Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na śniadanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na śniadanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2020

Dutch baby, czyli omlet pieczony w piekarniku

Dutch baby to omlet pieczony w piekarniku, a więc - moim skromnym zdaniem - prostszy w przygotowaniu niż tradycyjny omlet z patelni, którego trzeba w odpowiednim momencie obrócić lub zwinąć, żeby wyszedł dobry. Dla tych z Was, którzy nie robią omletów, bo boją się, że nie ogarną tego zwijania, Dutch baby może więc być przepustką do świata omletów pozbawionego tego typu lęku ;-) Inną zaletą tego dania jest to, że w zasadzie robi się samo (nie trzeba nad nim stać i pilnować, żeby zrobiło się dobrze): mieszamy składniki, wylewamy na patelnię, którą można wstawiać do piekarnika, lub naczynie żaroodporne, i do mocno rozgrzanego pieca na 20 min.

Zanim przeczytałam cokolwiek na temat nazwy tego dania ("holenderski bobas"?), założyłam, że jest to omlet przygotowywany zgodnie z jakąś wielowiekową tradycją rodem z krainy tulipanów i ser. Otóż nie. Wyczytałam, że danie to jest pochodzenia... niemieckiego i figuruje w niektórych źródłach pod nazwą "niemiecki naleśnik" lub "naleśnik Bismarck". Podobno nazwę "Dutch baby" zawdzięcza restauracji typu "diner", która nazywała się Manca's i działała w Seattle od początku XXI wieku do lat 50-tych minionego stulecia. Legenda głosi, że córka właściciela tego przybytku zamerykanizowała nazwę "Deustch" (ozn. "niemiecki" w języku niemieckim) na Dutch.

Najpopularniejsza wersja Dutch baby to wersja na słodko, z cukrem i esencją waniliową w składzie, serwowana z owocami lub konfiturami, obsypana cukrem pudrem. Zrobiłam na słodko i po pierwszym kęsie pomyślałam, że to danie byłoby super z wędzonym boczkiem i startym serem ;-) Ma w sobie coś takiego, co sprawia, że moim zdaniem bardziej nadaje się na wytrawną potrawę. Ale może to kwestia proporcji, a w szczególności ilości cukru i soli.  Nie zrozumcie mnie źle, wersja na słodko była bardzo w porządku, ale na pewno wypróbuję na słono.  

I w końcu miałam szansę wykorzystać moją żeliwną patelnię, która zalegała w kącie spiżarni od jakichś dwóch lat... Kupiłam ją, żeby zrobić placki socca, którymi zachwyciłam się w trakcie pobytu w Nicei dawno temu. Ale jak dotąd ich nie zrobiłam... Może ten czas zarazy, który przewraca wszystko do góry nogami i udowadnia, jak nieprzewidywalne jest jutro, sprawi, że będę mniej rzeczy odkładała na mityczne "kiedyś". Trzymajcie się dzielnie i zostańcie w domu.

Dutch baby
(na bazie przepisu Marthy Stuart, nieco zmienionego)



















Składniki (porcja dla 2 osób, z patelni o średnicy 25 cm lub naczynia żaroodpornego podobnej wielkości):
  • 2 łyżki masła
  • 3 jajka (w temperaturze pokojowej)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1/2 szklanki mąki pszennej (uniwersalna będzie ok - tu pozdrowienia dla kolegi, który twierdzi, że w uniwersalne nie wierzy ;-)
  • duża szczypta soli 
  • 3 łyżki białego cukru
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1/2 średniej wielkości jabłka (można zastąpić innymi soczystymi owocami lub pominąć, jeśli planujecie zjeść z konfiturą)
 Przygotowanie:
  1. rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu
  2. jajka, mleko, mąkę, sól, cukier i ekstrakt łączymy w misce, miksujemy na gładką masę (jak na naleśniki)
  3. jabłko, myjemy, obieramy, kroimy na 8-10 "cząstek"
  4. masło wrzucamy na patelnię, a patelnię wstawiamy do rozgrzanego piekarnika (na środkową półkę) i trzymamy w piecu do momentu, aż masło się rozpuści
  5. wyjmujemy patelnię z rozpuszczonym masłem z pieca, wlewamy na nią ciasto, układamy na wierzchu jabłka i wstawiamy z powrotem do piekarnika, na 20 minut
  6. po upieczeniu wyjmujemy i od razu serwujemy
Można dodatkowo posypać cukrem pudrem, jeśli boicie się, że 3 łyżki cukru + jabłko to za mało słodyczy ;-)

Smacznego :-)



Edycja 05/04/2020: a tak wygląda wersja wytrawna, z pokrojonym drobno wędzonym boczkiem (2 duże plastry), startym serem żółtym (2 łyżki) oraz solą i pieprzem. Do ciasta nie dodajemy cukru ani jabłek, dodajemy za to 1/2 łyżeczki soli. Boczek i ser wsypujemy do naczynia po wlaniu do niego masy jajecznej. Można dodać też np. drobno posiekaną cebulkę lub szczypiorek, a zamiast boczku inną wędlinę. 

 

sobota, 25 stycznia 2020

Chałka z kruszonką

Czy czujecie się już "szczuci chałką" po tym, jak w ciągu nieco ponad 2 tygodni publikuję trzeci z kolei przepis na ten wypiek? Mam nadzieję, że jeszcze nie ;-)

Tym razem mam dla Was przepis na słodką, drożdżówkową chałkę z kruszonką. Bardzo dobrze sprawdza się w roli śniadaniowego pieczywa lub słodkiej przekąski. Jak już zaczniecie odrywać kawałki lub odkrajać kromki, trudno będzie skończyć, co potwierdza kilka testów organoleptycznych, które przeprowadziłam na znajomych z pracy (w tym na synu koleżanki, Kajtku). Tak, wiem, testowanie na ludziach jest nieetyczne, ale zapewniam Was, że Ci ludzie cierpieli tylko z powodu przejedzenia ;-) Najbardziej jestem dumna z opinii Kajtka, który jest doświadczonym konsumentem i recenzentem chałek (pozdrowienia dla Kajtka i jego Mamy :-)

Chałka z kruszonką




















Składniki (na 2 duże chałki lub 4 mniejsze chałki)

  • 800g białej mąki pszennej (tzw. luksusowej) na chałkę + 50g na kruszonkę
  • 320g mleka (u mnie krowie bez laktozy)
  • 30g świeżych drożdży (lub 15g suszonych)
  • 100g białego cukru na chałkę + 50g na kruszonkę 
  • 3 łyżeczki cukru waniliowego
  • 3 jajka (2 do ciasta, 1 do posmarowania)
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 60g masła do chałki + 25g do kruszonki

Przygotowanie

  1. Do mleka wsypujemy 1 łyżkę cukru i podgrzewamy trochę (powinno być lekko ciepłe), dodajemy drożdże i mieszamy, żeby się rozpuściły, a następnie przykrywamy ściereczką i odstawiamy zaczyn w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 15 min
  2. w międzyczasie rozpuszczamy masło (60g) i odstawiamy do wystygnięcia
  3. mąkę (800g), cukier (100g minus ta 1 łyżka, która poszła do zaczynu), cukier waniliowy (całość) i sól łączymy
  4. do suchej mieszanki dodajemy zaczyn, 2 jajka (dobrze, żeby były w temperaturze pokojowej) i rozpuszczone masło, a następnie wyrabiamy ciasto (powinno być miękkie i trochę lepkie, ale nie powinno kleić się do rąk - jeśli się klei, można dosypać 1-2 garści mąki)
  5. wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość)
  6. po wyrośnięciu ciasta chwilę je wyrabiamy, dzielimy na części (jeśli robicie 2 większe chałki to ma 6, jeśli 4 mniejsze to na 12), formujemy wałeczki, łączymy końcami i zaplatamy w warkocz
  7. zaplecione chałki układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 10 min, żeby trochę podrosły (u mnie na takiej dużej blaszce z piekarnika mieści się 1 duża chałka lub 2 mniejsze)
  8. w międzyczasie przygotowujemy kruszonkę: 50g mąki łączymy z 50g cukru, a następnie dodajemy zimne masło (25g) pokrojone na małe kawałki albo starte na tarce i rozcieramy palcami, do uzyskania kruszonki
  9. rozkłócamy ostatnie jajko (pozostałe 2 poszły do ciasta) w miseczce, smarujemy nim wyrośnięte chałki, posypujemy posmarowane chałki kruszonką i wstawiamy do rozgrzanego wcześniej piekarnika
  10. pieczemy najpierw 10 min w 200 stopniach Celsjusza (grzanie góra-dół, bez termoobiegu), a potem kolejnych 5-10 min (w zależności od wielkości chałki - duże 10, mniejsze 7) w 170 stopniach do uzyskania złotego koloru
  11. upieczone chałki wyjmujemy z pieca i studzimy przed zjedzeniem

Smacznego :-)


niedziela, 5 stycznia 2020

Chałka

Chałkę znam bardzo dobrze z dzieciństwa jako słodkie pieczywo z waniliowym aromatem i sporą ilością kruszonki na wierzchu, które mama serwowała nam z masłem i dżemem lub miodem, w towarzystwie kubka ciepłego mleka lub kakao. Ani wtedy, ani przez wiele kolejnych lat nie zastanawiałam się nad pochodzeniem czy znaczeniem tego pieczywa. Ot kolejny produkt pojawiający się na rodzinnym stole, drożdżówka jakich wiele.

