środa, 23 grudnia 2015

Pierniczki Elizy

Co roku, i tylko raz w roku, robię moje ulubione pierniczki w skandynawskim stylu, z melasą i dużą ilością imbiru. W tym roku wyszły jakieś takie bardziej wytrawne niż słodkie, więc dla równowagi chciałam zrobić jakieś takie klasyczne słodkie pierniczki. Padło na wypieki, którymi rok temu obdarowała mnie moja przyjaciółka Eliza, z którą znamy się już prawie 30 lat :-) Choć oryginalny przepis pochodzi z jakiegoś kalendarza marki Thermomix, dla mnie to zawsze będą pierniczki Elizy, bo to od niej dostałam wypieki z tego przepisu i to z nią zawsze będą mi się kojarzyły :-) Oryginalny przepis dostosowałam tak, aby można było je spokojnie zrobić nie posiadając Thermomixa.

Pierniczki Elizy


Składniki:
100g cukru białego
100g cukru brązowego
100g miodu (może też być melasa, ale ciasteczka z miodem wychodzą delikatniejsze w smaku)
100ml wody
140g masła
1 łyżka mielonego cynamonu
1 łyżka mielonego imbiru
1 łyżka mielonych goździków
1/2 łyżki sody
500g mąki pszennej

Przygotowanie:
1. Do rondelka wlewamy wodę, dodajemy miód, cukier biały, cukier brązowy i masło, podgrzewamy całość na niedużym ogniu przez 10 min
2. Mieszaninę zdjmujemy z ognia i odstawiamy do przestygnięcia
3. Mąkę przesiewamy razem z sodą,  dodajemy przyprawy korzenne
4. Łączymy obi mieszaniny i  wyrabiamy gęstą, lepką masę
5. Z masy lepimy kulę, owijamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na nic (lub na pół dnia) do schłodzenia
6. Następnego dnia (ew. w drugiej połowie dnia) rozwałkowujemy ciastao na stolnicy/blacie obsypanym mąką, a następnie wykrajamy ciastka i układamy na blaszce wysmarowanej tłuszczem lub wyłożonej papierem do pieczenia
7. Rozgrzewamy piekarnik do180 stopni Celsjusza
8. Wstawiamy blachę z ciasteczkami do piekarnika i pieczemy przez ok 10 min (większe viasteczka 10 min, mniejsze 8 min)

Smacznego :-)


piątek, 18 grudnia 2015

Gulasz warzywny z cieciorką i bakłażanem

W przepisie, który znalazłam w internecie, danie to występuje pod nazwą "marokański gulasz warzywny z cieciorką i bakłażanem". Nie mam jednak pewności, co do korzeni tej potrawy, bo szukałam tego przepisu pozostając pod dużym wrażeniem bardzo podobnego dania, które jadłam podczas wakacji w Lizbonie. Niezależnie od pochodzenia, jest bardzo smaczne, proste i szybkie w przygotowaniu. Oraz - jak wyczytałam w przepisie, na którym się wzorowałam - "wymaga użycia tylko jednego świeżego składnika", co nie do końca jest prawdą, no chyba, że cebuli i czosnku nie uznajemy za "świeże składniki" ;-)

Przy okazji może podzielę się wskazówkami dotyczącymi dwóch składników tego dania:
  • cieciorka - w książce "Zmień chemię na jedzenie", autorstwa Julity Bator, znalazłam informację, że bezpieczniej jest wybierać produkty w słoikach, a nie w puszkach; podobno puszki wcale nie są takie neutralne pod kątem toksyn - staram się nie wierzyć we wszystko, co przeczytam na temat jedzenia (wówczas prawdopodobnie w ogóle przestałabym jeść, bo "wszystko jest rakotwórcze", a najbardziej chyba samo życie...), ale skoro można wybrać opakowanie bezpieczniejsze, może warto się nad tym zastanowić; słoiki mają też taką zaletę, że można je wykorzystać do przechowywania żywności/przetworów, z puszką ciężko
  • pomidory z puszki - nie kojarzę, żeby na rynku były dostępne pomidory ze słoika, więc powyższy wywód będzie tu "od czapy", ale za to mam inny ;-) moja Siostra podpowiedziała mi, że czytała gdzieś całkiem sensowną uwagę, że jak już korzystamy z pomidorów z puszki to lepiej z takich w całości, a nie krojonych; a to dlatego, że przy tych krojonych może się zdarzyć, że do puszki trafiają same najmniej atrakcyjne części pomidora
To co z tym gulaszem?

Gulasz warzywny z cieciorką i bakłażanem

Składniki (dla 4 osób):
  • 2 duże bakłażany
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 puszka cieciorki (ok 250g pod odsączeniu z zalewy)
  • 1 puszka pomidorów (ok. 400g, z zalewą)
  • 1 szklanka wywaru warzywnego
  • 1/2 łyżeczki chili (w oryginale jest 1 cała, ale ja dodałam mniej, bo wolę łagodniejsze niż ostrzejsze dania)
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • Sól i pieprz do smaku
  • Opcjonalni: natka pietruszki do posypania
Przygotowanie:
1. Bakłażany myjemy i kroimy w dużą kostkę
2. Cebulę obieramy i kroimy w kostkę
3. Czosnek obieramy i przepuszczamy przez praskę
4. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy cebulę, czosnek, cynamon, chili i kmin, a następnie podsmażamy na niedużym ogniu, aż cebula nieco zmięknie
5. Na patelnię dodajemy pokrojone bakłażany, cieciorkę i pomidory z puszki, razem z zalewą, a następnie dodajemy bulion, przykrywamy i gotujemy przez ok. kwadrans, aż kawałki bakłażana będą miękkie
6. Jeśli sos jest zbyt płynnym zdejmujemy pokrywkę i gotujemy jeszcze chwilę, do odparowania części płynu
7. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku

Serwujemy z ryżem, kuskusem lub bulgurem, ale równie dobrze można podać z chlebem. Przed podaniem można posypać posiekaną świeżą natką.

Smacznego :-) 


niedziela, 13 grudnia 2015

Krupnik z kaszą jęczmienną

Na taką aurę, jak obecnie, krupnik jest moim zdaniem idealny. W ciemne, zimne, mokre dni syci, rozgrzewa, daje poczucie bezpieczeństwa, przywołuje wspomnienia z domu rodzinnego :-) Z uwagi na obecność i kaszy, i ziemniaków, i mięsa (jeśli zdecydujecie się dodać) sprawia, ze miska krupniku może spokojnie pelnic funkcję samodzielnego dania.

Dodatkowo, jeżeli macie gotowy bulion, przygotowanie krupniku nie powinnio zająć dużo czasu. Jeśli nie macie, polecam bulion z przepisu bazującego na przepisie na rosół wołowy z książki "Encyklopedia polskiej sztuki kulinarnej" Hanny Szymanderskiej. W przepisie tym ciekawy jest dodatek nieopalonej i nieobranej cebuli oraz goździka wbitego w tą cebulę. Pominęłam niektóre dodatki, jak np. wątróbkę, rzodkiewkę, kalarepę i kilka innych dodatków, skupiłam się na tym, które dodaje się w moim domu rodzinnym.

Przepis na bulion (autotka oryginały podaje wagę warzyw, ja nie, plus ja nie )
- 3 litry wody
- 750-1000g wołowiny (u mnie była pręga wołowa, ale każdy inny kawałek mięsa "rosołowego")
- 1 średniej wielkości cebula
- 1 goździk
- 2 ziarenka ziela angielskiego
- 3 ziarenka pieprzu
- 2 liście laurowe
- 1/4 selera
- 2 średniej wielkości marchewki
- 1 korzeń pietruszki
- biała część niedużego pora
- sól do smaku
- opcjonalnie: kilka suszonych podgrzybków

Do dużego garnka wlewamy wodę, wrzucamy umytą, ale nie obraną cebulę z wbitym goździkiem, ziele angielskie, pieprz i liście laurowe, a następnie gotujemy przez ok 15 min, pod przykryciem. Po tym czasue dodajemy umyte mięso i gotujemy przez ok 1h bez przykrycia, na niewielkim ogniu, zbierając łyżką szumowiny co jakiś czas. Myjemy i obramy warzywa. Po upływie godziny od rozpoczęcia gotowania mięsa, dorzucamy warzywa i grzybki (które warto wcześniej opłukać/wymoczyć, żeby pozbyć się ew. piasku). Gotujemy razem ok 30 min, przecedzamy i doprawiamy solą do smaku. Ugotowane mięso oraz grzybki można pokroić/podzielić na małe kawałki i dorzucić do krupniku.

Krupnik z kaszą jęczmienną

Składniki (dla 4-6 osób)
- ok 1,5l aromatycznego bulionu (ja najbardziej lubię wołowy, ale może też być drobiowy lub warzywny)
- 4 średniej wielości ziemniaki
- 2 średniej wielkości marchewki
- 1 korzeń pietruszki
- 150g kaszy jęczmiennej (perłowej)
- kawałki ugotowanego mięsa, ew. grzybków
- do posypania świeża natka pietruszki (ja na taką ilość zupy dodaję 1/2 pęczka)
- sól i pieprz

1. Warzywa myjemy, obieramy, kroimy w niedużą kostkę
2. Podgrzewamy bulion, wrzucamy pokrojone warzywa i kaszę, gotujemy do miękkości (15-20 min)
3. Pod koniec gotowania dodajemy kawałki mięsa i ew. grzybków
4. Tuż przed podaniem dorzucamy do garnka posiekaną natkę, doprawiamy solą oraz pieprzem i serwujemy

Smacznego :-)

niedziela, 25 października 2015

Kurczak po portugalsku

Nazwę tego dania "pożyczyłam" od mojej Babci, która nazywa tak piersi z kurczaka duszone z różnymi warzywami. Kiedyś przeczytała przepis na to danie w jakiejś gazecie, wypróbowała i tak oto znalazło się ono na stałe w kulinarnym repertuarze Babci. Mój "kurczak po portugalsku" jest trochę inny niż babciny, ale część składników jest taka sama, więc ta zapożyczona nazwa nie jest zupełnie od czapy ;-)

Tym bardziej, że mój przepis rzeczywiście ma portugalskie korzenie. Inspiracją do przygotowania tego dania była lekcja gotowania, w której wraz z Wybrankiem wzięliśmy udział w trakcie pobytu w Lizbonie. Organizatorem była szkoła gotowania Cooking Lisbon, przepis i "know how" mam od ich instruktorki, Isabeli.

