Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryckie inspiracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą celebryckie inspiracje. Pokaż wszystkie posty

sobota, 29 listopada 2014

Sałatka na ciepło, z kaszanką, z przepisu Rachel Khoo

Zwolenników lekkiej kuchni taka sałatka mogłaby wprawić w konsternację. No bo jak to? Sałatka z... kaszanką? Rachel Khoo, córka Austriaczki i Chińczyka, urodzona w Wielkiej Brytanii, dodała do niej jeszcze ziemniaki (które - zakładam - również nie należą do ulubionych składników sałatkożerców) i jabłka (najmniejsze zło). Wyszło z tego ciekawe i smaczne połączenie, a przepis trafił do książki pt. "Mała paryska kuchnia", wydanej w Polsce przez wydawnictwo Albatros. To jest jedna z tych książek kucharskich, które miło się ogląda i z której przepisów po prostu chce się korzystać. Do tej samej kategorii należą też obie wydane w Polsce książki Sophie Dahl (w których oprócz przepisów są też ciepłe historie z życia autorki). No ale miało być o sałatce, nie o książkach :-)

Z zamiarem zrobienia sałatki kaszankowo-ziemniaczano-jabłkowej nosiłam się ponad rok. W końcu, stojąc w długiej kolejce w sklepie mięsnym Befsztyk (w którym mięso jest dobrej jakości i bezglutenowe*), zwróciłam uwagę na kaszankę i stwierdziłam, że albo teraz, albo nigdy ;-) W ten sposób, pod wpływem impulsu, nabyłam kaszankę, sztuk dwie, i popędziłam do domu, żeby - póki impuls trwa - zrobić w końcu tę sałatkę.

Wytyczne z przepisu Rachel Khoo potraktowałam raczej jako ogólne wskazówki, nie usmażyłam ziemniaków i kaszanki na patelni, nie obrobiłam termicznie jabłek. Ale sałatka i tak wyszła smaczna i wyjątkowo sycąca jak na sałatkę. Sami się przekonajcie.

Sałatka z kaszanki, ziemniaków i jabłek

Składniki (dla dwóch osób, do najedzenia się):
- 500g ziemniaków
- 2 tradycyjne kaszanki dobrej jakości (waga po ok 150g każda)
- 2 nieduże jabłka (autorka oryginalnego przepisu poleca Granny Smith i takie właśnie miałam)
- olej do natłuszczenia formy
- świeża mięta lub natka do posypania
- sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:
1. Ziemniaki obieramy i kroimy w niedużą kostkę (większą niż do zupy, ale jednocześnie nie za dużą, żeby pieczenie ziemniaków nie trwało wieki)
2. Niedużą formę do pieczenia (może być naczynie żaroodporne albo blacha, nieduża po to, żeby w piekarniku zmieściły się 2 na raz) natłuszczamy olejem, a następnie układamy na niej ziemniaczane kostki, skrapiamy olejem i oprószamy solą i pieprzem
3. Tak przygotowane ziemniaki wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180-200 stopni Celsjusza i pieczemy do uzyskania złotego koloru i przypieczonej "skórki" (u mnie trwało to ok 30min, ale sporo zależy od wielkości ziemniaczanych kostek i tego, jak "zachowuje się" Wasz piekarnik, więc po prostu obserwujcie)
4. Kaszankę (obraną ze skórki lub nie, ja nie obieram) kroimy w kostkę i rozkładamy na dnie drugiego naczynia żaroodpornego, również natłuszczonego olejem, i wstawiamy do piekarnika (jeżeli kaszanka sama w sobie jest słabo doprawiona, można - po wcześniejszym spróbowaniu - dosolić i dopieprzyć)
5. Kaszankę pieczemy do momentu, aż jej kawałki będą lekko chrupiące (u mnie trwało to jakieś 15min)
6. Jabłka porządnie myjemy, osuszamy i kroimy w kostkę (jeśli ktoś z Was woli bez skórki, spokojnie można obrać)
7. Gdy ziemniaki i kaszanka będą upieczone, wykładamy je na talerz, posypujemy kostkami jabłek i posiekaną miętą lub natką 

Smacznego :-)

*O co chodzi z tym glutenem w mięsie? Mięso z natury glutenu nie zawiera, ale jak dowiedziałam się ostatnio od Wybranka mego, jest składnikiem różnego rodzaju dodatków dodawanych do mięs surowych (głównie paczkowanego mielonego mięsa, ale producenci wielokrotnie udowodnili, że lepiej ich dokładnie sprawdzać niż im ufać) i wędlin. Wybranek dowiedział się o tym od swojej koleżanki pracy, u której synka zdiagnozowano alergię na gluten i która dostała sporo informacji od lekarza, w jakich z pozoru bezglutenowych produktach gluten może się znajdować. A więc: uwaga na mięso i wędliny. Befsztyk potwierdził, że w surowym mięsie, które sprzedają, glutenu nie ma.

czwartek, 9 stycznia 2014

Zupa brokułowa z serem stilton i gruszką z przepisu Gordona Ramsaya

Kolejna propozycja dania z serem stilton, podobnie jak wczorajszy makaron z pieczarkami i stiltonem, również z książki Gordona Ramsaya pt. "Szef kuchni po godzinach". Po przeczytaniu przepisu (strona 32) zastanawiałam się, czy takie połączenie (brokuły, stilton i gruszka) w ogóle ma sens, ale zdjęcie było na tyle kuszące, że podjęłam to ryzyko ;-) W efekcie zrobiłam sobie bardzo smaczną zupę, w której brokuły i ser stilton bardzo dobrze się uzupełniają, podkreślając nawzajem swój smak. Nie byłoby tragedii, gdybym pominęła gruszkę, ale jej dodatek sprawia, że całość ciekawie wygląda, a jej słodycz równoważy nieco raczej ostry smak sera.

