur (najlepiej odmierzyć sobie, ile szklanek lub filiżanek kaszy odpowiada 150-200g i odmierzyć 2 razy więcej wody), dorzucamy kaszę, dosypujemy dużą szczyptę soli, przykrywamy przykrywką i odstawiamy na 20 min na bardzo niewielkim ogniu (2-3 w skali 1-9) - bulgur będzie gotowy, gdy wsiąknie całą wodę, od czasu do czasu trzeba przemieszać
  7. ugotowany bulgur zdejmujemy z ognia i odstawiamy do przestudzenia
  8. ogórek myjemy, obieramy i kroimy w drobną kostkę
  9. pomidory myjemy, osuszamy i kroimy w ćwiartki
  10. zioła myjemy, osuszamy i drobno siekamy
  11. do kaszy dodajemy warzywa i zioła, skrapiamy sokiem z 1/2 cytryny i doprawiamy do smaku solą i pieprzem (sos na bazie oliwy nie jest tu potrzebny, ale można skropić sałatkę oliwą, jeśli ktoś chce; taka sałatka dobrze komponuje się też z serem feta lub kawałkami grillowanego kurczaka)
  12. usmażone kofty serwujemy z sałatką i ew. sosem jogurtowo-czosnkowym lub tzatziki
Dla mnie to był jeden z najlepszych posiłków od jakiegoś czasu - gorąco polecam :) 

niedziela, 10 marca 2013

Muffiny z mleczną czekoladą dla Filipa

Podstawowy przepis na muffiny w zasadzie ten sam co zwykle, ale tym razem zamiast gorzkiej czekolady dodałam mleczną, bo muffiny były na 13-te urodziny Filipa, chrześniaka mojego Wybranka. Mama Filipa, Paulina (pozdrowienia :) powiedziała nam, że Jubilat lubi wszystko, co z czekoladą, stąd czekoladowe muffiny. A że z moich obserwacji wynika, że dzieci (choć 13-latek to wcale nie takie znowu dziecko...) wolą czekoladę mleczną, dodałam mleczną czekoladę i mam wrażenie, że muffiny smakowały i "dziecku" i dorosłym. Do tego "gadżet" w postaci dekoracji z M&M'sów, który prawdopodobnie nie podniósł walorów smakowych całości, ale sprawił, że muffiny przyciągały uwagę :)

Muffiny z mleczną czekoladą

Składniki (na 12 muffinów o średnicy 5 cm):
  • 300g mąki pszennej
  • 130g cukru
  • 2 łyżki cukru waniliowego
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1 tabliczka mlecznej czekolady (100g, u mnie była Milka)
  • 125ml oleju słonecznikowego
  • ok. 200g jogurtu greckiego (na oko pół dużego kubka)
  • 1 jajko
  • dekoracja: 1/2 tabliczki mlecznej czekolady plus 100g czekoladowych M&M'sów (jeśli wolicie, równie dobrze mogą być orzechowe; fajnie sprawdzą się również całe lub posiekane migdały lub rodzynki - moim zdaniem bardzo dobrze pasują do mlecznej czekolady... no ale nie dają takiego kolorowego efektu jak M&M'sy )
Przygotowanie:
  1. jedną tabliczkę czekolady drobno siekamy lub rozdrabniamy w blenderze (polecam to drugie rozwiązanie, bo dzięki temu cały blat nie będzie usiany drobinkami czekolady - jeśli korzystacie z blendera, polecam rozdrobnienie czekolady na kawałeczki wielkości małych kamyczków)
  2. rozdrobnioną czekoladę wsypujemy do miski i dodajemy resztę suchych składników (mąkę, cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia) i mieszamy
  3. w osobnym naczyniu mieszamy mokre składniki: olej, jogurt i jajko
  4. łączymy obie mieszaniny i mieszamy (wystarczy łyżką, nie trzeba angażować robota kuchennego)
  5. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu
  6. blachę do muffinów wykładamy papilotkami (w przypadku dodatku czekolady tak będzie najlepiej, bo bez papilotek cała blacha będzie oblepiona czekoladą) i nakładamy do nich masę (do wysokości ok. 4/5 papilotki, zużywając całe ciasto)
  7. blachę wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy przez ok. 23min
  8. po upieczeniu wyjmujemy muffiny z piekarnika i studzimy
  9. dekoracja: rozpuszczamy 1/2 tabliczki czekolady w kąpieli wodnej (w miseczce ustawionej nad garnkiem z lekko gotującą się wodą, tak, aby dno miski nie było zanurzone w wodzie) i smarujemy wierzch muffinów roztopioną czekoladą, a następnie "przylepiamy" do polewy M&M'sy
Muffiny są równie dobre bez dekoracji, np. na śniadanie, popijane mlekiem :)