Danie jest proste w przygotowaniu, składa się z łatwo dostępnych produktów (największym wyzwaniem może być pasta paprykowa, a poza miastami także świeża kolendra...) i jest bardzo dobre. Sos, który powstaje z wina, bulionu, przypraw i soków z warzyw i mięsa jest pyszny, mimo, że bardzo najadłam się samym daniem, nie mogłam sobie odmówić wyczyszczenia talerza z sosu za pomocą kromki chleba :-)

Pasta paprykowa (Massa de Pimentão) z oryginalnego przepisu według Cooking Lisbon to portugalski składnik, który w Polskie nie jest łatwo znaleźć, ale można albo własnoręcznie przygotować w domu taką pastę (przepis dostępny jest np. tutaj) albo zastąpić ją węgierskim łagodnym przecierem paprykowym, który łatwiej dostać w polskich sklepach (słyszę złorzeczenie purytan kuchni portugalskie...). Ja miałam słoiczek oryginalnej portugalskiej pasty, ale ją zużyłam. Zastąpiłam więc węgierskim przecierem Edes Piros, który można kupić w delikatesach sieci Kuchnie Świata lub w sklepach internetowych (np. kociolkowanie.pl). Głównym składnikiem portugalskiej pasty Massa de Pimentão jest świeża słodka papryka i sól, podobnie jak w przypadku różnego rodzaju węgierskich przecierów. Więc nie spinajcie się i weźcie węgierski produkt, jeżeli taki jest w Waszym zasięgu, a portugalski nie. Albo jeżeli nie chce Wam się albo nie macie czasu robić pasty w portugalskim stylu w domu ;-)

A teraz do meritum.

Kurczak po portugalsku

Składniki (dla 2-3 osób)
  • 6 udźców z kurczaka (u mnie z kurczaka zagrodowego, który jest coraz bardziej dostępny, również w supermarketach)
  • 150g chudego boczku
  • 12 niedużych ziemniaków
  • 2 marchewki
  • 2 pomidory
  • pęczek natki pietruszki
  • pęczek kolendry
  • 1 średniej wielkości cebula (zwykła, biała)
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 łyżka przecieru pomidorowego
  • 2 łyżki przecieru paprykowego
  • 2 liście laurowe
  • 1/2 szklanki białego wina
  • 1 szklanka bulionu warzywnego lub drobiowego
  • sól, pieprz, papryka słodka do smaku
  • olej lub oliwa do smażenia
Przygotowanie:
  1. Zaczynamy od przygotowania wszystkich składników: kurczaka płuczemy, wycieramy ręcznikiem kuchennym, boczek kroimy w niedużą kostkę (po usunięciu dolnej, twardej skóry), warzywa myjemy, obieramy i kroimy (cebulę i pomidory w kostkę, marchew i ziemniaki w grubsze - 3-4mm - krążki, czosnek w cienkie plasterki), zioła myjemy (nie siekamy!)
  2. W dużym rondlu (u mnie był  żeliwny, prezent ślubny od Rodzeństwa :-) rozgrzewamy 1 łyżkę oleju lub oliwy, wrzucamy pokrojony boczek i podsmażamy
  3. Podsmażony boczek zdejmujemy z patelni, okładamy
  4. Kawałki kurczaka oprószamy solą, pieprzem i papryką i wrzucamy na patelnię, obsmażamy do uzyskania złotego koloru, a następnie zdejmujemy z patelni (można dorzucić do boczku)
  5. Na tą samą patelnię (z tłuszczem po boczku i kurczaku) wrzucamy pokrojoną cebulę i czosnek i podsmażamy na niedużym ogniu, a następnie zdejmujemy z ognia i odkładamy
  6. Ponownie na tą samą patelnię wrzucamy pokrojone ziemniaki, pomidory i marchew, przecier pomidorowy i przecier paprykowy, mieszamy
  7. Na warzywach z przecierem układamy cebulę, kurczaka i boczek, a na wierzchu cały pęczek natki i kolendry
  8. Podlewamy wszystko winem i bulionem, wtykamy liście laurowe, przykrywamy i dusimy ok. 60min, do momentu, aż ziemniaki będą miękkie
  9. Gotowe danie serwujemy, np. z tym samym białym winem, które dodaliśmy do potrawy (u mnie był wytrawny riesling)
Danie to można przygotować również w piekarniku, w naczyniu żaroodpornym z przykrywką. Niezależnie od tego, czy korzystamy z piekarnika czy z płyty, ważne jest to, żeby naczynie, w którym gotujemy potrawę, miało raczej szczelną pokrywkę, żeby smaki i aromaty dobrze się wymieszały, a cały płyn nie wyparował. Dzięki skrobi z ziemniaków i rozgotowanym pomidorom płyn powinien się zagęścić, tworząc pyszny sos.

Smacznego :-)

sobota, 19 września 2015

Dżem z polskiej dyni w portugalskim stylu

Dynia sama w sobie smak ma "taki se", w porywach do "żaden". Smakowe braki nadrabia jednak pięknym kolorem i teksturą, która sprawia, że nadaje się jako baza do zup, sosów czy nadziewania, a także do pieczenia. Okazuje się, że również jako baza do dżemu, ktoremu nadaje pięknej, słonecznej barwy i przyjemnej konsystencji. Dodatek cukru, cynamonu i skórki/soku z cytryny nadaje jej smaku, którego sama z siebie nie ma.

Do zrobienia tego dżemu zainspirowała mnie dynia, którą dostałam od Dziadka, z jego własnych upraw, oraz wakacyjna podroż do Portugalii, gdzie taki dżem można znaleźć w każdym, nawet bardzo małym, sklepiku spożywczym. Tuż obok dżemu z pomidorów :-) 

Instrukcje, jak dokładnie ten dżem doprawić, zaczerpnęłam z przepisu z bloga Olivia Canela Small Batch Living.

Dżem dyniowy z cynamonem i cytryną


Składniki (na 5-6 typowych słoików do dżemu):
- 2,5-3kg dyni
- 1 kg cukru brązowego (można dodać więcej, jeśli uznacie, że jest za mało słodki)
- 2 kawałki kory cynamonowej
- sok z 2 cytryn
- skórka otarta z jednej cytryny (o ile mi wiadomo, w Portugalii często nie ściera się skórki na tarce, tylko obiera się cytrynę nożem i wrzuca do dania takie duże obierki, które następnie wyławia się razem z korą cynamonową przed przełożeniem do słoików)
- 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
- 1 szkłanka wody

Przygotowanie:
1. Dynię myjemy, wydrążamy, obieramy ze skóry i kroimy w kostkę (nie musi być ładna, bo i tak kawałki się rozpadną/zostaną zblenderowane)
2. Pokrojoną dynię wrzucamy na dno rondla, dodajemy wodę, cukier, korę cynamonową, sok i skórkę cytryny oraz mielony cynamon
3. Tak przygotowaną miksturę gotujemy na niedużym ogniu, aż kawałki dyni będą się rozpadały, a większość płynu wyparuje
4. Wyławiamy korę cynamonową (i kawako skórki z cytryny, jeśli dodaliśmy duże), sprawdzamy, czy dżem jst wystarczająco słodki (jeśli nie, można dosłodzić), blenderujemy na gładką masę, ale można też tego nie robić, jeżeli wolicie nierównomierną konsystencję
5. Gorący dżem przekładamy do porządnie wyszorowanych słoiczków, dobrze zakręcamy i ustawiamy do góry dnem, żeby przykrywka się odpowiednio "zassała" (jeśli wolicie, możecie zapasteryzować we wrzątku lub piekarniku, ale ja jestem na to zbyt leniwa)

Dżem nadaje się jako dodatek do kanapek, owsianki czy deserów.