Jeśli mogę Wam coś doradzić: gotując tę zupę z mrożonych brokułów, dodajcie na początku nieco mniej bulionu, niż podaje Gordon Ramsay (w oryginale 800ml). A to dlatego, że po dodaniu mrożonych brokułów, które zawierają sporo wody, zamiast krem (jak na zdjęciu z książki) uzyskacie zupę-krem, czyli coś znacznie mniej zawiesistego. Weźcie na początek 600ml bulionu i 2,5 opakowania (zwykle są pakowane po 400g), a po zmiksowaniu zobaczcie, czy ta konsystencja Wam odpowiada, czy chcecie dolać więcej bulionu. Ja dodałam za dużo płynu na początku i nie uzyskałam takiego gęstego kremu. A przez to utonęły mi kawałki sera, którymi posypałam zupę przed podaniem... Kolejną sugestią z mojej strony jest wykorzystanie do tej zupy bulionu warzywnego (Gordon Ramsay proponuje warzywny lub drobiowy), żeby ograniczyć ilość tłuszczu (roztopiony ser wystarczy ;-).

Zupa brokułowa z serem stilton i gruszką
 
Składniki (dla 4 osób):
  • ok. 1kg brokułów (niezbyt łatwo kupić świeże brokuły o tej porze roku, znajoma sprzedawczyni z warzywniaka powiedziała mi, że zamawia tylko kilka sztuk, bo są drogie i nie schodzą; ja zastąpiłam świeże brokuły mrożonymi)
  • 800ml bulionu (drobiowego lub warzywnego; ja z lenistwa wykorzystałam bulion przygotowany na bazie ekologicznych kostek bulionowych)
  • 100g sera stilton
  • 2 twarde, ale dojrzałe gruszki
  • 1 łyżka masła (w oryginale jest 25g)
  • garść (uprażonych lub nie) płatków migdałowych
Przygotowanie:
  1. bulion wlewamy do garnka i zagotowujemy
  2. do gotującego się bulionu wrzucamy mrożone brokuły, czekamy, aż bulion z warzywami znowu zacznie się gotować i gotujemy brokuły przez ok 3min, aż zmiękną, ale zachowają żywy zielony kolor
  3. w międzyczasie myjemy i obieramy gruszki, przekrajamy każdą na pół i usuwamy gniazda nasienne
  4. na patelnię wrzucamy masło, a następnie obsmażamy gruszki ze wszystkich stron, do uzyskania złotego koloru
  5. z nieznanych mi powodów Gordon Ramsay radzi podzielić zupę na dwie części, do każdej z nich dodać po połowie sera i osobno zmiksować je na krem - ja jak czegoś nie rozumiem to tego nie robię ;-) więc dodałam pokruszony ser (ok.1/5 odłożyłam do dekoracji) do bulionu z ugotowanymi brokułami, zamieszałam, żeby się rozpuścił, a następnie całość zblenderowałam ręcznym blenderem
  6. po uzyskaniu gładkiego kremu (lub zupy-krem, jak u mnie ;-), nalewamy zupę do talerzy/miseczek, na środku każdego talerza/miseczki układamy po połówce podsmażonej gruszki, posypujemy pokruszoną resztą sera i płatkami migdałów
Smacznego :-)

środa, 8 stycznia 2014

Makaron z pieczarkami i serem stilton z przepisu Gordona Ramsaya

Robiąc ostatnio zakupy w jednym ze sklepów z sieci Picolla Italia, przyuważyłam, że na stoisku z serami, obok wielu smacznych włoskich serów, pysznił się brytyjski stilton (miękki ser pleśniowy, przypominający nieco roquefort). Nigdy wcześniej nie widziałam w Polsce tego sera (być może źle patrzyłam albo chodzę do niewłaściwych sklepów), ostatni raz jadłam go kilka miesięcy temu po przywiezieniu niedużej ilości z Londynu. Do domu wracałam z Piccola Italia z solidnym kawałkiem sera stilton, mając już w głowie dania, do których ten ser wykorzystam. Przepisy o na te dania dużo wcześniej wyłapałam w książce Gordona Ramsaya pt. "Szef kuchni po godzinach" (wydanej przez wydawnictwo MUZA). To jedna z moich ulubionych książek autorstwa szefów kuchni-celebrytów, pochodzi z niej między innymi makaron z boczkiem i zielonym groszkiem, który należy do mojego osobistego top 5 dań z makaronem.

Przygodę z gotowaniem z wykorzystaniem stiltona rozpoczęłam od przepisu na makaron z pieczarkami i tym serem (strona 53 wspomnianej książki). Gordon Ramsay podaje przepis na tagliatelle, ale ja zmieniłam makaron na fettuccelle n. 13 (makaronowe wstążki o szerokości ok 4mm, długości spaghetti). Wy możecie wybrać taki, jaki lubicie najbardziej lub taki, który akurat macie w domu. Kolejną zmianą, jaką wprowadziłam, było przygotowanie sosu do makaronu z ilości składników dla 6 osób oraz dodanie go do makaronu w ilości odpowiedniej dla 2 osób (250g). Lubię intensywny smak sosu i lubię jak jest go sporo na makaronie. Zmniejszyłam też ilość masła (z 25g do 1 łyżki), a śmietanę wybrałam 12%, bo sam ser jest bardzo tłusty.

