środa, 23 grudnia 2015

Pierniczki Elizy

Co roku, i tylko raz w roku, robię moje ulubione pierniczki w skandynawskim stylu, z melasą i dużą ilością imbiru. W tym roku wyszły jakieś takie bardziej wytrawne niż słodkie, więc dla równowagi chciałam zrobić jakieś takie klasyczne słodkie pierniczki. Padło na wypieki, którymi rok temu obdarowała mnie moja przyjaciółka Eliza, z którą znamy się już prawie 30 lat :-) Choć oryginalny przepis pochodzi z jakiegoś kalendarza marki Thermomix, dla mnie to zawsze będą pierniczki Elizy, bo to od niej dostałam wypieki z tego przepisu i to z nią zawsze będą mi się kojarzyły :-) Oryginalny przepis dostosowałam tak, aby można było je spokojnie zrobić nie posiadając Thermomixa.

Pierniczki Elizy


Składniki:
100g cukru białego
100g cukru brązowego
100g miodu (może też być melasa, ale ciasteczka z miodem wychodzą delikatniejsze w smaku)
100ml wody
140g masła
1 łyżka mielonego cynamonu
1 łyżka mielonego imbiru
1 łyżka mielonych goździków
1/2 łyżki sody
500g mąki pszennej

Przygotowanie:
1. Do rondelka wlewamy wodę, dodajemy miód, cukier biały, cukier brązowy i masło, podgrzewamy całość na niedużym ogniu przez 10 min
2. Mieszaninę zdjmujemy z ognia i odstawiamy do przestygnięcia
3. Mąkę przesiewamy razem z sodą,  dodajemy przyprawy korzenne
4. Łączymy obi mieszaniny i  wyrabiamy gęstą, lepką masę
5. Z masy lepimy kulę, owijamy folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na nic (lub na pół dnia) do schłodzenia
6. Następnego dnia (ew. w drugiej połowie dnia) rozwałkowujemy ciastao na stolnicy/blacie obsypanym mąką, a następnie wykrajamy ciastka i układamy na blaszce wysmarowanej tłuszczem lub wyłożonej papierem do pieczenia
7. Rozgrzewamy piekarnik do180 stopni Celsjusza
8. Wstawiamy blachę z ciasteczkami do piekarnika i pieczemy przez ok 10 min (większe viasteczka 10 min, mniejsze 8 min)

Smacznego :-)


piątek, 18 grudnia 2015

Gulasz warzywny z cieciorką i bakłażanem

W przepisie, który znalazłam w internecie, danie to występuje pod nazwą "marokański gulasz warzywny z cieciorką i bakłażanem". Nie mam jednak pewności, co do korzeni tej potrawy, bo szukałam tego przepisu pozostając pod dużym wrażeniem bardzo podobnego dania, które jadłam podczas wakacji w Lizbonie. Niezależnie od pochodzenia, jest bardzo smaczne, proste i szybkie w przygotowaniu. Oraz - jak wyczytałam w przepisie, na którym się wzorowałam - "wymaga użycia tylko jednego świeżego składnika", co nie do końca jest prawdą, no chyba, że cebuli i czosnku nie uznajemy za "świeże składniki" ;-)

Przy okazji może podzielę się wskazówkami dotyczącymi dwóch składników tego dania:
  • cieciorka - w książce "Zmień chemię na jedzenie", autorstwa Julity Bator, znalazłam informację, że bezpieczniej jest wybierać produkty w słoikach, a nie w puszkach; podobno puszki wcale nie są takie neutralne pod kątem toksyn - staram się nie wierzyć we wszystko, co przeczytam na temat jedzenia (wówczas prawdopodobnie w ogóle przestałabym jeść, bo "wszystko jest rakotwórcze", a najbardziej chyba samo życie...), ale skoro można wybrać opakowanie bezpieczniejsze, może warto się nad tym zastanowić; słoiki mają też taką zaletę, że można je wykorzystać do przechowywania żywności/przetworów, z puszką ciężko
  • pomidory z puszki - nie kojarzę, żeby na rynku były dostępne pomidory ze słoika, więc powyższy wywód będzie tu "od czapy", ale za to mam inny ;-) moja Siostra podpowiedziała mi, że czytała gdzieś całkiem sensowną uwagę, że jak już korzystamy z pomidorów z puszki to lepiej z takich w całości, a nie krojonych; a to dlatego, że przy tych krojonych może się zdarzyć, że do puszki trafiają same najmniej atrakcyjne części pomidora
To co z tym gulaszem?