Przy okazji wpisu o przetworach, chciałabym zwrócić uwagę na jedną kwestię, która może nie jest kluczowa, ale ułatwia przygotowanie słoików do wypełnienia różnymi miksturami. Chodzi o etykiety na słoikach po różnego rodzaju kupnych przetworach. Zmywanie tych etykiet ze słoików bywa trudne, nawet po namoczeniu ich w wodzie. W tym miejscu szacun dla producenta/projektanta słoików z kremami owocowymi Stragan Smaków. Etykiety są zrobione z tworzywa przypominającego folię samoprzylepną i można je bardzo łatwo usunąć ze ścianki słoiczków i nakrętki, po prostu odklejając je., Super pomysł, dzięki któremu "fabryczną" etykietę można łatwo usunąć i zastąpić swoją własną :-) Słoiki na moim zdjęciu są właśnie po tych kremach owocowych. Same kremy też są bardzo dobre, z dużej ilości owoców, bez dodatku cukru. Wiele razy chciałam przygotować jakąś potrawę z ich dodatkiem, ale niesty nigdy mi się to nie udało, bo zanim je do czegoś wykorzystałam, zdążyłam pochłonąć je, wyjadając krem łyżeczką prosto ze słoika ;-)


wtorek, 8 września 2015

Smaki (i nie tylko) Lizbony

Nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, dlaczego w tym roku postanowiliśmy spędzić urlop akurat w Lizbonie... Jak co roku kierowała nami zapewne chęć odpoczynku w miejscu, gdzie warunki atmosferyczne są raczej przyjazne i przewidywalne, lokalna kuchnia - smaczna, a widoki - ładne. No i koniecznie w Europie, chyba nie dorośliśmy jeszcze do Azji, Bliskiego Wschodu czy Ameryki Południowej. Jedynym nieeuropejskim kierunkiem, w którym miałabym ochotę się udać, jest Ameryka Północna, która niestety pozostaje w strefie marzeń...

No więc stanęło na Portugalii. Tuż przed wyjazdem moje przekonanie o tym, że jedziemy do miejsca, gdzie można dobrze zjeść, zostało podminowane przez mojego znajomego z pracy, który stwierdził, że co jak co, ale jedzenie w Portugalii jest słabe... "No to kicha", pomyślałam. Pojawiły się wyrzuty sumienia, że nie dość dużo poczytałam, zanim zdecydowaliśmy się na taki, a nie inny cel podróży... Na szczęście rzeczywistość negatywnie zweryfikowała opinię mojego znajomego, a zanim sami przekonaliśmy się, że nie jest tak, jak mówił, pomogły opinie Małgosi, koleżanki z pracy, którą z Portugalią łączą więzy rodzinne i która wiele razy była (i jadła) w Lizbonie. Zapewniła mnie, że jedzenie w tym kraju jest pyszne, podrzuciła kilka konkretnych rekomendacji, uspokoiła :-)

Po kilku dniach spędzonych w tym mieście, kilku posiłkach skonsumowanych w tamtejszych knajpkach i kilku wizytach w lokalnych sklepach spożywczych, Wybranek stwierdził, że dla niego to raj na ziemi i że on mógłby już tam zostać :-) Tym, co przyczyniło się do ciepłych uczuć, jakie zaczął żywić dla portugalskiej kuchni, jest popularność ziemniaków w połączeniu z owocami morza. Za jednym i drugim Wybranek przepada. W zasadzie mógłby jeść to na okrągło.

Urlop spędzony w Lizbonie (i okolicach), w tym udział w kilkugodzinnym kursie gotowania (Cooking Lisbon) nie sprawiają, że jestem lub czuję się ekspertem od tamtejszej kuchni, pomyślałam jednak, że podzielę się kilkoma przemyśleniami/obserwacjami.

Bardzo ucieszył mnie fakt, że kuchnia portugalska to nie tylko ryby i owoce morza, bo największą na świecie fanką ryb nie jestem (aczkolwiek tęsknię za kostką z mintaja w panierce, którą mama serwowała mi i mojemu rodzeństwu jakieś 20-25 lat temu...), a owoców morza w ogóle nie jadam. Trochę się bałam, że skoro nie jem frutti di mare, będę skazana na dorsza (bacalhau), świeżego lub solonego, czy grillowane sardynki. Dorsz okazał się całkiem dobry (szczególnie ciekawy jest dorsz z ziemniakami zapiekany w śmietanie doprawionej gałką muszkatołową czy smażone w głębokim tłuszczu kotleciki z dorsza - bardzo "lekkie" i środziemnomorskie danie ;-), sardynki z grilla nie przypadły mi do gustu (głównie dlatego, że te, które jadłam, nie były oczyszczone z wnętrzności, co wywołalo u mnie wielkie "bue", jak tylko to odkryłam - Wybranek mówił mi później, że był ze mnie dumny, że jednak powstrzymałam odruch i zjadłam do końca ;-). 

Dorsz z ziemniakami zapiekany w śmietanie, a w tle ośmiornica z ziemniakiami

Kotleciki z dorsza smażone w głębokim tłuszczu

Grillowane sardynki (tu polski akcent - serwowane na talerzu produkcji polskiej firmy Lubiana)

Plakat z muzeum mody i designu w Lizbonie

Poza tym miałam do wyboru duży wachlarz innych dań/składników: pyszne sery, wieprzowinę (w tym najlepszą na świecie, z czarnej świni), smaczne pieczywo, aromatyczne warzywa, dobre oliwki... Do tego lokalne specjalności jak marynowana marchewka czy okrągła, żółta fasolka, prawdopodobnie najlepsze na świecie sardynki z puszki (nadal utrzymuję, że nie przepadam za rybami ;-), dżem z pomidorów, dżem z dyni, pyszne desery (w tym babeczki z ciasta francuskiego wypełnione zapieczonym budyniem, pasteis de nata, lub torta de laranja, czyli ciasto-rolada aromatyzowane skórką z pomarańczy), orzeźwiające "zielone wino" (vinho verde) czy słodka wiśniowa nalewka (ginja), serwowana na kieliszki w ulicznych barach (nie polecam picia w trakcie zwiedzania w upalne dni, percepcja się nieco zmienia). Dzieci (i dorosłych amatorów tej przekąski) być może zainteresuje fakt, że w Portugalii chipsy serwuje się na obiad ;-) Dodatkowym atutem Lizbony/Portugalii są ceny jedzenia/alkoholu - co najmniej połowę niższe niż we Francji.

Babeczki z budyniem

Kotleciki wieprzowe w towarzystwie cieciorki z bakłażanem i pomidorami w Taberna Sal Grosso

Rolada aromatyzowana pomarańczą w towarzystwie innych popularnych deserów i fig w Taberna Sal Grosso

Dorsz z chipsami ziemniaczanymi w Restaurante Regional de Sintra

Świeży kozi ser

Aromatyczny ser owczy z Azeitao

Wiśniówka (z owocem w środku) sprzedawana na kieliszki na ulicy

Z niejedzeniowych obserwacji - Lizbona to piękne miasto (bardzo odkrywcze :-) Mieliśmy szczęście mieszkać w dzielnicy Alfama, perełce tego miasta, która przetrwała historyczne i przyrodnicze perturbacje i gdzie co wieczór po otwarciu okna mieliśmy darmowy koncert fado :-) Alfama to miejsce pełne małych budynków zlokalizowanych przy wąskich, krętych uliczkach, połączonych stromymi schodkami, przy których wieczorem jak grzyby po deszczu wyrastają knajpki (w dzień często pozamykane na cztery spusty i wyglądające jak opuszczone budynki, a nie restauracje czy tawerny).

Widok na Alfamę

Nie mogę powiedzieć, że zwiedziliśmy wszystko, co w Lizbonie i okolicach było do zwiedzenia, bo też nie taki był nasz cel. Chcieliśmy trochę pozwiedzać, a trochę po prostu poleżeć i poleniuchować, bo bardzo tego potrzebowaliśmy po miesiącach wytężonej pracy. Zobaczyliśmy spory kawałek Lizbony (ale bez muzeów, bo fanami muzeów nie jesteśmy -  jedynym wyjątkiem było muzeum mody i designu, które nas rozczarowało; byliśmy za to w zoo i oceanarium, które polecam, i przejechaliśmy się kolejką linową, która biegnie od oceanarium do niestety zamkniętej dla zwiedzających wieży Vasco da Gama), jeździliśmy słynnym tramwajem numer 28, dużo spacerowaliśmy wzdłuż rzeki Tag, popłynęliśmy na jej drugi brzeg, żeby zobaczyć Cristo Rei, "mniejszego braciszka" posągu Cristo Redento z Rio de Janeiro, i panoramę Lizbony z drugiego brzegu, byliśmy w zamku Św. Jerzego (castelo de Sao Jorge), itd. W trakcie naszych wieczornych spacerów po Lizbonie oferowano nam marihuanę lub haszysz - najwyraźniej wyglądaliśmy, jakbyśmy potrzebowali ;-)

W trakcie całego pobytu w Portugalii największe wrażenie zrobił na nas najdalej wysunięty na zachód kraniec Europy, przylądek Cabo de Roca i jego okolice. Udało mi się przezwyciężyć strach przed schodzeniem w dół po stromych zboczach (wchodzenie pod górę nie jest problemem, bo nie widzę, co jest w dole) i zeszliśmy na jedną z pięknych, dzikich plaż sąsiadujących z przylądkiem. Miejsce to zrobiło na nas takie wrażenie, że po krótkim "obczajeniu" przy pierwszej wizycie, pojechaliśmy tam drugi raz, następnego dnia, i spędziliśmy na tej plaży kila godzin (Wybranek próbował pływać, ale walka z chłodem Altantyku była nierówna i długo to pływanie nie trwało). Oprócz zimnej wody i silnego wiatru mankamentem tego miejsca była obecność kilku nudystów w górnych strefach wieku średniego, którzy przechadzali się po plaży tam i z powrotem, prezentując wszem i wobec wiekowe klejnoty... Ale nie zdołało to zepsuć ogólnego bardzo pozytywnego wrażenia z tego miejsca ;-)

Dzika plaża w okolicy Cabo de Roca

Posiłek "na jednej z dzikich plaż"

Dla zaintersowanych: do przylądka można dojechać autobusem numer 403, który odjeżdża (co ok pół godziny) z przystanku zlokalizowanego tuż przy dworcu kolejowym w (również pięknej) miejscowości Sintra. Do Sintry można natomiast dojechać pociągiem z Lizbony (bezpośrednie połączenia są z dworców Rossio i Oriente), trwa to ok 40 minut. W samej Sintrze można zobaczyć piękne parki/ogrody na wzgórzach i intrygujące budowle (np. kamienny zamek Maurów, kolorowy pałac Pena czy Quinta da Regaleira, zespół parkowy z najbardziej "odjechanym" pałacykiem, jaki kiedykolwiek widziałam - moim zdaniem jest znacznie bardziej "odjechany" niż niemiecki Neuschwanstein, na którym wzorowane jest logo Disney'a; budynki znajdujące się na terenie Quinta da Regaleira są utrzymane w bardzo ozdobnym stylu neomanuelińskim i wierzyć mi się nie chce, że ten projekt został zrealizowany na początku dwudziestego wieku, takie pomysły miewali raczej możnowładcy z wcześniejszych okresów w historii).