Makaron z pieczarkami i serem stilton

Składniki (2 spore porcje dla 2 raczej głodnych osób):
  • 250g niedużych pieczarek
  • 1 łyżka masła (w oryginale: 25g)
  • 100 ml śmietany (Gordon Ramsay podaje, że "gęstej", co oznacza "tłustej", np. 30%)
  • 100g sera stilton (Gordon Ramsay podaje, że można zastąpić stiltona np. roquefortem lub gorgonzolą)
  • garść posiekanej natki (w oryginale: natka i świeże liście oregano, których nie miałam)
  • 250g makaronu (w oryginale: 500g)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. w dużym garnku gotujemy osolona wodę (ja mam 5-litrowy, na tę ilość wody daję 1 łyżkę soli kuchennej)
  2. pieczarki myjemy i/lub obieramy, kroimy na ćwiartki (w oryginale plasterki) i wrzucamy na suchą patelnię, żeby odparowała się woda - gdy woda odparuje, dodajemy masło i podsmażamy do uzyskania lekko złotego koloru grzybów (w oryginale najpierw rozpuszczamy masło na patelni, a potem wrzucamy na nią surowe pieczarki i podsmażamy, ale ja zaczynam od suchej patelni, jak uczyła mnie moja Mama :-)
  3. podsmażone grzyby doprawiamy do smaku solą i pieprzem
  4. do garnka z wodą wrzucamy makaron i gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu
  5. na patelnię, do grzybów, dodajemy śmietanę i mieszamy, zmniejszając ogień
  6. następnie do grzybów i śmietany wkruszamy ser, doprowadzamy do rozpuszczenia (=do uzyskania gładkiego serowo-śmietanowego sosu), dodajemy ok 4/5 posiekanej natki, doprawiamy solą i pieprzem (jeśli trzeba, najpierw spróbujcie) (w oryginale ser i natka są dodawane już po wymieszaniu śmietanowego sosu z grzybami z makaronem, a część sera zostaje zachowana do posypania porcji makaronu na talerzach)
  7. odcedzamy makaron, pozostawiając w garnku ok 4 łyżek wrzącej wody
  8. odcedzony makaron przekładamy z powrotem do garnka z resztką wody, dodajemy sos z patelni i mieszamy
  9. nakładamy na talerze, posypujemy pozostałą natką
  10. podajemy zaraz po przygotowaniu
Smacznego :-)

sobota, 19 października 2013

Złocisty pieczony kurczak z warzywami

Jeszcze kilka lat temu pieczony kurczak często gościł na polskich stołach, będąc tradycyjnym daniem na niedzielny obiad. Wraz z coraz większą dostępnością egzotycznych produktów, rosnącą popularnością programów i blogów kulinarnych popularyzujących dania z różnych zakątków świata oraz coraz większym apetytem naszych rodaków na próbowanie nowych smaków, pieczony kurczak odszedł nieco w zapomnienie. Tak mi się przynajmniej wydaje.

Tymczasem pieczony kurczak to nadal fajny pomysł na rodzinny obiad czy kolację z przyjaciółmi, pieczony w całości czy w porcjach. Zastanawiając się niedawno nad wyborem dania na pożegnalną kolację dla moich przyjaciół, Asi i Bartka, wyruszających w 9-miesięczną podróż dookoła świata, postawiłam właśnie na pieczonego kurczaka. Bo to danie, choć obecne w kuchniach wielu różnych krajów, wydaje mi się... takie polskie :-) Chciałam zaserwować im coś kojarzącego się z domem, rodzimą kuchnią, bo egzotycznych potraw będą mieli w nadchodzących tygodniach i miesiącach pod dostatkiem. Do kurczaka dodałam pieczone ziemniaki i prostą sałatkę z miksu sałat i dressingu na bazie oliwy, płynnego miodu, octu balsamicznego, musztardy Dijon i musztardy francuskiej.

Przepis na pieczonego kurczaka zaczerpnęłam od Jamiego Olivera. Przepis zawiera również wskazówki dot. przygotowania sosu na bazie warzyw, które stanowią "rusztowanie" dla kurczaka w procesie pieczenia. Niemniej jednak ja nie robiłam sosu, warzywa zostały wyjedzone przez gości z naczynia żaroodpornego, w którym piekłam i podałam kurczaka. Furorę zrobił pieczony w łupinkach czosnek, który biesiadnicy rozsmarowywali na chlebie i pałaszowali w ramach "dopychania" się po obiedzie, a przed deserem ;-) Po upieczeniu, czosnek traci ostrość, staje się słodkawy i naprawdę bardzo dobrze nadaje się jako smarowidło do chleba czy dodatek do mięs.

Pieczony kurczak z warzywami

Składniki (dla 4 bardzo głodnych lub 6 nie za bardzo godnych osób ;-):
  • kurczak o wadze ok. 1,6 kg (ja miałam ok 1,5kg kurczaka zagrodowego, którego kupiłam w sklepie Befsztyk.pl)
  • 2 średniej wielkości cebule
  • 2 marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 1 główka czosnku
  • 1 cytryna
  • nieduży pęczek świeżego tymianku
  • oliwa
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. kurczaka wyjmujemy z lodówki ok. 1/2 godziny przed pieczeniem
  2. tego nie ma w przepisie Jamiego, ale kurczaka warto jest umyć pod zimną wodą, a następnie dokładnie osuszyć ręcznikiem papierowym
  3. warzywa myjemy, cebulę i marchew obieramy (Jamie pisze, że nie trzeba,ja obrałam) i wraz z selerem kroimy, niezbyt dokładnie
  4. pokrojone warzywa wrzucamy do formy, w której będzie pieczony kurczak
  5. dodajemy podzielony na ząbki czosnek, ale nie obrany
  6. warzywa i czosnek skrapiamy oliwą, mieszamy i równomiernie rozkładamy na dnie naczynia
  7. kurczaka skrapiamy oliwą, obsypujemy solą i pieprzem i wcieramy oliwę z przyprawami w skórę kurczaka
  8. cytrynę porządnie myjemy, a następnie wkładamy do wrzątku na kilka chwil (Jamie pisze, że wrzątek można zastąpić mikrofalówką, której jestem szczęśliwą nieposiadaczką)
  9. rozgrzaną cytrynę wyjmujemy z wrzątku, nakłuwamy ostrzem noża lub widelcem i razem z tymiankiem upychamy we wnętrzu kurczaka
  10. rozgrzewamy piekarnik do 240 stopni Celsjusza (grzanie od góry i od dołu, u mnie bez termoobiegu)
  11. wypchanego cytryną i tymiankiem oraz natartego oliwą, solą i pieprzem kurczaka układamy na warzywach i wstawiamy do rozgrzanego piekarnika
  12. zaraz po wstawieniu kurczaka, zmniejszamy temperaturę do 200 stopni Celsjusza i pieczemy przez ok. 1h i 20 min
  13. w połowie pieczenia polewamy kurczaka sosem, który z niego wypłynie
  14. jeśli warzywa szybko się spiekają i wyglądają na suche, można podlać je niedużą ilością wody
  15. kurczaka podajemy na ciepło, po upieczeniu, aczkolwiek na zimno, np. jako dodatek do sałatki, też smakuje dobrze
Oprócz wskazówek Jamiego korzystałam również ze wskazówki mojej babci: otóż przez większość czasu piekłam kurczaka piersiami do dołu, a ok 30 min przed końcem pieczenia obróciłam kurczaka, żeby skóra na piersiach się zrumieniła. Dzięki temu zabiegowi piersi są rumiane, ale nie suche.

