środa, 30 stycznia 2013

Pork Wellington, czyli polędwiczka wieprzowa w cieście francuskim

Publikując jakiś czas temu post o Beef Wellington wspominałam, że podobną technikę pieczenia można stosować w przypadku innych rodzajów mięs. Wspominałam też, że np. moja babcia zamiast klasycznej polędwicy wołowej wykorzystała polędwiczkę wieprzową i że Wellington w takim wydaniu również był bardzo dobry. Ostatnio sama wypróbowałam ten patent i z czystym sumieniem mogę polecić Pork Wellington :) Jego wykonanie jest łatwiejsze niż w przypadku wołowego klasyka, bo polędwiczki wołowe są cieńsze, łatwiej się pieczą, a przede wszystkim nie ma obaw, że będą za bardzo upieczone (w przypadku polędwicy wołowej środek powinien być różowy, w przypadku polędwicy wieprzowej koloryt i stopień wypieczenia całego kawałka mięsa powinien być taki sam).

Pork Wellington

Składniki (porcja dla 4 osób):
  • 1 polędwiczka wieprzowa (400-500g)
  • kilka plastrów szynki parmeńskiej (nie podaję konkretnej liczby, bo to zależy od rozmiaru konkretnych plastrów - im większe, tym mniej; plastry ułożone "na zakładkę" powinny pokryć powierzchnię mięsa i zapobiegać wyciekaniu mięsnego soku)
  • 300g pieczarek
  • 1 opakowanie ciasta francuskiego (tym razem wypróbowałam ciasto francuskie z delikatesów Marks & Spencer - bardzo dobre; jest sprzedawane w kwadratowych blokach, które trzeba rozmrozić i rozwałkować)
  • 1-2 łyżki musztardy
  • 2 łyżki oliwy
  • sól i pieprz do smaku
  • 2 żółtka
  • 1 łyżka mleka
Przygotowanie:
    1. wyjmujemy ciasto francuskie z zamrażalnika i rozmrażamy
    2. polędwiczkę opłukujemy pod bieżącą wodą, osuszamy ręcznikiem papierowym i oczyszczamy z błon
    3. na patelni rozgrzewamy oliwę i obsmażamy na niej mięso, ze wszystkich stron
    4. po usmażeniu  mięso smarujemy musztardą, oprószamy pieprzem i solą i odstawiamy do wystygnięcia
    5. pieczarki myjemy, obieramy i kroimy na ćwiartki lub grubsze plasterki
    6. grzyby wrzucamy na suchą patelnię i odparowujemy z nich wodę
    7. gdy woda odparuje, doprawiamy pieczarki solą i pieprzem do smaku i rozdrabniamy za pomocą blendera (na drobne kawałki, nie na mus), a następnieodstawiamy do wystygnięcia
    8. na blacie rozwijamy folię spożywczą, układamy na niej plastry szynki parmeńskiej tak, żeby na siebie zachodziły
    9. powierzchnię z szynki parmeńskiej smarujemy wystudzoną pastą pieczarkową (zostawiając trochę przestrzeni przy brzegach boczkowej warstwy), a na pieczarkowej warstwie kładziemy usmażoną polędwicę
    10. z pomocą folii spożywczej owijamy polędwicę szynkowo-pieczarkową "pierzynką", całość zawijamy szczelnie folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na 20 minut
    11. na blacie/desce rozkładamy rozmrożone ciasto francuskie
    12. po schłodzeniu odwijamy mięso z folii, układamy je na cieście i owijamy w to ciasto - przed zawinięciem można posmarować brzegi ciasta roztrzepanym żółtkiem, żeby lepiej się sklejały
    13. tak przygotowany "pakunek" owijamy folią spożywczą i wstawiamy na 5 minut do lodówki
    14. po schłodzeniu układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i smarujemy pozostałym żółtkiem  rozkłóconym z mlekiem, można też posypać po wierzchu pokruszonymi orzechami (u mnie garść orzechów włoskich)
    15. wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza, na środkową półkę, i pieczemy przez 30 minut
    16. następnie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni Celsjusza i pieczemy jeszcze przez 10 minut po upieczeniu wyjmujemy polędwiczkę z piekarnika i odkładamy na 5 minut, żeby odpoczęła
    17. "odpoczętą" polędwiczkę kroimy w grube plastry i serwujemy, najlepiej z warzywami o zdecydowanym smaku
Smacznego :)

wtorek, 29 stycznia 2013

Orientalna grochówka

Kolejna propozycja zupy na zimne, ciemne wieczory. Tym razem z pysznej, sycącej soczewicy, doprawionej mielonym kminem rzymskim i kolendrą, żółtym curry i suszoną papryczką chili. Jedząc ją na kolację, pomyślałam sobie, że smakuje jak orientalna grochówka...i niech tak właśnie się nazywa :)

Oryginalny przepis zaczerpnęłam z amerykańskiego bloga kulinarnego Freutcake, którego autorka znalazła ten przepis w artykule z New York Times i - jak sama przyznaje - wcale nie miała zamiaru gotować zupy z soczewicy. Niemniej jednak ten przepis ją zachwycił, a że akurat miała w domu zapas czerwonej soczewicy, ugotowała tę zupę. Ja również miałam w domu zapas czerwonej soczewicy ;)

Orientalna grochówka, czyli zupa z czerwonej soczewicy z kminem, kolendrą, curry i chili

Składniki (na 4-6 porcji):
  • 200g czerwonej soczewicy (w oryginale jest znacznie więcej, ale wydało mi się za dużo, więc wzięłam tyle, ile wydawało mi się nie za dużo ;)
  • 1 średniej wielkości zwykła cebula
  • 2 ząbki czosnku (w oryginale są 4 na większą ilość soczewicy)
  • 1 szklanka passaty (w oryginale jest 1 puszka pomidorów na większą ilość soczewicy)
  • 1 litr bulionu drobiowego lub warzywnego
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego (1/2 oryginalnej porcji)
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry (j.w.)
  • 1 łyżeczka żółtego curry (j.w.)
  • szczypta mielonej chili lub pokruszonej suszonej papryczki chili (brak chili w oryginale, jest cayenne)
  • 1 łyżka oliwy
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: jogurt grecki i zielenina (u mnie natka, autorka Freutcake poleca świeżą kolendrę lub szczypiorek) do podania
Przygotowanie:
  1. cebulę i czosnek obieramy i siekamy (może być byle jak, bo później i tak w użyciu będzie blender)
  2. na dno garnka wlewamy oliwę i podgrzewamy na niedużym ogniu
  3. na rozgrzaną oliwę wrzucamy posiekaną cebulę i podsmażamy przez 5 min
  4. następnie dodajemy czosnek, 1/2 soli, kmin, kolendrę i curry, mieszamy i chwilę razem podsmażamy
  5. dodajemy passatę, mieszamy
  6. dolewamy wodę i dodajemy wypłukaną soczewicę
  7. gotujemy zupę przez ok 20-30minut, do momentu, aż ziarenka soczewicy zmiękną i zaczną się rozpadać
  8. blenderujemy zupę na mniej lub bardziej gładki krem, doprawiamy chili, solą i pieprzem
  9. podajemy z jogurtem i świeżą zieleniną 
Jeżeli nie zjemy zupy od razu, po kilku godzinach może okazać się, że soczewica wchłonęła cały płyn z zupy, zamieniając zupę niemal w pastę z soczewicy. Żeby przywrócić zupie postać zupy, wystarczy dodać wody lub bulionu i podgrzać. Jadłam tę zupę na 3 posiłki i po każdym odgrzaniu była coraz lepsza :)