Moje ogólne wrażenie z pobytu w Portugalii jest bardzo dobre - cieszę się, że wybraliśmy to miejsce i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócimy, choćby po to, żeby spróbować porto w Porto :-) Nie zraziło nas nawet to, że byliśmy brani za Rosjan, mimo schludnego wyglądu i nienagannego zachowania. Najwyraźniej język polski jest bardziej podobny do rosyjskiego niż nam się wydaje...  Na koniec jeszcze ukłon w stronę Portugalczyków - sympatycznych, otwartych i pomocnych ludzi. Szczególnie ciepło będziemy wspominali właściciela mieszkania, które wynajmowaliśmy (Fernando), po tym, jak w niedzielę wieczorem, po powrocie ze zwiedzania, zorientowaliśmy się, że zatrzasnęliśmy klucz w mieszkaniu, a on szybko i z uśmiechem na twarzy przyszedł nam z pomocą; Luisa i Isabelę ze szkoły gotowania Cooking Lisbon za super atmosferę na kursie, przepisy do powtórzenia w Polsce i konsultacje po kursie oraz załogę Taberna Sal Grosso (polecamy!) za pyszne jedzenie oraz podejście do klienta, jakiego często brakuje nam w naszym własnym kraju.

sobota, 8 sierpnia 2015

Ciasto drożdżowe z owocami

Ponad 30-stopniowy upał to prawdopodobnie nie są najlepsze warunki do odpalania piekarnika i pieczenia ciasta. Z drugiej strony ciepło sprzyja wyrastaniu ciasta drożdżowego... W nierównej walce na argumenty za i przeciw pieczeniu ciasta w tej upalnej aurze, łakomstwo wygrało z rozumem, co nie powinno dziwić czytelników tego bloga :-) Nie tracąc już tak cennej w tę pogodę energii na dalsze lanie wody (również cennej w takie dni jak dziś) i przejdę może do sedna.

A, może jeszcze dodam, że ten przepis to nieco zmodyfikowany przepis na focaccię według Jamiego Olivera. Tak wyszło, bo ciasta z innych przepisów wymagały wielogodzinnego (w porywach do całonocnego) wyrastania, a ja aż tyle czasu nie miałam. Decyzja o upieczeniu ciasta zapadła 3h przed porą, na którą byliśmy umówieni na obiad u Babci, a jeszcze trzeba było kupić składniki ;-) No więc po prostu wzięłam przepis na niesłodką focaccię, dosłodziłam, dodałam owoców i wyszło miękkie, ładnie wyrośnięte ciasto drożdżowe (w sumie 1h 15min wyrastania i ok. pół godziny pieczenia). Polecam :-)

Ciasto drożdżowe (a la focaccia) z owocami


Składniki (na blachę o wymiarach ok. 20x30cm):
  • 500g mąki pszennej (tortowej na przykład)
  • 300ml letniej wody
  • szczypta soli
  • 7g suszonych lub 15g świeżych drożdży (ja - szczerze mówiąc - dałam 20g, bo tyle łatwiej było mi wykroić z kostki drożdżowej ;-)
  • 200g cukru (można też dodatkowo dodać 1 op. cukru waniliowego)
  • 1 łyżka oleju
  • sezonowe owoce (u mnie 6 moreli i 3 garście borówek amerykańskich)
Przygotowanie:
  1. do wody dodajemy 1 łyżkę cukru i wkruszamy/wsypujemy drożdże, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 15 min w ciepłe miejsce
  2. mąkę mieszamy z pozostałym cukrem (i cukrem waniliowym) oraz szczyptą soli
  3. do suchej mieszaniny dodajemy zaczyn drożdżowy, mieszamy, wyrabiamy ciasto - powinno być dość lepkie, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. pół godziny w ciepłe miejsce, do wyrośnięcia
  4. uderzamy pięścią w środek wyrośniętego ciasta, żeby pozbyć się powietrza, dodajemy olej i wyrabiamy
  5. blachę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia (blachę można wcześniej natłuścić, żeby papier lepiej przywarł i nie odkształcał ciasta)
  6. ciasto wykładamy na blachę, starając się je w miarę równomiernie rozprowadzić po powierzchni blachy, a następnie przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 30 min
  7. w wyrośnięte ciasto wtykamy wybrane owoce, a następnie przykrywamy blachę ściereczką i odstawiamy na kolejnych 15 min do wyrośnięcia
  8. w międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni Celsjusza
  9. wstawiamy blachę z ciastem (już bez ściereczki ;-) do piekarnika i pieczemy ok. 25 min
  10. po upieczeniu wyjmujemy od razu z pieca i studzimy przed podaniem
Uwaga, podobnie jak wszystkie moje ciasta, ten wypiek nie należy do bardzo słodkich. Nazwałabym go raczej umiarkowanie słodkim, szczególnie, że morelki nie zachwycały poziomem słodkości. Dla mnie tak jest ok, ale jeżeli ktoś woli słodsze wypieki, polecam albo zwiększyć ilość cukru dodanego do ciasta albo oprószyć upieczone i wystudzone ciasto cukrem pudrem.
 
Smacznego :-)
 

sobota, 25 lipca 2015

Pasta ze świeżego zielonego groszku

Ochota na potrawy ze świeżym zielonym groszkiem przychodziła mi zwykle w momencie, gdy sezon (czerwiec-sierpień) na to warzywo się kończył. Jasne, że zawsze można skorzystać z mrożonego groszku, ale to nie do końca jest to samo... W tym roku pierwszy raz udało mi się trafić w sezon. Znalazłam go na półce z paczkowanym bobem w supermarkecie. Nie wierząc własnym oczom, pośpiesznie wrzuciłam go do kosza na zakupy, żeby nikt mi go nie sprzątnął sprzed nosa ;-) Taki skarb :-)

Zrobiłam z niego pastę do kanapek/przekąsek, dodając jedynie sól, pieprz, olej rzepakowy i trochę wody, dla uzyskania konsystencji pasty. Nie dodawałam innych przypraw, czosnku czy cebuli, bo zależało mi na zachowaniu delikatnego smaku groszku. Posypałam natką. Taka pasta, rozsmarowana na świeżym chlebie, dobrze komponuje się np. z jajkiem ugotowanym na twardo. Może też służyć jako dodatek do świeżych chrupiących warzyw, w charakterze dipu, ale wówczas dodałabym więcej oleju i wody, żeby miała nieco luźniejszą strukturę i łatwiej było nabierać porcje pasty słupkami marchewki czy selera naciowego.

Pasta ze świeżego zielonego groszku


Składniki:
  • 1/2 kg świeżego zielonego groszku
  • 3-4 łyżki oleju rzepakowego (może też być słonecznikowy)
  • 3-4 łyżki zimnej wody
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: natka pietruszki do posypania
Przygotowanie:
  1. groszek myjemy, wrzucamy do garnka z osoloną wodą i gotujemy przez ok 10-15 min, do momentu, aż groszek będzie lekko miękki przy zachowaniu pięknego, zielonego koloru
  2. po ugotowaniu groszek odcedzamy i chłodzimy pod strumieniem zimnej wody
  3. podgotowany groszek blenderujemy z dodatkiem oleju i wody do momentu uzyskania gładkiej pasty
  4. doprawiamy do smaku solą i pieprzem, posypujemy natką i serwujemy
Smacznego :-)


czwartek, 16 lipca 2015

Ratatuj, wersja dla leniwych lub zabieganych

Oryginalna nazwa tej potrawy, ratatouille, pochodzi od słowa "touiller", które oznacza "mieszać". Jak na gulasz warzywny, nazwa wydaje się bardzo trafna. Opowiadając nam o nicejskich przysmakach, w otoczeniu straganów z piętrzącymi się pięknymi okazami lokalnych warzyw, nasza przewodniczka z "jedzeniowej wycieczki", Kelly, spytała, czy naszym zdaniem trudno zrobić ratatouille. Stwierdziliśmy, że raczej nie, bo co niby takiego trudnego jest w pokrojeniu warzyw i uduszeniu ich w towarzystwie ziół? Otóż wcale nie jest to takie proste. Jak wyjaśniła nam Kelly, oryginalny ratatuj robi się tak, że każde wchodzące w jego skład warzywo dusi się osobno, żeby było perfekcyjnie przygotowane. Wrzucając wszystkie warzywa na raz do jednego rondla sprawimy, że te miększe będą gotowe wcześniej, a te twardsze - później, w związku z tym będziemy mieli albo na wpół rozgotowane albo na wpół niedogotowane warzywa. Opowiedziała nam, że jej nicejska babcia zaczynała przygotowywanie z samego rana i rzeczywiście każde warzywo dusiła osobno... Siłaczka.

