czwartek, 29 grudnia 2011

Rozgrzewająca zupa jarzynowa Justyny z imbirową nutką

Justyna to osoba, z którą w liceum przesiedziałam w jednej ławce 4 lata. Stosując zasadę "co dwie głowy to nie jedna" przeszłyśmy przez te lata "ramię w ramię", tworząc całkiem udany tandem :) Przyjaźń przetrwała, mimo 5-letniej rozłąki, podczas której Justyna studiowała na jednym z najstarszych uniwersytetów w Europie. Teraz obie mieszkamy i pracujemy w Warszawie i co jakiś czas spotykamy się w towarzystwie Elizy, która chodziła z nami do tej samej klasy, pracowała z Justyną w tej samej firmie i od liceum jest moją najlepszą przyjaciółką.

Naszym spotkaniom zawsze towarzyszy coś do jedzenia i coś do picia. Z zadowoleniem obserwowałam kulinarną ewolucję Justyny, która jeszcze 2-3 lata temu niezbyt garnęła się do gotowania. Aż tu nagle, po przeprowadzce do własnego mieszkania wyposażonego w działającą kuchenkę z piekarnikiem (czego w wynajmowanych mieszkaniach niestety często brakuje), zaczęła gotować. Nieskromnie przyznam, że miałam w tym swój udział, bo regularnie namawiałam ją do gotowania, a żeby jeszcze bardziej ją zdopingować, sprezentowałam jej książkę Jamiego Olivera o wiele znaczącym w tej sytuacji tytule "Każdy może gotować". Jakiś czas temu pisałam o wspólnym pieczeniu tarty z brokułami i pieczarkami podczas jednego z naszych spotkań. I co się okazało? Justyna złapała bakcyla! :) Gdy widziałyśmy się kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, wyznała mi i Elizie, że już kilka razy robiła tartę z tamtego przepisu, a poza tym zaczęła wypróbowywać przepisy z książki, którą ode mnie dostała. Udało się :)

Właśnie podczas tego przedświątecznego spotkania Justyna zaserwowała nam pyszną zupę, przygotowaną zgodnie z jednym z przepisów Jamiego Olivera z tej książki. W oryginale zupa nazywa się po prostu "zupa z soczewicą i szpinakiem", a przepis na nią można znaleźć na stronie 137 tej książki. Dla mnie jednak już zawsze będzie to "zupa Justyny", której dziękuję za przygotowanie tej zupy tamtego wieczoru oraz wyrozumiałość wobec mojego apetytu, którego nie udało mi się poskromić (była grana dokładka; do tej pory zastanawiam się, czy nie wyjadłam całej zupy, która była przeznaczona nie tylko dla nas trzech, ale także dla Wybranka Justyny...).

"Zupa Justyny" to połączenie tradycyjnych i nieco mniej tradycyjnych (jak na polskie zwyczaje kulinarne) składników. Znajdziecie w niej czerwoną soczewicę, pomidory, czosnek, cebulę i szpinak, ale także seler naciowy, chili i świeży imbir. Idealna mieszanka na zimne wieczory - syci i rozgrzewa. Dla mnie była też miłą odmianą po świątecznym obżarstwie ;) Gorąco polecam :)

Zupa Justyny


Składniki (na 6-8 porcji, jak podaje Jamie Oliver):
  • 2 marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 10 pomidorków koktajlowych (ja miałam 3 nieduże tradycyjne pomidory)
  • 2 średnie cebule (u mnie 1 większa)
  • 2 ząbki czosnku
  • 300g czerwonej soczewicy (u mnie 250g, bo kupiłam 500-gramowe opakowanie i chciałam, żeby wystarczyło mi na 2 razy ;)
  • 200g szpinaku
  • 2 kostki bulionowe (u mnie warzywna, ekologiczna, nabyta w sklepie z ekologiczną żywnością)
  • kawałek świeżego imbiru wielkości kciuka (można dodać mniej - przy dodaniu takiej ilości jak w przepisie, imbir jest mocno wyczuwalny w zupie)
  • 0,5-1 papryczka chili (ja dodałam całą jedną papryczkę, bez pestek - sprawiło to, że zupa była lekko pikantna, ale nie za bardzo czyli tak, jak łagodna zupa w tajskiej restauracji ;)
  • opcjonalnie: po kopiastej łyżce jogurtu natutalnego na każdą porcję
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. marchew obrać i posiekać w talarki
  2. cebulę obrać i drobno posiekać (żeby w zupie nie pływały duże kawałki)
  3. czosnek obrać i pokroić w cienkie plasterki
  4. łodygi selera pokroić w "plasterki"
  5. na dno garnka wlać 2 łyżki oliwy, rozgrzać
  6. na rozgrzaną oliwę wrzucić pokrojone dotychczas warzywa - smażyć pod przykryciem przez ok 10 min
  7. w międzyczasie sparzyć pomidory wrzątkiem i obrać ze skórki (tego nie ma w oryginalnym przepisie, ale dobrze jest to zrobić, żeby skórki nie pływały luzem w zupie i żeby któraś z nich przypadkiem nie przykleiła się komuś do podniebienia ;)
  8. pomidory pokroić (jeśli mamy koktajlowe - na pół, jeśli zwykłe - na ósemki, a każdą ósemkę na 2-3 części)
  9. imbir obrać i pokroić w cienkie plasterki
  10. chili pozbawić pestek, drobno pokroić
  11. kostki bulionowe zalać 1,8l wrzącej wody i przygotować bulion
  12. wrzucić warzywa do garnka (pomidory, chili, imbir i soczewicę), zalać bulionem, gotować 10 minut
  13. tuż przed podaniem dodać świeży szpinak i zamieszać (Jamie podaje, że powinno się dodać szpinak 30s przed końcem gotowania)
  14. doprawić do smaku solą i pieprzem
  15. po przełożeniu zupy do naczyń, w których będzie serwowna, na wierzchu każdej porcji można zrobić jogurtowy kleks (jogurt nieco łagodzi smak)
Smacznego :)

P.S. Dodatkowa uwaga [31.12.2011]: zupę ugotowałam 2 dni temu wieczorem, był cały gar, więc jadłam sobie ją stopniowo, w sumie wyszły 4 porcje (a nie 6-8 ;) i muszę przyznać, że zupa była najlepsza tuż po jej ugotowaniu, raczej nie nadaje się do dłuższego przechowywania i wielokrotnego odgrzewania, bo staje się mdła, o czym przekonałam się dziś, jedząc ugotowaną w czwartek wieczorem zupę na lunch...

środa, 28 grudnia 2011

(Po)świąteczny pasztet

Kilka lat temu zapragnęłam upiec pasztet na Wielkanoc. Tak się złożyło, że dobre pasztety piekła mama mojego ówczesnego Wybranka. Podzieliła się przepisem, który wypróbowałam i któremu jestem wierna do dziś. Lata mijają, autorka przepisu z mojej potencjalnej teściowej zmieniła się w moją niedoszłą, a czyjąś obecną teściową, a u nas na stole pasztet króluje co święta... Piekę go w dość dużych ilościach (min.2 wąskie blachy, takie jak na keks) i dzielę się z rodziną. Kawałek zachowuję również dla obecnego Wybranka, którego mama wprawdzie pasztetu nie robi, ale gotuje za to świetny bigos :)

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać (a przynajmniej - co wydawało się mi, zanim zaczęłam robić pasztet), to nie jest trudne danie. No bo co to za sztuka kupić, ugotować, zmielić, doprawić i upiec mięso? Jego przygotowanie jest jednak dość czasochłonne, a osoby, które nie lubią babrać się w gotowanym mięsie (żeby oddzielić chrząstki, kostki, płaty tłuszczu, itd.), może przyprawić o mdłości. Ja mam to szczęście, że mięso kupuje i gotuje moja mama - ja przyjeżdżam na gotowe, a moim zadaniem jest najczęściej tylko oczyszczenie ugotowanego mięsa z niepotrzebnych części (jak wyżej), zmielenie, doprawienie i upieczenie. Nie jest to specjalnie obciążające ;)

Wpis ten dedykuję mojej niedoszłej teściowej, telepatycznie (bo raczej się już twarzą w twarz nie spotkamy, chyba, że przez przypadek), dziękując za ten przepis.

Pasztet (po)świąteczny*

Składniki (na 2 podłużne blachy, takie jak do keksu):
  • 1 cały kurczak (tu mała modyfikacja zaproponowana przez moją mamę z uwagi na fakt, że piersi kurczaka są suche, a my nie chcemy suchego pasztetu - całego kurczaka zastępujemy 4 ćwiartkami z kurczaka, czyli takimi wielkimi "udziskami")
  • 1 kg szynki wieprzowej bez kości (surowej ;)
  • 1/2 kg surowego boczku
  • 4 wątróbki drobiowe
  • 2 cebule
  • 1 korzeń pietruszki
  • 2 marchewki
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 liść laurowy
  • 2 ziela angielskie
  • majeranek, sól, pieprz do smaku
  • 3 jajka
  • 2 suche bułki
  • odrobina oleju do wysmarowania blach i bułki tartej do ich obsypania
Przygotowanie:
  1. wszystkie mięsa (oprócz wątróbek) ugotować w wodzie z warzywami i przyprawami/ziołami
  2. wątróbki ugotować osobno, w samej wodzie, bez przypraw
  3. ugotowane mięso oddzielić od kości i zmielić (uwaga, nie wyrzucamy skóry z kurczaka i tłuszczu z boczku - poza "podeszwą" - bo inaczej pasztet będzie zbyt suchy)
  4. namaczamy suche bułki w wywarze z mięsa, odsączamy
  5. mięso (również wątróbki), namoczone bułki oraz marchew mielimy w maszynce do mielenia mięsa dwukrotnie
  6. do zmielonego mięsa, bułki i marchwi wbijamy jajka oraz doprawiamy solą i pieprzem (uwaga z solą, jeśli sporo dodaliście do gotowania mięsa) - tutaj mama doradziła mi, żeby doprawiać przed dodaniem jajka, bo wtedy mogę spokojnie spróbować, czy masa jest wystarczająco doprawiona; po dodaniu surowego jajka lepiej nie próbować
  7. wyrabiamy mieszaninę na gładką masę
  8. foremki do pieczenia (takie jak do keksu) smarujemy olejem i obsypujemy bułką tartą
  9. wypełniamy foremki masą i przykrywamy folią aluminiową (żeby pasztet nie wysechł podczas pieczenia)
  10. nagrzewamy piekarnik do 180%
  11. pieczemy pod przykryciem przez 1,5-2h, ok 20 min przed wyjęciem z pieca zdejmujemy folię, żeby pasztet się przyrumienił
  12. po upieczeniu studzimy, zabezpieczamy przed wyschnięciem i chowamy do lodówki
Podajemy schłodzony, z chrzanem, ćwikłą lub ogórkami kiszonymi lub z czym kto woli :)

Smacznego :)

*Piekę go na święta, więc dla mnie jest świąteczny, ale że przepis podaję już po świętach...

wtorek, 27 grudnia 2011

Muffinowa alternatywa dla makowca

Najlepszy makowiec - ze wszystkich, które w te święta pochłaniałam - zrobiła siostra mojej babci. Puszyste drożdżowe ciasto, rumiana skórka przypieczona w piecu kaflowym (ciocia twierdzi, że z gazowego piekarnika ciasta nie wychodzą takie dobre) i własnej roboty makowy farsz. Makowiec-ideał :)

Ja - z moim wrodzonym lenistwem i zamiłowaniem do potraw, które można zrobić byle jak, a wychodzą dobre - postawiłam na makowe muffiny na bazie mojego sprawdzonego przepisu na te wypieki. A do tego "kupna" (jak to brzmi ;) masa makowa z puszki, lukier, kandyzowana skórka z pomarańczy i migdały. I choć do ciocinego makowca się nie umywały, były całkiem całkiem :) Polecam - teraz już nie na święta, bo "święta, święta i po świętach" - ale może na Nowy Rok lub na nasze nowe święto narodowe - Trzech Króli.