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Pierogi ruskie z miętą

Siedziałyśmy sobie jakiś czas temu z moją przyjaciółką Elizą przy herbacie, rozmawiając m.in. o jedzeniu (a jak, przecież ze mną nie można o niczym innym rozmawiać ;), w tym o potrawach z dzieciństwa, których kiedyś nie lubiłyśmy, a teraz chętnie byśmy zjadły. Eliza wspominała pierogi ruskie z miętą, od których jako dziecko stroniła, a które teraz bez dyskusji, a nawet bez specjalnego namawiania, skonsumowałaby. Takie pierogi robiła również moja babcia ze strony mamy, bardzo je lubił dziadek, mąż babci. Ja również je pamiętam, ale nie mam złych wspomnień, za to mój brat, gdy wspomniałam mu, że zrobiłam takie pierogi, nie zareagował entuzjastycznie. Najwyraźniej jeszcze na tyle się nie zestarzał, żeby z nostalgią wspominać nielubiane dania z dzieciństwa ;)

Wpis ten dedykuję Elizie z pozdrowieniami i podziękowaniami za to, że podsunęła mi pomysł na zrobienie tych pierogów. I w ogóle za to, że jest :)

Pierogi ruskie z miętą

Składniki (na ok 20-25 pierogów):

CIASTO
  • 2 szklanki mąki pszennej + trochę do podsypania przy wyrabianiu
  • 4/5 szklanki ciepłej wody
  • 1 łyżeczka soli
FARSZ
  • 250g tłustego twarogu (tj. sera białego, Philadephie czy serki kremowe się tu nie sprawdzą)
  • ok. 400g ugotowanych ziemniaków
  • 1 średniej wielkości zwykła cebula lub 2 szalotki
  • 1 łyżka oleju
  • 2 czubate łyżki drobno posiekanych listków świeżej mięty lub 1 łyżeczka suszonej
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: 1 jajko (jeśli ziemniaki będą bardzo suche, a farsz nie będzie się lepił - moje ziemniaki były wilgotne i nie musiałam używać jajka, a nie dodając jajka mogłam dojeść 2-3 łyżki farszu, które zostały :)
Przygotowanie:
  1. cebulę obieramy, drobno siekamy i podsmażamy na łyżce oleju, do uzyskania złotego koloru
  2. ziemniaki i ser rozgniatamy (można przepuścić przez praskę lub zmielić w maszynie do mielenia mięsa; ja rozgniotłam widelce), mieszamy
  3. do ziemniaczano-serowej masy dodajemy podsmażoną cebulę i miętę, mieszamy na gładką masę
  4. farsz doprawiamy do smaku solą i pieprzem (jeśli jest zbyt sypki, dodajemy jajko)
  5. mąkę mieszamy z solą, w kopczyku robimy dołek i wlewamy wodę
  6. mieszamy mąkę z wodą i wyrabiamy elastyczne ciasto
  7. ciasto rozwałkowujemy na placek o grubości ok 2mm
  8. z ciasta szklanką wycinamy kółka
  9. na każdym kółku układamy farsz (1 czubatą łyżeczkę) i zlepiamy pierogi
  10. w dużym garnku gotujemy wodę
  11. wrzucamy pierogi partiami na wrzącą wodę i odcedzamy po wypłynięciu pierogów na powierzchnię wody
  12. podajemy np. ze stopionym masłem lub z podsmażonym boczkiem
Smacznego :)


sobota, 26 stycznia 2013

Prowansalska pizza z cebulą, anchois i oliwkami

Po kolejnej degustacji muffinów w pracy dostałam zamówienie na muffiny z anchois od koleżanki, która wkrótce miała obchodzić urodziny. Mam do anchois dość niejednoznaczny stosunek, tj. lubię anchois jeśli nie widzę tych filecików z cienkimi ośćmi wyglądającymi jak białe wąsy. Czyli anchois w sosie do sałatki Cezar czy w pomidorowym sosie puttanesca jest ok. Natomiast nieprzetworzone fileciki "na surowo" czy np. na pizzy nie są ok. Albo jeszcze nie dorosłam do delektowania się anchois albo jestem ignorantką ;)

Mniejsza o mnie. Koleżanka, która zamówiła u mnie muffiny z anchois, Baśka, lubi anchois pod każdą postacią. Ale jakoś średnio mi pasowało anchois do muffinów, mimo, że do ich wytrawnej odmiany można dodać w zasadzie wszystko. Przypomniałam sobie jednak o przepisie, który widziałam w książce "Food Lover's Guide to the World", wydawnictwa Lonely Planet. I zaproponowałam Baśce danie z tego przepisu: pissaladière.

Pissaladière to prowansalskie danie składające się ze spodu z drożdżowego ciasta, na którym rozsmarowuje się duszoną cebulę doprawioną tymiankiem, układa fileciki anchois i czarne oliwki, a następnie piecze jak pizzę. Jego nazwa pochodzi od nicejskiego określenia "peis salat", oznaczającego soloną rybę.
Baśka była zadowolona i przechrzciła pissaladière na "tort urodzinowy Barbary". Niech tak będzie :)

