Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje przybytków gastronomicznych. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą recenzje przybytków gastronomicznych. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 3 stycznia 2013

Subiektywnie o: bistro Żużu

Żużu to w Portugalii zdrobnienie od imienia „Julia”, jak dowiedziałam się od mojej koleżanki z pracy, Małgosi (pozdrawiam ciepło), której córeczka ma tak właśnie na imię i której mąż jest Portugalczykiem. Zanim mi o tym powiedziała, słowo „Żużu” oznaczało dla mnie „miła, mała, osiedlowa knajpka z dobrym jedzeniem, dobrym winem i sympatyczną obsługą”. Takie właśnie jest bistro i sklep z winem Żuzu przy ul. Kazimierzowskiej 43 (wejście od ul. Różanej) w Warszawie, najczęściej odwiedzany przeze mnie i Wybranka przybytek gastronomiczny.

Menu Żużu można określić jako śródziemnomorskie. Znajdziecie w nim ryby i owoce morza (we wtorki i czwartki jest świeża dostawa; podobno serwują pyszne mule na winie – to opinia Wybranka, bo ja owoców morza nie jadam, ale w te dwa dni w Żużu jest szczególnie tłoczno i gwarno, co oznacza, że inni jedzący frutti di mare klienci również doceniają walory tego dania; od niedawna w Żużu można zamówić również świeże ostrygi), zupy (m.in. bardzo dobrą cebulową z chorizo oraz smaczne sezonowe zupy, jak krem z dynii jesienią czy chłodnik latem), makarony (m.in. mega zapychającą carbonarę, po zjedzeniu której byłam tak najedzona, że miałam problemy z ruszeniem się zza stolika i dojściem do domu) i sałatki, a wśród nich moją ukochaną sałatkę z grillowanymi warzywami i parmezanem. Ta sałatka to moim zdaniem marzenie wegetarianina ceniącego sobie walory smakowe spożywanych bezmięsnych dań – sałatka nie zawiera mięsa, zawiera natomiast pyszne grillowane warzywa (cukinia, bakłażan, papryka), pomidory, chrupiącą sałatę i płatki parmezanu, a wszystko to podane jest z gęstym dressingiem balsamicznym i pesto.


Zdarzały się przewinienia, np. zbyt gorący makaron, co sugerowało, że danie zostało podgrzane w mikrofalówce, ale nie były na tyle poważne, żeby przestać odwiedzać to miejsce. Od czasu do czasu w Żużu organizowane są degustacje win lub różnego rodzaju kiermasze, w których uczestniczą również inne zaprzyjaźnione firmy (np. w tamtym roku w kiermaszu brała udział m.in. Manufaktura Czekolady). W tym roku kiermasz był zdominowany przez tokaje i wina z Toskanii w atrakcyjnych cenach. Szczegółowe informacje można znaleźć na stronie internetowej Żużu, w dziale „Aktualności”.

Żużu oferuje również duży wybór win – zwykle nie wybieramy ich z karty tylko prosimy obsługę o polecenie wina do dań, które zamawiamy. Połączenie sklepu i bistro ma tę zaletę, że decydując się na wino ze sklepowej półki, płacimy za nie jak w sklepie z winem, a nie jak w restauracji (czyli bez sięgającego kilkudziesięciu procent narzutu). Chyba nigdy nie zawiedliśmy się na rekomendacjach pracowników Żużu, zarówno wybierając wino do zamówionych dań, jak i kupując wino na wynos, do spożycia z daniami ugotowanymi w domu. W Żużu można znaleźć zarówno droższe, jak i tańsze wina. Zawsze kupuję tam francuskiego szampana, w rozsądnej cenie.

Atmosfera w Żużu jest ciepła, wnętrze niewielkie i przytulne. To jest miejsce, w którym można poczuć się swobodnie, pożartować z obsługą, szczerze powiedzieć, że wolelibyśmy tańsze niż droższe wino czy też poczytać przy jedzeniu. Myślę, że to jest takie miejsce, które każda osoba częściej lub rzadziej stołująca się poza domem chciałaby mieć w swojej knajpowej kolekcji. Polecam Żużu na posiłki w gronie przyjaciół czy rodziny albo kolacyjki we 2 w luźnej atmosferze (to chyba nie jest miejsce na romantyczne schadzki). Serwują również lunche, więc być może jest to fajne miejsce również na biznesowy lunch, ale za to sobie ręki uciąć nie dam, bo chyba tylko raz, w lecie, jadłam tam coś wcześniej niż o godz. 19. W Żużu od niedawna można zjeść również śniadanie (w godz. 8:00-12:00). Jeżeli chcielibyście przekąsić coś w Żużu,  będziecie niestety musieli poczekać do 15 stycznia, bo właśnie trwa remont :\ A jak remont się skończy i będziecie chcieli wpaść do Żużu we wtorek lub czwartek, zarezerwujcie wcześniej stolik, powinno wystarczyć tego samego dnia rano.