Smacznego :-)

niedziela, 28 kwietnia 2013

Udka z kurczaka pieczone z rozmarynem i cytryną

Mało pracochłonne danie, które powinno smakować nawet tym, którzy są fanami tradycyjnej kuchni i nie lubią udziwnień. Podpatrzone u Jamiego Olivera, który proponuje całego kurczaka pieczonego z takimi dodatkami. Ja - trochę z lenistwa, a trochę z zapobiegliwości (z udek zostaje mniej niż z całego kurczaka, przyjamniej u mnie) - ograniczyłam się do udek, a dokładnie do całych nóg z kurczaka. Zdarzyło mi się też robić udo i podudzie osobno.

Udka z kurczaka pieczone z rozmarynem i cytryną

Składniki (dla 4 osób):
  • 4 nogi z kurczaka (udo + podudzie, może być w całości lub rozdzielone, jak na powyższym zdjęciu; polecam mięso z kurczaka zagrodowego, które można kupić np. w warszawskim stacjonarnym sklepie mięsnym Befsztyk lub przez internet na Befsztyk.pl)
  • 1 cytryna
  • 1/2 gałązki świeżego rozmarynu do marynaty + 2-3 gałązki do pieczenia
  • 2 małe lub 1 duży ząbek czosnku
  • 2 łyżki oliwy
  • sól i pieprz
Przygotowanie:
  1. Mięso myjemy i osuszamy
  2. Cytrynę parzymy wrzątkiem i kroimy w "ósemki"
  3. Odrywamy igiełki rozmarynu od łodygi (1/2 gałązki) i drobno siekamuy
  4. Czosnek obieramy i drobno siekamy lub miażdżymy w prasce
  5. Posiekany rozmaryn i czosnek łączymy z oliwą - uzyskujemy marynatę
  6. Mięso nacieramy marynatą i wkładamy do naczynia z przykrywką lub do worka ze struną, dorzucamy cząstki cytryny, zamykamy i odstawiamy do lodówki na 2-3h (może być na całą noc)
  7. Po zamarynowaniu kurczaka, gdy przyjdzie czas pieczenia, rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, opcja grzania od góry i od dołu), a mięso wyjmujemy z lodówki ok 30min przed wstawieniem do piekarnika 
  8. Rozkładamy udka na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia lub w naczyniu żaroodpornym wraz z marynatą, oprószamy solą i pieprzem, obkładamy kawałkami cytryny, dokładamy 2-3 gałązki świeżego rozmarunu
  9. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez ok. 1,5h (pod koniec pieczenia, jeśli skórka wydaje się Wam za mało rumiana, można włączyć opcję grill)
  10. Po upieczeniu wykładamy na talerz i serwujemy np. pieczonymi lub gotowanymi ziemniakami oraz z prostą sałatką z miksu sałat i sosu winegret (oliwa, ocet balsamiczny lub winny, 1 ząbek czosnku, sól i pieprz)
Smacznego :)

niedziela, 3 lutego 2013

Cynamonowe drożdżówki a la cinnabon

Cinnabon to marka chyba najbardziej rozpoznawalnych na świecie drożdzówek z cynamonem w kształcie ślimaczków, rodem z USA. W Polsce działa jeden punkt, w którym można ich spróbować, w katowickiej galerii Silesia City Center. Jak dotąd nie miałam okazji ich spróbować, Katowice są mi nie po drodze. Myślę, że Cinnabon prędzej otworzy swój punkt w Warszawie niż ja wybiorę się do Katowic ;) Aczkolwiek nie wiadomo, kiedy to warszawskie otwarcie miałoby nastąpić, bo władze spółki nie wspominały na razie o planach podboju stolicy. Przy okazji otwarcia katowickiego przybytku twierdziły, że rozważają wejście na rynek krakowski lub wrocławski. Na razie, prawie półtora roku po otwarciu punktu w Katowicach, ograniczają się do obecności w tym jednym mieście. Czyżby wyniki biznesowe nie były na tyle satysfakcjoinujące, żeby rozwinąć działalność w innych częściach Polski?

Abstrahując od strategii biznesowej marki Cinnabon, ich kultowe cynamonowe drożdzówki na zdjęciach wyglądają zachęcająco, a że nie zanosi się na to, żebym miała okazję spróbować oryginału, muszę zadowolić się podróbką, własnej roboty. Przygotowując te drożdżówki korzystałam z przepisu Kingi Paruzel, która zajęła II miejsce w pierwszej polskiej edycji konkursu MasterChef i która prowadzi bloga Ale Babka. Z przepisu Kingi przygotowałam ciasto i nadzienie (ale bez orzechów, bo taki miałam kaprys...) , nie robiłam polewy z serka mascarpone, ograniczyłam się do lukru. Polecam, szczególnie do kawy :)

Cynamonowe drożdżówki
[przed upieczeniem]

 
[po upieczeniu i polukrowaniu]
 
Składniki (u mnie 15 drożdzówek o grubości ok 1,5 cm):
 