Gulasz warzywny z cieciorką i bakłażanem

Składniki (dla 4 osób):
  • 2 duże bakłażany
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 3 ząbki czosnku
  • 1 puszka cieciorki (ok 250g pod odsączeniu z zalewy)
  • 1 puszka pomidorów (ok. 400g, z zalewą)
  • 1 szklanka wywaru warzywnego
  • 1/2 łyżeczki chili (w oryginale jest 1 cała, ale ja dodałam mniej, bo wolę łagodniejsze niż ostrzejsze dania)
  • 1 łyżeczka mielonego cynamonu
  • 2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • Sól i pieprz do smaku
  • Opcjonalni: natka pietruszki do posypania
Przygotowanie:
1. Bakłażany myjemy i kroimy w dużą kostkę
2. Cebulę obieramy i kroimy w kostkę
3. Czosnek obieramy i przepuszczamy przez praskę
4. Na patelni rozgrzewamy oliwę, wrzucamy cebulę, czosnek, cynamon, chili i kmin, a następnie podsmażamy na niedużym ogniu, aż cebula nieco zmięknie
5. Na patelnię dodajemy pokrojone bakłażany, cieciorkę i pomidory z puszki, razem z zalewą, a następnie dodajemy bulion, przykrywamy i gotujemy przez ok. kwadrans, aż kawałki bakłażana będą miękkie
6. Jeśli sos jest zbyt płynnym zdejmujemy pokrywkę i gotujemy jeszcze chwilę, do odparowania części płynu
7. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku

Serwujemy z ryżem, kuskusem lub bulgurem, ale równie dobrze można podać z chlebem. Przed podaniem można posypać posiekaną świeżą natką.

Smacznego :-) 


niedziela, 13 grudnia 2015

Krupnik z kaszą jęczmienną

Na taką aurę, jak obecnie, krupnik jest moim zdaniem idealny. W ciemne, zimne, mokre dni syci, rozgrzewa, daje poczucie bezpieczeństwa, przywołuje wspomnienia z domu rodzinnego :-) Z uwagi na obecność i kaszy, i ziemniaków, i mięsa (jeśli zdecydujecie się dodać) sprawia, ze miska krupniku może spokojnie pelnic funkcję samodzielnego dania.

Dodatkowo, jeżeli macie gotowy bulion, przygotowanie krupniku nie powinnio zająć dużo czasu. Jeśli nie macie, polecam bulion z przepisu bazującego na przepisie na rosół wołowy z książki "Encyklopedia polskiej sztuki kulinarnej" Hanny Szymanderskiej. W przepisie tym ciekawy jest dodatek nieopalonej i nieobranej cebuli oraz goździka wbitego w tą cebulę. Pominęłam niektóre dodatki, jak np. wątróbkę, rzodkiewkę, kalarepę i kilka innych dodatków, skupiłam się na tym, które dodaje się w moim domu rodzinnym.

Przepis na bulion (autotka oryginały podaje wagę warzyw, ja nie, plus ja nie )
- 3 litry wody
- 750-1000g wołowiny (u mnie była pręga wołowa, ale każdy inny kawałek mięsa "rosołowego")
- 1 średniej wielkości cebula
- 1 goździk
- 2 ziarenka ziela angielskiego
- 3 ziarenka pieprzu
- 2 liście laurowe
- 1/4 selera
- 2 średniej wielkości marchewki
- 1 korzeń pietruszki
- biała część niedużego pora
- sól do smaku
- opcjonalnie: kilka suszonych podgrzybków

Do dużego garnka wlewamy wodę, wrzucamy umytą, ale nie obraną cebulę z wbitym goździkiem, ziele angielskie, pieprz i liście laurowe, a następnie gotujemy przez ok 15 min, pod przykryciem. Po tym czasue dodajemy umyte mięso i gotujemy przez ok 1h bez przykrycia, na niewielkim ogniu, zbierając łyżką szumowiny co jakiś czas. Myjemy i obramy warzywa. Po upływie godziny od rozpoczęcia gotowania mięsa, dorzucamy warzywa i grzybki (które warto wcześniej opłukać/wymoczyć, żeby pozbyć się ew. piasku). Gotujemy razem ok 30 min, przecedzamy i doprawiamy solą do smaku. Ugotowane mięso oraz grzybki można pokroić/podzielić na małe kawałki i dorzucić do krupniku.