Makowe muffiny

Składniki (na 12-16 muffinów o średnicy 5 cm):
  • 300g mąki pszennej
  • 120g cukru
  • ok 30g cukru waniliowego (duża paczuszka, tzw. "na 1 kg mąki" lub "na dużą porcję")
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 jajko
  • 180ml jogurtu naturalnego
  • 125ml oleju słonecznikowego
  • ok. 200g masy makowej z bakaliami (ja miałam 850-gramową puszkę marki Bakalland, zużyłam 1/4 na 1 porcję ciasta - teraz zastanawiam się, co zrobić z resztą ;)
  • 165g szklanki cukru pudru (1/2 szklanki) + 1 łyżka wody (można też użyć soku z cytryny zamiast wody)
  • kandyzowana skórka z pomarańczy i/lub płatki migdałów do dekoracji
Przygotowanie:
  1. nagrzać piekarnik do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu; grzanie od góry i od dołu)
  2. w jednym naczyniu dobrze wymieszać suche składniki: mąkę, cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i sodę
  3. w drugim naczyniu dobrze wymieszać mokre składniki: jajko, olej i jogurt
  4. obie mieszaniny połączyć, dobrze wymieszać (wystarczy łyżką, robot kuchenny nie jest potrzebny, szkoda zachodu ;)
  5. blachę do pieczenia muffinów wyłożyć papilotkami lub każde zagłębienie wysmarować tłuszczem
  6. do każdej papilotki/do każdego zagłębienia nałożyć masę (do 2/3 wysokości/głębokości)
  7. na wierzchu masy położyć po 1 płaskiej łyżeczce masy makowej i delikatnie "rozkłócić" ją z ciastem za pomocą wykałaczki (takiej jak do koreczków) - chodzi o to, żeby powstał marmurkowy wierzch muffina, czyli ciastowo-makowy
  8. blachę z muffinami wstawić do piekarnika (na środkową półkę) i piec przez 23min w temperaturze 180 stopni Celsjusza
  9. po upieczeniu wystudzić
  10. po wystudzeniu polukrować wierzch każdej babeczki (lukier robimy dodając 1 łyżkę wody do 1/2 szklanki cukru i dobrze mieszając oba składniki, do uzyskania konsystencji pasty)
  11. polukrowane muffiny posypać skórką pomarańczową lub migdałami lub skórką i migdałami :)
Smacznego :)

niedziela, 18 grudnia 2011

Amerykańskie ciasteczka z kawałkami czekolady i orzechów laskowych z przepisu Elizy

Moja najbliższa przyjaciółka - Eliza - piecze te ciasteczka od lat. "Amerykańskie", bo przepis został zaimportowany przez rodzinę Elizy, której członkowie wiele lat mieszkali w USA. Przepis ten jako pierwsza wynalazła i wypróbowała podobno starsza siostra Elizy. Nie chciała go nikomu zdradzić, twierdząc, że to jej kulinarna tajemnica. Z czasem okazało się, że przepis pochodzi z opakowania z dropsami czekoladowymi do wypieków ;) I po tajemnicy :)

Poprosiłam Elizę o przepis, bo jakiś czas temu dostałam od niej sporo tych ciasteczek, a część mojej porcji trafiła w ręce mojej siostry, której ciasteczka te bardzo przypadły do gustu. Poprosiłam o przepis, żeby zrobić je dla mojej siostry, zastrzegając, że nie zdradzę go na blogu ;) Eliza stwierdziła jednak, że z tego przepisu wychodzą tak dobre ciasteczka, że warto się nim dzielić z innymi. Zostałam więc namaszczona do opublikowania tego przepisu, co niniejszym czynię.

Amerykańskie ciasteczka Elizy

Składniki (z tej ilości składników wychodzi ok 30-35 dużych ciastek, o średnicy ok. 6 cm):
  • 2,5 szklanki (425g) mąki pszennej,
  • 1 łyżeczka sody,
  • 1/2 łyżeczki soli,
  • 1 szklanka (220g) brązowego cukru (u mnie był jasny cukier muscovado, bo akurat taki miałam na stanie ;),
  • 1/2 szklanki (110g) zwykłego cukru,
  • 1 kostka (250g) masła,
  • 4 jajka,
  • 4 łyżeczki esencji waniliowej,
  • 2 szklanki pokrojonej czekolady (Eliza stosuje mleczną i gorzką czekoladę Wedla, po 2/3 tabliczki - ja miałam mleczną Wedla i gorzką Lindt z 70% kakao)
  • 1 szklanka (130g) orzechów posiekanych orzechów laskowych (mogą też być migdały)
Przygotowanie:
  1. przed pieczeniem wyjąć masło z lodówki, żeby zmiękło (ja zastosowałam patent z postawieniem miski z pokrojonym masłem na ciepłym kaloryferze na 10 min),
  2. rozgrzać piekarnik do 160-170 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu),
  3. masło rozetrzeć na gładką masę, utrzeć z cukrem brązowym i białym, stopniowo dosypując cukier do masła (w rozcieraniu dobrze sprawdza się taka ręczna trzepaczka do jajek, szczególnie jeśli jest pokryta gumą),
  4. do utartego z cukrem masła dodać jajka i esencję waniliową, utrzeć wszystko razem,
  5. w osobnym naczyniu wymieszać mąkę z sodą i solą,
  6. dodać sypką mieszaninę do miski z masą, dobrze wymieszać (najlepiej w robocie kuchennym, ale ja nie mam nic poza blenderem, więc musiała mi wystarczyć łyżka),
  7. pokroić czekoladę na niewielkie kawałki, posiekać orzechy,
  8. czekoladę i orzechy dodać do masy, dobrze wymieszać,
  9. blachę do pieczenia wyłożyć papierem pergaminowym i nakładać kupki ciasta (Eliza robi małe ciasteczka, obstawiam, że każde z łyżeczki ciasta; moje duże ciastka wyszły z 1 czubatej łyżki masy - mimo, że na początku kupki ciasta były dość zwarte, w trakcie pieczenia rozpłynęły się na boki, a w efekcie uzyskałam płaskie ciasteczka o dużej powierzchni) - Eliza radzi, żeby nakładać ciasto na blachę w ostępach ok. 5cm między kupkami (ja mam za małą blachę i niestety nie udało mi się uzyskać takiej odległości, dlatego niektóre ciastka zetknęły się bokami - nie miało to wpływu na smak, raczej na wygląd);
  10. ciastka piec ok. 20 min;
  11. po upieczeniu wystudzić.
Ciasteczka z tego przepisu bardzo dobrze komponują się z kawą, herbatą czy mlekiem. W tej ostatniej konfiguracji kojarzą mi się z amerykańskimi kreskówkami i filmami o tematyce świątecznej, w których dzieci zostawiały dla Świętego Mikołaja talerz ciasteczek i mleko przy kominku :)

sobota, 17 grudnia 2011

Focaccia zwana foką

Z focaccią pierwszy raz miałam do czynienia konsumując ją ok. 4 lata temu w jednej z kawiarń należących do sieci Green Coffee. Serwują ją na ciepło, z różnym nadzieniem, np. z ciągnącym się po podgrzaniu serem brie i oliwkami - pycha :) Przy którejś z kolei wspólnej konsumpcji focaccii została ona przechrzczona przez mojego Wybranka na "fokę" i tak już zostało.

Mniej więcej rok temu zrobiłam pierwszą własną focaccię, z przepisu Jamiego Olivera opublikowanego przez magazyn Kuchnia (wydanie nr 8/2010). Niestety ciasto nigdy nie wyrosło mi tak ładnie jak jemu, ale to pewnie dzięki wieloletniemu doświadczeniu Jamiego - w końcu i mi się uda ;)

Focaccia z tego przepisu jest pyszna w wersji skromniejszej (np. tylko ze świeżym rozmarynem lub z oliwkami) i w wersji wypasionej (z podobnymi dodatkami jak do pizzy; tak w ogóle to piekłam pizzę korzystając z tego samego przepisu). W tym skromniejszym wydaniu świetnie sprawdza się jako dodatek do sałatek (do pogryzania), do zawiesistych gulaszy (do maczania w sosiku i czyszczenia talerzy ;) czy pieczywo imprezowe (jako tapas, do maczania w oliwie). Jej mankamentem jest to, że bardzo krótko utrzymuje świeżość, nie ma więc co nastawiać się, że następnego dnia będzie nadal tak samo dobra, jak po wyjęciu z pieca. To zdecydowanie towar o krótkiej przydatności do spożycia.

Focaccia z przepisu Jamiego Olivera

Składniki (na dużą blachę, która jest elementem wyposażenia każdego piekarnika; nazwijmy ją blachą "firmową" ;):
  • 400g białej mąki chlebowej (ja biorę albo taką najzwyklejszą jak szymanowska albo kupuję specjalną mąkę do pizzy)
  • 100g semoliny* (do kupienia w Marks & Spencer)
  • 1/2 łyżki soli (może być zwykła) + 2 szczypty soli morskiej (do posypania focaccii po wierzchu)
  • 1 saszetka suszonych drożdży (7g)
  • 1/2 łyżki cukru
  • 300ml letniej wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek + trochę do posmarowania placka
*jeśli nie uda Wam się kupić semoliny, można zastąpić ją zwykłą mąką lub mąką do pizzy, czyli wziąć po prostu 500g jednego rodzaju mąki

Przygotowanie
:
  1. drożdże i cukier rozpuścić w wodzie i odstawić na 10-15 min do wstępnego wyrośnięcia (poczekać, aż drożdże zaczną "pracować"=wytworzą pianę)
  2. mąkę wymieszać z 1/2 łyżki soli, w kupce mąki zrobić zagłębienie (dołek)
  3. do dołka wlać drożdżowy zaczyn
  4. wymieszać mąkę z zaczynem, wyrobić ciasto (powinno być miękkie i elastyczne) - wystarczy w misce, stolnica nie jest potrzebna
  5. wyjąć ciasto z miski, wysmarować ją oliwą, włożyć z powrotem do miski, posypać na wierzchu odrobiną mąki, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić swoją objętość - w zależności od warunków panujących w pomieszczeniu, w którym ciasto rośnie, może to zająć od 30 do 90 min; dobrze jest pomóc trochę naturze i postawić miskę z ciastem blisko kaloryfera czy kominka)
  6. gdy ciasto podwoi swoją objętość, uderzyć w nie pięścią (żeby dać ujście powietrzu), chwilę wyrobić w misce i przełożyć na blachę (wyłożoną wcześniej papierem pergaminowym)
  7. porozciągać ciasto tak, żeby dopasowało się do rozmiarów blachy
  8. wierzch ciasta posmarować oliwą (za pomocą pędzelka) i posypać solą morską
  9. przykryć blachę z ciastem ściereczką i zostawić na 20-30 min do wyrośnięcia 
  10. nagrzać piekarnik do 220 stopni Celsjusza
  11. piec przez 20 min
Po podwojeniu objętości przez ciasto, a jeszcze przed przełożeniem na blachę, można dodać np. posiekany śwież rozmaryn (tylko igiełki, bez łodyżek) lub oliwki (pokrojone lub całe). Dobrze sprawdzą się także pokrojone suszone pomidory. Można też posmarować ciasto sosem pomidorowym, dodać mozzarellę i inne ulubione dodatki do pizzy i zrobić focaccio-pizzę :) Wszystkie kolejne kroki pozostają bez zmian.

Smacznego :)

środa, 14 grudnia 2011

Owsianka w wydaniu (przed)świątecznym

Proste, szybkie, pyszne i zdrowe - śniadanie idealne, owsianka. Dziś w wydaniu (przed)świątecznym czyli z dodatkiem składników, które kojarzą się ze świętami - pierniczków i mandarynek :) W podobnej konfiguracji można zaserwować sobie jogurt naturalny. Można też zastąpić pierniczki innymi wyraźnymi w smaku ciasteczkami (np. mocno czekoladowymi lub mocno cytrynowymi herbatnikami) i /lub innymi owocami. Ciekawym połączeniem mogłaby być również owsianka z masą makową z bakaliami, taką jak do makowca :) Możliwości są nieograniczone.