wtorek, 10 lipca 2012

Subiektywnie o: Guccio Domagoj

Guccio Domagoj to knajpka, jakich w Polsce ciągle jest niewiele. Osiedlowa (znajdująca się w budynku dawnej kotłowni), rodzinna, bezpretensjonalna, serwująca niewydumane, smaczne jedzenie. Znajduje się na warszawskim Żoliborzu, przy ul. Suzina 8, 3 minuty spacerkiem od stacji metra Plac Wilsona. Odkryli ją moi przyjaciele - Asia i Bartek, którzy stali się stałymi bywalcami Guccio i fanami serwowanych tam dań z owoców morza. Mogłabym stwierdzić, że Guccio dokonało niemożliwego, sprawiając, że Asia polubiła owoce morza, ale coś mi się wydaje, że Asia wcale nie była prawdziwą przeciwniczką tej kategorii żywności, a raczej taką nieuświadomioną miłośniczką owoców morza ;) Prawidziwi przeciwnicy (jak np. ja) są nie do ruszenia i nie dadzą sobie wmówić (ani tym bardziej udowodnić), że owoce morza to nie robale o glutowatej konsystencji ;) Mój Wybranek swojego czasu próbował przekonać mnie choćby do krewetek, ale poddał się, gdy pewnego dnia przyznałam, że chowam krewetki pod makaronem, rzekomo konsumując makaron z krewetkami i cukinią, który dla nas przyrządzał. Dla mnie to była w sumie sama cukinia, bo krewetek nie jadłam, a i makaronu nie mogłam zjeść, bo pod czymś musiałam schować te krewetki ;) Dowiedziawszy się o tym procederze, Wybranek był nieco rozczarowany, ale jakoś to zniósł. Ale miało być o Guccio Domagoj, a nie o mojej niechęci do frutti di mare.

Zachęceni rekomendacją Asi i Bartka (za którą dziękujemy :), udaliśmy się pewnego upalnego lipcowego wieczoru na Żoliborz, wcześniej rezerwując stolik oraz - korzystając z rady bywalców - porcję muli (schodzą w takim tempie, że trzeba je rezerwować razem ze stolikiem). Usiedliśmy na zewnątrz, przy jednym z małych stolików rozstawionych na chodniku, tuż przy zaparkowanych obok autach okolicznych mieszkańców (nie przeszkadzało nam to). Szybko dostaliśmy kartę i złożyliśmy zamówienie - na przystawkę pieczywo z pastą z pieczonej papryki (przypominającą w smaku ajwar) podane z sałatą doprawioną genialnym dressingiem (zdaje się, że na bazie białego wina), na danie główne - ja sandacza na grillowanej cukinii z sosem porowym, Wybranek zaklepane mule. Mój sandacz był bardzo dobry, odpowiednio usmażony (nie za suchy), świetnie komponował się z sosem porowym, przygotowanym na bazie masła i prawdopodobnie pysznej, tłustej śmietanki ;) Cukinia ładnie zgrillowana, jędrna, wciąż zielona. Do tego ryż ugotowany na sypko. Wybranek chwalił mule - świeże, dobrze zrobione, które zagryzał bagietką. Kolację popijaliśmy różowym chorwackim winem (Guccio Domagoj to restauracja i winiarnia), które zaskoczyło nas smakiem, bo w porównaniu z rose z Francji czy z Hiszpanii to chorwackie miało dużo łagodniejszy smak. Nazwy nie pamiętam, ale w karcie win jest tylko jedno różowe. Gdybym nie wiedziała, że jest wytrawne, powiedziałabym, że jest półwytrawne. Obsługa miła, acz niezbyt szybka (trochę za długo czekaliśmy na przystawkę, a potem na rachunek), ale ogólne wrażenie z wizyty pozostało bardzo dobre. Myślę, że nie była to nasza ostatnia wizyta w tym miejscu :) Polecam odwiedzenie Guccio Domagoj, szczególnie teraz - ryby i owoce morza (bue) dobrze sprawdzają się w formie letniej kolacji.





Na deser zaraz po kolacji nie mieliśmy już miejsca w żołądkach. Co nie powstrzymało nas przed zakupem lodów na patyku w osiedlowym sklepiku, już na Mokotowie, jakieś 40 minut później ;)

poniedziałek, 21 listopada 2011

Subiektywnie o: poznańskich restauracjach Przy Bamberce i Hugo

Poznań to kulinarna pustynia - wielokrotnie spotkałam się z taką opinią. Mimo to postanowiliśmy (ja i Wybranek) spędzić długi weekend (11-13 listopada) właśnie w Poznaniu. Postanowienie to było motywowane głównie chęcią spróbowania rogali marcińskich w święto św. Marcina w mieście, w którym święto to jest hucznie obchodzone. Co też uczyniliśmy.

Jadąc do Poznania, liczyliśmy jednak nie tylko na degustację rogali marcińskich, ale również gęsiny (podobno 11 listopada to dzień, od którego można zacząć jeść gęsinę, bo świeżo wyhodowane gęsi do tego czasu gotowe do...uboju) oraz innych lokalnych specjałów, jak np. szarych klusków.