Mi aż tak bardzo częściowo rozgotowane warzywa nie przeszkadzały, żeby pół dnia spędzić w kuchni, dusząc każde z nich osobno. Dlatego poszłam na łatwiznę i skorzystałam ze wskazówek z internetowego wydania brytyjskiego czasopisma "The Guardian", gdzie znalazłam przepis Raymonda Blanc'a, prawdopodobnie najpopularniejszego francuskiego szefa kuchni w Wielkiej Brytanii. Ratatuj z jego przepisu wyszedł bardzo smaczny, jedliśmy go w towarzystwie filetów z barweny i chrupiącej bagietki na tarasie naszego pokoju hotelowego, wyposażonego w aneks kuchenny, gdzie to dzieło popełniłam. W towarzystwie prowansalskiego różowego wina (rose), ratatuj był bardzo fajną propozycją na ciepły letni wieczór. Polecam Wam to danie, szczególnie latem, gdy warzywa wykorzystywane do tego dania smakują najlepiej.

Ratatuj (ratatouille)


Składniki (dla 4-6 osób)
- 2 nieduże cebule
- 4 łodyżki świeżego tymianku (ja dałam 6-7 łodyżek suszonego i jeden liść laurowy, bo urzekły mnie paczuszki suszonych ziół dostępne w lokalnym supermarkecie ;-) gdybym miała użyć suszonego rozdrobnionego/tartego tymianku, prawdopodobnie dodałabym ok 1/2 łyżeczki, płaskiej)
- 4 ząbki czosnku
- 2 duże czerwone papryki (im słodsza odmiana, tym lepiej)
- 2 duże cukinie
- 1 średniej wielkości bakłażan
- 4 pomidory
- 2 łyżki oliwy
- sól i pieprz do smaku

Przygotowanie
  1. Cebule obieramy i drobno siekamy
  2. Na patelni rozgrzewamy (na niedużym ogniu) 2 łyżki oliwy, wrzucamy cebulę i tymianek i razem podsmażamy (nie do zbrązowienia, ale do podduszenia)
  3. Czosnek obieramy, ścieramy na tarce i dodajemy na patelnię
  4. Papryki, cukinie i bakłażana myjemy i kroimy w kostkę, a następnie dorzucamy na patelnię i dusimy
  5. Pomidory myjemy, obieramy ze skórki i kroimy w kostkę, dorzucamy do patelni, mieszamy
  6. Całość dusimy do momentu, aż warzywa będą miękkie, doprawiamy solą i pierzem i serwujemy
Smacznego :-)

piątek, 10 lipca 2015

Smaki Nicei

Wraz z Wybrankiem mym właśnie kończymy naszą drugą wspólną podróż do Nicei. Pierwsza miała miejsce w 2009 roku. Długo debatowaliśmy, kiedy to było, oczywiście nie pamiętaliśmy dokładnie. Ostatecznie udało nam się to ustalić dzięki filmowi "Inglourious bastards", który obejrzeliśmy w jednym z nicejskich kin w trakcie naszego pierwszego pobytu. Z tą wyprawą do kina wiąże się pewna lingwistyczna anegdota. Otóż gdy wydawało nam się, że obejrzeliśmy już wszystko, co w Nicei i jej bliższym czy dalszym sąsiedztwie było do zwiedzenia, i gdy - trochę już zmęczeni ciągłym jeżdżeniem - potrzebowaliśmy bardziej stacjonarnej rozrywki, postanowiliśmy pójść do kina na film w oryginalnej wersji językowej ("la version originel"). Celowaliśmy w film anglojęzyczny i w ten oto sposób nabyliśmy bilety na "Inglourious bastards", licząc, że większość dialogów zrozumiemy, bo to przecież amerykański film. Ci z Was, którzy ten film widzieli, wiedzą, jak bardzo się myliliśmy. Dialogi są w tym filmie są w różnych językach, max połowa po angielsku, reszta głównie po francusku :-) Na szczęście już jako dziecko nabyłam umiejętność odgadywania treści dialogów na podstawie obrazu (po tym, jak z rodzeństwem godzinami oglądaliśmy anglojęzyczne kreskówki na Cartoon Network czy niemieckojęzyczne na RTL2 emitowane w ramach telewizji kablowej, rozumiejąc w zasadzie tylko wyrazy dźwiękonaśladowcze).

Tym razem przyjechaliśmy do Nicei z zamiarem leżenia, a co najwyżej spacerowania, i jedzenia. Plan został zrealizowany, a najfajniejszym punktem programu okazała się "wycieczka spożywcza" ("food tour"), informacje o której znalazłam na stronie nicejskiego urzędu miasta. Wycieczki te organizuje Kelly, pół Francuzka, pół Amerykanka, która na stałe mieszka w Nicei. Wycieczka trwała 3-4h i była to jedna z najlepszych wycieczek, na jakich byłam. Nasza przewodniczka oprowadziła nas po kilku kultowych miejscach na gastronomicznej mapie Nicei, byliśmy m.in. w najstarszej cukierni w mieście (Maison Auer), w której w trakcie pobytów w tym mieście stołowała się brytyjska królowa Wiktoria. Jedliśmy ciasto (słodkie) z boćwiną, której w Nicei rośnie podobno cała masa. Poszliśmy na targ (przy Rue de la Liberte), na którym zaopatrują się lokalni szefowie kuchni, gdzie kosztowaliśmy pysznego, kremowego sera koziego, który "nie walił capem". Zahaczyliśmy też o krytą część targu, gdzie sprzedawane jest m.in. mięso i gdzie znajduje się barek dla sorzedawców i ich klientów. W barku tym raczyliśmy się pastis (anyżowy alkohol, podobny do greckiego uzo) z wodą oraz pissaladerie. Czas spędzony w barku umilił nam jeden z bywalców, odśpiewując hymn Nicei. 



Byliśmy też w winiarni, gdzie próbowaliśmy lokalnego wina stołowego, sprzedawanego na litry z wielkich kontenerów. Pod koniec wycieczki (w zasadzie już najedzeni i napici) poszliśmy na lunch do knajpki Bella Socca na starym mieście, gdzie zaserwowano nam lokalne przysmaki w postaci placków z mąki z ciecierzycy ("socca") oraz małe warzywa nadziewane mięsno-warzywną mieszanką ("petits farcies"). 




Po posiłku mieliśmy jeszcze wykład o tłoczeniu oliwy u lokalnego producenta, a na zakończenie wycieczki zostaliśmy zaprowadzeni do lodziarni, gdzie wytłumaczono nam, na czym polega różnica między "gelato" a "ice cream" ("gelato" robi się z mleka i mniej się miesza, a "ice cream" robi się ze śmietany i dużo się miesza, żeby wtłoczyć powietrze; podobno Włosi mawiają, że "ice cream" to drogie powietrze ;-).



Przez cały czas trwania wycieczki Kelly raczyła nas różnymi opowieściami o nicejskiej kuchni. W związku z tym, że Nicea dłużej była włoska niż francuska, widocznych jest dużo wpływów włoskich (sporo makaronów, pizze, risotta). Z uwagi na warunki pogodowe, trudno jest utrzymać zieloną trawę, a więc i hodowla zwierząt jest ograniczona, a w konsekwencji - mięsa w kuchni nicejskiej jest niewiele. A jeżeli już jest to są to wszystkie ćwiartki, łącznie z piątą. Kelly, która wychowywała się w Nicei, opowiadała, że od dziecka była przyzwyczajona do jedzenia dań z mózgu, ozorków czy wątróbki, a także - gotowanego łba krowy. To podobno delikates... Skoro ubój był taką rzadkością, mieszkańcy Nicei wykorzystywali wszystkie części zwierzęcia. Choć sama podrobów nie lubię i nie jem, uważam, że to mądra filozofia. Mimo, że Nicea leży nad morzem, w tamtejszej kuchni niewiele jest ryb i owoców morza. Kelly tłumaczyła, że to historyczna zaszłość. Kiedyś ludzie ogólnie bali się morza, nie zapuszczali się za daleko od lądu. Większe ryby żyją raczej dalej niż bliżej od brzegu, dlatego połowy nicejskich rybaków ograniczały się do sardynek. Jak dla mnie super, bo za rybami nie przepadam (no chyba, że za kostką z mintaja w panierce autorstwa mojej mamy), a owoców morza w ogólne nie jem. Nicejska kuchnia obfituje natomiast w warzywa, z których mieszkańcy tego miasta są bardzo dumni. Do tego dobrej jakości oliwa z oliwek, której niestety produkuje się w Nicei i okolicach znacznie mniej niż w przeszłości z uwagi na dwie potężne śnieżyce, które w ciągu ostatnich kilkunastu lat zdziesiątkowały sady oliwne. Stare drzewa oliwne (podobno najstarsze takie drzewo w Nicei ma ok 1000 lat, a w Hiszpanii nadal żyje dwukrotnie starszy okaz) połamały się pod ciężarem śniegu. Zasadzono nowe, ale gdy i te przegrały w starciu ze śniegiem, wielu hodowców oliwek sprzedało ziemię i zrezygnowało z upraw.