Krupnik z kaszą jęczmienną

Składniki (dla 4-6 osób)
- ok 1,5l aromatycznego bulionu (ja najbardziej lubię wołowy, ale może też być drobiowy lub warzywny)
- 4 średniej wielości ziemniaki
- 2 średniej wielkości marchewki
- 1 korzeń pietruszki
- 150g kaszy jęczmiennej (perłowej)
- kawałki ugotowanego mięsa, ew. grzybków
- do posypania świeża natka pietruszki (ja na taką ilość zupy dodaję 1/2 pęczka)
- sól i pieprz

1. Warzywa myjemy, obieramy, kroimy w niedużą kostkę
2. Podgrzewamy bulion, wrzucamy pokrojone warzywa i kaszę, gotujemy do miękkości (15-20 min)
3. Pod koniec gotowania dodajemy kawałki mięsa i ew. grzybków
4. Tuż przed podaniem dorzucamy do garnka posiekaną natkę, doprawiamy solą oraz pieprzem i serwujemy

Smacznego :-)

niedziela, 25 października 2015

Kurczak po portugalsku

Nazwę tego dania "pożyczyłam" od mojej Babci, która nazywa tak piersi z kurczaka duszone z różnymi warzywami. Kiedyś przeczytała przepis na to danie w jakiejś gazecie, wypróbowała i tak oto znalazło się ono na stałe w kulinarnym repertuarze Babci. Mój "kurczak po portugalsku" jest trochę inny niż babciny, ale część składników jest taka sama, więc ta zapożyczona nazwa nie jest zupełnie od czapy ;-)

Tym bardziej, że mój przepis rzeczywiście ma portugalskie korzenie. Inspiracją do przygotowania tego dania była lekcja gotowania, w której wraz z Wybrankiem wzięliśmy udział w trakcie pobytu w Lizbonie. Organizatorem była szkoła gotowania Cooking Lisbon, przepis i "know how" mam od ich instruktorki, Isabeli.

Danie jest proste w przygotowaniu, składa się z łatwo dostępnych produktów (największym wyzwaniem może być pasta paprykowa, a poza miastami także świeża kolendra...) i jest bardzo dobre. Sos, który powstaje z wina, bulionu, przypraw i soków z warzyw i mięsa jest pyszny, mimo, że bardzo najadłam się samym daniem, nie mogłam sobie odmówić wyczyszczenia talerza z sosu za pomocą kromki chleba :-)

Pasta paprykowa (Massa de Pimentão) z oryginalnego przepisu według Cooking Lisbon to portugalski składnik, który w Polskie nie jest łatwo znaleźć, ale można albo własnoręcznie przygotować w domu taką pastę (przepis dostępny jest np. tutaj) albo zastąpić ją węgierskim łagodnym przecierem paprykowym, który łatwiej dostać w polskich sklepach (słyszę złorzeczenie purytan kuchni portugalskie...). Ja miałam słoiczek oryginalnej portugalskiej pasty, ale ją zużyłam. Zastąpiłam więc węgierskim przecierem Edes Piros, który można kupić w delikatesach sieci Kuchnie Świata lub w sklepach internetowych (np. kociolkowanie.pl). Głównym składnikiem portugalskiej pasty Massa de Pimentão jest świeża słodka papryka i sól, podobnie jak w przypadku różnego rodzaju węgierskich przecierów. Więc nie spinajcie się i weźcie węgierski produkt, jeżeli taki jest w Waszym zasięgu, a portugalski nie. Albo jeżeli nie chce Wam się albo nie macie czasu robić pasty w portugalskim stylu w domu ;-)

A teraz do meritum.