czwartek, 7 marca 2013

Zupa-krem z groszku

Mijający właśnie tydzień to pierwszy słoneczny tydzień od dłuższego czasu. Z ulic Warszawy prawie zupełnie zniknął paskudny, szary, brudny śnieg, wkrótce (mam nadzieję) zaczną zielenić się drzewa i będzie nieco łatwiej radzić sobie z przemęczeniem, które zwykle pojawia się u mnie na przełomie zimy i wiosny. Z tego, co słyszę od znajomych, nie jestem w tym przemęczeniu odosobniona, polecam więc zupę-krem z zielonego groszku w pięknym zielonym kolorze, nieco ożywiającym - póki co - szarą rzeczywistość. Zupa jest prosta i szybka w przygotowaniu, gotowanie nie będzie więc dodatkową męką ;)

Zupa-krem z groszku

Składniki (dla 4 osób):
  • 2 opakowania mrożonego groszku (ja miałam 2x 450g)
  • 1 średniej wielkości zwykła cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki oliwy z oliwek lub oleju słonecznikowego
  • 1 litr bulionu (warzywnego najlepiej, może być z kostki, ale dobrze, jeśli z ekologicznej)
  • 4 duże plastry wędzonego boczku
  • 4 łyżeczki startego parmezanu (opcjonalnie)
  • 4 łyżeczki posiekanej świeżej natki, mięty lub szałwii (opcjonalnie)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. cebulę i czosnek obieramy i siekamy (może być byle jak, bo i tak w użyciu będzie blender)
  2. na dno garnka wlewamy oliwę i rozgrzewamy (nie za bardzo, w 9-stopniowej skali ustawiamy na 6-7)
  3. na rozgrzaną oliwę wrzucamy posiekaną cebulę i czosnek i podsmażamy przez kilka minut (chodzi o to, żeby zmiękły, nie o to, żeby zbrązowiały)
  4. do podsmażonej cebul i czosnku dodajemy groszek, mieszamy i chwilę razem podsmażamy
  5. do garnka wlewamy bulion i gotujemy do momentu, w którym groszek będzie miękki, a jednocześnie nadal zachowa piękny, zielony kolor (uwaga, żeby nie rozgotować groszku, doprowadzając go do koloru raczej khaki niż zielonego...)
  6. gdy groszek będzie ugotowany, blenderujemy zupę, a następnie doprawiamy ją solą i pieprzem (można też dodać 100ml śmietanki, żeby krem był kremem :)
  7. na suchej patelni układamy plastry boczku i chwilę podsmażamy (na złoty kolor, z obu stron) - boczek można też pokroić w kostkę i w tej postaci podsmażyć
  8. zupę nalewamy do talerzy/miseczek, na powierzchni każdej porcji układamy plaster podsmażonego boczku (lub kostkę), posypujemy startym parmezanem i posiekanymi ziołami i serwujemy
Boczek oddaje sporo smaku zupie - efekt jest bardzo smaczny. Do zupy możecie podać świeże pieczywo lub grzanki przygotowane w piekarniku (kromki pieczywa nacieramy ząbkiem czosnku, skrapiamy oliwą i podpiekamy przez chwilę w piekarniku rozgrzanym do 180-200 stopni).