CIASTO
  • 30g świeżych drożdży (lub 15g suszonych - moja sugestia, Kinga używa świeżych)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 3 szklanki mąki pszennej (u mnie tortowa)
  • 5 łyżek białego cukru
  • 2 łyżeczki cukru waniliowego lub 1 łyżeczka esencji waniliowej (dodałam od siebie)
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko + 1 żółtko (dodałam żółtko od siebie, do zlepienia brzegów ciastowych ślimaczków)
  • 70g masła
NADZIENIE
  • 2 łyżki mielonego cynamonu (u mnie 2 łyżki to było dokładnie 1 cała torebeczka mielonego cynamonu)
  • 75g miękkiego masła
  • 1/2 szklanki brązowego cukru
LUKIER
  • 3/4 szklanki cukru pudru
  • 5 łyżeczek zimnej wody
Przygotowanie:
  1. Drożdże kruszymy do miseczki, dodajemy 1 łyżkę białego cukru i rozcieramy do uzyskania masy o konsystencji jogurtu
  2. Lekko podgrzewamy mleko, powinno być ciepłe, nie gorące (ciepłe = jeśli włożycie do mleka palec, powinniście móg trzymać go w mleku przez dłuższą chwilę, bez uczucia parzenia)
  3. Dodajemy 1/2 szklanki ciepłego mleka do mieszanki drożdżowo-cukrowej, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 15 min w ciepłe miejsce, żeby drożdzę "ruszyły"
  4. W międzyczasie rozpuszczamy masło na patelni i zdejmujemy z ognia, żeby nieco ostygło
  5. Przesiewamy do miski mąkę, dodajemy resztę (4 łyżki) cukru, sól i cukier waniliowy (jeśli używamy cukru, jeśli esencji to dodajemy ją później, do jajka)
  6. Gdy drożdże podrosną, dodajemy zaczyn do mąki, a następnie jajko wymieszane z esencją (jeśli używamy esencji) oraz rozpuszczone, resztę mleka (1/4 szklanki) i nieco przestudzone masło
  7. Mieszamy wszystkie składniki, a następnie wyrabiamy ciasto na blacie/stolnicy przez chwilę, do uzyskania elastycznego, odstającego od ręki ciasta
  8. Wyrobione ciasto przekładamy do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na ok. 1 godzinę
  9. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie: wcześniej wyjęte z lodówki, miękkie masło mieszamy z mielonym cynamonem i cukrem
  10. Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski na blat/stolnicę oprószoną mąką, chwilę wyrabiamy, a następnie rozwałkowujemy na czwadratowy placek (u Kingi o boku ok. 30cm, u mnie 50cm)
  11. Na rozwałkowanym cieście rozsmarowuję nadzienie, zostawiając ok. 1/2 cm ciasta bez nadzienia wzdłuż jednego brzegu  - teę wolną od nadzienia przestrzeń smarujemy rozkłóconym żółtkiem
  12. Ciasto zwijamy w roladę, zaczynając od brzegu przeciwległego brzegowi posmarowanemu żółtkiem
  13. Dociskamy lekko brzeg posmarowany żółtkiem do rolady, żeby dobrze się przykleił
  14. Roladę kroimy na plastry (u Kingi o grubości ok. 2 cm, u mnie 1,5 cm) i układamy je przekrojem do dołuy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej tłuszczem
  15. Blachę z surowymi drożdżówkami przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 1 godz. do wyrośnięcia
  16. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  17. Po wyrośnięciu drożdżówek, wstawiamy blachę do piekarnika i pieczemy przez ok. 25-30 min (Kinga piecze ok. 35, ale jej drożdżówki są grubsze)
  18. Gdy drożdżówki się pieką, przygotowujemy lukier: mieszamy cukier puder z wodą do uzyskania gładkiej, lejącej się masy
  19. Po upieczeniu drożdzówek, jeszcze ciepłe smarujemy/polewamy cukrem
Smacznego :)

niedziela, 17 czerwca 2012

Sałatka z młodych ziemniaków i wędzonego łososia z przepisu Jamiego Olivera

Lubię przepisy Jamiego Olivera - czasami bardzo proste, czasami zaskakujące. To, co jest stałe, to dobry produkt - Jamie zawsze podkreśla, że od dobrego produktu wszystko się zaczyna. Z kiepskiej jakości składników nie wyczarujemy smacznego i cieszącego oko dania, niezależnie od tego, ile pracy w to włożymy. Lubię jego przepisy i podoba mi się jego aktywność społeczna ukierunkowana na promowanie 1) własnoręcznego przygotowywania posiłków w domu, co ma zastąpić żywienie się gotowcami, 2) zdrowego żywienia dzieci, szczególnie w szkołach. Jestem zwolenniczką postulatu, aby ze szkół zniknęły wszelkie automaty z chipsami, słodyczami i słodkimi napojami, podobnie z regałów szkolnych sklepików. Jeśli dzieci nabiorą złych nawyków żywieniowych, mogą mieć problemy w późniejszym wieku. To pokazują doświadczenia z Zachodu. My wcale nie jesteśmy lepsi - dzieci w polskich szkołach wcinają przekąski pełne cukru, ulepszaczy i konserwantów, pracując na nadwagę, choroby układu krążenia i nowotwory w przyszłości... A ich rodzice i opiekunowie się na to godzą...

Ale moim celem w tym wpisie nie było prawienie morałów rodzicom tych dzieci (w końcu co ja mogę wiedzieć o wychowywaniu dzieci, skoro sama ich nie mam). Moim celem było zaprezentowanie przepisu na fajną sałatkę z młodych ziemniaków i wędzonego łososia, który Jamie Oliver umieścił w swojej książce "Jamie Oliver w domu. Przez gotowanie do lepszego życia" oraz na swojej stronie internetowej. Oczywiście trochę ten przepis zmodyfikowałam ;)