O tym, że niekoniecznie jest to "drożdżówka jakich wiele", przekonałam się dopiero jako trzydziestokilkuletnia studentka studiów podyplomowych z zakresu kultury kulinarnej. Zastanawiając się nad wyborem tematyki pracy dyplomowej, postanowiłam zająć się zgłębianiem kultury kulinarnej moich rodzinnych stron, a konkretnie miasteczka Rozwadów (obecnie dzielnica miasta Stalowa Wola), gdzie 75% populacji stanowiła przed II wojną światową ludność żydowska (jak podaje ks. Wilhelm Gaj-Piotrowski w opracowaniu "Kultura materialna ludu z okolic Rozwadowa. Część I"). Przy okazji zbierania informacji do pracy dyplomowej sporo nauczyłam się o historii i kulturze Żydów zamieszkujących niegdyś te okolice, w tym o produktach takich jak chałka. Tradycyjnie jest to pieczywo wypiekane na szabas i inne religijne święta, składające się najczęściej z mąki pszennej, jajek, drożdży, wody, cukru i soli.

Jako że w mojej świadomości chałka przez wiele lat funkcjonowała jako "drożdżówka", intrygujące było dla mnie serwowanie jej w towarzystwie szakszuki czy innych wytrwanych dań, czego doświadczyłam w trakcie podróży do Izraela i lekcji gotowania u Orly Ziv, a później przy innych okazjach związanych ze zgłębianiem kultury kulinarnej Żydów (np. w trakcie warsztatów poświęconych kuchni Żydów aszkenazyjskich w trakcie Festiwalu Singera w Warszawie w 2018 roku). Minęło sporo czasu, zanim sama zdecydowałam się upiec moją pierwszą chałkę. Myślę, że po tym doświadczeniu nie ma już powrotu do "przedchałkowych czasów" - tego się nie da "od-upiec".
Z dużym prawdopodobieństwem chałka dołączy do grona moich ulubionych wypieków i będzie gościła na moim stole przy mniejszych i większych okazjach.

Z całego serca polecam Wam chałkę z przepisu pochodzącego z książki "Cook in Israel" Orly Ziv, który nieco zmodyfikowałam. W oryginale wśród składników był olej, ale dla mnie drożdżowe wypieki po prostu muszą być na maśle, więc olej zastąpiłam roztopionym masłem. A zamiast mieszać wszystkie składniki od razu, zrobiłam najpierw, w osobnym naczyniu, drożdżowy zaczyn, podgrzewając nieco wodę. Moje doświadczenia z innymi drożdżowymi wypiekami wskazują, że wodę można próbować zastąpić mlekiem, żeby wypiek był jeszcze lepszy, ale ten eksperyment jest jeszcze przede mną.

Chałka z tego przepisu moim zdaniem nie była słodka, natomiast Wybranek uważa, że słodycz była wyczuwalna. A więc każdy musi ocenić zgodnie z własnym cukro-sumieniem ;-) Z ilością cukru można eksperymentować, podobnie jak z dodatkiem kruszonki, którą na chałce pamiętam z dzieciństwa.


Chałka z przepisu Orly Ziv


Składniki (na 2 duże chałki, dla 6-8 osób):
  • 800g białej mąki pszennej (tzw. luksusowej lub innej bardzo drobno zmielonej, jak przystało na wypiek na specjalne okazje :-)
  • 320g wody (Orly podaje w gramach, więc ja również, ale jeśli pamiętacie z lekcji chemii, jak przeliczyć gramy na mililitry, zachęcam ;-)
  • 30g świeżych drożdży (lub 15g suszonych)
  • 80g białego cukru
  • 3 jajka (2 do ciasta, 1 do posmarowania)
  • 1 płaska łyżeczka soli (zapewne to jest tajemnica "niesłodkości" w moim odczuciu)
  • 60g masła (w oryginale jest 60 oleju)
  • kilka łyżeczek ziaren sezamu do posypania
Przygotowanie:
  1.  jajka i drożdże wyjmujemy z lodówki na tyle wcześnie, żeby zdążyły się ocieplić (ciasto drożdżowe nie lubi zimnych składników)
  2. masło rozpuszczamy w rondelku i odstawiamy do wystudzenia (ale nie do lodówki, nie ma stężeć ;-)
  3. wodę podgrzewamy do letniej temperatury, dodajemy do niej 1 łyżkę cukru i wkruszamy drożdże, mieszamy, żeby cukier i drożdże się rozpuściły, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 10-15 minut, żeby drożdże "ruszyły"
  4. do misy robota kuchennego (gorąco polecam mieszanie i wyrabianie ciasta drożdżowego z wykorzystaniem robota - mniej pracy i brudzenia) wsypujemy mąkę, sól i pozostałą część cukru, mieszamy
  5. do suchych składników dodajemy drożdżowy rozczyn, 2 jajka i roztopione masło, a następnie (z wykorzystaniem haka do wyrabiania ciasta drożdżowego) mieszamy/wyrabiamy gładkie, trochę lepkie i wilgotne ciasto
  6. tak przygotowane ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość; u mnie zajęło to ok 45 minut, w trakcie których przykryta misa z ciastem przebywała w piekarniku z nastawionym programem 'podgrzewanie naczyń' i temperaturze 35 stopni Celsjusza)
  7. wyrośnięte ciasto wyrabiamy przez chwilę w robocie kuchennym (lub ręcznie), dosypując odrobinę mąki (Orly pisze, żeby nie dosypywać, ale moje po prostu było zbyt lepiące, żeby nadawało się do ulepienia z niego chałki, więc dosypałam ze 2 garści mąki)
  8. wyrobione ciasto dzielimy na 6 równych części (zachęcam do zważenia ich, wtedy wiadomo, że są raczej równe), z każdej formujemy wałek
  9. blachę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia, bierzemy 3 wałki z ciasta, łączymy je końcami i zaplatamy warkocz (tradycyjna sztuka wyplatania chałki jest nieco bardziej skomplikowana, nie udało mi się jej opanować w trakcie wspominanych wcześniej warsztatów z kultury kulinarnej Żydów aszkenazyjskich, więc zrobiłam zwykły warkocz)
  10. to samo robimy z pozostałymi 3 wałkami (były na tyle duże, że musiałam zaplatać je na dwóch osobnych blachach)
  11. tak przygotowane surowe chałki przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na kolejnych 10 minut do wyrośnięcia
  12. wyrośnięte chałki smarujemy rozkłóconym jajkiem, posypujemy sezamem i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza (grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu) na 10 minut
  13. po upływie 10 minut zmniejszamy temperature do 170 stopni Celsjusza i pieczemy przez kolejnych 10 minut do uzyskania złotego koloru
  14. upieczone chałki studzimy przed podaniem
Smacznego :-)



niedziela, 11 listopada 2018

Szakszuka na Święto Niepodległości

Polska kuchnia obfituje w dania, które mogłyby być doskonałe na uczczenie 100. rocznicy odzyskania niepodległości. Idealnymi kandydatami, także z uwagi na porę roku, byłaby zupa z leśnych grzybów, pieczona gęś, na przykład z modrą kapustą i ziemniakami, a na deser szarlotka. Choć mam wielki szacunek dla polskiej kultury kulinarnej i bardzo lubię tradycyjne polskie dania, w Święto Niepodległości zrobiłam szakszukę, czyli jajka sadzone na pomidorowym "gulaszu". 

Orly Ziv, która w swojej telawiwskiej kuchni uczy gotowania popularnych izraelskich dań, autorka książki pt. "Cook in Israel", tak pisze o tym daniu: "Szakszuka może pochodzić z Libii, niemniej jednak Izrael uważa to danie za swoje. Można znaleźć je w każdej knajpce, budce z falafelami za rogiem czy domowej kuchni". Choć kolorystyka tego dania wpisuje się w nasze barwy narodowe, polscy nacjonaliści będą więc prawdopodobnie zniesmaczeni. Tymczasem fakty są takie, że w momencie odzyskania suwerenności Polska była tyglem kulturowym. 

W Muzeum Emigracji w Gdyni jest taki cytat z expose premiera Tadeusza Mazowieckiego z 12 września 1989 roku: "Pragniemy godnie żyć w suwerennym, demokratycznym i praworządnym państwie, które wszyscy - bez względu na światopogląd, ideowe i polityczne zróżnicowanie - mogliby uważać za państwo własne". I tego właśnie życzę mojej Ojczyźnie w tym szczególnym dniu.