sobota, 23 lutego 2013

Moja sałatka Cezar(a)

Istnieje wiele przepisów na sałatki, jednak chyba żadna z nich nie dorównuje sałatce Cezar(a), której nazwa pochodzi od imienia jej twórcy - włoskiego kucharza, Cezara Cardiniego, który wyjechał z ojczyzny, by gotować w restauracjach w USA i Meksyku. W oryginale składała się z sałaty rzymskiej, grzanek, parmezanu i specjalnego dressingu. Dziś istnieje wiele odmian tej sałatki, a najpopularniejsza jest bodajże ta z dodatkiem kawałków grillowanego lub smażonego mięsa z piersi kurczaka.

Kwintesencją tej sałatki jest dressing, składający się z soku z cytryny, oliwy z oliwek, żółtka, czosnku, sosu Worcestershire (nazywanego również sosem Worcester), musztardy i pieprzu (przepis na taki dressing znajdziecie np. tutaj -> sos Cezara). Bywa, że zamiast sosu Worcester dodaje się fileciki anchois, ale podobno Cezar Cardini nie był zwolennikiem tego dodatku, a zamiast anchois dodawał wspomniany sos Worcester. W mojej wersji tej sałatki jest anchois, nie ma surowego żółtka ani musztardy, jest za to gotowy majonez. Nie ma też sosu Worcester (bo jest anchois), co sprawia, że przygotowanie tego dressingu staje się prostsze, bo wydaje mi się, że anchois jest jednak łatwiej dostępne w polskich sklepach niż sos Worcester. Być może się mylę i być może pan Cardini przewraca się teraz w grobie, ale mi moja wersja smakuje i mam nadzieję, że posmakuje i Wam :)

Moja sałatka Cezar(a)

Składniki (na dwie duże porcje):
  • 1 pojedyncza pierś kurczaka
  • 1/2 sałaty rzymskiej (można ją dostać w dużych sieciach delikatesów lub dobrze zaopatrzonych supermarketach czy lokalnych warzywniakach, ja moją kupiłam w Almie)
  • 10-12 pomidorków koktajlowych (profanacja, wiem, ale moim zdaniem pasują i ożywiają całość kolorystycznie)
  • 2 garści pieczywa pokrojonego w kostkę (na powyższym zdjęciu jest chleb razowy, bo taki akurat miałam, ale równie dobre, a nawet lepsze będzie białe pieczywo - moją faworytką jest pszenna bagietka, którą można porwać na nieduże kawałki, nadając całości nieco niedbałego charakteru ;)
  • 2 czubate łyżki startego parmezanu (kupujemy w kawałku i ścieramy sami, gotowy starty parmezan nie nadaje się ani do tego dania, ani do żadnego innego, bo często ma bardzo niewiele wspólnego z parmezanem...)
  • 2 łyżeczki majonezu
  • 5 łyżek oliwy z oliwek (do smażenia i do dressingu)
  • 4 fileciki anchois
  • 1 łyżka soku z cytryny
  • 1 ząbek czosnku
  • sól i pieprz
Przygotowanie:
  1. sałatę rzymską dzielimy na liście, myjemy i suszymy, a następnie rozrywamy liście na mniejsze kawałki
  2. pierś z kurczaka myjemy, osuszamy ręcznikiem papierowym, oczyszczamy i kroimy na mniejsze kawałki (w kostkę, ukośnie, w plasterki - wedle uznania)
  3. mięso doprawiamy solą i pieprzem, a następnie wrzucamy na patelnię z rozgrzaną jedną łyżką oliwy i podsmażamy przez kilka minut, na złoty kolor (nie trzymamy mięsa na patelni za długo, żeby go nie wysuszyć)
  4. po usmażeniu przekładamy mięso na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym, żeby pozbyć się zbędnego tłuszczu
  5. ręcznikiem papierowym przecieramy patelnię, na której smażyliśmy kurczaka, wlewamy świeżą oliwę (2 łyżki), podgrzewamy i wrzucamy kawałki pieczywa - podsmażamy je do uzyskania złotego koloru
  6. usmażone grzanki zdejmujemy z patelni i odkładamy na bok
  7. pomidorki myjemy, osuszamy i kroimy (np. na pół)
  8. czosnek obieramy i bardzo drobno siekamy lub przepuszczaamy przez praskę do czosnku
  9. fileciki anchois wyławiamy ze słoiczka/puszki, osuszamy z nadmiaru oliwy/oleju i drobno siekamy, a następnie rozcieramy nożem lub łyżką na pastę, którą dodajemy do czosnku
  10. do czosnku i anchois dodajemy następnie pozostałe składniki dressingu: 2 łyżki oliwy, majonez i sok z cytryny, mieszamy i doprawiamy (głównie pieprzem, bo fileciki anchois są dość słone)
  11. kawałki sałaty rzymskiej wrzucamy do miski i polewamy je dressingiem, a następnie mieszamy dłońmi lub łyżkami do sałaty, aby kawałki liści dokładnie pokryły się dressingiem
  12. porcje sałaty z dressingiem układamy na talerzach, obkładamy je usmażonym kurczakiem, grzankami i pomidorkami, a na końcu posypujemy startym parmezanem
Smacznego :)