Zanim wyruszyliśmy w podróż do Poznania, zrobiliśmy kulinarne rozeznanie w terenie, pytając różnych znajomych o poznańskie restauracje, w których można spróbować specjałów kuchni tego regionu. Polecono nam m.in. Restaurację przy Bamberce, która znajduje się w samym sercu rynku Starego Miasta. Niestety okazała się wielkim rozczarowaniem - gdy zawitaliśmy w tej restauracji 11 listopada na kolację (ok. godz. 20) okazało się, że nie ma już gęsiny, na którą bardzo liczyliśmy. Ok, mieli duży ruch w ciągu dnia, a gęsina to tradycyjne danie spożywane w tym dniu. Nie mieli też żurku, na który dużą ochotę miał Wybranek. Kelnerka nie raczyła niestety poinformować nas o tych brakach na wejściu, a moim zdaniem powinnam uprzedzić, że niektóre dania z karty są niedostępne.

Zamówiliśmy więc zupę grzybową oraz zraz wołowy (bardzo regionalna potrawa... ale wybór był niewielki) i kacze udo. Gdy zaserwowano nam zupę, zaświeciła iskierka nadziei, że mimo nieudanego startu (brak w karcie dań, na które liczyliśmy), nie będzie jednak tak źle. Zupa była bardzo dobra.


Kolejne dania utwierdziły nas niestety w przekonaniu, że nie tylko nie wrócimy już do tego miejsca, ale będziemy ostrzegali przed nim wszystkich znajomych, którzy będą wybierali się do Poznania i będą szukali miejsca, w którym można zjeść dobry posiłek w miłej atmosferze. Niniejszym ostrzegam.


Zraz wołowy był suchy jak wióry i tylko oblany sosem, na pewno nie był w tym sosie duszony. Kacze udo też było suche (i podane z tym samym sosem co zraz), a jeszcze bardziej suche były tzw. poznańskie pyzy (zwane też pampuchami, parzeńcami, itd. - to takie drożdżowe niby-bułeczki, gotowane na parze; często można je spotkać np. w Czechach), niejadalne.


Z oczywistych powodów zrezygnowaliśmy z deseru. Dramatyzmu całej sytuacji dodawało zawodzenie Michała Bajora w tle (niniejszym przepraszam wszystkich fanów twórczości tego artysty, ale to jest ostatni wykonawca, o jakim pomyślałabym, że może umilić posiłek). Nie mogę też nie wspomnieć o karcie win - jeżeli zamiarem właścicieli tej knajpy było udowodnienie zaglądającym tu - podobno często - obcokrajowcom, chcącym spróbować regionalnych specjałów, że Polacy nie mają pojęcia o winie i nie potrafią dobierać wina do potraw to gratuluję, cel osiągnięty.

Pierwszego dnia pobytu zrobiło się nam więc trochę łyso - liczyliśmy, że jednak nie będzie tak źle z tym jedzeniem, a tu wtopa z Bamberką, która została nam polecona przez Poznaniaka jako dobra restauracja, w której można zjeść miejscowe dania... Może ten Poznaniak nie mieszka już lub nie jada w swoim rodzinnym mieście?

Drugiego dnia pobytu trafiliśmy jednak do miejsca, dzięki któremu nasze postrzeganie Poznania z kulinarnej perspektywy zmieniło się o 180 stopni. Jeżeli Poznań rzeczywiście jest kulinarną pustynią, to znaleźliśmy zdaje się oazę dobrego smaku :) Jeszcze przed wyjazdem Wybranek wyszukał w internecie restaurację Hugo, znajdującą się w Starych Koszarach (zwanych również - jak poinformował nas taksówkarz - Koszarami Ułańskimi lub City Parkiem). Do odwiedzenia tego miejsca zachęciła nas dobra recenzja na blogu Zjeść Poznań, którym posiłkowaliśmy się wcześniej przy wyborze cukierni, gdzie mieliśmy kupić rogale marcińskie. Na tym blogu znajdziecie zdjęcia elewacji (piękna czerwona cegła) oraz wnętrza (stonowane, przestronne) - my niestety żadnych zdjęć restauracji jako takiej (=nie jedzenia) nie zrobiliśmy (było już ciemno). No, może poza jednym:


Kuchnia jest oddzielona od sali restauracyjnej szybką, dzięki której goście siedzący w określonej części tej sali (zakątek na prawo od wejścia) mogą obserwować, co dzieje się w kuchni (a działo się dużo i w zabójczym tempie, szczególnie, gdy wpływało zamówienie).

Zostaliśmy przywitani i usadzeni przez miłego kelnera, który szybko przyniósł nam kartę (składającą się ze stałych pozycji - a la carte - oraz dań sezonowych, takich trochę bardziej lunchowych). Bardzo dobrym rozwiązaniem było uwzględnienie w karcie sugestii dotyczących doboru win do poszczególnych dań.