Szakszuka (z przepisu Orly Ziv)


















Składniki (dla 2 osób)
  • 4 jajka
  • 4 dojrzałe pomidory lub 2 puszki dobrej jakości pomidorów (najlepiej kupować puszki z pomidorami w całości, nie krojonymi, bo z krojonymi bywa tak, ze do puszki trafiają odpadki)
  • 1 duża lub dwie małe szalotki
  • 4 małe ząbki czosnku (lub 2 duże)
  • 1 łyżka stołowa słodkiej papryki w proszku
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryki w proszku (można oczywiście dodać mniej, jeśli wolicie mało ostre dania, a można też zupełnie pominąć)
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 1 łyżeczka mielonego kminku (do kupienia w supermarketach, w formie mielonej kminek oferuje np. marka Kotanyi)
  • szczypta cukru
  • sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki oleju roślinnego lub oliwy do smażenia
  • opcjonalnie: 1 zielona papryka, 1 czerwona papryka (ja tym razem nie dodałam, ale w przeszłości dodawałam, szczególnie w sezonie paprykowym)
  • świeża natka pietruszki (lub kolendra)
Przygotowanie:
  1. olej wlewamy na patelnię, dodajemy słodka i ostrą mieloną paprykę, mieszamy i chwilę razem podsmażamy
  2. cebulę obieramy i drobno siekamy, dorzucamy na patelnię i podsmażamy na niedużym ogniu aż zmięknie
  3. jeśli korzystacie ze świeżych pomidorów, trzeba je sparzyć, obrać ze skórki, usunąć gniazdo i posiekać w kostkę, a jeśli z "zapuszkowanych", wówczas trzeba usunąć gniazda i nieco je rozdrobnić
  4. jeśli dodajecie paprykę, trzeba usunąć gniazdo i pokroić ja w drobną kostkę
  5. świeże pokrojone pomidory lub rozdrobnione z puszki (razem z sokiem) dorzucamy na patelnię (razem z papryką, jeśli dodajecie), mieszamy
  6. czosnek obieramy i drobno siekamy, dorzucamy na patelnię razem z kminem i kminkiem, mieszamy
  7. zawartość patelni solimy i dusimy, żeby część płynu odparowała
  8. doprawiamy do smaku cukrem, solą i pieprzem
  9. wbijamy ostrożnie jajka (ja każde jajko wbijam najpierw do osobnej miseczki, a potem wylewam na pomidorowy podkład), solimy wierzch jajek, przykrywamy przeźroczystą przykrywką i dusimy do momentu, aż białko się zetnie
  10. przed podaniem posypujemy drobno posiekaną świeżą natką lub kolendrą, serwujemy z pieczywem (np. z domowej roboty chałką lub pitą albo z kawałkiem zwykłego chleba lub bagietki)
Smacznego :-)

sobota, 5 maja 2018

Naleśniki z pieczarkowo-szpinakowym nadzieniem zapiekane z jajkiem

Odkąd zaczęłam samodzielnie gotować, wypróbowałam całkiem sporo przepisów, z których niektóre były naprawdę skomplikowane. Efekty tych moich starań zwykle były ok - czasami mniej, czasami bardziej, ale ogólnie coś zjadliwego z tego wychodziło (z wyjątkiem sytuacji, kiedy łamałam przepisy, działając wbrew wieloletniej tradycji czy zdrowemu rozsądkowi ;-) Pokonały mnie naleśniki, i to nie jeden raz. Próbowałam wielu przepisów i technik, ale zawsze grono ofiar jest duże. Ostatnio połowa ciasta wylądowała w koszu, bo naleśniki nie chciały odchodzić od patelni - nie wiem, czy to wina eksperymentowania z mlekiem bez laktozy, czy patelni, po prostu się przyklejały, przypalały i rwały przy próbie oddzielenia od spodu patelni. A zależało mi, żeby mieć chociaż 4 sztuki, bo chciałam zrobić danie, które Wam dziś zaprezentuję. Ostatecznie się udało, ale następnym razem poproszę, żeby naleśniki zrobił dla mnie ktoś inny (Wybranek podchodzi do gotowania na większym luzie niż ja, więc pewnie jemu wyjdą bez problemu).

Dzisiejsza propozycja została zaczerpnięta z bloga Pyszności.pl, aczkolwiek jestem przekonana, że wcześniej widziałam ją na którymś z zagranicznych video blogów, natomiast nie mogą znaleźć oryginału, podaję link do polskiego odpowiednika, bo jest na nim dobrze zilustrowany proces przygotowania tego dania. Łatwiej obejrzeć niż zrozumieć to, co zaraz tu nawypisuję ;-)

Danie to nadaje się na śniadanie (szczególnie, jeśli ktoś lubi cięższe śniadania), na lunch, a i na kolację nie będzie złe. Farsz można dowolnie modyfikować, dodając mięsne składniki, warzywa, inne zioła. Możliwości jest wiele. Jest to też sposób na wykorzystanie naleśników, które zrobiliście poprzedniego dnia, ale nie zostały zjedzone, o ile nie dodaliście do ciasta naleśnikowego cukru.

Naleśniki z pieczarkowo-szpinakowym nadzieniem zapiekane z jajkiem



















Składniki (dla 2 osób):
  • 4 duże, niesłodzone naleśniki (przepisu nie podaję, bo nie mam takiego, który mogłabym z czystym sumieniem polecić z powodów opisanych powyżej; dobrze, jeśli naleśniki są raczej cieńsze i elastyczne niż grube i puszyste, żeby nie pękały przy zwijaniu)
  • 250g pieczarek
  • 2 garści młodego szpinaku
  • mała cebulka (u mnie była biała końcówka od zielonej cebulki)
  • 3 jajka
  • tarty parmezan
  • świeża natka pietruszki
  • sól i pieprz do smaku
  • olej słonecznikowy (lub inny dobrze znoszący wysokie temperatury)
Przygotowanie:
  1. Pieczarki myjemy i obieramy (jeśli obieracie pieczarki), siekamy w plasterki i wrzucamy na suchą patelnię, żeby puściły wodę i się w niej udusiły
  2. Cebulę obieramy i drobno siekamy
  3. Gdy z pieczarek odparuje cały płyn, dodajemy na patelnię łyżkę oleju i dorzucamy posiekaną cebulę, chwilę razem smażymy, mieszając od czasu do czasu
  4. Gdy cebula będzie miękka, dorzucamy na patelnię szpinak, mieszamy, do momentu, aż szpinak zmięknie, ale nadal będzie miał ładny, zielony kolor
  5. Zawartość patelni doprawiamy solą i pieprzem (wedle uznania), posypujemy drobno posiekaną natką, mieszamy i zdejmujemy z ognia
  6. Dwa naleśniki układamy na blacie/desce do krojenia obok siebie tak, żeby brzeg jednego nieco zachodził na drugi - miejsce, w którym się łączą, smarujemy rozkłóconym jajkiem, żeby się skleiło
  7. Na naleśniki nakładamy (w poprzek) "ścieżkę" z połowy farszu, smarujemy brzegi naleśników rozkłóconym jajkiem i zwijamy w rulon
  8. To samo robimy z pozostałymi naleśnikami i farszem
  9. Naczynie do zapiekania w piekarniku (ja miałam duże kokilki, ale może być coś innego - jeśli blaszka, wyłóżcie papierem do pieczenia) natłuszczamy olejem
  10. Naleśnikowe rulony zwijamy na kształt ślimaków, miejsce, w którym końcówka rulony zachodzi na ślimaka smarujemy jajkiem, żeby się przykleiła 
  11. Naleśnikowe ślimaki wkładamy do naczynia do zapiekania, tak, aby naleśnik przybrał formę miseczki (z wyższymi brzegami i zagłębieniem wewnątrz), posypujemy startym parmezanem
  12. Naczynie z tak przygotowanymi naleśnikowymi ślimakami wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza i zapiekamy przez 10 min
  13. Po upływie 10 minut wyjmujemy naczynie z piekarnika, na wierzch każdego ślimaka wybijamy ostrożnie jajko, doprawiamy jajko solą i pieprzem i wstawiamy z powrotem do piekarnika (raczej na niższą półkę niż na wyższą - u mnie stało na ok 1/3 wysokości piekarnika) i zapiekamy do momentu, aż białko się zetnie (u mnie trwało to ok 10 min)
  14. Gotowe danie wyjmujemy z pieca, posypujemy drobno posiekaną natką pietruszki i serwujemy (koniecznie na ciepło)
Smacznego :-)

sobota, 15 lipca 2017

Naleśniki w sosie cystrusowym, prawie jak Crêpes Suzette

Minęło 10 lat odkąd moja relacja z Wybrankiem z biurowej zmieniła się w romantyczną :-) Rocznica wypadała w sąsiedztwie weekendu, ale z ważnych rodzinnych powodów nie chcieliśmy oddalać się od Warszawy, zaplanowaliśmy sobie więc świętowanie w domu. Jednym z elementów tego planu było przygotowanie przez każde z nas specjalnego posiłku na tę okazję, mi przypadło śniadanie. Dań śniadaniowych jest pełno, no ale to miało być coś wyjątkowego. Poszukując inspiracji w Internecie, trafiłam na bloga pt. "Co dziś zjem na śniadanie?", który jest prawdziwą skarbnicą przepisów na dobry początek dnia. Powiedziałabym, że raczej nietypowych w naszej szerokości geograficznej, więc jeśli znudziły Wam się kanapki, jajecznice, twarożki i proste owsianki, to jest dobry adres dla Was.

Przekopawszy się przez śniadaniowe propozycje Marty (tak ma na imię autorka tego bloga), wybrałam przepis na "Prawie Crepes Suzette", a więc naleśniki w sosie cytrusowym, ale bez alkoholu i bez podpalania, które są typowe dla oryginalnego francuskiego przepisu na to danie. Te naleśniki często są serwowane w formie deseru, ale na śniadanie też dobrze się sprawdzą :-) Nie jest to być możne najbardziej sezonowe danie (cytrusy dostępne są cały rok), ale mają w sobie coś z lata, więc nie będą gryzły się z aurą (tym bardziej, że w tym roku w Polsce lato nas nie rozpieszcza).