Owsianka w wydaniu (przed)świątecznym

Składniki (dla 1 osoby):

  • 2/3 szklanki mleka (lub wody, ale z mlekiem smakuje lepiej)
  • 5 łyżek otrębów owsianych
  • 2 cienkie pierniczki (ja wykorzystałam moje wypieki z tego przepisu) lub 1 grubszy (może być w lukrze)
  • 1 mandarynka
Przygotowanie:

  1. mleko (lub wodę) wlać do garnka i podgrzewać (na niezbyt dużym ogniu)
  2. do mleka wsypać otręby, wymieszać
  3. mleko zagotować z otrębami, aż zgęstnieje
  4. gdy mieszanka zgęstnieje, zdjąć z ognia i odstawić na minutę, żeby zgęstniała jeszcze bardziej
  5. owsiankę przełożyć do miseczki, posypać pokruszonymi pierniczkami, wymieszać
  6. obrać mandarynkę i ułożyć cząstki na wierzchu owsianki
Więcej pomysłów na owsiankę można znaleźć tutaj.

Smacznego :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Świąteczne pierniczki imbirowe rodem ze Szwecji

Imbirowe pierniczki, które można kupić na stoiskach delikatesowych w sieci IKEA, uzależniają. Raz spróbowane, pozostają w pamięci, a człowiek szuka tego smaku w innych wypiekach, nieraz nadaremnie*. Ale od czego mamy internet? ;) Poszukując przepisu na te ciasteczka rok temu, wpisałam w okno wyszukiwarki google "ciasteczka imbirowe IKEA" i trafiłam na blog White Plate, gdzie znalazłam przepis na te wypieki. Przepis wypróbowałam i już nie chcę innych pierniczków. Przypadły do gustu również mojemu Wybrankowi, który wcześniej niezbyt entuzjastycznie odnosił się do słodyczy jako takich, oraz rodzinie i znajomym.

Pepparkakor, bo tak się nazywają, pochodzą ze Szwecji, stąd ich obecność w delikatesach IKEA. Są popularne również w innych krajach skandynawskich, np. w Finlandii, w której swego czasu spędziłam kilka miesięcy na wymianie studenckiej. Przygotowywuje się je na bazie melasy (o której pisałam w poprzednim wpisie), cukru trzcinowego, mąki i mnóstwa przypraw korzennych. Ja lubię wersję mocno imbirową, z pikantnym finiszem, ale ilość imbiru można dowolnie dawkować.

Świąteczne pierniczki imbirowe
[przepis pochodzi z bloga White Plate i został przeze mnie nieco zmodyfikowany]

Składniki:
  • 150g melasy (do kupienia w delikatesach Marks & Spencer lub w sieci sklepów Kuchnie Świata)
  • 110g masła
  • 100g brązowego cukru (ja miałam demerara)
  • 400g mąki (w oryginale jest 375g, ale moim zdaniem to za mało - ciasto wyszło zbyt lepkie, ciężko się je wałkowało)
  • 1/2 łyżeczki cynamonu 
  • 3 łyżeczki mielonego imbiru (w oryginale jest 1,5 łyżeczki)
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 duże jajko
  • 2 łyżeczki przyprawy do pierników
Przygotowanie:
  1. Melasę, masło i cukier podgrzać w rondelku, do momentu aż rozpuszczą się kryształki cukru (uwaga: mesalę dość trudno się odmierza, dlatego radzę ustawić na wadze rondelek, wyzerować wagę, wlać 150g melasy, wsypać cukier i dorzucić masło - w sumie rondelek z tymi składnikami powinien ważyć 660g; rondelek wystarczy zdjąć z wagi i ustawić na palniku/płycie).
  2. Po rozpuszczeniu kryształków cukru zdejmujemy rondelek z palnika/płyty i odstawiamy do wystygnięcia.
  3. Do dużej miski przesiewamy mąkę, proszek do pieczenia, sól i przyprawy, mieszamy, robiły dołek na środku.
  4. Zimną melasę z masłem i cukrem mieszamy z jajkiem.
  5. Melasowo-jajeczną mieszaninę wlewamy do dołka w mące.
  6. Mieszamy składniki i wyrabiamy ciasto, z którego można ulepić kulę (jeśli ciasto będzie zbyt lepkie, trzeba dodać mąki). [najłatwiej będzie wyrobić ciasto w robocie kuchennym]
  7. Kulę z ciasta zawijamy w folię spożywczą i chowamy do lodówki na ok. 2h (ja zrobiłam ciasto wieczorem i przetrzymałam je przez noc w lodówce, a do pieczenia pierniczków zabrałam się następnego dnia rano).
  8. Po schłodzeniu ciasta rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu).
  9. Odkrajamy kawałki ciasta z kuli, rozwałkowywujemy (cienko), wycinamy ciasteczka wykrawaczkami.
  10. Blachę do pieczenia wykładamy papierem pergaminowym, układamy na niej ciasteczka i pieczemy 8-10 min (uwaga: im cieńsze ciasteczka tym mniej czasu powinny spędzić w piekarniku; na oko są gotowe, gdy zarumienią się ich brzegi).
  11. Czynność powtórzyć z kolejnymi porcjami :)
  12. Gotowe ciasteczka przechowywać w szczelnym opakowaniu - dzięki temu nabiorą jeszcze głębszego aromatu.
Pierniczki te świetnie sprawdzają się w roli własnoręcznie wykonanego prezentu - wystarczy pudełko lub kawałek ozdobnej folii i wstążeczki/dekoracyjnego sznurka i prezent gotowy :)

*Słowo nadaremnie niezmiennie kojarzy mi się z pewną opowieścią rodzinną. W trakcie spotkania z księdzem (nie pamiętam, jaka to była okazja, być może tzw. kolęda) młodszy brat mojego taty, wówczas kilkulatek, został poproszony o wyrecytowanie 10 przykazań (większość z nas ma za sobą takie okolicznościowe przepytywanie), co uczynił. Pomylił się tylko raz, przy dziewiątym przykazaniu: "Nie będziesz pożądał żony bliźniego swego...nadaremnie" :)

środa, 7 grudnia 2011

Piernikowe muffiny w dwóch odsłonach

Grudzień to miesiąc świątecznych i przedświątecznych popisów kulinarnych. Ja w tym tygodniu popisuję się piekąc muffiny z okazji Mikołajek i spotkań a la wigilijnych :) Od niedzielnego wieczoru upiekłam już w sumie ok. 70 muffinów z 4 różnych przepisów, a tak zupełnie szczerze to z jednego przepisu, który każdorazowo modyfikowałam ;) A więc były muffiny z suszonymi morelami i orzechami, z pomarańczą i kawałkami czekolady oraz dwa rodzaje muffinów piernikowych - jedne bardziej wyrafinowane, drugie - mniej. I to właśnie te piernikowe chciałabym dziś zaprezentować. Te bardziej wyrafinowane mają ciekawszy smak ze względu na dodatek cukru muscovado, melasy i... octu balsamicznego :) Powinny smakować dorosłym, dzieciom mogą nie przypaść do gustu. Dla młodszych konsumentów lepsze będą muffiny z mniej wyrafinowanego przepisu, bo są słodsze i delikatniejsze w smaku.

Bardziej wyrafinowane piernikowe muffiny
[przepis ten jest połączeniem mojego sprawdzonego przepisu na ciasto na muffiny oraz przepisu Nigelli Lawson na piernikowe muffiny z książki "Feast"; oryginalny przepis Nigelli można znaleźć np. tutaj]


Składniki (na ok 14-18 muffinów o średnicy 5 cm):
  • 300g mąki pszennej
  • 100g jasnego cukru muscovado (w oryginale jest po 50g ciemnego i jasnego cukru muscovado)
  • 3 łyżeczki przyprawy do pierników
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 180g jogurtu naturalnego (u mnie, jak zwykle, 1/2 dużego opakowania jogurtu naturalnego Bakoma)
  • 125ml oleju słonecznikowego
  • 1 jajko
  • 1/4 łyżeczki octu balsamicznego
  • 4 łyżki tzw. syropu złocistego (oryg. golden sirup, tłumaczenie pochodzi z etykiety syropu, który kupiłam w sieci sklepów Kuchnie Świata; golden sirup widziałam również w Marks & Spencer)
  • 4 łyżki melasy (do kupienia w Kuchniach Świata lub Marks & Spencer)
*W grudniowym wydaniu magazynu KUCHNIA jest artykuł na temat melasy i syropu złocistego, pt. "Zapasy melasy" (strona 16). Można w nim przeczytać, że melasa to gęsty ciemnobrązowy syrop, który jest produktem ubocznym procesu produkcji cukru. Ma słodki, a jednocześnie gorzkawy smak z orzechową nutą. Jak podaje autorka tego artykułu, w Polsce można dostać dwie odmiany melasy: ciemną (oryg. nazwa to molasses lub black treackle) lub tzw. złoty syrop (oryg. nazwa light treackle lub golden sirup, przetłumaczona przez Kuchnie Świata jako "syrop złocisty" ;). O istnieniu tego popularnego w krajach anglosaskich dodatku do wypieków dowiedziałam się przy okazji pieczenia imbirowych ciasteczek Pepparkakor (podobne do tych, które można dostać w IKEA) późną jesienią ubiegłego roku. Ciasteczka wyszły fantastyczne, zajadał się nimi nawet mój Wybranek, który w owym czasie deklarował niechęć do większości słodyczy (jadał wówczas tylko tzw. czekoladę z okienkiem). W tym roku również planuję zrobić te ciasteczka, w hurtowych ilościach ;)


Przygotowanie:
  1. nagrzać piekarnik do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu; grzanie od góry i od dołu)
  2. w jednej misce wymieszać mąkę, cukier, przyprawy, proszek do pieczenia i sodę oczyszczoną
  3. w drugiej misce wymieszać jogurt, olej, jajko, ocet, syrop i melasę
  4. obie mieszaniny połączyć i dobrze wymieszać
  5. blachę do muffinów wyłożyć papilotkami lub wysmarować każde zagłębienie tłuszczem
  6. ciasto przełożyć na blachę, do 2/3 wysokości papilotek lub 2/3 głębokości zagłębienia (jeśli nie używamy papilotek)
  7. piec przez 23 min
  8. po upieczeniu wystudzić
  9. po wystudzeniu wierzch każdego muffina można posmarować rozpuszczoną na kąpieli wodnej czekoladą (ja użyłam 1/2 tabliczki, czyli 50g gorzkiej czekolady Lindt z 70% zawartością kakao) - na zdjęciu czekolady jeszcze nie ma (zostawiłam muffiny na noc do wystygnięcia, a rano wcześniej wstałam i zrobiłam polewę)
Mniej wyrafinowane piernikowe muffiny


Składniki (na ok 12-16 muffinów o średnicy 5 cm):
  • 300g mąki pszennej
  • 150g cukru
  • 3 łyżeczki przyprawy do pierników
  • 1 łyżeczka cynamonu
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 180g jogurtu naturalnego (u mnie, jak zwykle, 1/2 dużego opakowania jogurtu naturalnego Bakoma)
  • 125ml oleju słonecznikowego
  • 1 jajko
  • 3 czubate łyżki dżemu z pomarańczy (opcjonalnie)
Przygotowanie:
  1. piekarnik nagrzać do temperatury 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu; funkcja: grzanie od dołu i od góry)
  2. w jednej misce wymieszać mąkę, cukier, proszek do pieczenia, sodę i przyprawy
  3. w drugiej misce wymieszać jajko, jogurt, olej i dżem
  4. połączyć obie mieszaniny, dobrze wymieszać (wystarczy łyżką, nie trzeba angażować do tej czynności robota kuchennego)
  5. blachę do pieczenia muffinów wyłożyć papilotkami lub wysmarować każde zagłębienie tłuszczem
  6. do każdej papilotki/każdego zagłębienia wlać ciasto - do ok. 2/3 wysokości papilotki/głębokości zagłębienia
  7. wstawić do piekarnika, piec 23min
  8. po upieczeniu wystudzić, można udekorować np. lukrem i skórką z pomarańczy :)
Smacznego :)

    Moussaka, czyli lasagne z bakłażanem zamiast makaronu ;)

    Moussaka (musaka) to kolejne po zapiekance po pastersku danie z jagnięciną, które już od jakiegoś czasu planowałam wypróbować. Tym razem udało mi się kupić mieloną jagnięcinę (polecam sklep Befsztyk na warszawskim Mokotowie, mają bardzo duży wybór mięs i wędlin wysokiej jakości) - poświęciłam się, wstając w sobotę wcześniej niż poprzednim razem, kiedy to do zapiekanki po pastersku udało mi się kupić jedynie mieloną wołowinę, bo pojawiłam się w sklepie po godz. 11 w sobotę (błąd).