środa, 20 lutego 2013

Gulasz na piwie guinness

Mięso i alkohol to bardzo dobrana para, zarówno w konfiguracji "alkohol pity do dań mięsnych", jak i w formie "dań mięsnych z dodatkiem alkoholu". Jednym z najlepszych znanych mi połączeń jest wołowina po burgundzku, czyli duszona w czerwonym wytrwanym winie, najlepiej pochodzącym z Burgundii właśnie. To danie, które zawsze mi wychodzi i nie zdarzyło mi się, żeby komuś nie smakowało.

Inym fajnym połączeniem okazała się wołowina i piwo guinness. Guinness to ciemne piwo, bardzo popularne w Irlandii, w Polsce mniej. Można je kupić w sieciach delikatesów (Alma, Piotr i Paweł) lub w sklepach z alkoholem o szerokim wachlarzu oferowanych produktów, ew. w sklepach z importowanymi produktami, jak np. Kuchnie Świata. Piwo, które udało mi się dostać, było guinnessem marki Guinness, warzonym w browarze założonym przez Arthura Guinessa w Dublinie i działającym od ponad 250 lat. Udusiłam w piwie z dodatkiem buliony kawałki podsmażonego wcześniej mięsa z dodatkiem przypraw, cebuli, czosnku i marchewki. Wyszedł z tego gęsty, aromatyczny, pyszny gulasz. Przekonajcie się sami :)