Naleśniki w sosie cytrusowym















Składniki (Marta podaje, że z tej ilości składników wyszły jej 4 naleśniki, natomiast mi wyszło 6 przy smażeniu na patelni o średnicy 26 cm; po 3 naleśniki na głowę to w naszym przypadku optymalna porcja, ale my jemy więcej niż normalni ludzie - jeśli w przepisie jest napisane, że to porcja dla 4 osób tzn., że jest idealna dla nas dwojga ;-)

NA NALEŚNIKI
  • 1 szklanka mąki (pszennej)
  • 1 szklanka mleka (użyłam bez laktozy)
  • 2/3 szklanki wody
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 3 łyżki oliwy
NA SOS
  • 3 łyżki cukru (białego)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 mandarynki
  • sok z 2 pomarańczy
  • sok z 1 cytryny (w oryginale jest 1/2, ale jak zużywam tylko połowę, potem druga połowa tygodniami poniewiera się po lodówce; nie uważam, że sok z całej to za dużo, smak był dobry)
  • 3 łyżki masła
Przygotowanie:
  1. wszystkie składniki na naleśniki mieszamy w misce (ja zwykle robię to mikserem, bo trzepaczką jeszcze chyba nigdy nie udało mi się wymieszać tak, żeby małe grudki mąki nie pływały na powierzchni)
  2. z tak otrzymanego ciasta smażymy naleśniki (patelni nie trzeba natłuszczać, bo do ciasta dodaliśmy oliwę) i odkładamy na bok
  3. po usmażeniu naleśników zabieramy się za przygotowanie sosu - na patelnię (może być ta sama, na której były smażone naleśniki) rozgrzaną na średnim ogniu wsypujemy cukier, polewamy sokiem z mandarynki i dodajemy skórkę z pomarańczy, a następnie czekamy, aż cukier się rozpuści
  4. następnie dodajemy sok z pomarańczy i z cytryny, a dalej masło i pozwalamy, aby całość chwilę się podgotowała
  5. naleśniki kładziemy pojedynczo na patelni z sosem, czekamy aż sos je pokryje, a następnie składany w trójkąt (tak jak klasyczne polskie naleśniki z serem na słodko) - gdy będzie ich tyle (4), żeby zapełniły całą patelnię, wkładamy wszystkie jeszcze na chwilę co ciepłego sosu, a następnie serwujemy (w moim przypadku wyjęłam te 4 naleśniki z patelni, zaserwowałam, a w międzyczasie 2 pozostałe wrzuciłam do sosu, żeby nim nasiąkły, podczas gdy my pałaszowaliśmy pierwszą serię; sosu spokojnie wystarczyło do nasączenia 6 naleśników)
  6. ciepłe naleśniki wykładamy na talerz i serwujemy - u mnie z plastrem świeżej pomarańczy i listkami mięty
Smacznego :-)



sobota, 6 maja 2017

Jajeczne muffiny ze szparagami

Tegoroczny sezon szparagowy uważam za otwarty :-) Jak szparagi to z jajkiem - wydaje mi się, że niewiele jest składników, które tak dobrze pasują do tych zielonych warzyw, nie zabijając, a wręcz podkreślając ich delikatny smak. Dziś propozycja na śniadanie - jajeczne muffiny. Można przygotować je w wersji wegetariańskiej lub z dodatkiem wędliny. U mnie były z zielonymi szparagami, polędwicą sopocką i szczypiorkiem. Zastąpienie szparagów innymi warzywami (np. szpinakiem, cukinią czy papryką), a wędliny - serem (np. fetą lub miękkim kozim) na pewno tym muffinom nie zaszkodzi. Można je traktować jako bazę do "dań nawinie", dodając to, co się akurat nawinie :-) Są fajną alternatywą dla jajek w postaci jajecznicy czy omletów, wymagającą mniej uwagi niż jajecznica czy omlet (nad muffinami nie trzeba stać i pilnować, żeby zbytnio się nie spiekły/nie wysuszyły).

Jajeczne muffiny ze szparagami















Składniki (dla 2-3 osób):
  • 4 jajka
  • kilka plastrów wędliny (u mnie 8 plasterków polędwicy sopockiej)
  • 10 cieńszych lub 6 grubszych zielonych szparagów
  • 1 łodyżka szczypiorku
  • 1 łyżeczka masła
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Szparagi myjemy, odcinamy zdrewniałą końcówkę i kroimy na 2-3mm plasterki, zostawiając główkę w całości
  2. Plasterki wędliny siekamy na mniejsze kawałki i przez chwilę podsmażamy na roztopionym na patelni maśle, do zrumienienia
  3. Drobno siekamy szczypiorek
  4. Gdy wędlina będzie już usmażona, przed wyłączeniem "ognia" pod patelnią, dorzucamy na patelnię plasterki szparagów (bez główek) i posiekany szczypiorek, mieszamy, doprawiamy szczyptą soli i pozostawiamy na ciepłej patelni
  5. Blachę do muffinów (6 szt.) natłuszczamy lub wykładamy papilotkami albo kawałkami papieru do pieczenia (jeśli macie dwie blachy na 6 muffinów, możecie na jednej z nich poukładać kawałki papieru, a następnie przygnieść je drugą blachą od góry, wtedy kawałki papieru łatwiej wpasują się w dolną blachę)
  6. Do każdego zagłębienia blachy/każdej papilotki nakładamy po czubatej łyżce mieszaniny  
  7. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  8. Jajka wbijamy do miski, doprawiamy 4 dużymi szczyptami soli i 4 małymi szczyptami pieprzu (po jednej szczypcie soli i pieprzu na każde jajko :-) i roztrzepujemy trzepaczką
  9. Do każdego zagłębienia blachy/każdej papilotki wypełnionego/j farszem wlewamy trochę jajecznej masy (starając się, żeby porcje były podobnych rozmiarów), a na wierzchu każdej porcji układamy główkę szparaga
  10. Blachę wstawiamy do rozgrzanego piekarnika, na środkową półkę, i pieczemy przez ok 20 min (aż masa jajeczna całkowicie się zetnie, a muffiny lekko zarumienią)
  11. Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika i serwujemy na ciepło (aczkolwiek niektóre przepisy mówią, że takie muffiny są smaczne również po wystygnięciu - tutaj muszę wierzyć na słowo, bo nie próbowałam), np. z dodatkiem świeżego pieczywa i pomidorów
Smacznego :-)

P.S. Zachęcam również do wypróbowania innych jajeczno-szparagowych przepisów:


sobota, 14 maja 2016

Jajka zapiekane ze szparagami

Znowu szparagi z jajkami, nuuudaaa :-) Ale nic na to nie poradzę, że na śniadanie szparagi pasują mi najlepiej właśnie z jajkiem. Mogę jedynie obiecać, że w kolejnych przepisach ze szparagami postaram się być nieco bardziej kreatywna.

Dziś, wyjątkowo, będzie nieprzegadany wpis. Nie ma co się rozpisywać, do roboty!

Jajka zapiekane ze szparagami
















Składniki (dla 2 osób):
  • pęczek zielonych szparagów (10-12 sztuk)
  • kilka plasterków wędliny (u mnie moja ukochana polędwica sopocka) - można pominąć, jeśli nie macie akurat wędliny lub wolicie bez mięsa
  • 4 jajka
  • trochę masła do wysmarowania formy (lub inny tłuszcz, byle nie margaryna)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. zaczynamy od wyjęcia jajek z lodówki, żeby przed pieczeniem zdążyły się trochę ogrzać w temperaturze pokojowej
  2. szparagi myjemy, odłamujemy twarde końcówki, z łodyg usuwamy łuski, kroimy na mniejsze kawałki (u mnie na trzy)
  3. wędline kroimy w paski
  4. dno naczynia do zapiekania natłuszczamy, wrzucamy pokrojone szparagi i wędlinę, doprawiamy szczyptą soli i pieprzu, mieszamy
  5. piekarnik rozgrzewamy do 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu
  6. do rozgrzanego piekarnika wstawiamy naczynia ze szparagami i pieczemy przez 10 minut
  7. po 10 minutach wyjmujemy naczynia ze szparagami z piekarnika i wbijamy jajka (można wcześniej wbić je do miseczki i wylewać z miseczki na szparagi, żeby nie ryzykować, że do szparagów wpadną skorupki)
  8. naczynia ze szparagami i jajkami z powrotem wstawiamy do piekarnika, temperatura bez zmian - i teraz zaczyna się najtrudniejsza część
  9. zapiekamy od 7 do 10 minut - to zależy od wielkości jajek i od "zachowania" Waszych piekarników, u mnie zapiekanie trwało ok 10 minut, miałam duże jajka
  10. naczynia wyjmujemy z piekarnika w momencie, gdy białko jest ładnie ścięte, a żółtko jedynie przesłonięte ściętą "błonką", a w środku płynne
  11. serwujemy od razu, np. z pieczywem do maczania w płynnym żółtku
Smacznego :-)






niedziela, 8 maja 2016

Szparagi na paście jajecznej na otwarcie sezonu szparagowego

Tegoroczny sezon szparagowy uważam za otwarty :-) Plan jest taki, żeby w maju na blogu pojawiło się co najmniej kilka nowych przepisów na dania z tym warzywem (w uzupełnieniu do tych, które opublikowałam w minionych latach) i mam nadzieję, że uda mi się go zrealizować. Być może pomoże zamiar zorganizowania "szparagowego party" dla znajomych, z którymi kiedyś pracowałam w jednym zespole, potem nasze drogi (głównie za sprawą pracodawcy...) się rozeszły, ale cały czas łączą nas fajne wspomnienia i co jakiś czas spotykamy się, żeby powspominać i dowiedzieć się, co u każdego/każdej z nas nowego. Bardzo się cieszę, że udało się te relacje utrzymać (minęło ponad 4 lata, odkąd przestaliśmy być zespołem).