Zanim wybraliśmy dania, zaserwował nam "poczekajkę" - parfait (pasztet o konsystencji musu) z gęsiej wątróbki z żurawiną. Nie lubię podrobów (uraz z przedszkola - kto z nas nie był raczony śmierdzącym kotletem z wątróbki przez panie przedszkolanki?) i pewnie wątróbki w całości bym nie zjadła, ale parfait przypadło mi do gustu :)


Dobrze komponowało się z domowej roboty ciemnym pieczywem z orzechami oraz marmoladą z fig, która była dodatkiem do mojej przystawki (ser rubin z marmoladą z fig). To nie do końca była przystawka, raczej zakąska do wina, ale kelner nie miał nic przeciwko, żebym w ramach przystawki zamówiła właśnie to.


Wybranek skusił się na ciepłą przystawkę z karty ze stałymi pozycjami - smażoną pierś przepiórki (wyglądało i smakowało super, nie udało mi się niestety zrobić zdjęcia). Zamówiliśmy też czerwone, wytrawne wino (Chianti), które świetnie komponowało się z parfait (w tym miejscu Wybranek przywołał wypowiedź doktora Lectera, opowiadającego o tym, jak to uraczył się wątróbką rachmistrza, którą popił właśnie winem Chianti ;). Zaczęło się bardzo dobrze.

Jako danie główne obydwoje zamówiliśmy upragnioną gęsinę w formie smażonej piersi z gęsi, podanej z dyniowym musem i kawałkami jabłka (to te kółeczka). Wyśmienite! Pierwszy raz (świadomie) jadłam gęsinę i muszę przyznać, że naprawdę mi smakowała. Wybrankowi również.


Po tak dobrym początku i jeszcze lepszej kontynuacji po prostu nie mogliśmy nie zamówić deseru. Wybranek   skusił się na mus z mlecznej czekolady, a ja na tartę cytrynową z cieniutką warstwą porzeczkowej galaretki na wierzchu. Pycha...


Posiłek w Hugo był najlepszym restauracyjnym posiłkiem jaki do tej pory jadłam. Gorąco polecam Hugo wszystkim mieszkańcom Poznania, którzy jeszcze nie odkryli tego miejsca oraz przyjezdnym. W innych miejscach trudno o tak dobre jedzenie i świetną obsługę (była świetna nie tylko dlatego, że kelner śmiał się z naszych żartów ;).

sobota, 17 września 2011

Subiektywnie o: Taverna Patris

Taverna Patris to grecka tawerna mieszcząca się w raczej nie najpiękniejszej lokalizacji (przy ruchliwej ulicy Wał Miedzeszyński w Warszawie), w dodatku ze złą sławą (w poprzedniej knajpie, która funkcjonowała w tym miejscu, w 2001 roku zamordowano byłego ministra sportu, Jacka Dębskiego – to ta sprawa z Haliną G., pseudonim „Inka”). Niemniej jednak ciepły wystrój tej knajpki oraz panująca w niej przyjazna atmosfera sprawiają, że myśli skupiają się na tym, co jest wewnątrz budynku (a głównie na stole), a nie na tym, co dzieje się na zewnątrz czy co stało się w tym miejscu 10 lat temu.

Nazwa tego miejsca pochodzi od nazwiska właścicieli, którzy mają greckie korzenie. Wnętrze jest proste, ściany są jasne, meble kolorowe, jest dużo światła i przestrzeni oraz fajny kącik dla dzieci (nie, nie próbowałam w nim usiąść ;).

W menu królują greckie przysmaki: tzatziki (znane zdaje się wszystkim), dolmadakia (idea podobna do polskich gołąbków, ale zamiast liści kapusty są liście winogrona, a w środku kasza perłowa i wołowina), horiatiki (sałatka wiejska, znana jako sałatka grecka), moussaka (słynna grecka zapiekanka) czy baklava (tak, to nie tylko bliskowschodni, ale także grecki deser). W karcie, obok jej prostoty i koncentracji na greckich daniach (nie ma ani caprese, ani carpaccio, ani tatara ;), bardzo podobało mi się to, że przy każdym daniu znalazła się adnotacja, jakie wino restauracja poleca do tego akurat dania. W żadnym innym miejscu się z tym nie spotkałam, a uważam, że to bardzo dobry pomysł. Dla mnie taka rekomendacja w menu jest dużo lepszym rozwiązaniem, niż słuchanie wywodów kelnera, który wygląda i zachowuje się jakby połknął szczotkę, a zaraz po niej zjadł wszystkie rozumy ;) Albo kelnera, który nauczył się na pamięć kilku frazesów o kilku winach i próbuje je sobie przypomnieć przy stole, męcząc się i dukając. Choć znam podstawowe zasady doboru win do potraw, nie jestem ekspertem, byłam więc wdzięczna autorowi karty za podpowiedź :) [zdjęcia były robione aparatem z telefonu komórkowego, więc z góry przepraszam za słabą jakość]