Jedną z tradycyjnych tutejszych warzywnych potraw jest ratatouille, na który przepis podam w kolejnym wpisie :-) Inną popularną w Nicei potrawą jest "psia kupa", jak poniżej. Zastanowię się jeszcze, czy przepis znajdzie się na blogu ;-)



czwartek, 9 lipca 2015

Clafoutis, czyli czereśnie w cieście

ÓClafoutis to jedno z tych dań, które chciałam zrobić od momentu, gdy pierwszy raz zobaczyłam zdjęcie. Było to kilka lat temu, od tamtej pory przegapiłam kilka sezonów czereśniowych (można wprawdzie dodać innych owoców, ale najklasyczniejsza z klasycznych wersji jest właśnie z czereśniami; podobno jeśli dodamy inne owoce, nazwa tego deseru zmienia się na "flaugnarde"), aż w końcu stwierdziłam: "a czemu nie dziś?". I stało się. I wyszło super :-) Po zapieczeniu pod tym ciastem, podobnym do ciasta naleśnikowego, czereśnie nabierają głębszego smaku i koloru. Całość nie jest ani za słodka, ani za ciężka. Najlepsze jest tego samego dnia, dzień po upieczeniu ciasto twardnieje, choć nadal jest ok, to już nie to samo. Świeżo przygotowane clafoutis byłoby jeszcze lepsze z gałką lodów waniliowych :-)

Clafoutis robi się szybko, z prostych składników i w prosty sposób. Trudno to spartolić, polecam więc i tym, którzy w pieczeniu czują się dobrze i tym, którzy uważają się za totalne wypiekowe fajtłapy. Przepis zaczerpnęłam ze strony internetowej magazynu kulinarnego KUKBUK. Dodałam czereśnie bez pestek, żeby komfort jedzenia był większy, ale równie dobrze można dodać z pestkami - podobno ciasto uzyskuje wówczas migdałowy aromat.

Clafoutis

Składniki (porcja dla 4-6 osób, u mnie przygotowana w naczyniu żaroodpornym o wymiarach ok 15x15 cm)
- 300g czereśni
- 1/4 szklanki cukru (ok 60g)
- 1/2 szklanki mąki (ok 90g)
- 1/2 szklanki mleka (125ml)
- 80g masła + trochę do wysmarowania formy
- 1 jajko

Przygotowanie:
1. Czereśnie myjemy i drylujemy
2. Naczynie do zapiekania natłuszczamy masłem, na dno wsypujemy wydrylowane czereśnie
3. Masło roztapiamy na patelni i odstawiamy na bok, do przestygnięcia
4. Mąkę mieszamy z cukrem, a następnie dodajemy mleko, jajko i przestudzone stopione masło - najłatwiej będzie połączyć składniki mikserem, docelowo powinniśmy uzyskać gładką masę przypominającą ciasto na naleśniki
5. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie z góry i z dołu, bez termoobiegu
6. Ciasto wlewamy do przygotowanego wcześniej naczynia z czereśniami, starając się je równomiernie rozprowadzić na powirzchni czereśni
7. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 25-30 min, do uzyskania złocistego koloru

Smacznego :-)

Niegłupi ful

Na fali corocznego bobowego obżarstwa, zaczęłam szukać przepisów na alternatywną do "ugotuj i zjedz, siedząc przed telewizorem" formę podania tego warzywa. Jednym z efektów tych poszukiwań była pasta z bobu, kolejnym jest inne proste danie, które bardzo przypadło do gustu mi i Wybrankowi, głównie dzięki dodatkowi kminu rzymskiego, który oboje bardzo lubimy. Chodzi o "ful", a dokładnie o danie a la "ful" lub raczej inspirowane "fulem", bo odmian tej potrawy jest tak wiele, ze trudno w sumie powiedzieć, co jest, a co nie jest "fulem". Ogólnie, "ful" to potrawa z bobu ugotowanego do miękkości (w skórce) z dodatkiem oliwy ikminu rzymskiego, a często także cebuli, czosnku, chili, natki i soku z cytryny. Pochodzi z Egiptu, gdzie jest serwowane na śniadanie z dodatkiem jajek ugotowanych na twardo, jest też popularne w krajach Bliskiego Wschodu, co potwierdził mój znajomy, wielki fan tego regionu, który zwiedził wiele krajów z tej części świata.

Sposób, a jaki przygotowałam to danie, mógłby zostać uznany za zbeszczeszcenie "fulowej" tradycji. Nie tylko użyłam obranego bobu, ale ugotowałam al dente, go w osobnym naczyniu, a na końcu poddusiłam obrany bób w sobie pomidorowym. Pomysł zaczerpnęłam z bloga zdrowszejedzenie.pl, z tą różnicą, że ja mój bób gotowałam znacznie krócej, ok 15 min od zagotowania wody po wrzuceniu bobu, żeby zachował piękny zielony kolor i kształt. Myślę jednak, że wersja z ugotowanym na bardzo miękko bobem, który rozpadnie się w sosie, też może być fajna. Dodałam też znacznie mniej czosnku, a czosnek, który dorzuciłam, trafił do garnka razem z cebulą, nie dodawałam na koniec czosnku bez obróbki. Jeśli - podobnie jak ja - szukacie przepisów na dania z bobem, polecam tą formę podania, póki trwa sezon.

Bób w sosie pomidorowym z kminem, a la "ful"


Składniki (dla 4 osób):
- 1kg bobu
- pół kg dojrzałych pomidorów
- 1 duża cebula
- 2 ząbki czosnku
- 2 łyżki oliwy z oliwek
- 1 łyżka miełonego kminu rzymskiego
- 1 łyżka mielonej kolendry
- 1 łyżka mielonej słodkiej papryki
- szczypta mielonej chili (można dodać więcej, jeśli wolicie pikantniejsze dania, ale zaczęłabym od małej ilości, stopniowo dodając więcej)
- sól do gotowania bobu i do smaku
- 2 liście laurowe do gotowania bobu
- dodatki (opcjonalnie): posiekana świeża natka do posypania, cząstki cytryny do skropienia

Przygotowanie:
1. Cebulę i czosnek obieramy i drobno siekamy
2. Posiekane cebulę i czosnek podsmażamy na oliwie, na niedużym ogniu - tak,żeby zmiękły, a nie żeby się bardzo zbrązowiły
3. Na patelnię dodajemy wszystkie przyoracy oprócz soli i podsmażamy chwilę (powoli to na lepsze uwolnienie aromatu przypraw)
4. Pomidory obieramy ze skórki i kroimy w kostkę, a następnie wrzucamy na patelnię i dusimy aż kawalki pomidorów się rozpadną, tworząc sos
5. W międzyczasie gotujemy bób w osolonej wodzie z dodatkiem liści laurowych, odcedzamy, obieramy ze skórki (dobrze jest przelać ugotowany bób zimną wodą, żeby bób nie parzył w palce przy obieraniu)
6. Obrany bób wrzucamy ba patelnię, dodajemy 1 szklankę wody i dusimy przez 10-15 minut, delikatnie mieszając od czasu do czasu
7. Przed podaniem doprawiamy solą, serwujemy na ciepło, posypane natką i z cząstkami cytryny

My najbardziej lubimy zajadać to danie w towarzystwie świeżego chleba, popijajac białym, dobrE schłodzonym winem (pinot grigio moim zdaniem będzie dobre, ew. delikatny, ale wytrawny riesling lub gewurtztaminer).

Smacznego :-)

niedziela, 5 lipca 2015

Pasta z bobu (nie humus)

W bobie, jak w życiu, cenię jednoznaczność. Albo się go lubi, albo nie, co prawdopodobnie spowodowane jest lekką goryczką, która - jak czytałam - zależy od świeżości produktu czy sposobu obróbki. Mi ta lekka goryczka nie przeszkadza.

Bób zawsze był dla mnie obowiązkowym elementem wakacji. Po prostu ugotowany i zajadany, czy to na schodkach przy domu cioci Loni, siostry mojej babci, w cieniu starych drzew, czy to przy stole w domu moich rodziców, w trakcie "przeglądu prasy" zgromadzonej przez tatę między moimi wizytami czy przed telewizorem, oglądając coś z mamą lub - od kilku lat - z Wybrankiem. Zwykle jest to bób bez skórki i zwykle bez dodatków, ugotowany w osolonej wodzie z dodatkiem kilku listków laurowych, bo przeczytałam gdzieś, że dzięki temu zapach wydzielający się w trakcie gotowania jest mniej nieprzyjemny.

W pewnym momencie, na fali zainteresowania sezonowym podejściem do gotowania, zaczęłam trochę kombinować, podając bób w niego innych odsłonach niż ta klasyczna. Stąd wziął się m.in. pomysł na pierogi z bobem. Eksperymentowałam też trochę z różnymi pastami z bobu, udało mi się wypracować przepis, który najbardziej mi odpowiada, sprawdzony na Wybranku i przyjaciołach. Celowo nie nazywam tego "humusem", bo nie dodaję do mojej pasty tahiny, masy sezamowej, która jest - w mojej ocenie - obowiązkowym składnikiem humusów. Nie dodaję jej do bobu, bo ma w sobie pewną goryczkę, która w połączeniu z bobową goryczką mi nie odpowiada. Kwestia gustu.