Na początek - bardzo prosty pomysł na danie ze szparagami, choć "danie" to chyba zbyt poważne określenie na kanapki z podpieczonego w piekarniku pieczywa, pasty jajecznej i obgotowanych główek szparagów. Jestem wielką fanką pasty jajecznej, jeśli tylko trafię na kanapki z tą pastą "na mieście", zawsze biorę. To trochę jak z kozim serem - jeśli tylko w menu restauracji jest jakieś danie z kozim serem, prawdopodobieństwo, że je zamówię, wynosi ok 90%. Nie zamawiam tylko wówczas, jeśli inna pozycja w karcie zainteresuje mnie bardziej z jakiegoś powodu. No ale to zdarza się rzadko ;-)

Przepisów na pastę jajeczną jest wiele, prawdopodobnie każda osoba, która przygotowuje taką pastę własnoręcznie ma na nią jakiś swój sposób. Dla mnie nie - oprócz jajek ugotowanych na twardo, oczywiście - nie może w niej zabraknąć majonezu, sporej ilości soli i pieprzu oraz "czegoś zielonego". No właśnie. Tradycyjnym dodatkiem do jajek na twardo i majonezu jest w mojej rodzinie szczypiorek (pozdrowienia dla Dziadka :-) Lubię szczypiorek, ale mam do niego jedno "ale" - nie jest to specjalnie "towarzyski" dodatek, podobnie jak cebula, czosnek czy por. Dlatego unikam jedzenia dań ze szczypiorkiem, jeśli wiem, że w ciągu dnia będę miała kontakt z ludźmi, którzy szczypiorku nie jedli ;-) Jeżeli wiem, że dzień spędzę w swoim własnym towarzystwie lub w otoczeniu innych osób, które również szczypiorek skonsumowały, wówczas "hulaj dusza, piekła nie ma". Bardzo zwracam uwagę na neutralny oddech u innych (szczególnie, że moja praca uwzględnia dużo sporo spotkań z innymi ludźmi) i staram się sama nie szokować innych moim oddechem. Do tych, którzy pochłaniają szczypiorek lub inne aromatyczne dodatki, a następnie - nie bacząc na komfort innych - spotykają się z ludźmi, apeluję o odrobinę wyczucia i... szacunku dla rozmówców. Podobnie sprawy mają się z palaczami (nie wszyscy muszą być amatorami zapachu papierosów), istnieją takie wynalazki jak różnego rodzaju produkty spożywcze odświeżające oddech. Dla osób wrażliwych na zapachy i niepalących takich "oddech palacza" to mało przyjemne urozmaicenie spotkania... szczególnie, gdy palacz uraczył się wcześniej daniem ze szczypiorkiem/cebulą/czosnkiem i zapił to jeszcze mocną kawą ;-)

Wracając do meritum - dodatkiem do mojej pasty jajecznej jest zwykle świeża natka, która dobrze komponuje się ze szparagami. Dodaję majonez, ale wiem, że niektórzy dodają np. śmietanę lub miękkie masło, a spotkałam się również z wersjami z serkiem kremowym i awokado (wersję z awokado sama dość często robię). Ogólnie chodzi o to, żeby do jajka, ziół i przypraw dodać coś, co sklei te składniki i sprawi, że mieszanina będzie miała rzeczywiście formę pasty. Używam raczej niewiele majonezu (1 łyżka na 4 jajka to nie jest dużo), jeżeli wolicie dodać więcej (dla wyraźniejszego smaku majonezu w paście i/lub bardziej kremowej konsystencji pasty), nie widzę przeciwwskazań. Na rozsmarowanej na podpieczonych w piekarniku kromkach chleba układam ugotowane główki szparagów, a łodygi wykorzystuję do innego dania (np. do risotto).

Kanapki z pastą jajeczną i szparagami














Składniki (porcja dla dwóch osób)
  • 4 jajka
  • 1 czubata łyżka posiekanej natki + trochę do posypania kanapek
  • 1 łyżka majonezu
  • sól i pieprz do smaku
  • pół pęczka zielonych szparagów
  • 4 duże kromki chleba
Przygotowanie:
  1. jajka gotujemy na twardo, a następnie studzimy
  2. wystudzone jajka rozdrabniamy (można drobno posiekać nożem, ale w moim przypadku siekanie jajek na twardo na desce kończy się tak, że kawałki jajka są w całej kuchni, więc najczęściej kroję jajka w ćwiartki i wrzucam do dużego kielicha blendera i w ten sposób rozdrabniam)
  3. do rozdrobnionych jajek dodajemy majonez i posiekaną natkę (ja dorzucam do jajek i wszystko razem blenderuję), a następnie doprawiamy solą i pieprzem do smaku
  4. szparagi myjemy, nie obieramy, obgotowujemy w osolonej wodzie przez 3 minuty (surowe szparagi wrzucamy do gotującej się już wody i od tego momentu odliczamy 3 minuty), odcedzamy, a następnie zalewamy zimną wodą, żeby przestały się gotować i wystygły
  5. kromki chleba wstawiamy do rozgrzanego piekarnika (u mnie 180 stopni z funkcją grill) i opiekamy z obu stron, tak, żeby byłu chrupiące na zewnątrz, a miękkie w środku (można to zrobić również w tosterze lub na grillu elektrycznym)
  6. podpieczone i wystudzone kromki układamy na talerzu, każdą grubo smarujemy pastą jajeczną, na paście układamy po ugotowane i wystudzone główki szparagów, a całość posypujemy jeszcze niedużą ilością drobno posiekanej świeżej natki
Smacznego :-)





sobota, 21 lutego 2015

Zielone koktajle

W poprzednim wpisie wspominałam o moim eksperymencie ze stosowaniem detoksu na bazie książki "Karolina na detoksie" Macieja Szaciłło i Karoliny Kopocz. Pisałam o patentach, które mi się spodobały i które na stałe zagoszczą w moim jadłospisie oraz o tym, że do mojego menu dołączyły śniadaniowe koktajle owocowe. Dziś będzie o tych koktajlach, a dokładnie o zielonych koktajlach.

Istnieje wokół nich cała filozofia. Odpowiednio skomponowane są sycące i bogate w witaminy i inne cenne dla organizmu składniki. Robi się je szybko, konsumuje jeszcze szybciej. Zwykle składają się z warzyw, owoców i zieleniny (świeży szpinak, natka, jarmuż, sałata, itd.). Gęstość można regulować dodatkiem wody, a także świeżych soków (własnoręcznie wyciśniętych w domu lub kupionych w sklepie, ale tych bez cukru czy innych dodatków oraz jedynie lekko pasteryzowanych). Można też dodać różnego rodzaju "superfoods", czyli - często bardzo niepozorne - składniki, które są istną bombą odżywczą (witaminy, minerały, białko). Należą do nich np. spirulina (sproszkowane algi morskie z rodziny sinic, które są bogate w pełnowartościowe białko)lub liofilizowane pędy młodego jęczmienia, oba do kupienia w sklepach z ekologiczną żywnością lub np. w Kuchni Świata. Warto czytać etykiety, bo większość spiruliny dostępnej w Polsce pochodzi z Chin, które nie słyną jako źródło pochodzenia wysokiej jakości żywności... Do przygotowania można wykorzystać bardzo różne owoce i warzywa. Ja próbowałam bananów, jabłek, gruszek, kiwi, awokado, pomarańczy, świeżego ogórka, świeżego ananasa. Tutaj bardzo dużo zależy od osobistych preferencji. Jeżeli do koktajlu dodajecie spirulinę lub młody jęczmień warto pamiętać o tym, żeby inne składniki miały raczej intensywny smak, który zabije momentami dziwny posmak tych proszków. Powinien wystarczyć dodatek dojrzałego kiwi czy mango, świeżego ananasa, sok z cytryny lub limonki albo sporo natki.

W internecie można znaleźć różne proporcje zielonych koktajli, np. 1 część zieleniny do 2 części warzyw i owoców + płyny wedle uznania lub 2 szklanki zieleniny + 2 szklanki płynów + 3 szklanki owoców i warzyw. Do przygotowania zielonego koktajlu niezbędny będzie dobry blender, który dokładnie rozdrobni wszystkie składniki. Ja mam blender ręczny Brauna, który niestety nie dał rady, ale mam też Thermomix, który poradził sobie świetnie.

Poniżej przedstawiam przepisy na 3 różne zielone koktajle ze wspomnianej książki, ostatni nieco zmodyfikowany w stosunku do oryginalnego przepisu.

Zielony koktajl z liśćmi szpinaku, awokado i jabłek


















Składniki (dla 2 osób)
  • 1 szklanka liści szpinaku
  • 1 dojrzałe awokado
  • 2 jabłka
  • 2 szklanki soku jabłkowego (wyciśniętego w domu lub kupionego w sklepie, bez cukru czy innych dodatków; ja kupiłam taki sok w ekologicznych delikatesach, bardzo duży wybór takiego soku, z różnych odmian jabłek, można w Warszawie kupić na jednym ze stoisk na Bazarze Olkuska - producent nazywa się Kamela, tłoczy sok z całych owoców)
Przygotowanie: umyty szpinak, wydrążone awokado, umyte jabłka ze skórką, bez gniazda i sok wrzucamy/wlewamy do kielicha bledera/dzbanka i miksujemy na gładki koktajl.