Kurczak po portugalsku

Składniki (dla 2-3 osób)
  • 6 udźców z kurczaka (u mnie z kurczaka zagrodowego, który jest coraz bardziej dostępny, również w supermarketach)
  • 150g chudego boczku
  • 12 niedużych ziemniaków
  • 2 marchewki
  • 2 pomidory
  • pęczek natki pietruszki
  • pęczek kolendry
  • 1 średniej wielkości cebula (zwykła, biała)
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 łyżka przecieru pomidorowego
  • 2 łyżki przecieru paprykowego
  • 2 liście laurowe
  • 1/2 szklanki białego wina
  • 1 szklanka bulionu warzywnego lub drobiowego
  • sól, pieprz, papryka słodka do smaku
  • olej lub oliwa do smażenia
Przygotowanie:
  1. Zaczynamy od przygotowania wszystkich składników: kurczaka płuczemy, wycieramy ręcznikiem kuchennym, boczek kroimy w niedużą kostkę (po usunięciu dolnej, twardej skóry), warzywa myjemy, obieramy i kroimy (cebulę i pomidory w kostkę, marchew i ziemniaki w grubsze - 3-4mm - krążki, czosnek w cienkie plasterki), zioła myjemy (nie siekamy!)
  2. W dużym rondlu (u mnie był  żeliwny, prezent ślubny od Rodzeństwa :-) rozgrzewamy 1 łyżkę oleju lub oliwy, wrzucamy pokrojony boczek i podsmażamy
  3. Podsmażony boczek zdejmujemy z patelni, okładamy
  4. Kawałki kurczaka oprószamy solą, pieprzem i papryką i wrzucamy na patelnię, obsmażamy do uzyskania złotego koloru, a następnie zdejmujemy z patelni (można dorzucić do boczku)
  5. Na tą samą patelnię (z tłuszczem po boczku i kurczaku) wrzucamy pokrojoną cebulę i czosnek i podsmażamy na niedużym ogniu, a następnie zdejmujemy z ognia i odkładamy
  6. Ponownie na tą samą patelnię wrzucamy pokrojone ziemniaki, pomidory i marchew, przecier pomidorowy i przecier paprykowy, mieszamy
  7. Na warzywach z przecierem układamy cebulę, kurczaka i boczek, a na wierzchu cały pęczek natki i kolendry
  8. Podlewamy wszystko winem i bulionem, wtykamy liście laurowe, przykrywamy i dusimy ok. 60min, do momentu, aż ziemniaki będą miękkie
  9. Gotowe danie serwujemy, np. z tym samym białym winem, które dodaliśmy do potrawy (u mnie był wytrawny riesling)
Danie to można przygotować również w piekarniku, w naczyniu żaroodpornym z przykrywką. Niezależnie od tego, czy korzystamy z piekarnika czy z płyty, ważne jest to, żeby naczynie, w którym gotujemy potrawę, miało raczej szczelną pokrywkę, żeby smaki i aromaty dobrze się wymieszały, a cały płyn nie wyparował. Dzięki skrobi z ziemniaków i rozgotowanym pomidorom płyn powinien się zagęścić, tworząc pyszny sos.

Smacznego :-)

sobota, 19 września 2015

Dżem z polskiej dyni w portugalskim stylu

Dynia sama w sobie smak ma "taki se", w porywach do "żaden". Smakowe braki nadrabia jednak pięknym kolorem i teksturą, która sprawia, że nadaje się jako baza do zup, sosów czy nadziewania, a także do pieczenia. Okazuje się, że również jako baza do dżemu, ktoremu nadaje pięknej, słonecznej barwy i przyjemnej konsystencji. Dodatek cukru, cynamonu i skórki/soku z cytryny nadaje jej smaku, którego sama z siebie nie ma.

Do zrobienia tego dżemu zainspirowała mnie dynia, którą dostałam od Dziadka, z jego własnych upraw, oraz wakacyjna podroż do Portugalii, gdzie taki dżem można znaleźć w każdym, nawet bardzo małym, sklepiku spożywczym. Tuż obok dżemu z pomidorów :-) 

Instrukcje, jak dokładnie ten dżem doprawić, zaczerpnęłam z przepisu z bloga Olivia Canela Small Batch Living.

Dżem dyniowy z cynamonem i cytryną


Składniki (na 5-6 typowych słoików do dżemu):
- 2,5-3kg dyni
- 1 kg cukru brązowego (można dodać więcej, jeśli uznacie, że jest za mało słodki)
- 2 kawałki kory cynamonowej
- sok z 2 cytryn
- skórka otarta z jednej cytryny (o ile mi wiadomo, w Portugalii często nie ściera się skórki na tarce, tylko obiera się cytrynę nożem i wrzuca do dania takie duże obierki, które następnie wyławia się razem z korą cynamonową przed przełożeniem do słoików)
- 1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
- 1 szkłanka wody