Pasta z bobu z podduszoną cebulką i parmezanem
 
Składniki (dla 4+ osób):
  • ok. 0,5kg ugotowanego w osolonej wodzie i obranego ze skórki bobu (=ok. 0,6-0,7kg surowego bobu)
  • 1 średnia cebula (mogą też być 2 szalotki)
  • 1 mały ząbek czosnku
  • 2 łyżki startego parmezanu
  • 1 łyżka soku z cytryny lub 1 łyżka octu winnego (trochę kwasu bardzo się tu przyda)
  • 2 łyżki oleju (u mnie rzepakowy, ale najzwyklejszy słonecznikowy też będzie ok)
  • sól i pieprz do smaku
  • świeże zioła (moim zdaniem najlepiej smakuje z drobno posiekaną natką lub koperkiem, mięta też nie będzie zła)
Przygotowanie:
  1. Cebulę i czosnek obieramy, siekamy (nie musi być drobno, bo później i tak wszystko będzie zmielone) i podduszamy na 2 łyżkach oleju na niedużym ogniu (chodzi o to, żeby cebula i czosnek zmiękły, a nie o to, żeby nabrały intensywnie brązowego koloru i wyrazistego smaku, bo to zdominuje całą pastę)
  2. Wszystkie składniki (oprócz ziół) wrzucamy do kielicha blendera (podsmażoną cebulę i czosnek razem z olejem) i miksujemy do uzyskania gładkiej masy
  3. Doprawiamy pastę do smaku solą i pieprzem, przed podaniem posypujemy posiekanymi ziołami (jeżeli wolicie dodać zioła do pasty przed zmieleniem, oczywiście nie ma przeciwwskazań ku temu)
Taka pasta dobrze smakuje ze świeżym pieczywem czy z marchewką pokrojoną w słupki. Dobrze sprawdza się też w roli smarowidła na kanapki - polecam z podpieczonymi w piecu kromkami chleba i ugotowanym na twardo jajkiem.
 
Smacznego :-)

piątek, 5 czerwca 2015

Wczesnoletnie risotto z późnymi szparagami

Wybranek kupił szparagi (teoretycznie mamy końcówkę sezonu) i piersi kurczaka (kukurydzianego, jak głosiła etykieta, czyli takiego, który przez 2 ostatnie tygodnie życia był karmiony tylko kukurydzą, jak poinformowała go pani ze sklepu mięsnego). W lodówce zalegały młode marchewki, a w spiżarce - ryż do risotto (arborio). I choć Wybranek nie pała szczególną sympatią do ryżu, udało mi się go przekonać, że może zrobię risotto, żeby pozbyć się zapasu ryżu ze znajdującej się w stanie permanentnego bałaganu (który wiele razy obiecywałam uprzątnąć) spiżarni. Z tego wszystkiego powstało to danie. Koniec historii.

Risotto ze szparagami, marchewką i kurczakiem
 

 Składniki (na porcję dla 4 osób):
  • 1 pęczek zielonych szparagów
  • ok. 300g piersi z kurczaka
  • 2 młode marchewki
  • 1 mała cebula
  • kilka łodyżek natki
  • 1,5 szklanki ryżu do risotto
  • 2 łyżki sosu sojowego
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego
  • 1 łyżka masła (można dodać więcej, wtedy risotto będzie bardziej kremowe)
  • 1/2 szklanki białego wytrawnego wina
  • ok. 1 litr bulionu warzywnego
  • sól i pieprz do smaku
  • parmezan

Przygotowanie:
  1. warzywa myjemy i obieramy
  2. cebulę i marchew siekamy w drobną kostkę
  3. od szparagów odłamujemy zdrewniałe końcówki, odcinamy główki wraz z częścią łodygi (ok 3-4cm), a pozostałą część łodygi siekamy w kilkumilimetrowe plasterki
  4. piersi kurczaka opłukujemy pod zimną wodą, osuszamy, oczyszczamy i kroimy w niedużą kostkę, a następnie polewamy sosem sojowym i mieszamy, żeby równomiernie rozprowadzić go na kawałkach mięsa
  5. na patelni rozgrzewamy oliwę i masło, a następnie podsmażamy kawałki kurczaka przez kilka minut (chodzi o to, żeby je podsmażyć, ale nie wysuszyć)
  6. usmażonego kurczaka zdejmujemy z patelni i odkładamy na bok
  7. na tej samej patelni (i tym samym tłuszczu) podsmażamy cebulę, a następnie dodajemy ryż i chwilę razem podsmażamy (aż ziarenka ryżu staną się nieco przeźroczyste na brzegach)
  8. dodajemy wino i mieszamy, aż odparuje, a następnie partiami dodajemy bulion (wlewamy trochę, mieszamy i czekamy aż ryż wchłonie płyn, a następnie dolewamy kolejną porcję płynu i tak do momentu, aż skończy się bulion)
  9. gdy zużyjemy ok połowę bulionu, na patelnię dorzucamy pokrojoną marchew i łodygi szparagów, a następnie kontynuujemy dolewanie bulionu i mieszanie
  10. w osobnym naczyniu gotujemy osoloną wodę i wrzucamy na wrzątek główki szparagów, które gotujemy przez 3 minuty, a następnie odsączamy i zalewamy zimną wodą, żeby przestały się gotować
  11. pod koniec dodawania bulionu, na patelnie dorzucamy podsmażonego kurczaka i posiekaną natkę, mieszamy
  12. gdy ryż będzie gotowy (miękki, ale nie rozgotowany) możemy dodać więcej masła (1-2 łyżki) i starty parmezan (ja dodałam tylko 1 łyżkę)
  13. przed podaniem doprawiamy solą i pieprzem
  14. porcje risotta nakładamy na talerze, na wierzchu układamy ugotowane główki szparagów i serwujemy
Smacznego :-)

środa, 27 maja 2015

Koszmar weganina, czyli szparagi na cieście francuskim

Po tym, jak konkurs "Blog Roku" w kategorii blogów kulinarnych drugi rok z rzędu wygrał blog z przepisami wegańskimi, pomyślałam, że fajnie by było założyć bloga wyłącznie z przepisami z nabiałem i mięsem. Nie żebym miała coś przeciwko weganom albo diecie bez białka zwierzęcego, ale mam wrażenie, że zostaje zaburzona pewna zdroworozsądkowa równowaga. Wymyśliłam nawet nazwę dla tego mięsno-nabiałowego bloga, ale w związku z tym, że mam spore problemy z regularnym publikowaniem postów na blogu, który już istnieje, póki co porzuciłam pomysł zakładania kolejnego. Pomysł zostaje jednak w głowie i być może kiedyś doczeka się realizacji, jak skończę 67 lub przepracuję 40 lat ;-)

Tymczasem zachęcam do wypróbowania przepisu na szparagi zapiekane na cieście francuskim, otulone masą z jajek, śmietany i parmezanu. Taki tam koszmar weganina ;-)

Wstyd się przyznać, ale to pierwsze danie ze szparagami, które robię w tym sezonie szparagowym, a które wymagało nieco więcej czasu i zachodu niż obranie szparagów, doprawienie ich solą, pieprzem i oliwą i upieczenie w piecu. Brak czasu i weny, ot co. Honor jednak obroniłam.

Szparagi zapiekane w cieście francuskim
 















Składniki (na porcję dla 2-4 osób, w zależności od apetytu)
  • 1 pęczek zielonych szparagów (ok. 15-20 sztuk, idealnie, gdyby były podobnej grubości, bo wtedy upieką się mniej więcej w tym samym czasie i unikniemy sytuacji, że cieńsze będą za miękkie, a grubsze jeszcze twarde)
  • 200 ml śmietany (wystarczy 18%, nie musi być kremówka)
  • 1 jajko
  • 4 łyżki startego parmezanu
  • 1 płat gotowego ciasta francuskiego (z lodówki, nie z zamrażalnika)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  2. szparagi dokładnie płuczemy (w główkach czasami ukrywają się ziarenka piasku), odłamujemy zdrewniałe końcówki, można też cienko obrać dolną część łodygi
  3. prostokątną blachę do pieczenia (wymiary ok 20x30cm) wykładamy papierem do pieczenia, a na papierze rozkładamy ciasto francuskie i dociskamy
  4. śmietanę łączymy z jajkiem i startym parmezanem, mieszamy do uzyskania jednolitej masy i doprawiamy solą i pieprzem (duża szczypta pieprzu, duża szczypta soli)
  5. tak przygotowane danie wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez ok 30 min, do zrumienienia ciasta i stężenia nadzienia
  6. serwujemy tuż po upieczeniu, na ciepło
Smacznego :-)








niedziela, 3 maja 2015

Pęcz(ak)otto z burakami i kozim serem

Na długi weekend nakupiłam mięsa i ryb, ale jak już przyszło co do czego okazało się, że miałabym ochotę na coś bez mięsa i bez ryb. W związku z tym, że domowa spiżarnia pęka w szwach, m.in. za sprawą zgromadzonych w niej wszelkiej maści kasz, stanęło na tym, że będzie bez mięsa/ryby i z kaszą. Na przykład z pęczakiem, a czemu nie. Skoro bez mięsa/ryby to najlepiej z kozim serem, a że kozi ser lubi się z burakami, wyszło pęcz(ak)otto z burakami i kozim serem. I tyle.