Zielony koktajl ze spiruliną, kiwi, jabłkiem, gruszką i bananem




















Składniki (dla 2 osób)
  • 4 kiwi
  • jabłko
  • gruszka
  • banan
  • sok wyciśnięty z 2 pomarańczy (ja z lenistwa wrzuciłam dwie całe pomarańcze)
  • 1,5 łyżeczki spiruliny
Przygotowanie: na dno naczynia, w którym będzie miksowany koktajl, wsypujemy spirulinę (jeżeli damy ją na końcu, część może zostać na wieczku), a następnie wrzucamy umyte, obrane i pokrojone w kostkę kiwi i banana, umyte i pokrojone w kostkę jabłko i gruszkę oraz wlewamy sok (lub wrzucamy cząstki całej umytej i obranej pomarańczy, jeżeli jesteście równie leniwi jak ja ;-), a następnie miksujemy na gładki koktajl (jeśli jest za mało płynny można dodać 1/2 szklanki wody).

Zielony koktajl z pędami młodego jęczmienia, bananem i świeżym ananasem




















Składniki (dla 2 osób)
  • 2 banany
  • 1/2 świeżego ananasa
  • sok z połowy cytryny
  • 1 łyżka liofilizowanych pędów młodego jęczmienia
Przygotowanie: na dno naczynia, w którym będzie miksowany koktajl, wsypujemy liofilizowane pędy młodego jęczmienia (jeżeli damy ją na końcu, część może zostać na wieczku), a następnie wrzucamy umyte, obrane i pokrojone w kostkę banany i ananasa, wlewamy sok z cytryny, a następnie miksujemy na gładki koktajl.

Smacznego :-)

niedziela, 19 października 2014

Drożdżówki z owocami

Bazę do tego przepisu stanowił dla mnie przepis bloga mojewypieki.com, na drożdżówki z białym serem. Przy pierwszej próbie zrobiłam te drożdżówki z miodem i ciasto mi nie smakowało. Przy drugiej próbie zamieniłam miód na cukier, ale dałam za mało cukru i trzeba było gotowe drożdżówki mocno dosładzać cukrem pudrem przed zjedzeniem. Z taką ilością cukru jak piniżej powinno być ok :-) Zamiast sera dodałam śliwki i orzechy laskowe (bo akurat były w domu, już posiekane, zostały po pieczeniu innego ciasta), ale równie dobrze można dodać inne owoce ( w lecie robiłam je z truskawkami i rabarbarem) i bakalie lub same owoce. Robiłam te drożdżówki równieź z dżemem brzoskwiniowym mojej babci i płatkami migdałów.

Drożdżówki z owocami


Składniki (u mnie 12 sporych drożdżówek, w oryginale 15):
600g mąki pszennej
duża szczypta soli
250ml mleka
42g świeżych lub 21 suszonych drożdży (ja dałam 50g świeżych, z lenistwa)
6 czubatych łyżek cukru (może być brązowy, jeśli ktoś woli) do ciasta plus po szczypcie na owoce
1 opakowanie cukru waniliowego (16g) (w oryginale tego nie ma, ale dla mnie ciasto z owocami bez cukru waniliowego nie istnieje ;-)
2 jajka (w temeraturze pokojowej)
75g masła
1 żółtko wymieszane z jedną łyżką mleka do posmarowania ciasta przed pieczeniem
u mnie: 12 śliwek, 2-3 garści posiekanych orzechów laskowych

Przygotowanie (znacznie zmienione w stosunku do oryginału):
1. Mleko wlewamy do rondelka, dodajemy masło i cukier (bez waniliowego), a następnie podgrzewamy do momentu, aż masło i cukier się rozpuszczą
2. Zdejmujemy mleczno-maślano-cukrową mieszaninę z ognia i odstawiamy na bok, do przestudzenia
3. Gdy mieszanina osiągnie temperaturę "letnią" (=gdy włożycie palec, powinniście być w stanie trzymac go w tym płynie przez dłuższy czas, bez poparzenia), wkruszamy do niej świeże drożdże lub wsypujemy suche, mieszamy (najlepiej rózgą), aż drobinki drożdży się rozpuszczą
4. Mieszaninę przyktywamy czystą ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce, do wyrośnięcia, na ok. 15 min
5. Na stolnicy lub w dużej misce mieszamy mąkę, sól i cukier waniliowy
6. W mkopczyku z suchych składników robimy dołek (coś jak krater) i wlewamy w niego mieszankę drożdżową - mieszamy wstępnie i dodajemy 2 jajka
7. Wyrabiamy miękkie, gładkie, elastyczne ciasto - jeżeli za bardzo lepi się do rąk, można dosypać więcej mąki
8. Wyrobione ciasto wkładamy do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miesjce do wyrośnięcia - powinno podwoic swoją objętość, co u mnie zajmuje ok 1h
9. Wyrośnięte ciasto przez chwilę wyrabiamy i dzielimy na 12 równych części (wystarczy zważyć całość na wadze i podzielić na 12 ;-)
10. Z każdej części ciasta formujemy bułeczkę i układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia, w możliwie jak największej odległości od siebie
11. Gdy wszystkie bułeczki znajdą się na blaszce, przykrywamy je ściereczką i odstawiamy na 30 minut do wyrośnięcia
12. Gdy bułeczki będą wyrośnięte, rozgrzewamy piekarnik do temperatury 165 stopni Celsjusza - oryginale temperatura jest znacznie wyżsża, ale moje obserwacje są takie, że ciasto drożdżowe lubi mniejsze temperatury, przy wyższych szybko się spieka i wysusza, a nie o to mi chodzi
13. Odkrywamy bułeczki, w każdej robimy zagłębienie za pomocą spodu zwykłej szklanki
14. Brzego bułeczek smarujemy żółtkiem rozkłóconym z mlekiem
15. Do każdego zagłębienie wkładamy po 2 połówki wcześniej wydrylowanej śliwki i posypujemy owoc szczyptą cukru, a całość obsypujemy posiekanymi orzechami
16. Blachę z tak przygotowanymi bułeczkami wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez ok 45 min, do momentu, aż będą wyglądały na gotowe do zjedzenia :-) Po prostu sprawdzajcie, jak wygląda syatuacja, u mnie raz pieką się szybciej, raz dłużej, zdarzyło się też, że upieczenie zajęło całą godzine. Dużo zależy tu od konkretnego piekarnika.
17. Upieczone drożdżówki studzimy, przed podaniem można dodatkowo posypać je cukrem pudrem

Smacznego :-)






wtorek, 26 sierpnia 2014

Muffiny #jedzjablka

Najprostsze pomysły są najlepsze, a pomysł Grzegorza Nawackiego, wicenaczelnego Puls Biznesu jest kolejnym potwierdzeniem tej tezy. Spontaniczny apel, zachęcający czytelników portalu PB.pl do jedzenia polskich jabłek i picia polskiego cydru w odpowiedzi na rosyjskie embargo, przeobraził się w jedną z największych akcji w internecie i w realu, a w kwestiach związanych z polską gospodarką -prawdopodobnie największą. Nie jestem pewna, czy to rzeczywiście pomoże polskim eksporterom (pewnie bardziej by im pomogła strategiczna zmiana rynków zbytu, bo po "Ruskich" można się spodziewać wszystkiego), ale liczy się pomysł i umiejętność porwania tłumów :-) Postanowiłam mieć swój skromny wkład w tę akcję. Mimo, że największe emocje wokół tej akcji zdaje się już opadły, lepiej późno niż wcale ;-) Zachęcam do wypróbowania tych muffinów z jabłkami z wczesnym zbiorów, orzechami włoskimi i rodzynkami.

Muffiny #jedzjablka


Składniki (na ok 15 muffinów o średnicy 5 cm):
300g mąki pszennej
120g cukru
16g cukru waniliowego
2 łyżeczki proszku do pieczenia
200ml jogurtu naturalnego
125ml oleju słonecznikowego
1 jajko
2 nieduże jabłka
Garść orzechów włoskich
1/2 szklanki rodzynek (najlepiej drobnych) + pół szklanki gorącej wody do namoczenia

Przygotowanie:
1. Rodzynki zalewamy gorącą wodą
2. Orzechy siekamy na małe kawałki
3. Mąkę mieszamy z proszkiem i cukrami
4. W osobnym naczyniu mieszamy jogurt, jajko i olej
5. Łączymy suchą i mokrą masę, mieszamy
6. Odsączamy rodzynki
7. Blachę do muffinów wykładamy papilotkami lub smarujemy tłuszczem
8. Do każdej papilotki nakładamy ciasto, do ok 2/3 wysokości
9. Obieramy jabłka i kroimy w półplasterki
10. Na wierzchu każdej porcji muffinowego ciasta układamy po kilka półplasterków jabłka, a następnie kilka rodzynek i posypujemy posiekanymi orzechami
11. Piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, grzanie z góry i z dołu, bez termoobiegu
12. Wstawiamy blachę z ciastem do piekarnika i pieczemy przez 23-25 minut, do przypieczenia się plasterków ciasta na złoto-brązowy kolor
13. Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika i studzimy do temperatury pokojowej

Uwaga: jeżeli nie namoczycie rodzynek, a są suche, mogą się za mocno przypieczenia/przypalić

A tak poza tym to smacznego :-)
Jedzcie jabłka!

niedziela, 4 maja 2014

Jajka zapiekane w kokilkach

Ze wszystkich śniadaniowych dań, jajka goszczą na moim stole najczęściej, szczególnie w weekendy, kiedy mam czas przygotować coś więcej niż tylko jogurt z domową konfiturą, koktajl z kefiru i banana czy (ugotowaną poprzedniego wieczoru) kaszę jaglaną z prażonymi jabłkami autorstwa babci lub dziadka. Już jakiś czas temu moja przyjaciółka Eliza zachęcała mnie do wypróbowania jej przepisu na jajka zapiekane w kokilkach, ale za długo przetrzymałam je w piecu i wyszły jajka na twardo, w związku z czym się zniechęciłam ;-) Potem wujek reklamował mi jajka zapiekane z szynką w formie do muffinów z pomysłu autorki bloga Kwestia Smaku. Przyszedł więc szas na drugie podejście - głównym wyzwaniem było to, żeby po zapieczenia żółtko pozostało płynne, a białko było ścięte.