 Pissaladière, czyli tort urodzinowy Barbary

Składniki (na nieco grubsze niż cienka pizza ciasto upieczone w klasycznej prostokątnej blaszce):
  • 250g mąki pszennej (w oryginale jest 200g, ale to zdecydowanie za mało, ciasto wyszło zbyt lepkie i musiałam dodać ok. 50g mąki)
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki suszonych drożdży
  • 150ml ciepłej wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek do ciasta plus 2 łyżki oliwy z oliwek do smażenia cebuli (w oryginale są 4 łyżki do smażenia, ale to za dużo - cebula ociekałaby tłuszczem)
  • 750g zwykłej, białej cebuli (w oryginale jest 1kg, ale to za dużo na tę ilość ciasta)
  • gałązki świeżego tymianku lub 1 łyżeczka + szczypta suszonego tymianku (w oryginale jest świeży, wykorzystałam suszony)
  • 2 pomidory (wprawdzie Wikipedia podaje, że pissaladière to rodzaj białej pizzy, czyli bez dodatku pomidorów, ale w przepisie z mojej książki są pomidory, więc je dodałam; można też zastąpić niezbyt dobre o tej porze roku świeżymi pomidorami pomidorami z puszki, na ok1/2 400-gramowej puszki z sokiem)
  • 200g filecików anchois (w oryginale są 2 80-gramowe puszki anchois, ale w polskich sklepach najczęściej widuję puszki o pojemności 100- lub 200g, więc wzięłam więcej - nie było za dużo :)
  • garść czarnych oliwek (na oko 1/2 140-gramowego słoiczka)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Mąkę i sól przesiewamy do dużej miski, dodajemy suszone drożdże i mieszamy
  2. Do miski dodajemy ciepłą wodę (ciepła = gdy włożymy do naczynia z wodą palec, jesteśmy w stanie trzymać palec w wodzie przez dłuższą chwilę, uczucia parzenia) i 1 łyżkę oliwy
  3. Mieszamy wszystkie składniki, wyjmujemy ciasto na stolnicę lub blat i chwilę wyrabiamy (powinniśmy uzyskać elastyczne, gładkie ciasto, takie jak na pizzę) i lepimy kulę
  4. Oczyszczamy miskę z resztek ciasta, wkładamy do niej kulę ciasta, przykrywamy miskę ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce (polecam takie miejsca jak przy kominku, na kaloryferze lub w lekko ciepłym piekarniku :) do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić objętość, może to zająć 1-1,5h)
  5. W międzyczasie obieramy cebulę i kroimy ją w cienkie plasterki (pokrojenie takiej ilości cebuli to sporo pracy, polecam ułatwienie sobie zadania przez wykorzystanie np. krajalnicy z ostrzem ceramicznym, ja mam taką krajalnicę marki Kyocera i jestem z niej bardzo zadowolona; jest również wersja do krojenia warzyw w słupki julienne)
  6. Pomidory obieramy ze skórki i kroimy w drobną kostkę
  7. Na patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy na niedużym ogniu
  8. Wrzucamy na patelnię pokrojoną cebulę i podsmażamy ją przez 10min (aż zmięknie), bez przyrumieniania
  9. Dodajemy tymianek, doprawiamy solą i pieprzem, dorzucamy pomidory i dusimy razem, żeby cebula zupełnie zmiękła przez 20min (10 minut z przykrywką, a potem zdejmujemy przykrywkę i odparowujemy płyn)
  10. Uduszoną cebulę zdejmujemy z ognia i studzimy
  11. Blachę do pieczenia smarujemy tłuszczem lub wykładamy papierem do pieczenia
  12. Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski i chwilę wyrabiamy
  13. Wykładamy ciasto na natłuszczoną/wyłożoną papierem formę do pieczenia (można je wcześniej rozwałkować), przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 10-15min w ciepłe miejsce do podrośnięcia (tego etapu nie ma w książce, ale zawsze robię tak z grubszą pizzą czy z foccacią)
  14. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu
  15. Rozsmarowujemy duszoną cebulę na cieście, a następie odsączone z oliwy  fileciki anchois i odsączone z płynu oliwki, posypujemy szczyptą suszonego tymianku
  16. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 25min, a następnie zwiększamy temperaturę do 200 stopni Celsjusza i dopiekamy jeszcze przez 5 minut (w oryginale pieczemy 25-30min w 220 stopniach Celsjusza, ale moim zdaniem to za wysoka temperatura, ciasto drożdżowe za bardzo i za szybko by się spiekło)
  17. Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika, można serwować na ciepło lub na zimno
Smacznego :)

niedziela, 20 stycznia 2013

Mój podkarpacki blog

W tym roku minie 10 lat odkąd przeprowadziłam się z mojego rodzinnego miasta do Warszawy. Powód był prozaiczny: studia. Pewnego dnia, kilka lat wcześniej, tato wrócił do domu od znajomych, opowiadając, że ich syn dostał się na najlepszą uczelnię ekonomiczną w Polsce. Wtedy też postanowiłam, że i ja będę tam studiować. Z pomocą Opatrzności, przy wsparciu rodziny i kilku wspaniałych pedagogów, udało mi się ten cel zrealizować. Mimo, że zaparłam się, że matematyki uczyć się zanadto nie będę, uznając, że szkoda zachodu, skoro i tak orłem nie jestem ;) Na szczęście na egzaminach wstępnych liczyły się języki obce, z których byłam całkiem niezła (co zawdzięczam pani profesor O. i panu profesorowi S.), oraz historia, z której trochę się douczyłam i jakoś to poszło. Niestety egzaminy wstępne nie były moim ostatnim spotkaniem z matematyką i matematykopodobnymi koszmarami pokroju ekonometrii, ale jakoś przetrwałam trzy pierwsze lata studiów, zostając po dwóch kolejnych latach ekonomistą-teoretykiem z tytułem magistra :) Mimo, że była to najlepsza uczelnia ekonomiczna w Polsce, nie zdołano nauczyć mnie ekonomii na tyle, żebym rzeczywiście ją rozumiała. Nauczyła mnie jej późniejsza praca w gazecie, która była raczej epizodem, ale jej owoce zbieram do dziś.

Od 10 lat mieszkam w Warszawie, nie jestem jednak z Warszawy i nigdy nie będę. Urodziłam się w Lublinie, skąd pochodzi moja mama, ale jeszcze jako niemowlę wyemigrowałam z rodzicami do Stalowej Woli, gdzie spędziłam kolejnych 19 lat mojego życia. Jestem więc ze Stalowej Woli. To miasto, w którym się wychowałam i które mnie ukształtowało. To tu jako dziecko chodziłam z babcią na zakupy, a po powrocie zasiadałam do drugiego śniadania, zajadając się chlebem z piekarni pana Dziubka i tym, co akurat udało się kupić do chleba. To tu, w babcinej kuchni, uczyłam się obierać ziemniaki i kroić szczypiorek, z czasem podejmując ambitniejsze kuchenne wywzwania. To tu wyjadałam krem z maminej karpatki, oglądając film "Elza z buszu". To tu z najlepszą przyjaciółką z podstawówki chadzałam po szkole do piekarni po bułki, które następnie jadłyśmy na sucho. To tu zajadałam się najlepszymi na świecie drożdżówkami z makiem z cukierni "Katarzynka". To tu ugotowałam moje pierwsze pełnoprawne danie, spaghetti z pomidorowym sosem z torebki i mięsem mielonym, na Dzień Matki.

Podobnie jak ja, moje gotowanie również jest ze Stalowej Woli, stąd są moje ulubione dania, duża część rodzinnych przepisów i tradycji kulinarnych. Stąd jest kilkoro moich najbliższych przyjaciół, którzy nie boją się wypróbowywać przepisów z mojego bloga i dzielą się ze mną swoimi wrażeniami. Stąd jest duża część mojej rodziny, która wraz z lubelską gałęzią nieustannie wspiera mnie w realizacji kolejnych celów, będąc dla mnie źródłem inspiracji w kuchni i w życiu.

Ja i moje gotowanie jesteśmy ze Stalowej Woli, a więc z Podkarpacia. Ja i moje gotowanie tworzymy mojego bloga, który - jeśli trzymać się dotychczas stosowanej w tym wpisie logiki - również jest ze Stalowej Woli. A więc z Podkarpacia ;) Pointa? W związku z podkarpackim pochodzeniem mojego bloga zostałam zaproszona do udziału w rankingu podkarpackich blogów kulinarnych, organizowanym przez rzeszowski oddział Gazety Wyborczej, na łamach gazeta.pl/rzeszow. Gdyby ktoś z Was miał ochotę wesprzeć mój blog w tym rankingu, ze względu na lokalny patriotyzm, sympatię do autorki lub z innych powodów - z góry bardzo dziękuję :) Zagłosować można tutaj.


P.S. W przeciwieństwie do konkursu Kulinarny Blog Roku, w tym rankingu decydujące są głosy internautów.

środa, 16 stycznia 2013

Pierogi z szynką i pieczarkami

Z Wybrankiem mym chcieliśmy w weekend coś ugotować, ale nie wiedzieliśmy co. Zdarza się nawet najlepszym ;) Wtem Wybranek stwierdził, że jak pracował w innej firmie i innej części miasta niż teraz, stołował się w pewnej pierogarni, gdzie serwowano przeróżne pierogi, m.in. z sosem bolońskim. Wywołało to pewną konsternację, ponieważ na warszawskim Mokotowie trudno znaleźć otwarty sklep z mięsem w stanie nadającym się do spożycia w sobotni wieczór... Trzeba więc było kombinować. Stanęło na pierogach ze składnikami dostępnymi w pobliskim spożywczaku - z szynką wieprzową i pieczarkami. Wyszło całkiem fajnie, a żeby pierogi nie były za suche, podałam je z pesto z pestek słonecznika i natki pietruszki :) Z sosem bolońskim będą następnym razem.