    Moja siostra, która wraz z moimi rodzicami i Wybrankiem uczestniczyła w degustacji tego dania w moim wykonaniu, stwierdziła, że moussaka to w zasadzie taka lasagne, z tą różnicą, że sos mięsny przekłada się z plastrami bakłażana zamiast płatów makaronu. Jest w tym dużo racji, bo moussaka to nic innego jak zapiekanka z bakłażanami i mielonym mięsem w sosie pomidorowym, polana na wierzchu sosem beszamelowym.

    Korzystałam z przepisu z bloga Kwestia Smaku, który nieco zmodyfikowałam (tym razem naprawdę nieco ;). Nie nazwałabym go przepisem na prawdziwą grecką moussakę ze względu na dodatek parmezanu, ale liczę, że po spróbowaniu tego dania prawdziwy Grek nie byłby zniesmaczony ;)

    Moussaka

    Składniki (porcja dla 5-6 osób):


    SOS MIĘSNY
    • 1 kg chudego mielonego mięsa (najlepiej jagnięciny, ale wołowina też ujdzie)
    • 2 puszki pomidorów (bez skórki, krojonych)
    • 1 słoiczek przecieru pomidorowego (ok 90g)
    • 2 średnie cebule
    • 2 ząbki czosnku
    • 2/3 szklanki czerwonego wina (raczej nie burgunda) - w oryginale było białe wino, ale do jagnięciny jednak bardziej pasowało mi czerwone
    • 2 łyżki posiekanej natki
    • 1 łyżeczka mielonego cynamonu (nadaje naprawdę ciekawego, ale nie nachalnego aromatu - mój tato, który za cynamonem nie przepada, jadł doprawioną w ten sposób moussakę ze smakiem ;)
    • 2 łyżeczki suszonego oregano
    • szczypta chili
    • sól, pieprz do smaku
    BAKŁAŻANY
    • 2 duże bakłażany (ok 1,1-1,2 kg)
    • oliwa
    • sól, pieprz do smaku
    SOS BESZAMELOWY
    • 45g masła
    • 3 płaskie łyżki mąki
    • 300 ml mleka (zmniejszyłam ilość mleka w stosunku do oryginalnego przepisu - bałam się, że jeżeli dodam ilość zgodną z oryginalnym przepisem, beszamel będzie za rzadki, a powinien być raczej gęsty)
    • szczypta gałki muszkatołowej
    • sól
    • 2 czubate łyżki startego parmezanu + 2 czubate łyżki startego parmezanu do posypania po wierzchu
    • opcjonalnie: drobno posiekana natka pietruszki do posypania po wierzchu (tego w oryginalnym przepisie nie ma)
    Przygotowanie:
    1. nagrzać piekarnik do ok. 180-200 stopni Celsjusza (funkcja grill)
    2. bakłażany umyć, wysuszyć, pokroić (w poprzek) na plastry szerokości ok 0,5 cm
    3. dużą blachę wyścielić folią aluminiową, wysmarować oliwą (cienko), ułożyć na niej plastry bakłażana (mogą nieco na siebie zachodzić), skropić oliwą, doprawić solą i pieprzem
    4. bakłażany piec przez 15 min (w oryginalnym przepisie jest rada, żeby po połowie tego czasu przewrócić plastry na drugą stronę, ale ze względu na wrodzone lenistwo nie zrobiłam tego)
    5. upieczone bakłażany wyjąć z piekarnika i odstawić
    6. na patelnię wlać 2 łyżki oliwy, podsmażyć na niej obrane i drobno posiekane czosnek i cebulę
    7. do podsmażonej cebuli z czosnkiem dorzucić mięso (smażyć przez chwilę, aż całkowicie zmieni kolor z czerwonego na szaro-różowy)
    8. na patelnię wlać wino i chwilę poddusić w nim mięso, aż alkohol wyparuje
    9. na patelnię wlać pomidory z puszki
    10. zawartość patelni doprawić cynamonem, chilli, ziołami oraz solą i pieprzem
    11. gotowy sos odstawić
    12. na innej patelni rozpuścić masło
    13. gdy masło będzie już rozpuszczone, dodać mąkę i chwilę razem podsmażyć (zrobi się tego zasmażka)
    14. stopniowo wlewać mleko na patelnię z zasmażką, cały czas mieszając, do powstania gęstego sosu
    15. doprawić gałką muszkatołową i solą (nie za dużo, bo parmezan jest słony)
    16. do beszamelu dodać 2 łyżki startego parmezanu
    17. piekarnik nagrzać do 180 stopni Celsjusza (grzanie od góry i od dołu; na 5 ostatnich minut pieczenia można włączyć funkcję grill/grzanie tylko od góry, żeby zapiekanka ładnie się zarumieniła)
    18. naczynie żaroodporne wysmarować oliwą
    19. na dnie ułożyć 1/4 plastrów bakłażana (ilość "pięter" zależy do wymiarów naczynia żaroodpornego), następnie 1/3 sosu
    20. później ułożyć drugą 1/4 plastrów i posmarować drugą 1/3 sosu
    21. następnie ułożyć trzecią 1/4 plastrów i posmarować resztą sosu
    22. na wierzchu ułożyć pozostałe plastry i polać je sosem beszamelowym tak, aby sos dokładnie przykrył wierzch zapiekanki
    23. wierzch zapiekanki polany beszamelem posypać pozostałym startym parmezanem
    24. piec przez 35 min
    25. po upieczeniu wierzch zapiekanki można posypać świeżą, drobno posiekaną natką
    Podawać z lekkim, czerwonym wytrawnym winem oraz sałatką ze świeżych warzyw (u mnie: miks sałat + pomidorki koktajlowe + cebula + sos z oliwy, soku z cytryny, soli i pieprzu).

    Smacznego :)

    czwartek, 1 grudnia 2011

    Pizza na cienkim cieście domowej roboty z przepisu Michała

    Wydawało mi się, że znam najlepszy przepis na domową pizzę na cienkim cieście. Myliłam się. Najlepsza pizza, jaką do tej pory zrobiłam to nie pizza z przepisu Jamiego Olivera na foccacię, który do wczoraj uważałam za najlepszy, ale z przepisu, którym podzielił się ze mną mój kolega z pracy, Michał. Niniejszym mu za to dziękuję.

    Pizzę z przepisu Michała docenić powinien każdy fan pizzy na cienkim cieście, który nie lubi się przepracowywać. Przepis jest prosty, nawet po drobnych modyfikacjach, które wprowadziłam z braku odpowiedniego sprzętu, a przygotowanie pizzy zgodnie z tym przepisem nie trwa dłużej niż oczekiwanie na pizzę zamówioną w pizzerii z dowozem do domu w niedzielny wieczór na warszawskim Ursynowie (mój rekord: 1h 45 min). No i – co ważne – przygotowując pizzę w domu wiemy, z czego się składa. Skład tych z dowozu bywa podejrzany...

    Domowa pizza na cienkim cieście z przepisu Michała


    Składniki (na 2 większe lub 3 średnie pizze; najedzą się 3 osoby o przeciętnym apetycie):
    • ½ kg mąki – może być zwykła szymanowska 480 albo krupczatka lub wersja profesjonalna: włoska Farina Per Pizza firmy Molina – dostępna już w niektórych sklepach [Magda: próbując przemycić do tego przepisu elementy przepisu na foccacię Jamiego Olivera, wzięłam 400g zwykłej mąki pszennej i 100g semoliny; semolinę można dostać np. na  delikatesowych stoiskach w sieci sklepów Marks & Spencer]
    • 300 ml ciepłej wody
    • 1 cała torebeczka drożdży instant Dr. Oetker (7g)
    • 1 płaska łyżeczka soli
    • 2 łyżeczki cukru – byle nie czubate bo będzie za słodka
    • 2-3 łyżki oliwy z oliwek Extra Vergine, do dodania do ciasta po wstępnym wymieszaniu składników
    Przygotowanie:
    1. wszystkie składniki połączyć i wyrobić w robocie kuchennym, do osiągnięcia jednolitej masy [Magda: z powodu braku robota kuchennego poradziłam sobie inaczej, stosując techniki znane mi z innych przepisów na pizzę: drożdże i cukier rozpuściłam w naczyniu, które odstawiłam na ok. 10 min pod przykryciem, gdy drożdże „ruszyły” czyli zaczęły się pienić, wlałam je do dużej miski, w której była już mąka – oba rodzaje – wymieszana z solą; następnie ręcznie wyrobiłam ciasto, a po wstępnym wyrobieniu dodałam 2 łyżki oliwy i jeszcze przez chwilę wyrabiałam]
    2. wyrobione  ciasto pozostawić do wyrośnięcia ½-1h – Michał stawia misę z ciastem  nad  czajnikiem z właśnie ugotowaną wodą, efekt murowany za każdym razem  [Magda: ja postawiłam misę z ciastem na nieco mniejszym naczyniu, do którego nalałam wrzątek; misę z ciastem przykryłam ściereczką]
    3. wyrośnięte  ciasto  podzielić na 3 części (średnie placki dla 1-2 osób) lub 2 części (pizze giganty dla 2-3 osób)
    4. jedną część ciasta rozwałkować, pozostałe wrzucić do torebek foliowych i do  lodówki  –  będzie  na  później. Im dłużej poleży w lodówce tym większe powstaną bąble powietrza w trakcie pieczenia (proces powolnej fermentacji)* [Magda: podzieliłam na 3 części, z każdej uformowałam koło, które następnie rozwałkowałam na papierze pergaminowym; upiekłam wszystkie, jedna po drugiej, nie chowałam do lodówki]
    5. piekarnik  nagrzewać  do temperatury 250 stopni Celsjusza, przez co najmniej 25 min. Ustawienia  piekarnika  elektrycznego:  termoobieg + grzanie od dołu. Blacha,   na  której  będziemy  piekli  pizzę,  powinna  być  cały  czas  w piekarniku,  na  najniższej  półce, i nagrzewać się razem z nim. [Magda: ja włączyłam  piekarnik w momemcie, w którym wyrobiłam ciasto i zostawiłam je do   wyrośnięcia;   dzięki  tej  synchronizacji  skróciłam  całkowity  czas przygotowania   potrawy;   moje  ciasto  rosło  30  min,  tyle  samo  czasu nagrzewałam piekarnik; mój piekarnik nie ma funkcji termoobieg + grzanie od dołu; włączyłam więc sam termoobieg w fazie nagrzewania]
    6. pizzę  ułożyć na nagrzanej blasze, bez smarowania jej tłuszczem [Magda: moja  pizza  była na papierze pergaminowym, który razem z ciastem po prostu włożyłam do piekarnika i ułożyłam na nagrzanej blaszce]
    7. uformowany  placek  posmarować  cienko  oliwą z oliwek, następnie sosem pomidorowym  (dobry  przecier  pomidorowy,  sól, oregano, czosnek, odrobina oliwy  z  oliwek),   posypać  pokrojoną  mozzarellą  i  szynką  oraz  ułożyć podsmażone  plasterki z 2-3 pieczarek (ew. z cebulą lub świeżym szpinakiem) [Magda:  dobór  składników dowolny oczywiście, kto co lubi; ja zrobiłam sos z 1 puszki pomidorów, 1 małej  cebuli,  1  ząbka  czosnku: czosnek i cebulę drobno posiekałam, podsmażyłam chwilę na łyżce oliwy, dodałam pomidory z puszki, doprawiłam suszonym  oregano,  solą  i pieprzem oraz podgotowałam do odparowania płyny; sos rozsmarowałam na cieście, na  sosie  ułożyłam plasterki szynki i mozzarelli oraz cieniutko pokrojone  pieczarki,  których  wcześniej nie smażyłam; na koniec posypałam pizzę pokrojonymi zielonymi oliwkami i suszonym oregano]
    8. tak przygotowaną pizzę włożyć do piekarnika (po nagrzaniu!) na ok. 8-10 min.  Na  2  min. przed końcem pieczenia można obrócić pizzę o 180 stopni aby się równomiernie  zarumieniła.  [Magda: każdy z 3 placków piekłam osobno, przez 10  min:  5  min  na  programie  „grzanie  od  dołu”,  + 5 min na programie „termoobieg i grzanie od góry”, nie obracałam o 180 stopni]
    *Michał  radzi:  W  lodówce trzymać max. do tygodnia. Można też kule ciasta zamrozić.  Wtedy  do rozmrożenia  ciasto będzie potrzebować kilku godzin w cieple.