Do Taverny Patris szłam z założeniem, że chcę spróbować greckich klasyków w ich wykonaniu. Mój Wybranek nigdy nie okazywał zbytniego zamiłowania do kuchni greckiej, ale mimo to ochoczo zarezerwował stolik, gdy pewnego niedzielnego wieczoru zasugerowałam, że może zjedlibyśmy kolację w Patris. Zanim przyjaźnie nastawiona kelnerka w wielkich okularach przyniosła zamówione dania, zaserwowała nam „poczekajkę”, która była po prostu rewelacyjna. Była to grecka pasta fava, zrobiona z fasoli i suszonych pomidorów, posypana świeżym koprem. Do tego – jak poinformowała nas kelnerka – serwowany jest chleb wypiekany na miejscu. Tym razem chleba zabrakło, ale dostaliśmy wypiekaną na miejscu pitę i nie narzekaliśmy. To była jedna z najlepszych „poczekajek”, jakie kiedykolwiek jadłam. Przymierzam się do odwzorowania jej w domu :)


Na przystawkę zamówiłam horiatiki czyli sałatkę z pokrojonej papryki, pomidora, ogórka i oliwek, które skropiono grecką oliwą z oliwek (czytałam kiedyś, że w zasadzie wszystkie greckie oliwy są dobre, bo trudno je zepsuć) i przykryto dużym plastrem sera feta. Zaskoczeniem była dla mnie obecność w sałatce kaparów – nigdy nie jadłam tej sałatki z ich dodatkiem, komponowały się jednak dobrze z pozostałymi składnikami.


Wybranek postawił na dolmadakia czyli gołąbki z liści winogron, nadziewane kaszą perłową i wołowiną, zaserwowane z tzatziki. Uznał, że gołąbki były raczej mdłe, ale z tzatziki smakowały ok.


Moim daniem głównym była moussaka, czyli zapiekanka z wołowiny i bakłażana pod beszamelem. Dostałam ogromną porcję zapiekanki, po której miałam ochotę popaść w ogólny błogostan i uciąć sobie drzemkę, choćby i w kąciku dla dzieci (tam było najbardziej kameralnie ;).


Wybranek zamówił tourtę, czyli duszoną jagnięcinę zapiekaną w cieście francuskim, ale niestety „wyszła”, więc poprosił o paidakia, czyli grillowane kotleciki jagnięce, które chwalił, gdy już zostały mu zaserwowane. Popijaliśmy czerwone, wytrawne wino domowe (pod taką nazwą figuruje w karcie) – jak tawerna to tawerna, nie ma co się snobować. Wino zostało nam zaserwowane w zabawnych karafkach z gliny, dawało kopa ;)


Po krótkich rozważaniach, czy wziąć deser czy nie (byliśmy najedzeni), zdecydowaliśmy się na baklavę (ja) oraz mus czekoladowy z daktylami - sokolata me hurmes (Wybranek).


Wybranek sam jest mistrzem musu czekoladowego (przy najbliższej okazji zaprezentuję jego musowe dokonania na blogu :) i najwyraźniej postanowił porównać Patrisowy wyrób ze swoim. Wynik: 1:0 dla Wybranka ;) Mój deser był ok, ale coś było nie tak z lodami, które zaserwowano do baklavy, miały taką konsystencję, jakby się rozmroziły, a potem zostały ponownie zamrożone (niezdrowe), więc je zostawiłam. Baklavę zjadłam całą, „do ulania”, jak mówi E., moja koleżanka z pracy ;)

Na osobny paragraf zasługuje obsługa. Daj Boże więcej takich kelnerek i kelnerów :) Obsługująca nas pani w wielkich okularach była uśmiechnięta i wyluzowana, a jednocześnie rzeczowo odpowiadała na nasze pytania i sprawnie przynosiła dania/wynosiła naczynia. Zupełnie nas rozwaliła, uczestnicząc w takiej oto scence rodzajowej:
Klient: Czy macie państwo może papierosy w sprzedaży?
Kelnerka: Nie, ale mogę pana poczęstować moimi. Mam malboraski.

Ile razy byliście świadkami takiego proklienckiego podejścia? :) Ja nigdy wcześniej. Szacun.

Cena dania głównego 30-50 zł. Polecam Patris na posiłki w rodzinnym gronie lub biesiadowanie z przyjaciółmi. Myślę, że jeszcze tu wrócę :) A postanowiłam napisać o tej knajpce akurat dziś, bo mamy weekend czyli czas sprzyjający spotkaniom z rodziną i przyjaciółmi. Może tym razem w Patris? :) Więcej informacji można znaleźć na ich stronie internetowej:  http://www.tawernapatris.pl/

niedziela, 4 września 2011

Subiektywnie o: L'ARC Varsovie

L'ARC Varsovie to francuska restauracja, mieszcząca się przy ul. Puławskiej 16 w Warszawie, w miejscu, w którym kiedyś funkcjonowała włoska knajpka Pappa Grappa (czyli 3 kroki od skrzyżowania ul. Puławskiej i Rakowieckiej). Lokal po Pappa Grappa był przez jakiś czas remontowany, a ja z zainteresowaniem obserwowałam postępy, czekając na otwarcie. A to dlatego, że na kulinarnej mapie Warszawy brakuje moim zdaniem przyzwoitego przybytku specjalizującego się la cuisine française. Jakiś czas temu zamknięto Absynt, francuskie bistro przy ul. Wspólnej, które przez recenzentów przewodnika Michelin zostało wyróżnione tytułem "BIB GOURMAND" (ozn. dobre jedzenie w przystępnej cenie). Jest jeszcze restauracja Le Regal przy Al. KEN 95, tuż obok wyjścia ze stacji metra Stokłosy. Zachęceni zaproszeniem na degustację wina z okazji święta młodego wina Beaujolais Nouveau, udaliśmy się tam pewnego listopadowego wieczoru z moją Siostrą i Wybrankiem.