Pierogi z szynką i pieczarkami

Składniki (na ok 20-25 pierogów):

CIASTO
  • 2 szklanki mąki pszennej (najlepiej poznańskiej) + trochę do posypania stolnicy
  • 4/5 szklanki ciepłej wody
  • 1 łyżeczka soli
FARSZ
  • 500g pieczarek
  • 100g szynki wieprzowej
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 1 łyżka oliwy
  • sól i pieprz do smaku
PESTO
  • 2 łyżki ziaren słonecznika
  • 1 łyżka startego parmezanu
  • 1/2 pęczka natki
  • 4-5 łyżek oliwy z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. pieczarki obieramy lub myjemy, wedle uznania, i kroimy w plasterki
  2. pokrojone pieczarki wrzucamy na suchą patelnię i dusimy do odparowania całego płynu
  3. cebulę obieramy i kroimy w drobną kostkę
  4. szynkę kroimy w drobną kostkę
  5. po podduszeniu pieczarek na patelnię dodajemy 1 łyżkę oliwy z oliwek
  6. dodajemy na patelnię szynkę i cebulę, podsmażając je razem z pieczarkami i doprawiając solą i pieprzem
  7. gotowy farsz zdejmujemy z ognia i odstawiamy do wystygnięcia
  8. mąkę mieszamy z solą, w kopczyku robimy dołek i wlewamy wodę
  9. mieszamy mąkę z wodą i wyrabiamy elastyczne ciasto
  10. ciasto rozwałkowujemy na placek o grubości ok 2mm
  11. z ciasta szklanką wycinamy kółka
  12. na każdym kółku układamy farsz (1 czubatą łyżeczkę) i zlepiamy pierogi
  13. w dużym garnku gotujemy wodę (nie solimy już, bo i ciasto i farsz były solone)
  14. wrzucamy pierogi partiami na wrzącą wodę i odcedzamy po wypłynięciu pierogów na powierzchnię wody
  15. ziarna słonecznika, parmezan, natkę i oliwę blenderujemy razem na lekko grudkowatą masę, którą doprawiamy solą i pieprzem
  16. serwujemy z pierogami, zamiast tradycyjnej omasty

Smacznego :)

wtorek, 15 stycznia 2013

Zupa marchewkowa z kolendrą i kminem rzymskim

Ostatnio mam fazę na różnego rodzaju zupy. Jakby na to nie patrzeć, taka zupa to świetne danie na zimne wieczory. Człowiek wraca z pracy po zmroku, zziębnięty, jak pada - mokry. A w domu czeka na niego (lub oczekuje na zrobienie ;) talerz gorącej zupy, najlepiej w energetyzującym kolorze. Taka jest zupa jarzynowa Justyny i zupa kukurydziana Asi. Taka jest i zupa marchewkowa z kolendrą i kminem rzymskim, podpatrzona na jednym z najsłynniejszych amerykańskich blogów kulinarnych, Smitten Kitchen. Deb Perelman, autorka wspomnianego bloga i opublikowanej niedawno książki Smitten Kitchen Cookbook, serwuje tę zupę z podpieczoną ciecierzycą i kleksem z mieszanki sezamowej pasty tahini i soku z cytryny. U mnie będzie tylko zupa. No, może z odrobiną jogurtu greckiego, świeżej kolendry (jeśli ktoś nie lubi lub jest dla niego niedostępna, natka również będzie dobra) oraz czarnego sezamu (głównie dlatego, że - moim zdaniem - ładnie się prezentuje na pomarańczowo-białym tle, taki sezam można kupić np. w supermarketach sieci Carrefour, ja kupiłam go pod kątem dań pseudo-azjatyckich, np. tego z wykorzystaniem chińskiej sałaty od dziadka), zamiast którego można dodać np. prażone pestki dyni lub płatki migdałów.

Struktura tej zupy przywołała wspomnienia z wczesnego dzieciństwa ;) Raczej nie z mojego, bo jakoś sobie nie przypominam jedzenia zmiksowanych zupek warzywnych. Ale zapewne po prostu wypieram to z pamięci ;) Mam natomiast 2 i 4 lata młodsze rodzeństwo i pamiętam, jak siostra i brat byli karmieni takimi zupkami. Albo tylko mi się wydaje, że pamiętam, a tak naprawdę widziałam akcję z zupką uwiecznioną na rodzinnych nagraniach na kasecie VHS, rocznik '89. Mniejsza o to ;) Nie wydaje mi się, żeby w owym czasie siostra i brat byli tym posiłkiem zachwyceni, mimo starań naszej mamy. I ja pewnie też nie byłam. Ale - jak dziś stwierdziłyśmy z moją przyjaciółką Elizą - z wiekiem człowiekowi zmienia się gust i zaczyna mu smakować to, czego w dzieciństwie nie chciał jeść. To chyba trochę tak, jak z leżakowaniem ;) Będąc przedszkolakiem strasznie nie lubiłam leżakowania, a teraz wiele bym dała za możliwość ucięcia sobie drzemki w środku dnia :)

Zupa marchewkowa z kolendrą i kminem rzymskim
[na bazie przepisu z bloga Smitten Kitchen]

Składniki (na 3-4 porcje):
  • 900g marchwi
  • 1 duża cebula (taka najzwyklejsza)
  • 4-6 ząbków czosnku (jeśli są małe to więcej, jeśli duże - mniej)
  • 1/4 łyżeczki mielonych ziaren kolendry (miałam całe ziarenka i roztarłam je w moździerzu)
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego (j.w.)
  • szczypta suszonych papryczek chili lub mielonej przyprawy chili (w oryginale jest inny rodzaj papryczek)
  • 2 łyżki oliwy
  • 1l bulionu warzywnego (w oryginale jest 945ml, ale wydaje mi się, że dodatkowych 55ml ni robi ogromnej różnicy)
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jogurt grecki, świeża kolendra lub natka, czarny sezam lub prażone pestki dyni/płatki migdałowe do dekoracji
Przygotowanie:
  1. marchew, cebulę i czosnek obieramy i siekamy (może być byle jak, bo później wszystko i tak zostanie zblenderowane - autorka oryginalnego przepisu posiekała marchew w drobną kostkę, natomiast ja poszłam na łatwiznę i pokroiłam w plasterki, nie sądzę, żeby miało to większy wpływ na smak zupy)
  2. na dno garnka wlewamy oliwę i rozgrzewamy ją
  3. na rozgrzany tłuszcz wrzucamy warzywa, dodajemy mieloną kolendrę, kmin rzymski, szczyptę chili lub suszonych pokruszonych papryczek chili oraz szczyptę soli
  4. podsmażamy warzywa z przyprawami przez ok 15 min, aż lekko zbrązowieją
  5. do podsmażonych warzyw wlewamy bulion i gotujemy przez kolejnych 15 min, aż marchew będzie miękka
  6. zdejmujemy garnek z ognia, blenderujemy jego zawartość, doprawiamy solą, jeśli zupa jest za mało słona i podajemy
  7. każdą porcję zupy można udekorować łyżką jogurtu greckiego, posiekaną świeżą kolendrą lub natką oraz sezamem/pestkami dyni/migdałami
Smacznego :)