    Wyszło  super,  polecam.  W sumie przygotowanie tej pizzy zajęło mi ok. 1h + pieczenie.

    wtorek, 29 listopada 2011

    Zapiekanka kowbojska, czyli shepherd's pie z wołowiną

    Miała być zapiekanka pasterska, znana jako shepherd's pie. Nie wyszło, bo w sklepie mięsnym nie było już mielonej jagnięciny (tak to jest, jak do najpopularniejszego w okolicy sklepu mięsnego, czynnego od godziny 8, przychodzi się po godzinie 11). A w klasycznym shepherd's pie musi być jagnięcina, bo brytyjscy pasterze robili to danie z tego, co mieli pod ręką (klasyczne danie z resztek posiłku z dnia poprzedniego) - nie sądzę, żeby mieli akurat wołowinę. No chyba, że nie byli brytyjscy tylko amerykańscy i nie paśli owiec, ale krowy. Z tym, że wówczas zapiekanka ta powinna nazywać się "kowbojska", bo pasterz krów to "cowboy" nie "shepherd" raczej ;)

    Z braku jagnięciny stanęło na wołowinie. Nie jadłam nigdy prawdziwego shepherd's pie, więc nie jestem w stanie stwierdzić, czy zapiekanka z wołowiną jest lepsza, czy gorsza niż z jagnięciną. Mam jednak nadzieję, że przy kolejnej próbie uda mi się jednak kupić jagnięcinę i zrobić tą zapiekankę tak, jak nakazuje tradycja. Z drugiej strony rodzaj mięsa nie był jedynym odstępem od reguły, jakiego się dopuściłam. Korzystałam bowiem z nieco unowocześnionego przepisu Gordona Ramsaya, według którego do przygotowania tej zapiekanki wykorzystuje się takie składniki jak wino czy parmezan. Nie sądzę, żeby brytyjscy pasterze owiec nosili takie składniki przy sobie ;)

    Shepherd's pie z wołowiną


    Składniki (dla 3-4 osób):
    • 0,5kg mięsa wołowego
    • 1 duża marchew
    • 1 duża cebula
    • 5 dużych ziemniaków
    • pół szklanki startego parmezanu + jeszcze trochę (duża szczypta) do posypania po wierzchu
    • pół szklanki czerwonego wina
    • 3/4 szklanki bulionu
    • 2 czubate łyżki przecieru pomidorowego (wystarczy mały słoiczek przecieru Łowicz lub kotlin, taki ok 80-90g)
    • kilka chlustów sosu Worcester (do kupienia w sklepach z żywnością z importu, w supermarkecie też widziałam, ale pewnie nie w każdym jest) - u mnie wyszły w sumie 2 łyżki
    • 1 ząbek czosnku
    • 1 gałązka świeżego rozmarynu
    • kilka gałązek świeżego tymianku
    • sól, pieprz do smaku
    • 1 łyżka oliwy z oliwek
    Przygotowanie:
    1. ziemniaki obrać i ugotować w lekko osolonej wodzie
    2. mięso wrzucić na patelnię z rozgrzaną oliwą, chwilę podsmażyć
    3. dorzucić obraną i startą na tarce (na grubych oczkach) marchew, wymieszać
    4. dorzucić obraną i startą na tarce (na grubych oczkach) cebulę, wymieszać
    5. dorzucić obrany i rozgnieciony (lub starty na drobnych oczkach) czosnek
    6. posiekać i dodać zioła (same listki/igiełki, bez łodyżek)
    7. doprawić sosem Worcester, wymieszać
    8. wlać wino, wymieszać, chwilę odparować
    9. dodać przecier pomidorowy, wymieszać
    10. dodać bulion, wymieszać, chwilę poddusić (żeby płyn odparował)
    11. doprawić solą i pieprzem
    12. w międzyczasie przepuścić przez praskę lub dokładnie rozgnieść (na pure) ziemniaki
    13. do jeszcze ciepłego pure dosypać parmezan i doprawić (głównie pieprzem, bo parmezan sam w sobie jest słony), wymieszać
    14. na dno naczynia żaroodpornego wyłożyć mieszankę mięsa i warzyw, a na to wyłożyć masę ziemniaczaną
    15. całość posypać parmezanem
    16. wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza z termoobiegiem i grillem (opiekaniem) od góry (od dołu nie) - jeśli nie macie termoobiegu to zapiekajcie w temperaturze 200 stopni
    17. piec 20 min (do zarumienienia ziemniaczanego wierzchu)
    18. podawać z piklami lub sałatą z dressingiem na bazie musztardy dijon


    Filmik z instruktażem można znaleźć np. tutaj.

    Po wstępnej degustacji Wybranek określił to danie mianem "takie chłopskie". Skoro już jesteśmy przy temacie "chłopów", a raczej mężczyzn, do tego dania świetnie pasuje określenie zaprezentowane przez autorkę bloga Sto Kolorów Kuchni, którego autorem jest bliski jej mężczyzna: "Kochanie, tu jest wszystko, czego potrzeba (czytaj ziemniaki i mięso)" ;)

    Polecam to danie na jesienne i zimowe dni - sycące to ono jest ;)

    niedziela, 27 listopada 2011

    Tort z kremem mascarpone i pomarańczowymi dodatkami dla Marty

    Robienie tortu zawsze wydawało mi się trudne. A to pod wpływem poczynionych obserwacji i udziału w pieczeniu różnego rodzaju tortów i ciast przez kobiety z mojej rodziny. Jako dziecko pomagałam w kuchni, np. ubijając pianę z białka czy ucierając masło z różnymi dodatkami na krem. Te czynności zawsze wydawały mi się strasznie pracochłonne, długotrwałe i nudne. Mając to na uwadze, jako dorosła osoba nigdy specjalnie nie kwapiłam się do robienia wypieków, które wymagałyby ubicia piany z białka czy ucierania jakiegokolwiek kremu. Wolałam i wolę prostsze i szybsze rozwiązania, po zastosowaniu których nie trzeba robić generalnego sprzątania w kuchni (wydawało mi się, że ubicie piany z białka mikserem jest równoznaczne z rozbryzganiem tegoż białka po stole, podłodze i szafkach). W ten weekend przekonałam się, jak bardzo się myliłam i że nie warto ulegać uprzedzeniom, także w kuchni :) Cóż, człowiek uczy się całe życie.

    Moja koleżanka Marta (= M., chórzystka, którą od dziś będę nazywała jej pełnym imieniem* ;) obchodziła niedawno urodziny. Przy okazji zaplanowanej wcześniej wspólnej kolacji, postanowiłyśmy z Asią i Basią zorganizować małe obchody urodzin Marty. Poczułam nagłą i nieodpartą ochotę na upieczenie tortu, więc zaproponowałam, że się tym zajmę. Obmyśliłam tortowy plan, wiedząc, że będę musiała zmierzyć się z kapryśnym wyrobem pt. ciasto biszkoptowe do tortu. Z góry założyłam, że o ile biszkoptowi jestem w stanie stawić czoła tym razem, o tyle krem na bazie masła o bitej śmietany zostawię sobie może jednak na inną okazję. Zamiast tego zrobiłam pyszny, a jednocześnie chyba najprostszy krem na świecie, na bazie serka mascarpone. A do tego pomarańczowe dodatki, czyli sok wyciśnięty z pomarańczy, dżem pomarańczowy i cząstki pomarańczy do dekoracji, oraz zrumienione na suchej patelni płatki migdałowe i wiórki czekoladowe. Efekt był zadowalający :) Degustatorzy zjedli i nie marudzili, nawet mój Wybranek, który odkąd go znam deklarował, że nie lubi i nie jada tortów, bo w dzieciństwie zmuszano go do jedzenia tortu i skończyło się to...źle.

    Po upieczeniu mojego pierwszego w życiu tortu muszę przyznać, że najważniejszy jest przepis na biszkopt. Jeśli jest dobry i sprawdzony, a piekąca go osoba postępuje zgodnie ze wskazówkami z przepisu, ciasto powinno wyjść dobre.Z resztą składników (krem, nasączenie, przybranie) jest tak, że trzeba znać podstawowe zasady, jakimi rządzi się "uzdatnianie" tortu do spożycia, wybierać smaki, które lubią potencjalni konsumenci i nie kombinować za bardzo :) Mając to wszystko "z tyłu głowy" upiekłam taki oto tort:

    Tort z kremem mascarpone i pomarańczowymi dodatkami dla Marty
    Składniki (na tortownicę o średnicy ok 20-22 cm)

    BISZKOPT (przygotowany z przepisu z bloga Moje Wypieki)
    • 5 jajek
    • 165g cukru (zwykłego, białego) [3/4 szklanki]
    • 130g mąki pszennej [3/4 szklanki]
    • 50g mąki ziemniaczanej [1/4 szklanki]
    KREM (zainspirowany przepisami z bloga Kwestia Smaku)
    • 0,5kg serka mascarpone (albo marki Piątnica albo z importu)
    • 5 łyżek cukru pudru (płaskich; jeśli ktoś woli mniej słodkie kremy radzę dodać mniej cukru)
    • 1 łyżeczka esencji waniliowej (ja zawsze używam esencji waniliowej, którą kupuję na delikatesowym stoisku w Marks & Spencer)
    DODATKI:
    • słoiczek (ok. 240-250g) dżemu pomarańczowego niskosłodzonego (ja miałam dżem marki STOVIT)
    • 2 pomarańcze (słodkie)
    • 1 opakowanie płatków migdałowych (ok. 75g)
    • 2 kostki mlecznej czekolady (można też wziąć gorzką, jeśli ktoś woli)
    Przygotowanie:
    1. przygotować i upiec ciasto biszkoptowe według tego przepisu - częścią tego przepisu jest... upuszczenie ciasta na podłogę po upieczeniu :) to nie żart :) muszę przyznać, że miałam pewne opory, ale zaufałam wiedzy i doświadczeniu autorki tego bloga i biszkopt wyszedł pyszny, mięciutki i puszysty, a co najważniejsze - nie opadł (rozłożyłam na podłodze koc i upuściłam ciasto z tortownicą na ten koc z wysokości ok 60cm)
    2. serek mascarpone dokładnie wymieszać z cukrem pudrem i esencją waniliową, odstawić do lodówki na pół godziny (można na dłużej), żeby smaki się dobrze wymieszały
    3. sparzyć wrzątkiem obie pomarańcze - z jednej wycisnąć sok, z drugiej wydzielić cząstki
    4. upieczony i wystudzony biszkopt przekroić delikatnie ostrym, długim nożem na 3 części, ułożyć na docelowym talerzu/platerze, na którym tort będzie serwowany
    5. dolną część (spód) tortu nasączyć wyciśniętym z pomarańczy sokiem (1/3 uzyskanej ilości soku), w miarę równomiernie polewając ciasto sokiem (za pomocą łyżki) oraz posmarować 1/2 ilości dżemu
    6. przykryć środkową częścią
    7. środkową część tortu nasączyć wyciśniętym z pomarańczy sokiem (drugą 1/2 uzyskanej ilości soku) i posmarować pozostałą częścią dżemu
    8. przykryć górną częścią ciasta (wierzchem)
    9. wierzch tortu nasączyć resztką soku
    10. wyjąć krem mascarpone z lodówki, za pomocą tępego, długiego noża lub specjalnej szpatułki posmarować kremem cały tort (be spodu, tylko wierzch i boki), tak, żeby ciasto nie prześwitywało
    11. na suchą patelnię wrzucić płatki migdałowe, przez chwilę je podpiekać (do uzyskania złotego koloru), cały czas podrzucając (łatwo spalić, jeśli się zagapimy)
    12. płatki zdjąć z ognia i dobrze wystudzić
    13. wystudzonymi płatkami obsypać boki tortu
    14. na wierzchu tortu ułożyć cząstki pomarańczy
    15. wierzch tortu wykończyć startą czekoladą
    16. gotowy tort schłodzić przed podaniem
    Polecam ten tort osobom, które nie lubią "kręcić" kremów, a także osobom, które nie lubią tortów nasączonych alkoholem czy tortów z ciemnym ciastem i ciemnymi kremami. Myślę, że moja propozycja powinna być ok dla dzieci (ale nie ręczę ;).