Przygotowanie:
1. Dynię myjemy, wydrążamy, obieramy ze skóry i kroimy w kostkę (nie musi być ładna, bo i tak kawałki się rozpadną/zostaną zblenderowane)
2. Pokrojoną dynię wrzucamy na dno rondla, dodajemy wodę, cukier, korę cynamonową, sok i skórkę cytryny oraz mielony cynamon
3. Tak przygotowaną miksturę gotujemy na niedużym ogniu, aż kawałki dyni będą się rozpadały, a większość płynu wyparuje
4. Wyławiamy korę cynamonową (i kawako skórki z cytryny, jeśli dodaliśmy duże), sprawdzamy, czy dżem jst wystarczająco słodki (jeśli nie, można dosłodzić), blenderujemy na gładką masę, ale można też tego nie robić, jeżeli wolicie nierównomierną konsystencję
5. Gorący dżem przekładamy do porządnie wyszorowanych słoiczków, dobrze zakręcamy i ustawiamy do góry dnem, żeby przykrywka się odpowiednio "zassała" (jeśli wolicie, możecie zapasteryzować we wrzątku lub piekarniku, ale ja jestem na to zbyt leniwa)

Dżem nadaje się jako dodatek do kanapek, owsianki czy deserów.

Przy okazji wpisu o przetworach, chciałabym zwrócić uwagę na jedną kwestię, która może nie jest kluczowa, ale ułatwia przygotowanie słoików do wypełnienia różnymi miksturami. Chodzi o etykiety na słoikach po różnego rodzaju kupnych przetworach. Zmywanie tych etykiet ze słoików bywa trudne, nawet po namoczeniu ich w wodzie. W tym miejscu szacun dla producenta/projektanta słoików z kremami owocowymi Stragan Smaków. Etykiety są zrobione z tworzywa przypominającego folię samoprzylepną i można je bardzo łatwo usunąć ze ścianki słoiczków i nakrętki, po prostu odklejając je., Super pomysł, dzięki któremu "fabryczną" etykietę można łatwo usunąć i zastąpić swoją własną :-) Słoiki na moim zdjęciu są właśnie po tych kremach owocowych. Same kremy też są bardzo dobre, z dużej ilości owoców, bez dodatku cukru. Wiele razy chciałam przygotować jakąś potrawę z ich dodatkiem, ale niesty nigdy mi się to nie udało, bo zanim je do czegoś wykorzystałam, zdążyłam pochłonąć je, wyjadając krem łyżeczką prosto ze słoika ;-)


wtorek, 8 września 2015

Smaki (i nie tylko) Lizbony

Nie bardzo potrafię sobie przypomnieć, dlaczego w tym roku postanowiliśmy spędzić urlop akurat w Lizbonie... Jak co roku kierowała nami zapewne chęć odpoczynku w miejscu, gdzie warunki atmosferyczne są raczej przyjazne i przewidywalne, lokalna kuchnia - smaczna, a widoki - ładne. No i koniecznie w Europie, chyba nie dorośliśmy jeszcze do Azji, Bliskiego Wschodu czy Ameryki Południowej. Jedynym nieeuropejskim kierunkiem, w którym miałabym ochotę się udać, jest Ameryka Północna, która niestety pozostaje w strefie marzeń...

No więc stanęło na Portugalii. Tuż przed wyjazdem moje przekonanie o tym, że jedziemy do miejsca, gdzie można dobrze zjeść, zostało podminowane przez mojego znajomego z pracy, który stwierdził, że co jak co, ale jedzenie w Portugalii jest słabe... "No to kicha", pomyślałam. Pojawiły się wyrzuty sumienia, że nie dość dużo poczytałam, zanim zdecydowaliśmy się na taki, a nie inny cel podróży... Na szczęście rzeczywistość negatywnie zweryfikowała opinię mojego znajomego, a zanim sami przekonaliśmy się, że nie jest tak, jak mówił, pomogły opinie Małgosi, koleżanki z pracy, którą z Portugalią łączą więzy rodzinne i która wiele razy była (i jadła) w Lizbonie. Zapewniła mnie, że jedzenie w tym kraju jest pyszne, podrzuciła kilka konkretnych rekomendacji, uspokoiła :-)

Po kilku dniach spędzonych w tym mieście, kilku posiłkach skonsumowanych w tamtejszych knajpkach i kilku wizytach w lokalnych sklepach spożywczych, Wybranek stwierdził, że dla niego to raj na ziemi i że on mógłby już tam zostać :-) Tym, co przyczyniło się do ciepłych uczuć, jakie zaczął żywić dla portugalskiej kuchni, jest popularność ziemniaków w połączeniu z owocami morza. Za jednym i drugim Wybranek przepada. W zasadzie mógłby jeść to na okrągło.