Sałatka z młodych ziemniaków i wędzonego łososia z przepisu Jamiego Olivera

Składniki (porcja dla 2 osób):
  • 20 małych młodych ziemniaczków (wielkości orzecha włoskiego)
  • 300g wędzonego łososia (miałam szczęście, moi rodzice dostali od znajomych cały filet świeżego, delikatnie uwędzonego łososia :)
  • 1 średniej wielkości pęczek świeżego koperku
  • 1 mały słoiczek kaparów (polecam kapary i oliwki marki Iposea - moim zdaniem są najlepsze ze wszystkich dostępnych na polskim rynku, a wypróbowałam naprawdę wiele)
  • sok i skórka z 1/2 cytryny (w oryginale jest cała cytryna)
  • 1 łyżka octu z czerwonego wina
  • 2 łyżeczki tartego chrzanu (u mnie ze słoiczka, Jamie poleca świeży korzeń, który należy zetrzeć)
  • 2 łyżki śmietany kremówki (u mnie grecki jogurt; kremówka rzadko gości w mojej kuchni...)
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
Przygotowanie:
  1. ziemniaki strugamy lub obieramy, gotujemy w osolonej wodzie przez 15-20min, do miękkości
  2. w międzyczasie ścieramy skórkę z cytryny do miski, wyciskamy sok, dodajemy 1 łyżkę octu i 3 łyżki oliwy z oliwek, mieszamy
  3. kapary płuczemy pod bieżącą wodą, odsączamy i dorzucamy do miski, mieszamy
  4. koperek myjemy, drobno siekamy, 3/4 dorzucamy do miski, mieszamy
  5. ugotowane ziemniaki odsączamy i ciepłe wrzucamy do miski z sosem, kaparami i koperkiem, mieszamy i odstawiamy do wystygnięcia
  6. śmietanę (lub jogurt) mieszamy z tartym chrzanem, doprawiamy solą i pieprzem
  7. na talerzach rozkładamy plasterki łososia, na łososiu rozkładamy ziemniaczki oraz sos z kaparami
  8. robimy kleksy z chrzanowej śmietany, doprawiamy świeżo zmielonym pieprzem i posypujemy resztką koperku
Połączenie łososia z ziemniakami i chrzanem może wydawać się ryzykowne, ale będziecie mile zaskoczeni efektem - polecam :)

sobota, 16 czerwca 2012

Moja sałatka "forever summer", z polskim camembertem i winogronami

Staram się jeść sezonowe produkty. Był sezon na szparagi - często sięgałam po szparagi (choć na blogu tego nie widać, bo nie wystarczało mi samozaparcia, żeby zrobić zdjęcia szparagowym daniom przed ich zjedzeniem, a potem jeść je na zimno...). Jest sezon na truskawki - zajadam się truskawkami (głównie w najprostszej formie, czyli świeże truskawki bez dodatków, umyte...lub nie; podobno z piaskiem smakują lepiej ;). Mają tę zaletę, że są niskokaloryczne i mają dużą zawartość wody - można je więc jeść prawie bezkarnie. Właśnie zaczyna się sezon na czereśnie, które obok moreli są moimi ulubionymi owocami - czereśniom również nie odpuszczę (dziś lub jutro mam np. plan upieczenia sernika z czereśniami, jest super, czereśnie nadają serowi fajnego aromatu, a ich kolor ładnie komponuje się z bielą sera :).

Niemniej jednak przy całej tej letniej obfitości sezonowych owoców mam czasami ochotę na odstępstwo od zasady jedzenia sezonowych produktów i sięgam po składniki, które albo są dostępne przez cały rok, albo sezon na nie przypada w zupełnie innej części roku niż ta, którą akurat mamy. Tym razem padło na składniki dostępne przez cały rok - polski ser camembert z mleka krowiego, różowe winogrona, sałata, orzechy włoskie, sok z cytryny i oliwę. Z tych składników o różnych porach roku przygotowuję sałatkę, która sprawia, że myślami przenoszę się do lata. Stąd taka robocza nazwa "forever summer", jak seria przepisów zaprezentowanych przez Nigellę Lawson w jednej z jej książek.

Moja sałatka "forever summer"

Składniki (na porcję dla 1 osoby):
  • 1/2 małego polskiego sera camembert z mleka krowiego (prawdziwe francuskie sery camembert też się nadają, ale mi ta sałatka zdecydowanie bardziej smakuje z polskim; mały camembert = ok. 120g)
  • 10 owoców różowego winogrona (alternatywnie można użyć białego winogrona; odmiana rodzynkowa też będzie ok)
  • 1 duża garść sałaty (może być miks sałat)
  • 2 łyżki orzechów włoskich
  • sok z 1/2 niedużej cytryny
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
Przygotowanie:
  1. na talerzu rozsypujemy sałatę, skrapiamy są sokiem z cytryny i 1 łyżką oliwy, mieszamy
  2. owoce winogrona przekrajamy na pół i układamy na doprawionej sokiem i oliwą sałacie
  3. ser kroimy w dowolne kawałki i rozkładamy na sałacie i winogronach
  4. całość posypujemy pokruszonymi orzechami i polewamy drugą łyżką oliwy
Smacznego :)

czwartek, 29 grudnia 2011

Rozgrzewająca zupa jarzynowa Justyny z imbirową nutką

Justyna to osoba, z którą w liceum przesiedziałam w jednej ławce 4 lata. Stosując zasadę "co dwie głowy to nie jedna" przeszłyśmy przez te lata "ramię w ramię", tworząc całkiem udany tandem :) Przyjaźń przetrwała, mimo 5-letniej rozłąki, podczas której Justyna studiowała na jednym z najstarszych uniwersytetów w Europie. Teraz obie mieszkamy i pracujemy w Warszawie i co jakiś czas spotykamy się w towarzystwie Elizy, która chodziła z nami do tej samej klasy, pracowała z Justyną w tej samej firmie i od liceum jest moją najlepszą przyjaciółką.