niedziela, 13 stycznia 2013

Naleśniki po bretońsku

Gryczane naleśniki robiłam kilkakrotnie, zwykle w formie przekąski na imprezy, w połączeniu z serkiem kremowym, wędzonym łososiem i koperkiem. Tym razem zrobiłam je na śniadanie, z serem żółtym, szynką wieprzową i sadzonym jajkiem. A zachęcił mnie do tego przepis znaleziony we wspaniałej książce pt. "Food lovers guide to the world" wydawnictwa Lonely Planet, którą ostatnio nabyłam. Zanim skorzystałam z tego konkretnego przepisu, poszperałam trochę w internecie, znajdując kilka różnych wersji tych naleśników. Podczas, gdy w przepisie z "Food lovers..." na liście składników znajdują się jedynie mąka gryczana, mąka pszenna, jajka, masło, mleko i sól, w innych przepisach pojawiał się również cydr, a zamiast masła - olej. Jak być może się domyślacie, cydru na stanie nie miałam, postanowiłam więc przyrządzić te naleśniki z przepisu z książki.

W Bretanii naleśniki z mąki gryczanej nazywane są galettes (podobnego określenia używa się również w stosunku do rustykalnych tart, czyli takich, które piecze się nie w formie do tarty, ale z zawiniętymi brzegami, jak tu). Podaje się je jako szybką przekąskę z różnymi dodatkami, z serem, szynką, grzybami czy szpinakiem. Poniżej przedstawiam wersję "naleśników po bretońsku" z jajkiem sadzonym, która również często występuje, przynajmniej w internecie ;)

Naleśniki po bretońsku
 [tu naleśnik skąpany w pięknym porannym, styczniowym słońcu :)]

Składniki (na ok. 8 naleśników; poniższa ilość składników to połowa porcji z przepisu z książki):
  • 110g mąki gryczanej*
  • 110g mąki pszennej*
  • 2 jajka
  • 250ml mleka
  • 50g masła
  • 1/2 łyżeczki soli
*przy takich proporcjach - pół na pół - smak mąki gryczanej jest bardzo delikatny i jedynie lekko wyczuwalny; jeśli komuś zależy na bardziej intensywnym smaku gryki, można zwiększyć ilość mąki gryczanej kosztem mąki pszennej

Przygotowanie:
  1. masło roztapiamy na patelni, a następnie zdejmujemy biały "kożuszek"/"piankę" za pomocą łyżki - w ten sposób klarujemy masło
  2. sklarowane masło odstawiamy na bok, aby wystygło
  3. mąki i sól mieszamy i przesiewamy do dużej miski
  4. do mącznej mieszanki wbijamy jajka i stopniowo dodajemy mleko, mieszając trzepaczką (po dodaniu 250ml mleka moje ciasto było nieco za gęste, dodałam więc trochę więcej, jakieś 50ml)
  5. na końcu dodajemy klarowane masło i mieszamy (powinniśmy otrzymać konsystencje ciasta naleśnikowego - zaskoczenie? ;)
  6. rozgrzewamy patelnię, rozprowadzamy na niej porcje ciasta (w oryginalnym przepisie jest 1/2 "cup", czyli 125ml, ale ja nalewałam na patelnię mniej) i smażymy naleśniki - patelnię można wcześniej przetrzeć tłuszczem, ale ja już tego nie robiłam, bo do ciasta naleśnikowego dodałam masło i smażyłam na patelni teflonowej, ryzyko przywierania było więc ograniczone
  7. usmażone naleśniki układamy jeden na drugim na talerzu albo od razu serwujemy
W mojej dzisiejszej konfiguracji ułożyłam na talerzu naleśnik, na nim plaster sera żółtego (u mnie akurat gouda), na nim plasterek szynki, a na szynce usmażone w międzyczasie jajko sadzone (pamiętając o doprawieniu go solą i pieprzem w trakcie smażenia oraz o tym, żeby nie było zbyt duże, bo będzie ciężko zagiąć brzegi naleśnika, jeśli będzie na nie zachodziło usmażone białko - mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi ;)).


Następnie zawinęłam brzegi naleśnika tak, by zachodziły na "nadzienie", tworząc kwadratowy pakunek i przełożyłam całość na patelnię, żeby razem się podgrzało (jak się domyślacie, naleśniki zdążyły już wystygnąć). Podsmażyłam naleśnikowy pakunek przez chwilę na suchej patelni, przełożyłam na talerz i posypałam posiekanym szczypiorkiem. E voila :)

Jeżeli zostaną Wam puste naleśniki, można je dojeść np. z płynnym miodem (najlepiej gryczanym) i ew. serkiem twarogowym na deser po obiedzie lub jako lekką kolację. Dodatek soli w cieśnie nie przeszkadza ;) Lub ze wspomnianym wcześniej serkiem kremowym, wędzonym łososiem i koperkiem.

Smacznego :)

środa, 9 stycznia 2013

Zupa z kukurydzy i mleczka kokosowego z przepisu Asi

W gronie moich znajomych Asia jest niekwestionowaną królową tart. Robi mistrzowski spód z wykorzystaniem powszechnie znanych i stosowanych składników oraz metod, ale mi jakoś nigdy nie wyszedł  taki ładny spód... Nie mam ręki do tart i tyle ;) Asia piecze również inne wypieki i gotuje różne dania, a jednym z nich jest zupa kukurydziana, o której jej Narzeczony, Bartek, opowiadał ostatnio z wyjątkowym rozrzewnieniem. Poprosiłam więc Asię o przepis, a że po gotowaniu tajskiej zupy zostało mi akurat 1/2 kartonu (ok 0,5 litra) mleczka kokosowego, była okazja, żeby ten przepis wypróbować.

Zupa ma ładny, żółty, optymistyczny kolor. Jest prosta i szybka w przygotowaniu, solidna i sycąca. Dobra na zimne, ciemne dni. Bardzo dobrze komponuje się ze świeżą natką lub kolendrą oraz z papryczką chili. Asia mówi, że pasuje do niej również cheddar i nachosy - jedząc tę zupę bez cheddara i nachosów mogłam się przekonać, że ma rację. Z serem i kukurydzianymi chipsami byłaby jeszcze lepsza ;)

Zupa z kukurydzy i mleczka kokosowego z przepisu Asi
Składniki (dla 4 osób):
  • 1 cebula biała (raczej większa niż mniejsza)
  • 2 puszki kukurydzy
  • 1-2 puszki mleka kokosowego*
  •  1/2 papryczki chilli
  • 1 łyżka oliwy
  • sól
  • świeża kolendra lub natka do posypania
  • opcjonalnie: starty ser cheddar (wydaje mi się, że po 1 kopiastej łyżce na porcję powinno być ok), nachosy do zagryzania
* w przepisie, na którym wzorowała się Asia, jest 1 puszka, ale jej zdaniem to trochę za mało - generalnie wszystko zależy od gęstości mleczka kokosowego, jeżeli wychodzi pulpa kukurydziana zamiast kremu, to oznacza, że mleczka było za mało/mleczko była za rzadkie i trzeba dodać wodę albo więcej mleczka; ja użyłam 1 puszki kukurydzy i 0,5 litra mleczka (1 puszka to ok 0,4 litra, ale ja miałam połowę litrowego kartonu)