Jajka zapiekane w kokilkach


Składniki:
- jajka (tyle, na ile macie ochotę)
- wędlina (u mnie polędwica łososiowa, ale równie dobrze może być szynka gotowana, parmeńska lub inna; daję po 2 mniejsze lub po 1 większym plasterku na jajko)
- ser żółty (opcjonalnie; u mnie były małe plasterki sera cheddar, który został mi z kolacji)
- masło do wysmarowania foremki
 - sól i pieprz do smaku
- świeże zioła do posypania (u mnie szczypiorek)

Przygotowanie:
1. Rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza
2. Wnętrze kokilek natłuszczamy masłem i wykładamy wędliną
3. Na wędlinie układamy ser
4. Do tak przygotowanych kokilek ostrożnie wbijamy po jednym jajku (ostrożnie, żeby nie zniszczyć żółtek) i posypujemy odrobiną pieprzu (z solą ostrożnie, bo szynka i ser mogą być słone, najlepiej dosolić po upieczeniu)
5. Wstawiamy kokilki do rozgrzanego piekarnika i zapiekamy przez 12-15 minut (po upływie 10min zaczynamy sprawdzać, jak wyglądają białka, bo piekarnik piekarnikowi nie równy)
6. Gdy białko będzie ścięte, wyjmujemy kokilki z piekarnika, posypujemy posiekanymi ziołami i od razu serwujemy

Smacznego :-)



niedziela, 30 marca 2014

Bananowy chlebek na mące kokosowej

Na urodziny dostałam od koleżanek i kolegów z pracy wielki pakunek różnego rodzaju "dziwnych" produktów. Mąka z ciecierzycy, mąka grochowa, fasolka mung, nasiona szałwii hiszpańskiej, amarantus, syrop z agawy, itd. Najmniej egzotyczne były w tym towarzystwie mąka jaglana, mąka migdałowa i mąka kokosowa. Wszystko to, by zachęcić mnie do dziwacznych wypieków. Dziwacznych, bo bez mojej ukochanej maki pszennej. Po lekturze książki "Dieta bez pszenicy" dowiedziałam się kilku przykrych faktów o pszenicy, tą samą książkę przeczytało sporo dziewczyn z mojego otoczenia, część przeszła na taką dietę i sobie ją chwali. Ja próbowałam przez 2 tygodnie i nie zauważyłam pozytywnych efektów, na których mi zależało (spadek wagi, lepsze samopoczucie), więc dałam sobie spokój. Są jednak osoby, w przypadku których odstawienie pszenicy ma bardzo pozytywny wpływ na samopoczucie i jakość życia. Takim osobom dedykuję ten bananowy chlebek na mące kokosowej :-)

Jako, że nie jestem ekspertem od wypieków i innych dań bez pszenicy, nie ryzykuję i korzystam z przepisów stworzonych przez osoby, które się na tym znają. Tym razem skorzystałam z przepisu z bloga Comfy Belly, z tą różnicą, że podwoiłam ilość składników, a czas pieczenia zwiększyłam o połowę.

Bananowy chlebek na mące kokosowej

Składniki (na blachę o wymiarach 31,5 x 7,5 x 12,5 cm):
  • 6 dojrzałych bananów (ok. 550-600g po obraniu; jeśli zalegają Wam banany ze zbrązowiałą skórką, będą idealne 
  • 6 jajek
  • 4 łyżki miodu lub syropu klonowego
  • 2 łyżeczki esencji waniliowej
  • ½ szklanki + 4 łyżki mąki kokosowej
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (w oryginale jest soda oczyszczona)
  • ½ łyżeczki soli (w pojedynczej porcji jest ½ łyżeczki, ja dodałam 1 łyżeczkę do podwójnej porcji, ale ciasto wyszło zbyt słonawe, więc uważam, że ½ łyżeczki na podwójną porcję będzie ok.)
Przygotowanie:
  1. Banany obieramy i rozgniatamy na możliwie jak najgładszą masę (można to zrobić np. za pomocą blendera albo widelcem)
  2. Rozgniecione banany mieszamy w jednym naczyniu z jajkami, esencją waniliową i miodem
  3. W drugim naczyniu mieszamy mąkę kokosową, proszek do pieczenia i sól
  4. Łączymy obie mieszaniny do uzyskania gładkiej masy (moja masa wyszła grudkowata, więc zmiksowałam ją za pomocą miksera) i odstawiamy na 5 minut, żeby mąka kokosowa nasiąknęła płynem
  5. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termo obiegu
  6. Formę do pieczenia natłuszczamy i/lub wykładamy papierem do pieczenia
  7. Masę wykładamy do formy, wyrównujemy wierzch i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika (ja przez większość czasu piekłam na półce na poziomie 1/3 wysokości piekarnika, bo mój piekarnik trochę za mocno przypieka od góry; na ostatnie 10 minut pieczenia przeniosłam półkę wyżej, na poziom połowy wysokości piekarnika)
  8. Pieczemy ok. 70-80 minut, do zrumienianie wierzchu i tzw. „suchego patyczka”
  9. Po upieczeni wyjmujemy ciasto z piekarnika i studzimy
  10. Podajemy wystudzone

Mimo tego, że ten chlebek jest smaczny, trudno mi powstrzymać się od stwierdzenia, że chlebek bananowy na mące pszennej, który robiłam jakiś czas temu, był smaczniejszy i miał fajniejszą teksturę.

sobota, 26 października 2013

Świeże figi z kozim twarożkiem, miodem i orzeszkami piniowymi

Proste, acz szykowne. Szybkie w przygotowaniu i naprawdę smaczne. Lekkie i zaspokajające poranny głód (nie na długo, ale jednak). Panowie pewnie by powiedzieli, że przydałby się do tego jakiś chlebek, no i "a gdzie jest mięsko?" pewnie też by się pojawiło, ale mojemu Wybrankowi udało się powstrzymać od takich sugestii. Zjadł i pochwalił, ale muszę przyznać, że nie sprawdzałam, czy po cichu czegoś nie dojadł po figach ;-)

Pomysł powstał przy porannych zakupach w warszawskim Supersamie. "O, są świeże figi" i tak to właśnie się zaczyna...

Świeże figi z kozim twarożkiem, miodem i orzeszkami piniowymi

Składniki (dla 2 osób):
  • 4 świeże figi
  • 4 kopiaste łyżeczki koziego twarożku
  • 2 łyżeczki płynnego miodu
  • garść orzeszków piniowych
  • opcjonalnie: coś zielonego do dekoracji (u mnie mięta)
Przygotowanie:
  1. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza (funkcja grill)
  2. Figi delikatnie myjemy i wysuszamy, obcinamy ogonki i rozkrajamy na ćwiartki, ale nie do końca, i rozkładamy jak kwiaty
  3. Tak przygotowane figi układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i wstawiamy do piekarnika, na środkową półkę
  4. Obok fig rozsypujemy orzeszki piniowe, żeby zrumieniły się podczas, gdy figi będą się podpiekały
  5. Figi podpiekamy w piekarniku wraz z orzeszkami przez 10 minut
  6. Podpieczone figi i orzeszki wyjmujemy z piekarnika
  7. Figi wykładamy na talerze, dekorujemy serkiem kozim, polewamy miodem (1/2 łyżeczki na figę), posypujemy podprażonymi w piekarniku orzeszkami i dekorujemy "czymś zielonym"
Smacznego :-)

 

niedziela, 3 lutego 2013

Cynamonowe drożdżówki a la cinnabon

Cinnabon to marka chyba najbardziej rozpoznawalnych na świecie drożdzówek z cynamonem w kształcie ślimaczków, rodem z USA. W Polsce działa jeden punkt, w którym można ich spróbować, w katowickiej galerii Silesia City Center. Jak dotąd nie miałam okazji ich spróbować, Katowice są mi nie po drodze. Myślę, że Cinnabon prędzej otworzy swój punkt w Warszawie niż ja wybiorę się do Katowic ;) Aczkolwiek nie wiadomo, kiedy to warszawskie otwarcie miałoby nastąpić, bo władze spółki nie wspominały na razie o planach podboju stolicy. Przy okazji otwarcia katowickiego przybytku twierdziły, że rozważają wejście na rynek krakowski lub wrocławski. Na razie, prawie półtora roku po otwarciu punktu w Katowicach, ograniczają się do obecności w tym jednym mieście. Czyżby wyniki biznesowe nie były na tyle satysfakcjoinujące, żeby rozwinąć działalność w innych częściach Polski?