    Smacznego :)

    *A to dlatego, że podczas mojego wczorajszego spotkania z A., B. i M. (banda drombo) zostałam zbesztana za to, że w ich przypadku używam inicjałów, a w przypadku moich dwóch innych bliskich znajomych - Elizy i Justyny - używam pełnych imion. A., B. i M. domagały się równego traktowania i z tego względu od tej pory będą figurowały na moim blogu jako Asia, Basia i Marta :)

    czwartek, 24 listopada 2011

    Owsianka w pięciu smakach

    W moim domu rodzinnym nie było zwyczaju jedzenia zup mlecznych na śniadanie, no chyba, że ja i moje rodzeństwo zażyczyliśmy sobie jakichś słodkich płatków z mlekiem. Z kolei u moich dziadków (rodziców mojego taty) każdy dzień zaczynano właśnie od zupy mlecznej - to była forma takiego wstępnego śniadania, które dziadkowie (i my, jeśli akurat u nich byliśmy) zjadali przed zażyciem leków (żeby nie brać ich na pusty żołądek). Dopiero później następowało właściwe śniadanie - jajecznica lub parówki/serdelki (wtedy to jeszcze były parówki/serdelki o odpowiedniej zawartości mięsa) lub kanapki. Po takim śniadaniu człowiek miał siłę na całodzienną pracę i naukę :)

    Doświadczenia z zupą mleczną mam też z przedszkola. W moim ukochanym przedszkolu (czyli tym, do którego ja i moje rodzeństwo chodziliśmy w trakcie roku szkolnego) zupy te nie były złe (szczególnie taka rzadka zupka z kaszą manną, którą pamiętam do dziś :). Przez jakiś czas ja i moja młodsza siostra chodziłyśmy jednak do innego przedszkola, tzw. zastępczego, w trakcie wakacji. To był zupomleczny koszmar. Dzieci były przymuszane do jedzenia zupy mlecznej na spalonym mleku (ten smak też pamiętam do dziś). Część z nich w zasadzie od razu tą zupę... wiadomo co.

    Doświadczenia z tego przedszkola nie zdołały mnie jednak zniechęcić do zup mlecznych, o których - a dokładnie o owsiance - ostatnio sobie przypomniałam. A to pod wpływem przepisu na Bananowy Rocket Fuel czyli owsiankę na mleku z bananem, brzoskwinią, orzechami i miodem. Takie ciepłe śniadanie, pełne składników odżywczych każdego postawi na nogi. Cytując autora tego przepisu, Tomka Woźniaka, "Działa jak 1 litr mocnego espresso". To prawda, a dodatkowo bardzo dobrze smakuje :) Odkąd odkryłam ten przepis (oraz propozycje innych owsiankowych wariacji, które można znaleźć na blogu http://www.tomekwozniak.com/), owsianka na stałe zagościła w moim śniadaniowym menu. Szczególnie dobrze sprawdza się w zimowe poranki, bo działa rozgrzewająco. Po takim śniadaniu, popitym ciepłą herbatą lub naparem ze świeżego imbiru posłodzonym miodem, jest mi po prostu ciepło i nie straszne mi wyjście z domu na zimno. Polecam!

    Podstawowy przepis na moją owsiankę:
    • 5 łyżek otrębów owsianych (do kupienia w większości supermarketów)
    • 2/3 szklanki mleka
    Mleko wlać do niedużego garnka/rondelka, wsypać otręby. Wymieszać, zagotować, ale nie dopuszczać do powstania kożucha. Mieszanina powinna trochę zgęstnieć. Zdjąć z ognia, odstawić na chwilę (żeby jeszcze bardziej zgęstniała). Przełożyć do miseczki/kubka, dodać ulubione dodatki i zjeść :)

    Powyższa porcja powinna wystarczyć dla 1 osoby, raczej płci żeńskiej - panom polecam składniki w proporcjach podawanych przez Tomka (1/2 szklanki płatków lub otrębów owsianych + 1 szklanka mleka). Zamiast otrębów można użyć płatków (np. błyskawicznych), a jeżeli któś nie lubi lub nie może pić mleka, można je zastąpić wodą. Jeżeli ktoś ma wybór, polecam jednak mleko - dzięki niemu owsianka jest bardziej kremowa niż ta ugotowana na wodzie.

    Do tak przygotowanej owsianki można dodać przeróżne dodatki: owoce (świeże i/lub suszone), orzechy, nasiona, miód, syrop, esencję waniliową (lub inną), skórkę z cytrusa, nutellę, kakao, syrop klonowy, przyprawy korzenne, cukier, masło orzechowe... co kto lubi (ale może nie wszystkie wymienione przeze mnie składniki na raz). Nie polecam jedynie dodawania świeżego ananasa - wypróbowałam na własnym żołądku, ananas pod wpływem ciepła owsianki robi się gorzkawy.

    A oto kilka moich wariacji - owsianka w pięciu smakach :)
    • owsianka z sokiem malinowym i malinami z tego soku (wyrób mojego dziadka ze strony mamy)
    • owsianka z dżemem ze smażonych jabłek (takich jak do naleśników, również wyrób dziadka), cynamonem i orzechami włoskimi (1/2 łyżeczki cynamonu dodałam już na początku gotowania do mleka)
    • owsianka z esencją waniliową (1/2 łyżeczki dodałam do gotowania), 1/2 świeżej pomarańczy i płatkami migdałowymi (podpieczone na suchej patelni dla lepszego aromatu i koloru); dodałam też łyżkę otrębów owsianych (stąd różnica w kolorze) w por. z pierwszym zdjęciem
    • owsianka egzotyczna - z bananem (1/2), kiwi i mango (1/2)
    • owsianka z suszonymi śliwkami, morelami i orzechami

      A na koniec kilka ciepłych słów o owsiance, które znalazłam w książce pt. "Tost. Historia chłopięcego głodu" autorstwa brytyjskiego kucharza-celebryty Nigela Slatera:

      Najpierw nie możesz jej jeść, bo jest taka gorąca. Za zimna też nie nadaje się do spożycia. Różnica między tymi dwoma etapami wynosi zaledwie 3 minuty. Kiedy trafisz na owsiankę we właściwym momencie, czujesz się tak, jakby otulał cię kaszmirowy koc. Ta potrawa niesie pocieszenie i rozgrzewa duszę. Kiedy ją spożywasz, wyobrażasz sobie, że na ziemi nie istnieje taki problem, którego nie dałoby się rozwiązać.

      wtorek, 22 listopada 2011

      Sałatka z (podsmażonym) serem halloumi

      Ser halloumi to grecki (ale tak naprawdę pochodzący z Cypru) ser solankowy, o konsystencji przypominającej nieco oscypek (podczas gryzienia halloumi wydaje podobny dźwięk). Więcej informacji o tym serze można znaleźć np. tutaj.

      O jego istnieniu dowiedziałam się z programu "Nigella bites", prowadzonego przez Nigellę Lawson. W jednym z odcinków brytyjska Domowa Bogini prezentuje przepis na smażony ser halloumi, serwowany z drobno posiekaną papryczką chili.O tym przepisie przypomniałam sobie kilka lat później, stojąc przed chłodnią w jednym ze sklepów należących do sieci Kuchnie Świata i szukając zupełnie innego produktu. Kupiłam 1 kostkę halloumi, która została pokrojona w plasterki, podpieczona na patelni grillowej, połączona ze świeżymi warzywami i podana w formie sałatki w towarzystwie dressingu z oliwy, soli, pieprzu i posiekanej papryczki chili.Wyszło super :)

      W ostatni weekend wypróbowałam inny wariant sałatki z tym serem, a sam ser potraktowałam patelnią teflonową zamiast grillowej. A było to tak:

      Sałatka z (podsmażonym) serem halloumi
      [plastry podsmażonego halloumi być może wyglądają tu jak kawałki ryby lub kurczaka, ale wierzcie mi, to naprawdę jest halloumi :)]

      Składniki (dla 3-4 osób:
      • 1 opakowanie sera halloumi (można go kupić w delikatesach Kuchnie Świata lub Piotr i Paweł, czasami bywa też w Bomi; w Almie nigdy nie udało mi się dostać tego sera)
      • 1 opakowanie miksu sałat
      • kilkanaście pomidorków cherry (ja miałam 10 cherry i 1 zwykłego pomidora)
      • kilkanaście czarnych (lub zielonych) oliwek
      • oliwa z oliwek
      • oliwa z oliwek aromatyzowana pepperoncino (lub1 świeża papryczka chili, bez nasion)
      • świeża bazylia
      • sól i pieprz do smaku
      Przygotowanie:
      1. ser halloumi pokroić w plastry
      2. na teflonowej patelni rozgrzać łyżkę oliwy z oliwek
      3. plastry halloumi ułożyć na patelni, smażyć do zrumienienia z obu stron (uwaga, mogą trochę przywierać)
      4. po zdjęciu sera z patelni położyć plastry halloumi na ręczniku papierowym
      5. pomidory umyć, pokroić
      6. na półmisek wysypać sałatę, polać ją 2-3 łyżkami oliwy z oliwek ze szczyptą soli, dobrze wymieszać
      7. na sałacie ułożyć pomidory, oliwki i podsmażony ser
      8. skropić oliwą aromatyzowaną pepperoncino, doprawić świeżo zmielonym pieprzem, posypać niedbale posiekaną bazylią (jeśli zamiast aromatyzowanej oliwy używamy zwykłej oliwy i papryczki chwili, papryczkę trzeba drobno posiekać i wymieszać z oliwą, a następnie rozprowadzić na sałatce)
      Smacznego :)

      poniedziałek, 21 listopada 2011

      Subiektywnie o: poznańskich restauracjach Przy Bamberce i Hugo

      Poznań to kulinarna pustynia - wielokrotnie spotkałam się z taką opinią. Mimo to postanowiliśmy (ja i Wybranek) spędzić długi weekend (11-13 listopada) właśnie w Poznaniu. Postanowienie to było motywowane głównie chęcią spróbowania rogali marcińskich w święto św. Marcina w mieście, w którym święto to jest hucznie obchodzone. Co też uczyniliśmy.