Nie byliśmy zachwyceni (mimo, że nasz stolik był jednym z 2 zajętych, na zupę cebulową czekałam 45 min i dostałam ją zimną...), dlatego nie polecam. Być może zaszły tam zmiany na lepsze (zniechęciliśmy się w 2008 roku), ale nie bardzo mam ochotę to sprawdzać. Jest też restauracja Prowansja przy ul. Koszykowej 1 (w zasadzie przy samym Placu na Rozdrożu), ale wizyta w niej kojarzy mi się głównie z bólem brzucha po spożyciu creme brulee (swoją drogą - nigdy nie widziałam tak dużych porcji tego deseru, zaserwowano mi go w głębokim talerzu, takim jak na zupę). Nic więcej nie zapamiętałam, co oznacza, że chyba niczym się nie wyróżniała.

L'ARC otworzyła podwoje w połowie sierpnia, a wczoraj wieczorem mój Wybranek i ja postanowiliśmy wypróbować serwowane w niej dania i sprawdzić, jaka panuje w niej atmosfera. Wystrój przyjemny, biało-czarno-niebieski. Proste meble, czarno-białe fotografie z francuskimi pejzażami. Tuż przy wejściu stoi forterpian, na którym muzyk przygrywa gościom do posiłku (wprawdzie głównie amerykańskie szlagiery, ale i tak plus za muzykę na żywo). 2 sale, na jednej kilka mniejszych stolików, w tym 2-3 przy witrynie, z widokiem na ul. Puławską, na drugiej 2 większe (jeden na 4-6 osób; jeden na ok. 10, a wszystko stworzone tak, że te większe konfiguracje stołowe można rozbić na mniejsze). A w ścianie oddzielającej sale spore akwarium, w którym mieszkają... żywe ostrygi, które kelner wyławia, jeśli klient zamówi danie z tych żyjątek.

Po uważnym przestudiowaniu karty dań muszę stwierdzić, że nie jest to niestety restauracja dla mnie... a to dlatego, że specjalizuje się w owocach morza. Imponuje liczba gatunków ostryg serwowanych w tym miejscu (naliczyłam 5), a specjalnością kuchni jest zdaje się homar w przeróżnej postaci. Są też mule i krewetki. Poza tym dania z wołowiny, kurczaka, ryby. Jest menu degustacyjne z kilkoma wariantami dań do wyboru, menu na niedzielę (układane co niedzielę przez szefa kuchni), menu dla dzieci (na życzenie klienta kelner ustala z szefem kuchni, co w danym momencie może przygotować dla dziecka) oraz menu śniadaniowe. Trochę dziwi skromna - jak na francuską restaurację - karta win, ale za to cieszy jakość win "stołowych" (białe - Chardonnay, czerwone - Pinot Noir). Są i zupy, w tym klasyczna zupa cebulowa oraz mus z homara, czy też makarony (nie bardzo rozumiem po co) oraz sałatki. No i desery - w zasadzie same klasyki (creme brule, Crepes Suzette, fondant). Obsługa uprzejma, będąca w stanie udzielić podstawowych informacji o serwowanych daniach.

W ramach "poczekajki" zaserwowano nam kilka kawałków świeżej, chrupiącej bagietki (idealnie wypieczona, nie za twarda, nie za miękka) w towarzystwie smarowidła w smaku i zapachu przypominającego majonez z anszua oraz 2 plasterków francuskiej suszonej kiełbasy.

Potem wjechały przystawki: zamówiliśmy "Duo polędwicy" (polędwica wołowa w dwóch odsłonach na 1 talerzu - carpaccio zrolowane w rurkę z parmezanem i różnymi sałatami oraz kupka mięsa marynowana w sosie buraczanym) oraz zupę cebulową. Wybranek stwierdził, że duo było ok, ale nie niezapomniane. Natomiast zupa, którą konsumowałam ja, była smaczna (aczkolwiek nie umywa się do zupy cebulowej przygotowywanej przez moją siostrę - może kiedyś namówię ją do przygotowania tej zupy i zamieszczę relację na blogu :).

Po przystawkach kelner zaserwował nam sorbet cytrynowy (jest serwowany z automatu), dla przełamania smaku. W tym samym celu sorbet serwowano kiedyś (w czasach jej świetności) we włoskiej restauracji Piccolo Bacio przy ul. Hożej. Sorbet był dobrze wyważony, nie za kwaśny ani nie za słodki. No i spełnił swoją rolę.