Przygotowanie:
  1. cebulę obieramy, siekamy (można byle jak, potem i tak wszystko będzie blenderowane na krem) i podsmażyć na oliwie w garnku
  2. do garnka dodajemy kukurydzę i mleczko kokosowe
  3. siekamy chili - można pozbawić ją nasion, jeśli ktoś woli mniej ostre potrawy (drugą połowę chili można wykorzystać do dekoracji porcji zupy, jak na moim zdjęciu)
  4. dodajemy posiekaną chilli do gotującej się zupy i gotujemy całość przez ok. 20 min
  5. po upływie tego czasu blenderujemy zupę na gładki krem i doprawiamy do smaku solą
  6. serwujemy z plasterkami chilli i kolendrą lub pietruszką, można też dodać starty cheddar, a do tego nachosy 
Smacznego :)

poniedziałek, 7 stycznia 2013

Brokuły z czosnkiem z przepisu Wybranka

Prosty przepis na smaczny dodatek do różnego rodzaju dań mięsnych, np. do steków - brokuły z czosnkiem wymyślone przez Wybranka. Wystarczą brokuły, trochę masła, odrobina oliwy i czosnku, e voila. Co tu dużo mówić ;)

Brokuły z czosnkiem
Składniki (dla 2 osób):
  • 1 mały brokuł lub 1/2 dużego
  • 1 płaska łyżka masła
  • 1 łyżeczka oliwy
  • 2 ząbki czosnku
  • sól do osolenia wody
Przygotowanie:
  1. brokuł umyć i podzielić na różyczki
  2. zagotować i posolić wodę
  3. wrzucić różyczki brokuła do wrzątku i gotować 3-5min (do uzyskania stanu al dente, przy zachowaniu żywego, zielonego koloru)
  4. odcedzić brokuły na sitku/cedzaku
  5. w tym samym garnku, w którym gotowały się brokuły, rozpuścić masło z oliwą
  6. czosnek obrać i drobno posiekać
  7. wrzucić czosnek do garnka z rozgrzanym tłuszczem i przez chwilę (krócej niż minutę, kilkadziesiąt sekund), podsmażyć (uwaga, żeby czosnek się nie spalił, bo całość będzie gorzka)
  8. zdjąć garnek z ognia i przełożyć do niego odcedzone różyczki brokuła
  9. obtoczyć różyczki w maślano-czosnkowym sosie, delikatnie podrzucając
  10. można też ułożyć brokuły na talerzu i polać je sosem
Smacznego :)

niedziela, 6 stycznia 2013

Muffiny z garam masalą

Garam masala to aromatyczna mieszanka przypraw, stanowiąca typowy element kuchni indyjskiej. Wikipedia podaje, że w dosłownym tłumaczeniu z hindi na język polski garam masala oznacza "gorącą mieszankę". Określenie to jest wyjątkowo trafne, bo zarówno sama mieszanka, jak i jej poszczególne składniki mają wspaniałe właściwości rozgrzewające ciało i duszę. Są to m.in. kmin rzymski, kolendra, kardamon, cynamon, gałka muszkatołowa, goździki - samo dobro :) Garam masala jest składnikiem wielu różnych potraw, począwszy od zup i sałatek, przez sosy, do dań głównych. Doskonale smakuje również jako dopełnienie deserów, o czym sama mogłam się przekonać, dodając ją do muffinów.

Zainspirował mnie przepis na kruche ciasteczka (shortbread) z garam masalą, znaleziony na foodgawker.com. Pewnie prędzej czy później wypróbuję ten przepis, ale akurat wczoraj wieczorem nie miałam ochoty na rozkładanie stolnicy, wałkowanie, wykrawanie ciastek, a następnie czyszczenie  kuchni z wszechobecnej mąki ;) Postawiłam na prostszy, szybszy i powodujący mniejszy bałagan przepis na muffiny mojego autorstwa. Wybrankowi i mojemu rodzeństwu smakowały. Podałam je w formie deseru po tajskiej zupie z mleczkiem kokosowym i kurczakiem, którą zrobiłam na bazie tego przepisu, rezygnując z pędów bambusa, a dodająć grzybki szitake. Zupę tę jadłam wiele razy, ale własnoręcznie robiłam ją pierwszy raz i wymaga jeszcze dopracowania z mojej strony. Na obecnym poziomie (nie)zaawansowania mogę jedynie stwierdzić, że a) zupa jest prosta i pyszna, b) bardzo dobrze sprawdza się w zimne dni, rozgrzewa, c) moim zdaniem nie ma sensu przygotowywać tej zupy, jeśli nie mamy liści limonki kafir, bo to właśnie ten składnik jest kwintesencją smaku tej zupy (mi niestety nie udało się kupić świeżych liści limonki kafir, udało mi się jednak kupić suszone, w sklepie Kuchnie Świata). Niefart polega na tym, że dodatek suszonych liści sprawił, że po powierzchni zupy pływały liściaste farfocle i ogólnie nie wyglądała tak ładnie, jak w oryginalnym przepisie...

Muffiny z garam masalą, suszonymi morelami i migdałami
Składniki (na 6 muffinów normalnej wielkości, z podstawą o średnicy 5 cm):
  • 150g mąki pszennej
  • 60g brązowego cukru (trzcinowego, nierafinowanego) + odrobinę do posypania
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka mieszanki przypraw garam masala (do kupienia np. w Kuchniach Świata lub w sklepach internetowych; można też przygotować własnoręcznie - wskazówki, jak to zrobić, znajdziecie np. tutaj)
  • garść suszonych moreli (8-10 sztuk)
  • 1/2 szklanki płatków migdałowych (lub słupków lub migdałów posiekanych w inny sposób)
  • 1 jajko
  • 60ml oleju słonecznikowego
  • 90g jogurtu naturalnego (najlepiej greckiego)\
  • 1 łyżeczka esencji waniliowej (opcjonalnie)
Przygotowanie:
  1. w jednej misce mieszamy suche składniki (mąkę, cukier, proszek do pieczenia, garam masalę, pokrojone w paseczi morele i płatki migdałów)
  2. w osobnym naczyniu mieszamu jajko, olej, jogurt i esencję
  3. łączymy obie mieszaniny, mieszając łyżką
  4. rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza
  5. blachę do muffinów wykładamy papilotkami lub smarujemy tłuszczem
  6. papilotki wypełniamy ciastem, a wierzch każdej porcji posypujemy szczyptą brązowego cukru
  7. wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 20-23min (do uzyskania złotego koloru i suchego patyczka)
  8. po upieczeniu studzimy i serwujemy
Smacznego :)

piątek, 4 stycznia 2013

Sałatka z grillowanymi warzywami i parmezanem podpatrzona w Żużu

W poprzednim wpisie rozpływałam się nad sałatką z grillowanymi warzywami i parmezanem, serwowaną w bistro Żużu. Jakiś czas temu podjęłam próbę odtworzenia tego dania w domu. Wyszło nieźle :)