Urlop spędzony w Lizbonie (i okolicach), w tym udział w kilkugodzinnym kursie gotowania (Cooking Lisbon) nie sprawiają, że jestem lub czuję się ekspertem od tamtejszej kuchni, pomyślałam jednak, że podzielę się kilkoma przemyśleniami/obserwacjami.

Bardzo ucieszył mnie fakt, że kuchnia portugalska to nie tylko ryby i owoce morza, bo największą na świecie fanką ryb nie jestem (aczkolwiek tęsknię za kostką z mintaja w panierce, którą mama serwowała mi i mojemu rodzeństwu jakieś 20-25 lat temu...), a owoców morza w ogóle nie jadam. Trochę się bałam, że skoro nie jem frutti di mare, będę skazana na dorsza (bacalhau), świeżego lub solonego, czy grillowane sardynki. Dorsz okazał się całkiem dobry (szczególnie ciekawy jest dorsz z ziemniakami zapiekany w śmietanie doprawionej gałką muszkatołową czy smażone w głębokim tłuszczu kotleciki z dorsza - bardzo "lekkie" i środziemnomorskie danie ;-), sardynki z grilla nie przypadły mi do gustu (głównie dlatego, że te, które jadłam, nie były oczyszczone z wnętrzności, co wywołalo u mnie wielkie "bue", jak tylko to odkryłam - Wybranek mówił mi później, że był ze mnie dumny, że jednak powstrzymałam odruch i zjadłam do końca ;-). 

Dorsz z ziemniakami zapiekany w śmietanie, a w tle ośmiornica z ziemniakiami

Kotleciki z dorsza smażone w głębokim tłuszczu

Grillowane sardynki (tu polski akcent - serwowane na talerzu produkcji polskiej firmy Lubiana)

Plakat z muzeum mody i designu w Lizbonie

Poza tym miałam do wyboru duży wachlarz innych dań/składników: pyszne sery, wieprzowinę (w tym najlepszą na świecie, z czarnej świni), smaczne pieczywo, aromatyczne warzywa, dobre oliwki... Do tego lokalne specjalności jak marynowana marchewka czy okrągła, żółta fasolka, prawdopodobnie najlepsze na świecie sardynki z puszki (nadal utrzymuję, że nie przepadam za rybami ;-), dżem z pomidorów, dżem z dyni, pyszne desery (w tym babeczki z ciasta francuskiego wypełnione zapieczonym budyniem, pasteis de nata, lub torta de laranja, czyli ciasto-rolada aromatyzowane skórką z pomarańczy), orzeźwiające "zielone wino" (vinho verde) czy słodka wiśniowa nalewka (ginja), serwowana na kieliszki w ulicznych barach (nie polecam picia w trakcie zwiedzania w upalne dni, percepcja się nieco zmienia). Dzieci (i dorosłych amatorów tej przekąski) być może zainteresuje fakt, że w Portugalii chipsy serwuje się na obiad ;-) Dodatkowym atutem Lizbony/Portugalii są ceny jedzenia/alkoholu - co najmniej połowę niższe niż we Francji.

Babeczki z budyniem

Kotleciki wieprzowe w towarzystwie cieciorki z bakłażanem i pomidorami w Taberna Sal Grosso

Rolada aromatyzowana pomarańczą w towarzystwie innych popularnych deserów i fig w Taberna Sal Grosso

Dorsz z chipsami ziemniaczanymi w Restaurante Regional de Sintra

Świeży kozi ser

Aromatyczny ser owczy z Azeitao

Wiśniówka (z owocem w środku) sprzedawana na kieliszki na ulicy

Z niejedzeniowych obserwacji - Lizbona to piękne miasto (bardzo odkrywcze :-) Mieliśmy szczęście mieszkać w dzielnicy Alfama, perełce tego miasta, która przetrwała historyczne i przyrodnicze perturbacje i gdzie co wieczór po otwarciu okna mieliśmy darmowy koncert fado :-) Alfama to miejsce pełne małych budynków zlokalizowanych przy wąskich, krętych uliczkach, połączonych stromymi schodkami, przy których wieczorem jak grzyby po deszczu wyrastają knajpki (w dzień często pozamykane na cztery spusty i wyglądające jak opuszczone budynki, a nie restauracje czy tawerny).