Gulasz wołowy na guinnessie

Składniki (dla 4-5 osób):
  • 1 kg wołowiny (ja do gulaszu najczęściej dodaję udziec wołowy)
  • sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • oliwa z oliwek
  • 1 duża zwykła cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 1 łyżka przecieru pomidorowego
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku lub kilka gałązek świeżego
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki
  • 2 listki laurowe
  • 3-4 ziarenka ziela angielskiego
  • 0,33 piwa guiness
  • bulion wołowy lub warzywny
Przygotowanie:
  1. mięso myjemy, osuszamy (jeżeli nie osuszymy, nie brązowi się - jak ostrzega Julia Child :), obtaczamy w mące i podsmażamy na niewielkiej ilości oliwy ze wszystkich stron do zrumienienia (uwaga: nie należy zbytnio stłaczać kawałków mięsa na patelni; jeżeli wrzucimy za dużo kawałkó na raz, mięso udusi się w sosie własnym zamiast się usmażyć)
  2. po usmażeniu przekładamy mięso do dużego naczynia żaroodpornego z przykrywką
  3. cebulę i czosnek obieramy, drobno siekamy i podsmażamy na tej samej patelni, na której wcześniej smażyliśmy mięso
  4. usmażone warzywa dodajemy do mięsa
  5. następnie na patelnię po mięsie i warzywach wlewamy 1/3 butelki guinnessa i deglasujemy powierzchnię patelni przez chwilę
  6. przelewamy guinnessa do mięsa z warzywami
  7. marchew i selera myjemy, marchew obieramy, oba warzywa kroimy w dość grube plasterki (zbyt cienkie szybko się rozpadną w procesie duszenia) i dodajemy do naczynia żaroodpornego
  8. następnie dolewamy resztę guinnessa, łyżkę przecieru, przyprawy i zioła oraz bulion (tyle, aby cały płyn w naczyniu żaroodpornym przykrył mięso i warzywa)
  9. rozgrzewamy piekarnik do 220-240 stopni, przykrywamy naczynie żaroodporne przykrywką i wstawiamy je do rozgrzanego piekarnika
  10. gulasz zapiekamy przez 2-2,5-3 godz., w zależności od "zachowania mięsa" (jeśli będzie miękkie już po 2 godz., nie trzeba go dalej dusić; jednocześnie trzeba uważać, żeby za bardzo nie udusić mięsa, bo zamiast ładnych kostek uzyskamy rozpadające się bryły, a w sosie będą pływamy poodzielane włókna)
  11. co jakiś czas trzeba zaglądnąć do gulaszu i sprawdzić, czy nie wyparowało za dużo płynu (czy na wierzchu gulaszu nie ma przesuszonych kawałków mięsa, a płyn ich nie przykrywa) - jeżeli płynu jest za mało, dolewamy bulionu
  12. na końcu doprawiamy gulasz solą i pieprzem i serwujemy (można dodatkowo posypać świeżą natką), ze świeżym chrupiącym pieczywem lub z ziemniakami, a do tego prosta sałatka z miksu sałat lub rukoli z dressingiem z musztardy, octu balsamicznego, oliwy, soli i pieprzu
Smacznego :)

niedziela, 3 lutego 2013

Cynamonowe drożdżówki a la cinnabon

Cinnabon to marka chyba najbardziej rozpoznawalnych na świecie drożdzówek z cynamonem w kształcie ślimaczków, rodem z USA. W Polsce działa jeden punkt, w którym można ich spróbować, w katowickiej galerii Silesia City Center. Jak dotąd nie miałam okazji ich spróbować, Katowice są mi nie po drodze. Myślę, że Cinnabon prędzej otworzy swój punkt w Warszawie niż ja wybiorę się do Katowic ;) Aczkolwiek nie wiadomo, kiedy to warszawskie otwarcie miałoby nastąpić, bo władze spółki nie wspominały na razie o planach podboju stolicy. Przy okazji otwarcia katowickiego przybytku twierdziły, że rozważają wejście na rynek krakowski lub wrocławski. Na razie, prawie półtora roku po otwarciu punktu w Katowicach, ograniczają się do obecności w tym jednym mieście. Czyżby wyniki biznesowe nie były na tyle satysfakcjoinujące, żeby rozwinąć działalność w innych częściach Polski?

Abstrahując od strategii biznesowej marki Cinnabon, ich kultowe cynamonowe drożdzówki na zdjęciach wyglądają zachęcająco, a że nie zanosi się na to, żebym miała okazję spróbować oryginału, muszę zadowolić się podróbką, własnej roboty. Przygotowując te drożdżówki korzystałam z przepisu Kingi Paruzel, która zajęła II miejsce w pierwszej polskiej edycji konkursu MasterChef i która prowadzi bloga Ale Babka. Z przepisu Kingi przygotowałam ciasto i nadzienie (ale bez orzechów, bo taki miałam kaprys...) , nie robiłam polewy z serka mascarpone, ograniczyłam się do lukru. Polecam, szczególnie do kawy :)

Cynamonowe drożdżówki
[przed upieczeniem]

 
[po upieczeniu i polukrowaniu]
 