Naszym spotkaniom zawsze towarzyszy coś do jedzenia i coś do picia. Z zadowoleniem obserwowałam kulinarną ewolucję Justyny, która jeszcze 2-3 lata temu niezbyt garnęła się do gotowania. Aż tu nagle, po przeprowadzce do własnego mieszkania wyposażonego w działającą kuchenkę z piekarnikiem (czego w wynajmowanych mieszkaniach niestety często brakuje), zaczęła gotować. Nieskromnie przyznam, że miałam w tym swój udział, bo regularnie namawiałam ją do gotowania, a żeby jeszcze bardziej ją zdopingować, sprezentowałam jej książkę Jamiego Olivera o wiele znaczącym w tej sytuacji tytule "Każdy może gotować". Jakiś czas temu pisałam o wspólnym pieczeniu tarty z brokułami i pieczarkami podczas jednego z naszych spotkań. I co się okazało? Justyna złapała bakcyla! :) Gdy widziałyśmy się kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, wyznała mi i Elizie, że już kilka razy robiła tartę z tamtego przepisu, a poza tym zaczęła wypróbowywać przepisy z książki, którą ode mnie dostała. Udało się :)

Właśnie podczas tego przedświątecznego spotkania Justyna zaserwowała nam pyszną zupę, przygotowaną zgodnie z jednym z przepisów Jamiego Olivera z tej książki. W oryginale zupa nazywa się po prostu "zupa z soczewicą i szpinakiem", a przepis na nią można znaleźć na stronie 137 tej książki. Dla mnie jednak już zawsze będzie to "zupa Justyny", której dziękuję za przygotowanie tej zupy tamtego wieczoru oraz wyrozumiałość wobec mojego apetytu, którego nie udało mi się poskromić (była grana dokładka; do tej pory zastanawiam się, czy nie wyjadłam całej zupy, która była przeznaczona nie tylko dla nas trzech, ale także dla Wybranka Justyny...).

"Zupa Justyny" to połączenie tradycyjnych i nieco mniej tradycyjnych (jak na polskie zwyczaje kulinarne) składników. Znajdziecie w niej czerwoną soczewicę, pomidory, czosnek, cebulę i szpinak, ale także seler naciowy, chili i świeży imbir. Idealna mieszanka na zimne wieczory - syci i rozgrzewa. Dla mnie była też miłą odmianą po świątecznym obżarstwie ;) Gorąco polecam :)

Zupa Justyny


Składniki (na 6-8 porcji, jak podaje Jamie Oliver):
  • 2 marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 10 pomidorków koktajlowych (ja miałam 3 nieduże tradycyjne pomidory)
  • 2 średnie cebule (u mnie 1 większa)
  • 2 ząbki czosnku
  • 300g czerwonej soczewicy (u mnie 250g, bo kupiłam 500-gramowe opakowanie i chciałam, żeby wystarczyło mi na 2 razy ;)
  • 200g szpinaku
  • 2 kostki bulionowe (u mnie warzywna, ekologiczna, nabyta w sklepie z ekologiczną żywnością)
  • kawałek świeżego imbiru wielkości kciuka (można dodać mniej - przy dodaniu takiej ilości jak w przepisie, imbir jest mocno wyczuwalny w zupie)
  • 0,5-1 papryczka chili (ja dodałam całą jedną papryczkę, bez pestek - sprawiło to, że zupa była lekko pikantna, ale nie za bardzo czyli tak, jak łagodna zupa w tajskiej restauracji ;)
  • opcjonalnie: po kopiastej łyżce jogurtu natutalnego na każdą porcję
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. marchew obrać i posiekać w talarki
  2. cebulę obrać i drobno posiekać (żeby w zupie nie pływały duże kawałki)
  3. czosnek obrać i pokroić w cienkie plasterki
  4. łodygi selera pokroić w "plasterki"
  5. na dno garnka wlać 2 łyżki oliwy, rozgrzać
  6. na rozgrzaną oliwę wrzucić pokrojone dotychczas warzywa - smażyć pod przykryciem przez ok 10 min
  7. w międzyczasie sparzyć pomidory wrzątkiem i obrać ze skórki (tego nie ma w oryginalnym przepisie, ale dobrze jest to zrobić, żeby skórki nie pływały luzem w zupie i żeby któraś z nich przypadkiem nie przykleiła się komuś do podniebienia ;)
  8. pomidory pokroić (jeśli mamy koktajlowe - na pół, jeśli zwykłe - na ósemki, a każdą ósemkę na 2-3 części)
  9. imbir obrać i pokroić w cienkie plasterki
  10. chili pozbawić pestek, drobno pokroić
  11. kostki bulionowe zalać 1,8l wrzącej wody i przygotować bulion
  12. wrzucić warzywa do garnka (pomidory, chili, imbir i soczewicę), zalać bulionem, gotować 10 minut
  13. tuż przed podaniem dodać świeży szpinak i zamieszać (Jamie podaje, że powinno się dodać szpinak 30s przed końcem gotowania)
  14. doprawić do smaku solą i pieprzem
  15. po przełożeniu zupy do naczyń, w których będzie serwowna, na wierzchu każdej porcji można zrobić jogurtowy kleks (jogurt nieco łagodzi smak)
Smacznego :)

P.S. Dodatkowa uwaga [31.12.2011]: zupę ugotowałam 2 dni temu wieczorem, był cały gar, więc jadłam sobie ją stopniowo, w sumie wyszły 4 porcje (a nie 6-8 ;) i muszę przyznać, że zupa była najlepsza tuż po jej ugotowaniu, raczej nie nadaje się do dłuższego przechowywania i wielokrotnego odgrzewania, bo staje się mdła, o czym przekonałam się dziś, jedząc ugotowaną w czwartek wieczorem zupę na lunch...

poniedziałek, 24 października 2011

Krówka lubi pływać, czyli boeuf bourgignon

Boeuf bourgignon czyli wołowina po burgundzku to jedno z najlepszych dań, jakie kiedykolwiek przygotowałam. Koncept jest prosty: bierzemy wołowinę i dusimy ją w czerwonym winie. To dowód na to, że nie tylko rybka, ale także krówka lubi pływać ;)

Nie miałam pojęcia o istnieniu tego dania, dopóki nie obejrzałam filmu "Julie & Julia", w którym główna bohaterka gotuje to danie jako danie popisowe, na ważną kolację, wspominając, jak na podobnie ważną okazję gotowała je jej matka. Od tego filmu zaczęło się moje zainteresowanie Julią Child i jej twórczością oraz tym daniem.