Abstrahując od strategii biznesowej marki Cinnabon, ich kultowe cynamonowe drożdzówki na zdjęciach wyglądają zachęcająco, a że nie zanosi się na to, żebym miała okazję spróbować oryginału, muszę zadowolić się podróbką, własnej roboty. Przygotowując te drożdżówki korzystałam z przepisu Kingi Paruzel, która zajęła II miejsce w pierwszej polskiej edycji konkursu MasterChef i która prowadzi bloga Ale Babka. Z przepisu Kingi przygotowałam ciasto i nadzienie (ale bez orzechów, bo taki miałam kaprys...) , nie robiłam polewy z serka mascarpone, ograniczyłam się do lukru. Polecam, szczególnie do kawy :)

Cynamonowe drożdżówki
[przed upieczeniem]

 
[po upieczeniu i polukrowaniu]
 
Składniki (u mnie 15 drożdzówek o grubości ok 1,5 cm):
 
CIASTO
  • 30g świeżych drożdży (lub 15g suszonych - moja sugestia, Kinga używa świeżych)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 3 szklanki mąki pszennej (u mnie tortowa)
  • 5 łyżek białego cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego lub 1 łyżeczka esencji waniliowej (dodałam od siebie)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko + 1 żółtko (dodałam żółtko od siebie, do zlepienia brzegów ciastowych ślimaczków)
  • 70g masła
NADZIENIE
  • 2 łyżki mielonego cynamonu (u mnie 2 łyżki to było dokładnie 1 cała torebeczka mielonego cynamonu)
  • 75g miękkiego masła
  • 1/2 szklanki brązowego cukru
LUKIER
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 5 łyżeczek zimnej wody
Przygotowanie:
  1. Drożdże kruszymy do miseczki, dodajemy 1 łyżkę białego cukru i rozcieramy do uzyskania masy o konsystencji jogurtu
  2. Lekko podgrzewamy mleko, powinno być ciepłe, nie gorące (ciepłe = jeśli włożycie do mleka palec, powinniście móg trzymać go w mleku przez dłuższą chwilę, bez uczucia parzenia)
  3. Dodajemy 1/2 szklanki ciepłego mleka do mieszanki drożdżowo-cukrowej, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 15 min w ciepłe miejsce, żeby drożdzę "ruszyły"
  4. W międzyczasie rozpuszczamy masło na patelni i zdejmujemy z ognia, żeby nieco ostygło
  5. Przesiewamy do miski mąkę, dodajemy resztę (4 łyżki) cukru, sól i cukier waniliowy (jeśli używamy cukru, jeśli esencji to dodajemy ją później, do jajka)
  6. Gdy drożdże podrosną, dodajemy zaczyn do mąki, a następnie jajko wymieszane z esencją (jeśli używamy esencji) oraz rozpuszczone, resztę mleka (1/4 szklanki) i nieco przestudzone masło
  7. Mieszamy wszystkie składniki, a następnie wyrabiamy ciasto na blacie/stolnicy przez chwilę, do uzyskania elastycznego, odstającego od ręki ciasta
  8. Wyrobione ciasto przekładamy do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na ok. 1 godzinę
  9. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie: wcześniej wyjęte z lodówki, miękkie masło mieszamy z mielonym cynamonem i cukrem
  10. Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski na blat/stolnicę oprószoną mąką, chwilę wyrabiamy, a następnie rozwałkowujemy na czwadratowy placek (u Kingi o boku ok. 30cm, u mnie 50cm)
  11. Na rozwałkowanym cieście rozsmarowuję nadzienie, zostawiając ok. 1/2 cm ciasta bez nadzienia wzdłuż jednego brzegu  - teę wolną od nadzienia przestrzeń smarujemy rozkłóconym żółtkiem
  12. Ciasto zwijamy w roladę, zaczynając od brzegu przeciwległego brzegowi posmarowanemu żółtkiem
  13. Dociskamy lekko brzeg posmarowany żółtkiem do rolady, żeby dobrze się przykleił
  14. Roladę kroimy na plastry (u Kingi o grubości ok. 2 cm, u mnie 1,5 cm) i układamy je przekrojem do dołuy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej tłuszczem
  15. Blachę z surowymi drożdżówkami przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 1 godz. do wyrośnięcia
  16. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  17. Po wyrośnięciu drożdżówek, wstawiamy blachę do piekarnika i pieczemy przez ok. 25-30 min (Kinga piecze ok. 35, ale jej drożdżówki są grubsze)
  18. Gdy drożdżówki się pieką, przygotowujemy lukier: mieszamy cukier puder z wodą do uzyskania gładkiej, lejącej się masy
  19. Po upieczeniu drożdzówek, jeszcze ciepłe smarujemy/polewamy cukrem
Smacznego :)

niedziela, 13 stycznia 2013

Naleśniki po bretońsku

Gryczane naleśniki robiłam kilkakrotnie, zwykle w formie przekąski na imprezy, w połączeniu z serkiem kremowym, wędzonym łososiem i koperkiem. Tym razem zrobiłam je na śniadanie, z serem żółtym, szynką wieprzową i sadzonym jajkiem. A zachęcił mnie do tego przepis znaleziony we wspaniałej książce pt. "Food lovers guide to the world" wydawnictwa Lonely Planet, którą ostatnio nabyłam. Zanim skorzystałam z tego konkretnego przepisu, poszperałam trochę w internecie, znajdując kilka różnych wersji tych naleśników. Podczas, gdy w przepisie z "Food lovers..." na liście składników znajdują się jedynie mąka gryczana, mąka pszenna, jajka, masło, mleko i sól, w innych przepisach pojawiał się również cydr, a zamiast masła - olej. Jak być może się domyślacie, cydru na stanie nie miałam, postanowiłam więc przyrządzić te naleśniki z przepisu z książki.

W Bretanii naleśniki z mąki gryczanej nazywane są galettes (podobnego określenia używa się również w stosunku do rustykalnych tart, czyli takich, które piecze się nie w formie do tarty, ale z zawiniętymi brzegami, jak tu). Podaje się je jako szybką przekąskę z różnymi dodatkami, z serem, szynką, grzybami czy szpinakiem. Poniżej przedstawiam wersję "naleśników po bretońsku" z jajkiem sadzonym, która również często występuje, przynajmniej w internecie ;)

Naleśniki po bretońsku
 [tu naleśnik skąpany w pięknym porannym, styczniowym słońcu :)]

Składniki (na ok. 8 naleśników; poniższa ilość składników to połowa porcji z przepisu z książki):
  • 110g mąki gryczanej*
  • 110g mąki pszennej*
  • 2 jajka
  • 250ml mleka
  • 50g masła
  • 1/2 łyżeczki soli
*przy takich proporcjach - pół na pół - smak mąki gryczanej jest bardzo delikatny i jedynie lekko wyczuwalny; jeśli komuś zależy na bardziej intensywnym smaku gryki, można zwiększyć ilość mąki gryczanej kosztem mąki pszennej

Przygotowanie:
  1. masło roztapiamy na patelni, a następnie zdejmujemy biały "kożuszek"/"piankę" za pomocą łyżki - w ten sposób klarujemy masło
  2. sklarowane masło odstawiamy na bok, aby wystygło
  3. mąki i sól mieszamy i przesiewamy do dużej miski
  4. do mącznej mieszanki wbijamy jajka i stopniowo dodajemy mleko, mieszając trzepaczką (po dodaniu 250ml mleka moje ciasto było nieco za gęste, dodałam więc trochę więcej, jakieś 50ml)
  5. na końcu dodajemy klarowane masło i mieszamy (powinniśmy otrzymać konsystencje ciasta naleśnikowego - zaskoczenie? ;)
  6. rozgrzewamy patelnię, rozprowadzamy na niej porcje ciasta (w oryginalnym przepisie jest 1/2 "cup", czyli 125ml, ale ja nalewałam na patelnię mniej) i smażymy naleśniki - patelnię można wcześniej przetrzeć tłuszczem, ale ja już tego nie robiłam, bo do ciasta naleśnikowego dodałam masło i smażyłam na patelni teflonowej, ryzyko przywierania było więc ograniczone
  7. usmażone naleśniki układamy jeden na drugim na talerzu albo od razu serwujemy
W mojej dzisiejszej konfiguracji ułożyłam na talerzu naleśnik, na nim plaster sera żółtego (u mnie akurat gouda), na nim plasterek szynki, a na szynce usmażone w międzyczasie jajko sadzone (pamiętając o doprawieniu go solą i pieprzem w trakcie smażenia oraz o tym, żeby nie było zbyt duże, bo będzie ciężko zagiąć brzegi naleśnika, jeśli będzie na nie zachodziło usmażone białko - mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi ;)).


Następnie zawinęłam brzegi naleśnika tak, by zachodziły na "nadzienie", tworząc kwadratowy pakunek i przełożyłam całość na patelnię, żeby razem się podgrzało (jak się domyślacie, naleśniki zdążyły już wystygnąć). Podsmażyłam naleśnikowy pakunek przez chwilę na suchej patelni, przełożyłam na talerz i posypałam posiekanym szczypiorkiem. E voila :)

Jeżeli zostaną Wam puste naleśniki, można je dojeść np. z płynnym miodem (najlepiej gryczanym) i ew. serkiem twarogowym na deser po obiedzie lub jako lekką kolację. Dodatek soli w cieśnie nie przeszkadza ;) Lub ze wspomnianym wcześniej serkiem kremowym, wędzonym łososiem i koperkiem.

Smacznego :)