Składniki (u mnie 15 drożdzówek o grubości ok 1,5 cm):
 
CIASTO
  • 30g świeżych drożdży (lub 15g suszonych - moja sugestia, Kinga używa świeżych)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 3 szklanki mąki pszennej (u mnie tortowa)
  • 5 łyżek białego cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego lub 1 łyżeczka esencji waniliowej (dodałam od siebie)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko + 1 żółtko (dodałam żółtko od siebie, do zlepienia brzegów ciastowych ślimaczków)
  • 70g masła
NADZIENIE
  • 2 łyżki mielonego cynamonu (u mnie 2 łyżki to było dokładnie 1 cała torebeczka mielonego cynamonu)
  • 75g miękkiego masła
  • 1/2 szklanki brązowego cukru
LUKIER
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 5 łyżeczek zimnej wody
Przygotowanie:
  1. Drożdże kruszymy do miseczki, dodajemy 1 łyżkę białego cukru i rozcieramy do uzyskania masy o konsystencji jogurtu
  2. Lekko podgrzewamy mleko, powinno być ciepłe, nie gorące (ciepłe = jeśli włożycie do mleka palec, powinniście móg trzymać go w mleku przez dłuższą chwilę, bez uczucia parzenia)
  3. Dodajemy 1/2 szklanki ciepłego mleka do mieszanki drożdżowo-cukrowej, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 15 min w ciepłe miejsce, żeby drożdzę "ruszyły"
  4. W międzyczasie rozpuszczamy masło na patelni i zdejmujemy z ognia, żeby nieco ostygło
  5. Przesiewamy do miski mąkę, dodajemy resztę (4 łyżki) cukru, sól i cukier waniliowy (jeśli używamy cukru, jeśli esencji to dodajemy ją później, do jajka)
  6. Gdy drożdże podrosną, dodajemy zaczyn do mąki, a następnie jajko wymieszane z esencją (jeśli używamy esencji) oraz rozpuszczone, resztę mleka (1/4 szklanki) i nieco przestudzone masło
  7. Mieszamy wszystkie składniki, a następnie wyrabiamy ciasto na blacie/stolnicy przez chwilę, do uzyskania elastycznego, odstającego od ręki ciasta
  8. Wyrobione ciasto przekładamy do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na ok. 1 godzinę
  9. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie: wcześniej wyjęte z lodówki, miękkie masło mieszamy z mielonym cynamonem i cukrem
  10. Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski na blat/stolnicę oprószoną mąką, chwilę wyrabiamy, a następnie rozwałkowujemy na czwadratowy placek (u Kingi o boku ok. 30cm, u mnie 50cm)
  11. Na rozwałkowanym cieście rozsmarowuję nadzienie, zostawiając ok. 1/2 cm ciasta bez nadzienia wzdłuż jednego brzegu  - teę wolną od nadzienia przestrzeń smarujemy rozkłóconym żółtkiem
  12. Ciasto zwijamy w roladę, zaczynając od brzegu przeciwległego brzegowi posmarowanemu żółtkiem
  13. Dociskamy lekko brzeg posmarowany żółtkiem do rolady, żeby dobrze się przykleił
  14. Roladę kroimy na plastry (u Kingi o grubości ok. 2 cm, u mnie 1,5 cm) i układamy je przekrojem do dołuy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej tłuszczem
  15. Blachę z surowymi drożdżówkami przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 1 godz. do wyrośnięcia
  16. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  17. Po wyrośnięciu drożdżówek, wstawiamy blachę do piekarnika i pieczemy przez ok. 25-30 min (Kinga piecze ok. 35, ale jej drożdżówki są grubsze)
  18. Gdy drożdżówki się pieką, przygotowujemy lukier: mieszamy cukier puder z wodą do uzyskania gładkiej, lejącej się masy
  19. Po upieczeniu drożdzówek, jeszcze ciepłe smarujemy/polewamy cukrem
Smacznego :)