      Jadąc do Poznania, liczyliśmy jednak nie tylko na degustację rogali marcińskich, ale również gęsiny (podobno 11 listopada to dzień, od którego można zacząć jeść gęsinę, bo świeżo wyhodowane gęsi do tego czasu gotowe do...uboju) oraz innych lokalnych specjałów, jak np. szarych klusków.

      Zanim wyruszyliśmy w podróż do Poznania, zrobiliśmy kulinarne rozeznanie w terenie, pytając różnych znajomych o poznańskie restauracje, w których można spróbować specjałów kuchni tego regionu. Polecono nam m.in. Restaurację przy Bamberce, która znajduje się w samym sercu rynku Starego Miasta. Niestety okazała się wielkim rozczarowaniem - gdy zawitaliśmy w tej restauracji 11 listopada na kolację (ok. godz. 20) okazało się, że nie ma już gęsiny, na którą bardzo liczyliśmy. Ok, mieli duży ruch w ciągu dnia, a gęsina to tradycyjne danie spożywane w tym dniu. Nie mieli też żurku, na który dużą ochotę miał Wybranek. Kelnerka nie raczyła niestety poinformować nas o tych brakach na wejściu, a moim zdaniem powinnam uprzedzić, że niektóre dania z karty są niedostępne.

      Zamówiliśmy więc zupę grzybową oraz zraz wołowy (bardzo regionalna potrawa... ale wybór był niewielki) i kacze udo. Gdy zaserwowano nam zupę, zaświeciła iskierka nadziei, że mimo nieudanego startu (brak w karcie dań, na które liczyliśmy), nie będzie jednak tak źle. Zupa była bardzo dobra.


      Kolejne dania utwierdziły nas niestety w przekonaniu, że nie tylko nie wrócimy już do tego miejsca, ale będziemy ostrzegali przed nim wszystkich znajomych, którzy będą wybierali się do Poznania i będą szukali miejsca, w którym można zjeść dobry posiłek w miłej atmosferze. Niniejszym ostrzegam.


      Zraz wołowy był suchy jak wióry i tylko oblany sosem, na pewno nie był w tym sosie duszony. Kacze udo też było suche (i podane z tym samym sosem co zraz), a jeszcze bardziej suche były tzw. poznańskie pyzy (zwane też pampuchami, parzeńcami, itd. - to takie drożdżowe niby-bułeczki, gotowane na parze; często można je spotkać np. w Czechach), niejadalne.


      Z oczywistych powodów zrezygnowaliśmy z deseru. Dramatyzmu całej sytuacji dodawało zawodzenie Michała Bajora w tle (niniejszym przepraszam wszystkich fanów twórczości tego artysty, ale to jest ostatni wykonawca, o jakim pomyślałabym, że może umilić posiłek). Nie mogę też nie wspomnieć o karcie win - jeżeli zamiarem właścicieli tej knajpy było udowodnienie zaglądającym tu - podobno często - obcokrajowcom, chcącym spróbować regionalnych specjałów, że Polacy nie mają pojęcia o winie i nie potrafią dobierać wina do potraw to gratuluję, cel osiągnięty.

      Pierwszego dnia pobytu zrobiło się nam więc trochę łyso - liczyliśmy, że jednak nie będzie tak źle z tym jedzeniem, a tu wtopa z Bamberką, która została nam polecona przez Poznaniaka jako dobra restauracja, w której można zjeść miejscowe dania... Może ten Poznaniak nie mieszka już lub nie jada w swoim rodzinnym mieście?

      Drugiego dnia pobytu trafiliśmy jednak do miejsca, dzięki któremu nasze postrzeganie Poznania z kulinarnej perspektywy zmieniło się o 180 stopni. Jeżeli Poznań rzeczywiście jest kulinarną pustynią, to znaleźliśmy zdaje się oazę dobrego smaku :) Jeszcze przed wyjazdem Wybranek wyszukał w internecie restaurację Hugo, znajdującą się w Starych Koszarach (zwanych również - jak poinformował nas taksówkarz - Koszarami Ułańskimi lub City Parkiem). Do odwiedzenia tego miejsca zachęciła nas dobra recenzja na blogu Zjeść Poznań, którym posiłkowaliśmy się wcześniej przy wyborze cukierni, gdzie mieliśmy kupić rogale marcińskie. Na tym blogu znajdziecie zdjęcia elewacji (piękna czerwona cegła) oraz wnętrza (stonowane, przestronne) - my niestety żadnych zdjęć restauracji jako takiej (=nie jedzenia) nie zrobiliśmy (było już ciemno). No, może poza jednym:


      Kuchnia jest oddzielona od sali restauracyjnej szybką, dzięki której goście siedzący w określonej części tej sali (zakątek na prawo od wejścia) mogą obserwować, co dzieje się w kuchni (a działo się dużo i w zabójczym tempie, szczególnie, gdy wpływało zamówienie).

      Zostaliśmy przywitani i usadzeni przez miłego kelnera, który szybko przyniósł nam kartę (składającą się ze stałych pozycji - a la carte - oraz dań sezonowych, takich trochę bardziej lunchowych). Bardzo dobrym rozwiązaniem było uwzględnienie w karcie sugestii dotyczących doboru win do poszczególnych dań.

      Zanim wybraliśmy dania, zaserwował nam "poczekajkę" - parfait (pasztet o konsystencji musu) z gęsiej wątróbki z żurawiną. Nie lubię podrobów (uraz z przedszkola - kto z nas nie był raczony śmierdzącym kotletem z wątróbki przez panie przedszkolanki?) i pewnie wątróbki w całości bym nie zjadła, ale parfait przypadło mi do gustu :)


      Dobrze komponowało się z domowej roboty ciemnym pieczywem z orzechami oraz marmoladą z fig, która była dodatkiem do mojej przystawki (ser rubin z marmoladą z fig). To nie do końca była przystawka, raczej zakąska do wina, ale kelner nie miał nic przeciwko, żebym w ramach przystawki zamówiła właśnie to.


      Wybranek skusił się na ciepłą przystawkę z karty ze stałymi pozycjami - smażoną pierś przepiórki (wyglądało i smakowało super, nie udało mi się niestety zrobić zdjęcia). Zamówiliśmy też czerwone, wytrawne wino (Chianti), które świetnie komponowało się z parfait (w tym miejscu Wybranek przywołał wypowiedź doktora Lectera, opowiadającego o tym, jak to uraczył się wątróbką rachmistrza, którą popił właśnie winem Chianti ;). Zaczęło się bardzo dobrze.

      Jako danie główne obydwoje zamówiliśmy upragnioną gęsinę w formie smażonej piersi z gęsi, podanej z dyniowym musem i kawałkami jabłka (to te kółeczka). Wyśmienite! Pierwszy raz (świadomie) jadłam gęsinę i muszę przyznać, że naprawdę mi smakowała. Wybrankowi również.


      Po tak dobrym początku i jeszcze lepszej kontynuacji po prostu nie mogliśmy nie zamówić deseru. Wybranek   skusił się na mus z mlecznej czekolady, a ja na tartę cytrynową z cieniutką warstwą porzeczkowej galaretki na wierzchu. Pycha...


      Posiłek w Hugo był najlepszym restauracyjnym posiłkiem jaki do tej pory jadłam. Gorąco polecam Hugo wszystkim mieszkańcom Poznania, którzy jeszcze nie odkryli tego miejsca oraz przyjezdnym. W innych miejscach trudno o tak dobre jedzenie i świetną obsługę (była świetna nie tylko dlatego, że kelner śmiał się z naszych żartów ;).

      sobota, 19 listopada 2011

      Pochwała wspólnego pichcenia (zupa cebulowa, bezmięsne tarty, szarlotkowe muffiny)

      Zgodnie z deklaracją z jednego z moich wcześniejszych wpisów kontynuuję projekt "wspólne pichcenie". Tym razem w rodzinnym gronie i przy międzypokoleniowej współpracy. Udział wzięli: babcia, wujek (brat taty) i ja. Wspólnymi siłami zrobiliśmy zupę cebulową, 3 tarty (miały być dwie, ale doszło do jakiegoś cudownego rozmnożenia ciasta na spód - to pewnie zasługa babci, która daniem dla 2 osób potrafiła wykarmić 7 :) oraz szarlotkowe muffiny (z kawałkami jabłka i kruszonką). Wszystkie te dania były bezmięsne, bo w naszej rodzinie w piątki tradycyjnie nie jemy mięsa.

      Akcja została z góry zaplanowana. Przedstawiłam propozycje dań (zupa+danie główne+deser), babcia i wujek z rodziną wybrali te, które najbardziej przypadły im do gustu. Następnie rozpisaliśmy listę zakupów, o które zadbał wujek, a wczoraj rano przystąpiliśmy do realizacji :) Dzięki wspólnemu wysiłkowi osiągnęliśmy bardzo zadowalające efekty :) Przekonajcie się sami.

      Zupa cebulowa według przepisu mojej młodszej siostry
      [to był pierwszy raz, kiedy to ja gotowałam tą zupę, a nie moja siostra, ale przepis jest na tyle prosty, że trudno to zepsuć]

      Składniki (porcja dla 10 osób; 1 porcja = 2 chochelki zupy):
      • 5 dużych cebul (takich najzwyklejszych; nie nadają się łagodniejsze odmiany, np. tzw. cebula sałatkowa czy czosnkowa, bo nie są wystarczająco ostre w smaku - moja siostra zrobiła raz eksperyment: wzięła cebulę sałatkową i zupa wyszła raczej mało wyrazista w smaku i miała bledszy kolor niż zwykle)
      • 2-3 łyżki oliwy z oliwek
      • 250 ml białego, wytrawnego wina (my mieliśmy niemieckiego rieslinga; riesling jest polecany do tej potrawy przez znawców)
      • 1,5 litra bulionu (domowego albo z kostki; nadaje się i wołowy, i drobiowy i warzywny, ale chyba najlepszy jest jednak wołowy)
      • 1 łyżeczka słodkiej papryki
      • 1 łyżeczka suszonego tymianki
      • 1 łyżeczka mąki pszennej
      • sól, pieprz do smaku
      Przygotowanie:
      1. cebule obrać i pokroić w półplasterki
      2. na dno dużego garnka (w którym będziemy gotować zupę) wlewamy oliwę, rozgrzewamy i wrzucamy pokrojoną cebulę
      3. cebulę solimy (żeby szybciej puściła sok) i podsmażamy na złoty kolor, dość często mieszając (garnek to nie patelnia, więc cebula może przywierać, no chyba, że ktoś używa garnka z powierzchnią, do której jedzenie nie przywiera)
      4. do podsmażonej cebuli dodajemy słodką paprykę i chwilę mieszamy
      5. na tym etapie moja siostra radzi odłożyć trochę cebuli, którą można dodać do każdego talerza z zupą przy serwowaniu (żeby było widać, że to z cebuli, bo zupa będzie zmiksowana)
      6. do cebuli z papryką dodajemy mąkę i chwilę mieszamy
      7. do garnka wlewamy wino, dobrze mieszamy z cebula
      8. przez kilka minut (3-5) gotujemy wino z cebulą, żeby trochę je odparować
      9. następnie blenderem miksujemy tą mieszaninę (miksowanie nie jest obligatoryjne - zupę cebulową najczęściej można spotkać w formie niezmiksowanej, ale ja robię ją z przepisu mojej siostry, która podaje zupę zmiksowaną)
      10. wlewamy bulion (jeżeli dodajemy 1,5l zupa nie będzie zbyt gęsta, będzie miała konsystencję żurku - jeśli zależy nam na gęstszej zupie, dodajmy mniej płynu lub więcej cebuli; uwaga, przy dodaniu mniejszej ilości płynu automatycznie zmniejsza się liczba porcji, które uzyskamy; przy dodaniu 1l powinno wyjść ok 6-7 porcji, nie 10)
      11. dodajemy tymianek, doprawiamy solą (tu ostrożnie, bo już wcześniej dodaliśmy soli do cebuli) oraz pieprzem
      12. gotujemy jeszcze kilka minut i można podawać - my podaliśmy w barszczówkach
      Zupa cebulowa ma wspaniały, nieco słodkawy smak, "podrasowany" dodanym do niej winem. Nie jest ostra i nie sprawia, że po jej konsumpcji pachniemy cebulą. Powinna mieć brązowo-brunatny kolor, coś jak połączenie barszczu czerwonego z zupą grzybową.