Następnie przyszła pora na danie główne - w moim przypadku był to okoń morski z pure ze słodkiego ziemniaka oraz groszkiem cukrowym. Na talerzu znalazłam również brokuły, ale nie zmartwiło mnie to ;) Wielki plus dla szefa kuchni za fikuśne wygięcie ryby oraz za jej bardzo dobre doprawienie. Aczkolwiek obawiam się, że to, co ja uważam za odpowiednio doprawione, przeciętnemu gościowi L'ARC może wydać się zbyt słone, bo ja lubię słone potrawy.

Z kolei mój Wybranek zamówił kotleciki jagnięce z ziemniaczkami w plasterkach, które zostały zapieczone w towarzystwie śmietanki. Kotleciki były przepyszne, soczyste, miękkie, z delikatnym smakiem jagnięciny i wspaniałym, gęstym mięsnym sosem.

A na deser: delikatny creme brulee z chrupiącą skorupką. Podano nam go w temperaturze pokojowej, zaczęliśmy się więc zastanawiać, jak powinno się ten deser podawać, bo dotychczas zwykle dostawaliśmy schłodzony - zdania są podzielone.

Nie mieliśmy natomiast wątpliwości co do tego, że płonące naleśniki powinny być płonące (dlatego, że tak mówi klasyczny przepis i dlatego, że tak napisano w karcie). Niestety, te które mi zaserwowano nie były płonące, robiły natomiast wrażenie, jakby zostały podpalone, ale wypaliły się zanim trafiły na nasz stolik. Ogromna porcja - 3 naleśniki, po 2 skapitulowałam, częstując ostatnim Wybranka. Zgodnie stwierdziliśmy, że nie były to najlepsze naleśniki, jakie w życiu jedliśmy, głównie dlatego, że tradycyjny sos pomarańczowy, którym polewane są Crepes Suzette, był w tym przypadku gorzkawy (zdaje się, że dodano za dużo skórki z pomarańczy). No i zamiast 2 gałek sorbetu cytrynowego dodałabym 1-2 gałki neutralniejszych lodów, waniliowych lub śmietankowych.

Całokształt doświadczeń związanych z kolacją w L'ARC oceniam dobrze. Jedzenie smaczne, obsługa sprawna, czas oczekiwania na potrawy nie za długi. Polecam ją jednak raczej osobom lubiącym owoce morza - będą miały z czego wybierać. Bo wybór dla osób nie jedzących krewetek, homarów czy ostryg jest raczej ograniczony. Dobre miejsce na biznesowy lunch lub posiłek w rodzinnym gronie. Na romantyczną kolację raczej nie, trochę brak romantycznego klimatu.

L'ARC niestety nie ma jeszcze pełnej strony internetowej, więc z menu i cenami można się zapoznać jedynie w samej restauracji. Cena dania głównego 40-60 zł.

Myślę, że jeszcze tam wrócimy. Wybranek już zapowiedział, że będzie chciał udać się tam ponownie i wypróbować owoce morza (ale to raczej beze mnie, bo ja fanką "robali" nie jestem ;).

















środa, 31 sierpnia 2011

Najlepsza pizza jest w Basilii

O najbardziej tuczącej pizzy na świecie już było. Pora na moją faworytkę w innej kategorii, a mianowicie najlepszą pizzę w Warszawie, która jednocześnie uplasowała się na zaszczytnym drugim miejscu w rankingu pt. "najlepsza pizza, jaką w życiu jadłam" (było ich sporo). Mam na myśli pizzę Capriciosa serwowaną w pizzerii Basilia na warszawskich Kabatach. To pizza na cieście o idealnej - moim zdaniem - grubości (tudzież cienkości, jak kto woli ;) z mozzarellą, szynką i pieczarkami, doprawiona suszonym oregano. Pieczona w prawdzwinym piecu opalanym drewnem, który służy do przygotowywania nie tylko pizzy, ale także innych pozycji z menu Basilii wymagających podpieczenia (np. bruschetty czy grzanek podawanych do sałatek). Robiona na oczach klienta - siedząc na parterze czy na atresoli można obserwować pracę pizzero, co z przyjemnością czynię za każdym razem, gdy tam jestem :) Tych razów było wiele i w różnym gronie, a Basilia nigdy mnie nie zawiodła, moich Współbiesiadników zdaje się też nie.