Sałatka z grillowanymi warzywami i parmezanem podpatrzona w Żużu
Składniki (dla 4-5 osób):
  • 1 średniej wielkości bakłażan
  • 1 średniej wielkości cukinia
  • 1 czerwona papryka
  • 1 żółta papryka
  • 1 duże opakowanie miksu sałat (duże = family, co najmniej 200g)
  • 15-20 pomidorków koktajlowych
  • 1 pęczek świeżej bazylii
  • 2 łyżki orzeszków piniowych (ja czasami stosuję zamiennie z blanszowanymi migdałami, choć to zakrawa o profanację)
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 łyżki octu balsamicznego
  • 1 łyżeczka miodu
  • oliwa z oliwek (do pesto i sosu balsamicznego)
  • parmezan (w kawałku, nie tarty; do pesto i jako dodatek do sałatki)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. cukinię i bakłażana myjemy, kroimy w plastry, układamy na sitku/talerzu/desce, oprószamy solą i odkładamy na pół godziny, żeby pozbawić je goryczki
  2. w międzyczasie myjemy papryki, pozbawiamy je gniazd nasiennych i kroimy w grube paski
  3. bazylię myjemy, osuszamy i wrzucamy do blendera (można też zastosować tradycyjne podejście i przygotować pesto w moździerzu kuchennym, ja poszłam jednak na łatwiznę)
  4. do bazylii dodajemy obrany i pokrojony na duże kawałki czosnek, orzeszki piniowe, kawałek parmezanu wielkości połowy kciuka (nieco rozdrobniony) i 8 łyżek oliwy
  5. całość blendujemy na masę z małymi grudkami, którą doprawiamy do smaku solą i pieprzem
  6. cukinię i bakłażana opłukujemy z soli, osuszamy ręcznikiem papierowym, a następnie doprawiamy solą i pieprzem i grillujemy do uzyskania pożądanej miękkości i stopnia przypieczenia (o tej porze roku na grillu elektrycznym lub na patelni grillowej lub w piekarniku z funkcją grill), to samo robimy z papryką
  7. sałatę wrzucamy do miski (po dużej garści na osobę) i mieszamy z sosem pesto
  8. doprawioną pesto sałatę układamy na talerzach, dodajemy przekrojone na pół pomidorki koktajlowe i zgrillowane warzywa
  9. z octu balsamicznego, kolejnych 6 łyżek oliwy, miodu, soli i pieprzu przygotowujemy drugi dressing*
  10. balsamicznym dressingiem polewamy całość (ze szczególnym uwzględnieniem zgrillowanych warzyw)
  11. na koniec każdą porcję sałatki posypujemy płatkami parmezanu, które można przygotować za pomocą obieraczki do warzyw (po prostu „ścinamy” płatki parmezanu z większego kawałka obieraczką)
*można też wykorzystać gotowy gęsty krem balsamiczny, do kupienia w supermarketach i delikatesach

Przepis może wydawać się dość skomplikowany/czasochłonny, ale efekt jest naprawdę super. Zima być może nie jest najlepszym okresem na polecanie dań z grillowanymi składnikami, ale dla chcącego nic trudnego ;)

czwartek, 3 stycznia 2013

Subiektywnie o: bistro Żużu

Żużu to w Portugalii zdrobnienie od imienia „Julia”, jak dowiedziałam się od mojej koleżanki z pracy, Małgosi (pozdrawiam ciepło), której córeczka ma tak właśnie na imię i której mąż jest Portugalczykiem. Zanim mi o tym powiedziała, słowo „Żużu” oznaczało dla mnie „miła, mała, osiedlowa knajpka z dobrym jedzeniem, dobrym winem i sympatyczną obsługą”. Takie właśnie jest bistro i sklep z winem Żuzu przy ul. Kazimierzowskiej 43 (wejście od ul. Różanej) w Warszawie, najczęściej odwiedzany przeze mnie i Wybranka przybytek gastronomiczny.

Menu Żużu można określić jako śródziemnomorskie. Znajdziecie w nim ryby i owoce morza (we wtorki i czwartki jest świeża dostawa; podobno serwują pyszne mule na winie – to opinia Wybranka, bo ja owoców morza nie jadam, ale w te dwa dni w Żużu jest szczególnie tłoczno i gwarno, co oznacza, że inni jedzący frutti di mare klienci również doceniają walory tego dania; od niedawna w Żużu można zamówić również świeże ostrygi), zupy (m.in. bardzo dobrą cebulową z chorizo oraz smaczne sezonowe zupy, jak krem z dynii jesienią czy chłodnik latem), makarony (m.in. mega zapychającą carbonarę, po zjedzeniu której byłam tak najedzona, że miałam problemy z ruszeniem się zza stolika i dojściem do domu) i sałatki, a wśród nich moją ukochaną sałatkę z grillowanymi warzywami i parmezanem. Ta sałatka to moim zdaniem marzenie wegetarianina ceniącego sobie walory smakowe spożywanych bezmięsnych dań – sałatka nie zawiera mięsa, zawiera natomiast pyszne grillowane warzywa (cukinia, bakłażan, papryka), pomidory, chrupiącą sałatę i płatki parmezanu, a wszystko to podane jest z gęstym dressingiem balsamicznym i pesto.


Zdarzały się przewinienia, np. zbyt gorący makaron, co sugerowało, że danie zostało podgrzane w mikrofalówce, ale nie były na tyle poważne, żeby przestać odwiedzać to miejsce. Od czasu do czasu w Żużu organizowane są degustacje win lub różnego rodzaju kiermasze, w których uczestniczą również inne zaprzyjaźnione firmy (np. w tamtym roku w kiermaszu brała udział m.in. Manufaktura Czekolady). W tym roku kiermasz był zdominowany przez tokaje i wina z Toskanii w atrakcyjnych cenach. Szczegółowe informacje można znaleźć na stronie internetowej Żużu, w dziale „Aktualności”.

Żużu oferuje również duży wybór win – zwykle nie wybieramy ich z karty tylko prosimy obsługę o polecenie wina do dań, które zamawiamy. Połączenie sklepu i bistro ma tę zaletę, że decydując się na wino ze sklepowej półki, płacimy za nie jak w sklepie z winem, a nie jak w restauracji (czyli bez sięgającego kilkudziesięciu procent narzutu). Chyba nigdy nie zawiedliśmy się na rekomendacjach pracowników Żużu, zarówno wybierając wino do zamówionych dań, jak i kupując wino na wynos, do spożycia z daniami ugotowanymi w domu. W Żużu można znaleźć zarówno droższe, jak i tańsze wina. Zawsze kupuję tam francuskiego szampana, w rozsądnej cenie.

Atmosfera w Żużu jest ciepła, wnętrze niewielkie i przytulne. To jest miejsce, w którym można poczuć się swobodnie, pożartować z obsługą, szczerze powiedzieć, że wolelibyśmy tańsze niż droższe wino czy też poczytać przy jedzeniu. Myślę, że to jest takie miejsce, które każda osoba częściej lub rzadziej stołująca się poza domem chciałaby mieć w swojej knajpowej kolekcji. Polecam Żużu na posiłki w gronie przyjaciół czy rodziny albo kolacyjki we 2 w luźnej atmosferze (to chyba nie jest miejsce na romantyczne schadzki). Serwują również lunche, więc być może jest to fajne miejsce również na biznesowy lunch, ale za to sobie ręki uciąć nie dam, bo chyba tylko raz, w lecie, jadłam tam coś wcześniej niż o godz. 19. W Żużu od niedawna można zjeść również śniadanie (w godz. 8:00-12:00). Jeżeli chcielibyście przekąsić coś w Żużu,  będziecie niestety musieli poczekać do 15 stycznia, bo właśnie trwa remont :\ A jak remont się skończy i będziecie chcieli wpaść do Żużu we wtorek lub czwartek, zarezerwujcie wcześniej stolik, powinno wystarczyć tego samego dnia rano.