Widok na Alfamę

Nie mogę powiedzieć, że zwiedziliśmy wszystko, co w Lizbonie i okolicach było do zwiedzenia, bo też nie taki był nasz cel. Chcieliśmy trochę pozwiedzać, a trochę po prostu poleżeć i poleniuchować, bo bardzo tego potrzebowaliśmy po miesiącach wytężonej pracy. Zobaczyliśmy spory kawałek Lizbony (ale bez muzeów, bo fanami muzeów nie jesteśmy -  jedynym wyjątkiem było muzeum mody i designu, które nas rozczarowało; byliśmy za to w zoo i oceanarium, które polecam, i przejechaliśmy się kolejką linową, która biegnie od oceanarium do niestety zamkniętej dla zwiedzających wieży Vasco da Gama), jeździliśmy słynnym tramwajem numer 28, dużo spacerowaliśmy wzdłuż rzeki Tag, popłynęliśmy na jej drugi brzeg, żeby zobaczyć Cristo Rei, "mniejszego braciszka" posągu Cristo Redento z Rio de Janeiro, i panoramę Lizbony z drugiego brzegu, byliśmy w zamku Św. Jerzego (castelo de Sao Jorge), itd. W trakcie naszych wieczornych spacerów po Lizbonie oferowano nam marihuanę lub haszysz - najwyraźniej wyglądaliśmy, jakbyśmy potrzebowali ;-)

W trakcie całego pobytu w Portugalii największe wrażenie zrobił na nas najdalej wysunięty na zachód kraniec Europy, przylądek Cabo de Roca i jego okolice. Udało mi się przezwyciężyć strach przed schodzeniem w dół po stromych zboczach (wchodzenie pod górę nie jest problemem, bo nie widzę, co jest w dole) i zeszliśmy na jedną z pięknych, dzikich plaż sąsiadujących z przylądkiem. Miejsce to zrobiło na nas takie wrażenie, że po krótkim "obczajeniu" przy pierwszej wizycie, pojechaliśmy tam drugi raz, następnego dnia, i spędziliśmy na tej plaży kila godzin (Wybranek próbował pływać, ale walka z chłodem Altantyku była nierówna i długo to pływanie nie trwało). Oprócz zimnej wody i silnego wiatru mankamentem tego miejsca była obecność kilku nudystów w górnych strefach wieku średniego, którzy przechadzali się po plaży tam i z powrotem, prezentując wszem i wobec wiekowe klejnoty... Ale nie zdołało to zepsuć ogólnego bardzo pozytywnego wrażenia z tego miejsca ;-)

Dzika plaża w okolicy Cabo de Roca

Posiłek "na jednej z dzikich plaż"

Dla zaintersowanych: do przylądka można dojechać autobusem numer 403, który odjeżdża (co ok pół godziny) z przystanku zlokalizowanego tuż przy dworcu kolejowym w (również pięknej) miejscowości Sintra. Do Sintry można natomiast dojechać pociągiem z Lizbony (bezpośrednie połączenia są z dworców Rossio i Oriente), trwa to ok 40 minut. W samej Sintrze można zobaczyć piękne parki/ogrody na wzgórzach i intrygujące budowle (np. kamienny zamek Maurów, kolorowy pałac Pena czy Quinta da Regaleira, zespół parkowy z najbardziej "odjechanym" pałacykiem, jaki kiedykolwiek widziałam - moim zdaniem jest znacznie bardziej "odjechany" niż niemiecki Neuschwanstein, na którym wzorowane jest logo Disney'a; budynki znajdujące się na terenie Quinta da Regaleira są utrzymane w bardzo ozdobnym stylu neomanuelińskim i wierzyć mi się nie chce, że ten projekt został zrealizowany na początku dwudziestego wieku, takie pomysły miewali raczej możnowładcy z wcześniejszych okresów w historii).

Moje ogólne wrażenie z pobytu w Portugalii jest bardzo dobre - cieszę się, że wybraliśmy to miejsce i mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wrócimy, choćby po to, żeby spróbować porto w Porto :-) Nie zraziło nas nawet to, że byliśmy brani za Rosjan, mimo schludnego wyglądu i nienagannego zachowania. Najwyraźniej język polski jest bardziej podobny do rosyjskiego niż nam się wydaje...  Na koniec jeszcze ukłon w stronę Portugalczyków - sympatycznych, otwartych i pomocnych ludzi. Szczególnie ciepło będziemy wspominali właściciela mieszkania, które wynajmowaliśmy (Fernando), po tym, jak w niedzielę wieczorem, po powrocie ze zwiedzania, zorientowaliśmy się, że zatrzasnęliśmy klucz w mieszkaniu, a on szybko i z uśmiechem na twarzy przyszedł nam z pomocą; Luisa i Isabelę ze szkoły gotowania Cooking Lisbon za super atmosferę na kursie, przepisy do powtórzenia w Polsce i konsultacje po kursie oraz załogę Taberna Sal Grosso (polecamy!) za pyszne jedzenie oraz podejście do klienta, jakiego często brakuje nam w naszym własnym kraju.