W Basilii oprócz pizzy można zjeść również sałatkę, makaron czy danie mięsne. Do jedzenia można wypić wino (stołowe w karafce lub butelkowane), serwują też niezłą kawę i desery. Są i małe "ale": Basilia nie dostarcza pizzy na telefon (tj. można zadzwonić i zamówić pizzę, ale odebrać trzeba ją osobiście, przychodząc do pizzerii; ma to swoją zaletę - osoby zamawiające i konsumujące pizzę na miejscu nie czekają w nieskończoność na posiłek; gdyby Basilia zaczęła dowozić pizzę, mogłoby to spowodować wydłużenie czasu oczekiwania) oraz często jest pełna ludzi (szczególnie w piątki i w weekendy), dlatego warto wcześniej zarezerwować stolik. Polecam i dziękuję mojej przyjaciółce ER, która poleciła mi tę knajpkę 4 lata temu :)

A jeżeli chodzi o numer 1 w moim rankingu "najlepsza pizza, jaką w życiu jadłam" jest to pizza, którą jadłam w pizzerii Gino Sorbillo (Via dei Tribunali 32, Neapol). Należy ona do rodziny Sorbillo, której ojciec był założycielem pierwszej pizzerii w tym mieście. Jak głosi legenda, miał 21 pociech, z których każda została pizzero i otworzyła własną pizzerię :) Okolica nieciekawa, warunki lokalowe skromne (żeby nie powiedzieć spelunkowate), sposób podania toporny (plastikowe naczynia i sztućce, na lepkim od brudu stole - Kamil Durczok określiłby jego stan o tak ;), obsługa raczej oschła (z tendencją do "nieuprzejma"), ale ta pizza... idealna, niedościgniony wzór dla nie-Neapolitańczyka i nie-Sorbillo. Zdjęć niestety nie mam, bałam się wyciągnąć aparat ;)

niedziela, 29 maja 2011

Nie taki znowu fast food?

Komentarz z 6 stycznia 2013: h3 haburger gourmet w Galerii Mokotów niestety już nie istnieje; dobre hamburgery można zjeść na warszawskim Mokotowie w Burger Barze przy ul. Puławskiej 74/80 (wejście od ul. Okulskiej) lub w Warburgerze przy ul. J. Dąbrowskiego 3 (róg Puławskiej i Dąbrowskiego, tuż za dawnym budynkiem pizzerii Tifone, w którym rozgościła się obecnie Osteria Limoni)

Będąc jakiś czas temu w warszawskiej Galerii Mokotów, zauważyłam nowy przybytek w ichniejszym foodcourcie. Moją uwagę przyciągnęła ciekawa stylistyka i - co by tu nie mówić - ciekawość (nazwijmy to efektem świeżości). Tamtego dnia nie zdecydowałam się na degustację, ale sprawdziłam to nowe miejsce w google. Okazało się, że to pierwszy lokal nowej sieci fast food w Polse - h3 hamburger gourmet o portugalskich korzeniach. Pomysł jest niegłupi, można go w sumie streścić sloganem, jaki h3 wypisało sobie na elementach wystroju wnętrza: not so fast food. Nie żeby na hamburgera trzeba było czekać wiecznie (sprawdziłam w ten weekend), chodzi raczej o jakość mięsa, z którego zrobione są tutejsze hamaurgery i całą otoczkę, jaką firma h3 stworzyła wokół tego dania. Otóż w h3 można zamówić od zwykłego 200-gramowego kotleta z grilla, przez hamburgera z sosem z musztardy Dijon, po kotlet podany ze szpinakiem saute, sosem holenderskim i jajkiem w koszulce czy z eskalopkami foie gras, konfiturą z cebuli i sosem/pomdą ze zredukowanego porto... jak na przybytek w gamokowym foodcourcie bardzo ambitnie. H3 serwuje również tradycyjne burgery w bułce (ale kwadratowej), a do tego talarki w postaci cienko pokrojonych, smażonych na miejscu ziemniaków (bardziej przypominają chipsy niż talarki, jakie w swoim czasie serwowano np. w McDonald's). A wygląda to tak:


Hamburger h3 super bread to 200-gramowy kotlet z grilla z sałatą, pomidorem, cebulą, keczupem i majonezem musztardowym w bułce a la foccacia. Ja poprosiłam o dobrze wysmażony (obsługa pyta o preferencje), a mój Wybranek o średnio wysmażony. Po odebraniu dań i udaniu się z nimi do stolika stwierdziliśmy wprawdzie, że na oko różnicy między moim i jego hamburgerem nie widać, ale po rozpoczęciu konsumpcji uznaliśmy, że jest ok. Mięso rzeczywiście jest mięsem, a na pewno w większym stopniu niż w McDoland's czy Burger King. W zasadzie h3 ustępuje tylko Butchery&Wine (mają tam naprawdę dobre burgery, najlepsze, jakie dotą jadłam), ale trudno porównywać mięso z baru szybkiej obsługi z mięsem w restauracji specjalizującej się w daniach mięsnych.

Wszystkim fanom hamburgerów i dań mięsnych polecam wypróbowanie tego miejsca. Ceny nieco wyższe niż w typowych hamburgerowniach (np. 21,9 zł za wspomniany h3 super bread), ale trzeba przyznać, że dania serwowane przez h3 są warte swojej ceny. I - co jest dodatkowym elementem odróżniającym h3 od innych fastfoodów - dania serwowane są na ceramicznych talerzach z prawdziwymi sztućcami. Nie trzeba więc walczyć z kotletem na plastikowym talerzyku za pomocą giętkiego, plastikowego noża i widelca.