      Danie to wywodzi się z Francji, gdzie jest serwowane z specjalnych kokilkach. Zupę nalewa się do tych kokilek, na wierzchu każdej porcji układa się grzankę posypaną serem (najczęściej gruyere) i całość wstawia się na chwilę do pieca, do rozpuszczenia sera. Wygląda to mniej więcej tak.

      A my do naszej zupy cebulowej zrobiliśmy grzanki z serem gruyere, które podaliśmy na osobnym talerzu:
      Po prostu pokroiliśmy długą bułkę (nazywaną bułką paryską;  może być też inne pieczywo - np. zwykła bułka lub bagietka ) na kromki, na każdej położyliśmy po 2 plasterki sera gruyere (w sumie ok 100g), posypaliśmy suszonym tymiankiem i wstawiliśmy na chwilę do piekarnika, zapiekając grzanki do momentu, w którym ser się roztopił. I tyle :)

      Na danie główne zaserwowaliśmy 2 rodzaje tarty (miał być jeden rodzaj, ale ze względu na fakt, że wyszło nam dużo ciasta, zrobiliśmy 2 rodzaje): z fetą, papryką i oliwkami oraz z brokułami i gruyerem (gruyer jest świetny do wszelkiego rodzaju zapiekanych potrwa, jak i do foundue, bo bardzo dobrze się roztapia, zachowując aksamitną konsystencję).

      Ciasto na tartę (ciastem z poniższej ilości składników wylepiliśmy 3 raczej duże formy do tarty, każda po ok 26-28 cm):
      • 800g mąki pszennej
      • 400g masła (dwie 200-gramowe kostki)
      • 2 łyżeczki soli
      • 4 jajka
      Z połowy tych składników wychodzi 12 tartinek (małych tart pieczonych w foremkach o średnicy ok 11-12 cm).

      Z mąki, masła, jajek i soli wyrabiamy ciasto (w podobny sposób, jak robi się kruszonkę czyli rozcierając masło z mąką opuszkami palców). Ciastem wylepiamy formę do tarty, nakłuwając dno widelcem (żeby powietrze miało którędy uchodzić i żeby ciasto zanadto nie urosło/nie popękało). Formę wyklejoną ciastem chłodzimy w lodówce (min. 15 min). W międzyczasie nagrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza (bez termoobiegu). Po schłodzeniu wstawiamy formę do piekarnika (na środkową półkę) i podpiekamy przez 10 min (dzięki temu będzie dobrze upieczone; gdybyśmy piekli je od razu z farszem, mogłoby rozmoknąć i się nie dopiec). Wyjmujemy podpieczone ciasto z piekarnika i układamy na nim farsz.

      Tarta z fetą, papryką i oliwkami

      Składniki na farsz (ilość na 1 tartę z formy o średnicy ok. 28 cm)
      • 1 kostka sera feta (tym razem mieliśmy nie oryginalną grecką fetę, ale zamiennik - głównie dlatego, że jest miększy niż oryginał i łatwiej było wymieszać pokruszoną fetę z zalewą; użyliśmy fety marki Mlekovita)
      • 1/2 dużej czerwonej papryki
      • 1/2 dużej żółtej papryki
      • 10 zielonych oliwek (można też dodać czarne)
      • 2 jajka
      • 2 łyżki śmietany
      • 1 ząbek czosnku
      • świeże oregano (opcjonalnie)
      • szczypta gałki muszkatołowej
      • szczypta pieprzu
      • kilka gałązek świeżej natki pietruszki
      Przygotowanie:
      1. paprykę umyć i pokroić w kostkę, a następnie równomiernie rozłożyć na dnie podpieczonego spodu do tarty
      2. oliwki odcedzić i pokroić w plasterki, dodać do papryki
      3. połowę fety rozkruszyć, rozsypać na papryce i oliwkach
      4. warzywa i fetę posypać listkami świeżego oregano
      5. drugą połowę fety rozdrobnić do miseczki, dodać jajka, śmietanę, czosnek przepuszczony przez praskę, gałkę muszkatołową i pieprz - dokładnie wymieszać (powinniśmy uzyskać w miarę jednolitą masę)
      6. uzyskaną w ten sposób masą polać spód ciasta i warzywa z fetą - a miarę równomiernie
      7. wstawić formę z ciastem i farszem do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza
      8. zapiekać przez 20 min
      9. po upieczeniu posypać wierzch tarty posiekaną świeżą natką pietruszki
      Polecam serwowanie tej tary w towarzystwie sałaty z dressingiem (wystarczy 1 opakowanie miksu sałat + dressing z 1 łyżki miodu, 1 łyżki musztardy, 5 łyżek oliwy z oliwek i soku z połowy cytryny, doprawiony szczyptą soli i świeżo zmielonym pieprzem). Można też posypać sałatę pokruszonymi orzechami włoskimi.

      Świeżo po upieczeniu tarta była dobra, ale jeszcze lepsza była po kilku godzinach spędzonych w lodówce i po odgrzaniu.

      Tarta z brokułami i serem gruyere

      Składniki na farsz (ilość na 1 tartę z formy o średnicy ok. 28 cm)
      • 1 świeży brokuł
      • 100g sera gruyere
      • 150-200ml śmietany (18%)
      • 2 jajka
      • duża szczypta gałki muszkatołowej
      • duża szczypta pieprzu i soli
      Przygotowanie:
      1. brokuł umyć, podzielić na małe różyczki - różyczki rozłożyć równomiernie na podpieczonym spodzie
      2. ser drobno zetrzeć na tarce
      3. połowę startego sera wymieszać ze śmietaną, jajkami i przyprawami
      4. uzyskaną w ten sposób masą polać brokuły (w miarę równomiernie)
      5. drugą połową startego sera posypać zalane masą brokuły
      6. wstawić do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza
      7. zapiekać przez 20 min
      Podobnie jak w przypadku tarty z fetą, papryką i oliwkami, tarta z brokułami dobrze wchodzi w towarzystwie sałaty z dressingiem (tu poszłabym w stronę dressingu z 1 łyżki musztardy, 1 łyżki octu winnego i 4-5 łyżek oliwy, z solą i pieprzem - taka ilość jest ok na 1 opakowanie miksu sałat).

      A na deser zrobiliśmy szarlotkowe muffiny z kruszonką. Pod koniec procesu gotowania (w sumie ok 3,5h) straciłam ochotę na zagniatanie kolejnego kruchego ciasta (na kruszonkę), ale sytuację uratował wujek, który zaoferował, że on zrobi tą posypkę. Muffiny zrobiliśmy według mojego sprawdzonego przepisu na muffiny z owocami (zamiast 100g cukru dodaliśmy ok 130g, bo jabłka są czasami kwaskowate) - do ciasta dodaliśmy 1,5 średniego jabłka, a każdego muffina przed wstawieniem do piekarnika posypaliśmy kruszonką. Jeżeli ktoś lubi wypieki z jabłkami i z cynamonem, do ciasta można dodać 1 łyżeczkę cynamonu.

      Niezmiennie polecam wspólne pichcenie :) To świetna okazja do wymiany kulinarnych doświadczeń i rozmów o życiu nad stołem/kuchenką. Smacznego!

      środa, 16 listopada 2011

      Prosty makaron z cukinią

      To nie jest danie dla osób lubiących wyrafinowane kombinacje składników ani dla miłośników makaronów pływających w zawiesistych sosach*. To proste danie, z zaledwie kilku składników. Bardzo dobrze sprawdza się jako danie na lunch do zabrania do pracy, niemniej dobrze smakuje w warunkach domowych :)

      Wspomniałam o przygotowywania tego makaronu w formie lunchu, bo właśnie w celu zabrania go do pracy zrobiłam go pierwszy raz. Zapewne nie jestem pierwszą osobą na świecie, która wpadła na pomysł takiej kombinacji składników, uznaję jednak to danie za autorskie :) Jednocześnie jest to kolejne danie z rodzaju "nawinie", czyli z tego, co akurat miałam w lodówce/na stanie. A że było to lato, miałam świeżą cukinię i bazylię (w zimie też mam je na stanie, ale w lecie lepiej smakują). Do tego trochę czosnku (spokojnie, został przetworzony w taki sposób, że raczej nie spowoduje, że koleżanki i koledzy z pracy nagle zaczną Was unikać ;), sól, pieprz, oliwa, no i ulubiony rodzaj makaronu (albo taki, który akurat macie). Jak dotąd robiłam to danie z spaghetti, penne i świderkami, zarówno z białej mąki, jak i w formie pełnoziarnistej. Tym razem będą pełnoziarniste świderki.

      Polecam to danie również osobom, które nie mają za dużo czasu na gotowanie, np. wpadają do domu tylko na 1-2 godziny i biegną do kolejnej pracy/innych zajęć. Takie danie jest 100 razy lepsze niż jakaś podejrzana mrożonka, danie ze słoika czy z proszku, a jego przygotowanie trwa tylko chwilę dłużej niż zalanie wrzątkiem zupki z proszku czy podgrzanie gotowego jedzenia ze słoika...

      Makaron z cukinią i bazylią

      Składniki (dla 2 osób):

      • 1 duża cukinia
      • 2 szklanki makaronu (odmierzone przed ugotowaniem)
      • 1 pęczek świeżej bazylii
      • 2 ząbki czosnku
      • sól, pieprz
      • 2 łyżki oliwy

      Przygotowanie:
      1. nastawić makaron do ugotowania zgodnie z instrukcjami na opakowaniu
      2. cukinię umyć, pokroić w półplasterki (niezbyt cienkie)
      3. czosnek obrać, drobno posiekać, podsmażyć chwilkę na oliwie (uwaga, żeby nie zbrązowiał - jak zbrązowieje będzie po ptakach ;)
      4. dodać cukinię, posolić, podsmażyć do miękkości (cukinia powinna być miękka, ale zachować ładny zielony kolor i kształt), powinno wystarczyć ok. 3-5 min na patelni (dużo zależy od rozmiarów patelni i rodzaju cukinii)
      5. cukinię doprawić pieprzem (i solą, jeśli danie jest za mało słone)
      6. niechlujnie (to lubię! ;) posiekać bazylię (tylko listki)
      7. odcedzony makaron dodać na patelnię, zdjąć patelnię z ognia
      8. całość posypać bazylią, wymieszać i można jeść (np. z dodatkiem startego parmezanu :)
      Prawda, że proste? :)


      *W tym miejscu przypomniała mi się opowieść Wybranka o tym, jak to wybrał się do sklepu z winem w celu nabycia trunku, który dobrze skomponowałby się z makaronem z sosem bolońskim. Wchodzi do sklepu, tłumaczy, że chciałby wino do takiego właśnie dania, a sprzedawca pyta: "Ale do jakiego makaronu z sosem bolońskim? Do takiego polskiego czy do włoskiego?". "Do polskiego?", odpowiedział zaskoczony Wybranek, nieświadomy istnienia polskiej odmiany. "A jaki to jest?", zapytał. "Makaron z sosem bolońskim po polsku to jest taki, gdzie makaron pływa w sosie prawie jak w zupie, a sos jest zrobiony z gotowej mieszanki z torebki z dodatkiem mięsa mielonego", wytłumaczył sprzedawca. "A nie, to ja mam taki raczej po włosku", odrzekł Wybranek. W dalszej części tej opowiastki Wybranek kupuje wino polecone przez tego sprzedawce, wraca do mieszkania, otwiera wino, próbuje...i nie jest zachwycony. Zachwyt przychodzi dopiero w momencie, w którym nakłada sobie porcję makaronu i próbuje wina do posiłku :)