sobota, 8 sierpnia 2015

Ciasto drożdżowe z owocami

Ponad 30-stopniowy upał to prawdopodobnie nie są najlepsze warunki do odpalania piekarnika i pieczenia ciasta. Z drugiej strony ciepło sprzyja wyrastaniu ciasta drożdżowego... W nierównej walce na argumenty za i przeciw pieczeniu ciasta w tej upalnej aurze, łakomstwo wygrało z rozumem, co nie powinno dziwić czytelników tego bloga :-) Nie tracąc już tak cennej w tę pogodę energii na dalsze lanie wody (również cennej w takie dni jak dziś) i przejdę może do sedna.

A, może jeszcze dodam, że ten przepis to nieco zmodyfikowany przepis na focaccię według Jamiego Olivera. Tak wyszło, bo ciasta z innych przepisów wymagały wielogodzinnego (w porywach do całonocnego) wyrastania, a ja aż tyle czasu nie miałam. Decyzja o upieczeniu ciasta zapadła 3h przed porą, na którą byliśmy umówieni na obiad u Babci, a jeszcze trzeba było kupić składniki ;-) No więc po prostu wzięłam przepis na niesłodką focaccię, dosłodziłam, dodałam owoców i wyszło miękkie, ładnie wyrośnięte ciasto drożdżowe (w sumie 1h 15min wyrastania i ok. pół godziny pieczenia). Polecam :-)

Ciasto drożdżowe (a la focaccia) z owocami


Składniki (na blachę o wymiarach ok. 20x30cm):
  • 500g mąki pszennej (tortowej na przykład)
  • 300ml letniej wody
  • szczypta soli
  • 7g suszonych lub 15g świeżych drożdży (ja - szczerze mówiąc - dałam 20g, bo tyle łatwiej było mi wykroić z kostki drożdżowej ;-)
  • 200g cukru (można też dodatkowo dodać 1 op. cukru waniliowego)
  • 1 łyżka oleju
  • sezonowe owoce (u mnie 6 moreli i 3 garście borówek amerykańskich)
Przygotowanie:
  1. do wody dodajemy 1 łyżkę cukru i wkruszamy/wsypujemy drożdże, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 15 min w ciepłe miejsce
  2. mąkę mieszamy z pozostałym cukrem (i cukrem waniliowym) oraz szczyptą soli
  3. do suchej mieszaniny dodajemy zaczyn drożdżowy, mieszamy, wyrabiamy ciasto - powinno być dość lepkie, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. pół godziny w ciepłe miejsce, do wyrośnięcia
  4. uderzamy pięścią w środek wyrośniętego ciasta, żeby pozbyć się powietrza, dodajemy olej i wyrabiamy
  5. blachę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia (blachę można wcześniej natłuścić, żeby papier lepiej przywarł i nie odkształcał ciasta)
  6. ciasto wykładamy na blachę, starając się je w miarę równomiernie rozprowadzić po powierzchni blachy, a następnie przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na ok. 30 min
  7. w wyrośnięte ciasto wtykamy wybrane owoce, a następnie przykrywamy blachę ściereczką i odstawiamy na kolejnych 15 min do wyrośnięcia
  8. w międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do temperatury 200 stopni Celsjusza
  9. wstawiamy blachę z ciastem (już bez ściereczki ;-) do piekarnika i pieczemy ok. 25 min
  10. po upieczeniu wyjmujemy od razu z pieca i studzimy przed podaniem
Uwaga, podobnie jak wszystkie moje ciasta, ten wypiek nie należy do bardzo słodkich. Nazwałabym go raczej umiarkowanie słodkim, szczególnie, że morelki nie zachwycały poziomem słodkości. Dla mnie tak jest ok, ale jeżeli ktoś woli słodsze wypieki, polecam albo zwiększyć ilość cukru dodanego do ciasta albo oprószyć upieczone i wystudzone ciasto cukrem pudrem.
 
Smacznego :-)