środa, 2 stycznia 2013

Kluski kładzione

Kluski kładzione to jedno z ulubionych dań Wybranka, za którym niezmiennie tęskni. Zrobiliśmy je w Sylwestra - nie ma to jak wykwintne danie do francuskiego szampana ;) Znajomy stwierdził, że takie niebanalne połączenie świadczy o naszym kulinarnym wyrafinowaniu, ale ja wyrafinowaniem bym tego nie nazwała. Raczej spełnianiem własnych zachcianek ;) Mieliśmy ochotę na kluski kładzione akurat w Sylwestra i nie miało znaczenia to, że prawdopodobniej lepiej pasowałyby do piwa niż do szampana. A że był ostatni wieczór starego roku, szampana trzeba było wypić. Stąd to "niebanalne" połączenie. Na swoją obronę mogę jedynie dodać, że nie popijaliśmy klusków z boczkowo-cebulową omastą szampanem, wypiliśmy go kilka godzin po kolacji. Wydaje się bardzo dobre na przedimprezowy posiłek - syci i natłuszcza wątrobę, która będzie nadwyrężana alkoholem ;)

Przygotowując to danie, korzystałam z przepisu Hanny Szymanderskiej z książki "Encyklopedia polskiej sztuki kulinarnej. 2400 przepisów", do której zawsze sięgam, gdy szukam przepisów na bardziej tradycyjne dania. Nie zdarzyło mi się, żeby coś nie wyszło z tych przepisów. No chyba, że próbowałam przechytrzyć przepis, jak wtedy, gdy robiłam pyzy - chciałam być mądrzejsza od autorki i stwierdziłam, że ziemniaki na pyzy wcale nie muszą być ugotowane dzień wcześniej i że świeżo ugotowane też mogą być. Nie mogą. Ziemniaki były zbyt wilgotne i z ciasta wyszła papa, która na pewno nie nadawała się do realizacji moich pyzowych zamierzeń. Od tamtej pory trzymam się wytycznych.

Kluski kładzione z przepisu Hanny Szymanderskiej

Składniki (dla 4 osób):

KLUSKI
  • 400g mąki pszennej (u mnie poznańska)
  • 3 jajka
  • 1 łyżka stopionego masła
  • szczypta soli
  • 1/2 szklanki letniej wody
OMASTA (mój "przepis", o ile coś tak prostego i powszechnie znanego można nazwać przepisem)
  • 150g boczku wędzonego
  • 1 średniej wielkości cebula
Przygotowanie:
  1. masło roztapiamy na patelni (później na tej samej patelni można przygotować omastę)
  2. mąkę mieszamy z solą
  3. jajka rozkłócamy z wodą i dodajemy do nich stopniowo mąkę, mieszając mikserem lub trzepaczką do uzyskania gładkiej masy (autorka przepisu radzi robić to mikserem, żeby ciasto miało jak najgładszą konsystencję i żeby "wbić" do niego jak najwięcej powietrza, co sprawia, że kluski są puszyste)
  4. na koniec dodajemy do masy roztopione masło (jak napisała autorka przepisu, powinniśmy uzyskać tzw. ciasto półgęste, cokolwiek to jest ;)
  5. w dużym garnku gotujemy wodę
  6. za pomocą łyżeczki formujemy małe kluski (u mnie są duże, które były formowane łyżką stołową) i wrzucamy je na osolony wrzątek, delikatnie mieszamy, żeby kluski nie przykleiły się do dna
  7. kluski gotujemy do momentu, aż wypłyną na powierzchnię (jeżeli są duże, jak u mnie, pozwalamy im przez chwilę popływać na powierzchni wody, żeby dogotowały się w środku, wystarczy 30 sekund)
  8. ugotowane kluski wyławiamy łyżką cedzakowatą i przekładamy do miski/na sito
  9. w międzyczasie kroimy boczek w drobną kostkę
  10. patelnię po maśle przecieramy ręcznikiem kuchennym i wrzucamy kawałki boczku na suchą patelnię
  11. drobno siekamy cebulę
  12. cebulę dorzucamy do boczku (żeby usmażyły się na tłuszczu wytopionym z boczku) i smażymy razem przez kilka minut, do zrumienienia obu składników
  13. kluski podajemy z omastą, można je również posypać natką lub podawać z innymi dodatkami (np. z gulaszem lub z sosem pieczarkowym)
Smacznego :)

wtorek, 1 stycznia 2013

Węgierska zupa noworoczna z soczewicą

Przepis na tę zupę znalazłam na portalu foodgawker.com. Autor tego przepisu twierdzi, że na Węgrzech tradycyjnie jada się zupę z soczewicy w Nowy Rok, co ma przynieść dobrobyt we właśnie rozpoczętym roku. Okrągłe ziarenka soczewicy mają symbolizować monety. Przeszukawszy kilka stron internetowych w poszukiwaniu informacji o tej zupie, znalazłam wiele różnych przepisów, jednak ten pierwszy z foodgawker.com najbardziej przypadł mi do gustu, dlatego swoją zupę oparłam właśnie na nim. Dodatkowo, tworzą ją składniki moim zdaniem łatwo dostępne i/lub łatwo zastępowalne.

Zupa jest pyszna, gęsta, sycąca i rozgrzewająca, czyli w sam raz na danie przywracające siły po sylwestrowej zabawie. W dodatku robi się ją bardzo szybko - przygotowanie i gotowanie zajęło mi nie więcej niż 30 minut.

Spolszona węgierska zupa noworoczna z soczewicą

Składniki (na 4 porcje):
  • 1 szklanka suchej czerwonej soczewicy (w oryginalnym przepisie nie sprecyzowano, o jaki kolor soczewicy chodzi; najprawdopodobniej brązową, ale ja miałam w domu akurat zapas czerwonej, więc wzięłam czerwoną)
  • 2 średniej wielkości marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 2 nieduże czerwone cebule (nie miałam czerwonych, wzięłam 2 szalotki)
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 puszka pomidorów bez skórki
  • 1 laska kiełbasy wiejskiej (w oryginale podsuszana węgierska kiełbasa paprykowa)
  • 100g boczku wędzonego (w
  • 2 liście laurowe
  • 2 łodygi świeżego rozmarynu (nie miałam, wzięłam 1 łyżkę suszonego)
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki (można też dodać ostrej papryki, jeśli ktoś woli pikantniejsze dania), najlepiej węgierskiej wędzonej
  • sól i pieprz do smaku
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego do smażenia
  • 1,5 litra wody lub bulionu (najlepiej warzywnego)
Przygotowanie:
  1. kiełbasę i boczek kroimy (kiełbasę w plasterki, boczek w kostkę) i podsmażamy na oleju w garnku o grubym dnie
  2. w międzyczasie obieramy i siekamy warzywa (cebula, czosnek, marchew, seler)
  3. gdy wędliny będą zrumienione, zdejmujemy je z ognia i odkładamy, a do garnka wrzucamy drobno posiekaną cebulę, czosnek, marchew i selera
  4. podsmażamy warzywa przez 5 min, mieszając, aż nieco "zwiędną"
  5. do warzyw dorzucamy soczewicę, liście laurowe i rozmaryn
  6. dodajemy pomidory i paprykę, dolewamy 1,5 litra wody lub bulionu i gotujemy aż soczewica będzie miękka
  7. doprawiamy solą i pieprzem
  8. podajemy np. z chlebem
Smacznego i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku, niezależnie od tego, czy zdecydujecie się ugotować sobie taką zupę i ją zjeść, czy nie ;)