Pęcz(ak)otto z burakami i kozim serem

Składniki dla 2-3 osób (dla dwóch bardzo głodnych/żarłocznych lub dla 3 mniej głodnych/mniej żarłocznych):
  • 2 szalotki lub 1 mała zwykła cebula
  • 1 szklanka kaszy pęczak
  • 3 małe lub 2 średniej wielkości buraki
  • ok. 3 szklanki bulionu warzywnego (2 marchewki, 1 pietruszka, kawałek selera, kawałek pora, 2-3 gałązki natki, 2 liście laurowe, 2-3 ziarna ziela angielskiego, zalewamy wodą i gotujemy, aż warzywa będą miękkie, a następnie odcedzamy bulion)
  • 100-150g koziego twarożku
  • kilka gałązek świeżego tymianku
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego, rzepakowego lub kokosowego
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: 1 (płaska) łyżka masła
  • opcjonalnie: podprażone pestki słonecznika
Przygotowanie:
1. olej wlewamy na dno rondla (dno o dużej powierzchni, wysokie brzegi) i rozgrzewamy
2. cebulę obieramy i kroimy w drobną kostkę, a następnie wrzucamy na dno rondla i podsmażamy (ale nie do zbrązowienia)
3. do cebuli wsypujemy kaszę pęczak i chwilę podsmażamy
4. buraki myjemy, obieramy i kroimy w drobną kostkę (ważne jest to, żeby była naprawdę drobna, bo jak nie będzie, buraki mogą wyjść zbyt al dente)
5. pokrojone w kostkę buraki wrzucamy na dno rondla i chwilę podsmażamy razem z kaszą i cebulą
6. dodajemy 1/2 posiekanego świeżego tymianku, mieszamy
7. zaczynamy dodawanie płynu, po ok 1/2 szklanki - wlewamy jedną porcję, mieszamy i czekamy, aż kasza ją wchłonie, a następnie wlewamy kolejną porcję i tak do momentu, aż kasza będzie wystarczająco miękka (kwestia gustu, niektórzy wolą mniej, inni bardziej al dente)
8. czosnek obieramy i kroimy w cienkie plasterki, dodajemy do kaszotta pod koniec procesu gotowania (dzięki temu będzie dobrze wyczuwalny, a buraczki bardzo lubią się z czosnkiem)
9. gdy kasza będzie już praktycznie gotowa, dodajemy drugą połowę tymianku, masło (opcjonalnie) i doprawiamy danie solą i pieprzem
10. wykładamy porcje pęcz(ak)otta na talerz, na wierzchu układamy po kilka łyżeczek koziego twarożku i posypujemy podprażonymi pestkami słonecznika

Smacznego :-)

P.S. W sezonie botwinkowym niegłupim pomysłem byłoby pewnie zastąpienie buraków botwinką. Malutkie burczki z botwinki dodałabym od razu, tak jak te duże, a posiekane łodyżki z liśćmi w połowie procesu gotowania.

niedziela, 19 kwietnia 2015

Sernik z palonym masłem, w wersji glutenowej i bezglutenowej

Co roku na Wielkanoc staram się przygotować jakiś nowy wypiek, którego wcześniej nie robiłam. Sprzyja temu fakt, że w święta spotykamy się z rodziną, co oznacza, że jest więcej osób do konsumpcji niż tylko ja i Wybranek, który ciast w zasadzie nie jada. Owocem tych wielkanocnych eksperymentów był np. różany mazurek czy pistacjowy sernik. W tym roku również postawiłam na sernik, z palonym masłem. Palone masło znałam wcześniej z deserów serwowanych w bardziej kreatywnych restauracjach czy z eksperymentów kulinarnych Wybranka. Budziło dobre skojarzenia :-)

Przepis na sernik z palonym masłem wypatrzyłam na stronie www magazynu Kukbuk, ale nie spodobał mi się fakt, że pojawił się w nim serek Philadephia zamiast tradycyjnego twarogu. No jak to? Wielkanocny sernik bez polskiego sera białego? :-) Być może dodatek lekko słonawego serka Philadelphia wzbogaca smak tego deseru, ja postawiłam jednak na tradycyjny, tłusty twaróg, a sernik, który upiekłam jest efektem połączenia wskazówek z Kukbuka ze wskazówkami z bloga White Plate, a dokładnie z przepisu na sernik z mango.

Jak dotąd wypróbowałam przepis na sernik z palonym masłem w różnych wariantach. Za pierwszym razem na spodzie z bułki tartej i z dodatkiem mąki ziemniaczanej w masie serowej, za drugim razem - w wersji bezglutenowej, na spodzie z mielonych migdałów, i bez dodatku mąki ziemniaczanej. Za drugim razem po prostu zapomniałam o mące ziemniaczanej i nawet trochę się martwiłam, że przez to efekt będzie słaby, ale myliłam się. Po upieczeniu masa serowa, do której nie dodałam mąki ziemniaczanej, była równie dobra, różniła się nieco konsystencją, była nieco delikatniejsza niż w przypadku sernika z mąką ziemniaczaną.

Polecam, sernik smakował i mnie, i domownikom, i znajomym z pracy, którzy dostali wersję bezglutenową. Największym wyzwaniem jest chyba palenie masła, drobinki białka muszą być zbrązowione, ale nie spalone. U mnie zadanie to wziął na klatę Wybranek.

Sernik z palonym masłem
[sernik na tym zdjęciu jest w wersji z glutenem, na spodzie z bułki tartej]

Składniki (na okrągłą blachę o średnicy 28 cm):

NA SPÓD

Wersja z glutenem (prawie 100% odwzorowanie przepisu z Kukbuka)
- 3/4 szklanki bułki tartej (w oryginale jest cała szklanka, ale moim zdaniem to za dużo, bo "spód spodu" nie był wystarczająco zwarty, gdy dodałam całą szklankę, nie nasiąkł wystarczająco wilgocią z sera)
- 1/3 kostki masła (kostka waży przeciętnie ok 200g)
- 2 łyżki cukru
- szczypta soli

Wersja bez glutenu (na podstawie własnych kombinacji)
-150g migdałów (w skórce lub blanszowanych, wedle życzenia)
- 75g masła
- 1 jajko
- 2 łyżki cukru
- szczypta soli

NA MASĘ SEROWĄ (mieszanka przepisu z Kukbuka i z bloga White Plate)

- 1kg tłustego twarogu (można kupić już zmielony lub zmielić w domu, ew. można też użyć półtłustego z uwagi na dodatek masła)
- 1,5 kostki masła
- 200g cukru
- 4 jajka
- 2 łyżki mąki ziemniaczanej (można pominąć)

Przygotowanie: 

SPÓD Z GLUTENEM
1. masło roztapiamy na patelni, dodajemy bułkę tartą, cukier i sól, mieszamy, podsmażając przez chwilę, aż bułka się zrumieni
2. tak przygotowaną masę wykładamy na dno blachy, rozprowadzamy równomiernie, dociskami wstawiamy do lodówki do schłodzenia
3. "palimy" masło na masę - wrzucamy je na patelni, roztapiamy, a następnie na niedużym ogniu podsmażamy, aż się zbrązowi (a dokładnie aż zbrązowią się drobinki białka), a następnie zdejmujemy z ognia i przelewamy do metalowej miski, którą wcześniej schłodziliśmy (pustą) w lodówce
4. ser mielimy do uzyskania gładkiej konsystencji
5. zmielony ser przekładamy do miski, dodajemy cukier i delikatnie miksujemy, a następnie dolewamy palone masło i dalej delikatnie miksujemy
6. następnie dodajemy po jednym jajku, cały czas delikatnie miksując, a na końcu (opcjonalnie) mąkę
7. tak przygotowaną masę wykładamy na schłodzony spód i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni, od razu zmniejszając temperaturę do 150 stopni Celsjusza
8. pieczemy w 150 stopniach przez 20 min, a następnie zmniejszamy temperaturę do 120 stopni i poeczemy przez kolejne 2-2,5h (po 2h sprawdzam stopień upieczenia, upieczony sernik powinien być zwarty na brzegach i galaretowaty na środku)
9. po upieczeniu zostawiamy sernik w piekarniku z uchylonymi drzwiczkami, do wystudzenia
10. gdy sernik osiągnie temperature pokojową, można delikatnie odkroić brzegi sernika od powierzchni blachy przed wstawieniem do piekarnika - przy pierwszym wypropróbowaniu tego przepisu nie zrobiłam tego i sernik pękł, za drugim razem zrobiłam i pozostał zwarty i gładki
11. sernik wstawiamy do lodówki do schłodzenia, najlepiej na całą noc
12. po schłodzeniu obkrajamy nożem na około (tym razem zdecydowanie), zdejmujemy obręcz i kroimy na porcje - sernik jest bardzo smaczny, ma lekki posmak maślanych ciasteczek, a drobinki palonego masła przypominają ziarenka wanilii

SPÓD BEZGLUTENOWY
1. migdały mielimy na mąkę, a następnie dodajemy do nich sól i cukier, mieszamy
2. tak jak w przypadku procesu przygotowania kruchego ciasta, dodajemy do zmielnych migdałów kawałeczki dobrze schłodzonego masła, które rozcieramy w palcach nak na kruszonkę
3. do tak przygotowanej mieszaniny dodajemy jajko (najlepiej zaraz po wyjęciu z lodówki) i wyrabiamy ciasto, będzie lepkie
4. ciastem równomiernie wyklejamy spód blachy, a następnie wstawiamy do lodówki na 20 min do schłodzenia
5. po schłodzeniu wstawiamy blachę do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza i podpiekamy prze 20 min, do uzyskania złotego koloru
6. po podpieczeniu wyjmujemy blachę z pieca i studzimy
7. dalej postępujemy tak jak w punktach 3-12 powyżej

Alternatywnie bezglutenowy spód można zrobić z płatków migdałów, którymi posypujemy natłuszczone masłem dno blachy. Bezpośrednio na migdały, bez chłodzenia czy podpiekania, wykładamy masę serową i całość wstawiamy do pieca.

Alternatywny spód z glutenem można zrobić np. z dokładnie (np. za pomocą kielicha od ręcznego blendera) pokruszonych biszkoptów (150g) którymi posypujemy natłuszczone dno blachy i wyrównujemy. Bezpośrednio na pokruszone biszkopty, bez chłodzenia czy podpiekania, wykładamy masę serową i całość wstawiamy do pieca. 

Smacznego :-)