Julia Child była Amerykanką, która postawiła sobie za cel promowanie francuskiej sztuki kulinarnej wśród Amerykanów. Sama poznała jej tajniki w słynnej szkole kucharskiej Cordon Bleu, podczas pobytu w Paryżu na placówce (jej mąż, Paul Child, był dyplomatą). Pewnego dnia po prostu zrozumiała, że jej ulubionym zajęciem jest... jedzenie i to właśnie przygotowywaniu jedzenia poświęciła się bez reszty. Wraz z dwiema poznanymi w Paryżu Francuzkami napisała biblię francuskiej kuchni dla Amerykanów ("Mastering the Art of French Cooking"), w której wyjawia tajniki tej kuchni, począwszy od prezentacji składników i narzędzi, skończywszy na skomplikowanych i pracochłonnych przepisach. Kilka lat później wystąpiła w pierwszym programie kulinarnym w historii amerykańskiej telewizji. Choć umarła kilka lat temu (w wieku ponad 90 lat, których dożyła mimo wyznawania teorii "nigdy zbyt wiele masła"), nadal pozostaje ikoną amerykańskiej popkultury kulinarnej. Niektóre odcinki tego programu ("The French Chef") można zobaczyć na You Tube.

Boeuf bourgignon jest jednym z klasyków, których przygotowanie Julia Child opisała w "Mastering the Art of French Cooking". Przepis nie wygląda ani na prosty, ani na szybki. Szybki rzeczywiście nie jest, ale nie można nazwać go bardzo skomplikowanym. Za to efekt jest...fantastyczny :) Potwierdzą to - mam nadzieję - moi sobotni goście - A. (Muffinowy Demiurg) i jej Narzeczony, B. (salserka), M. (ta od dżemu kokosowego :) i mój Wybranek, który dzielnie pomagał w przygotowaniach.

Boeuf bourgignon (wołowina po burgundzku)

Składniki (dla 6 osób):
  • 1,5 kg udźca wołowego (lub innego, niezbyt tłustego mięsa wołowego)
  • 200g boczku (najlepiej lardona)
  • 2 nieduże marchewki
  • 1 duża cebula
  • butelka czerwonego wytrawnego wina (najlepiej z Burgundii)
  • 0,5l bulionu wołowego (może być z kostki)
  • 1 liść laurowy
  • 2 ząbki czosnku
  • garść świeżego tymianku (lub 1 łyżka suszonego)
  • 1 łyżka koncentratu pomidorowego
  • 2 łyżki mąki
  • 0,5 kg pieczarek
  • sól, pieprz
  • oliwa do smażenia mięsa
  • masło i oliwa do smażenia pieczarek
Przygotowanie:
[przepis jest wzorowany na przepisie Julii Child z książki "Mastering the Arty of French Cooking"]
  1. opłukać udziec pod zimną wodą, wytrzeć do sucha (zgodnie ze wskazówką Julii Child, jeśli nie osuszymy mięsa dokładnie, nie zrumieni się podczas smażenia)
  2. mięso oczyścić z niechcianych elementów i pokroić w niedużą kostkę (o boku ok. 1-1,5 cm)
  3. rozgrzać oliwę na patelni (teflonowej) i smażyć mięso partiami, przez kilka minut, do zrumienienia - smażenie partiami jest ważne, jeśli kawałki mięsa będą zbyt stłoczone na patelni, zaczną dusić się we własnym sosie, zamiast się usmażyć
  4. w międzyczasie gotujemy wodę (1 l wystarczy), wlewamy ją do garnka i na bulgocącą wodę wrzucamy boczek (lardon można kupić np. w Almie, już pokrojony w słupki - jeśli nie uda się Wam kupić już pokrojonego, pokrójcie go w słupki przed obgotowywaniem) i obgotowywujemy przez 2-3 min
  5. po obgotowaniu odcedzamy boczek i osuszamy
  6. w międzyczasie myjemy i obieramy marchew, kroimy w niezbyt duże plastry
  7. obieramy cebulę, siekamy w kostkę
  8. na tę samą patelnię, na której smażyliśmy mięso, wrzucamy boczek, żeby wytopić z niego tłuszcz - chwilę podsmażamy (ok. 3 min)
  9. wołowinę oraz boczek (bez tłuszczu, który się z niego wytopił) wkładamy do naczynia żaroodpornego, w którym będziemy zapiekać gulasz
  10. na tłuszczu wytopionym z boczku podsmażamy cebulę i marchew, do zrumienienia cebuli
  11. podsmażone warzywa przekładamy do naczynia żaroodpornego, mieszamy z mięsem i boczkiem (tłuszcz, na którym smażyliśmy warzywa, wylewamy; nie dodajemy go do naczynia żaroodpornego)
  12. nagrzewamy piekarnik do 240 stopni Celsjusza, z termoobiegiem
  13. doprawiamy solą i pieprzem składniki znajdujące się w naczyniu żaroodpornym (nie dodajemy zbyt dużo przypraw, lepiej później doprawić, niż przedobrzyć na tym etapie) oraz posypujemy 1 łyżką mąki (równomiernie), przykrywamy pokrywą i wstrząsamy
  14. zdejmujemy pokrywę z naczynia żaroodpornego i wstawiamy je na 4 min do piekarnika
  15. po 4 min wyjmujemy, posypujemy składniki drugą łyżką mąki, przykrywamy naczynie pokrywką i wstrząsamy, a następnie ponownie wstawiamy do piekarnika, również na 4 min
  16. po upływie drugich 4 min wlewamy do naczynia żaroodpornego 3-4 filiżanki czerwonego wina (pozostałe w butelce wino pijemy do gotowej potrawy :) oraz uzupełniamy bulionem tak, by płyn przykrywał mięso
  17. do zalanego winem i bulionem mięsa dodajemy 1 rozkruszony liść laurowy, 2 ząbki czosnku (przepuszczone przez praskę do czosnku lub drobno posiekane), garść drobno posiekanego świeżego tymianku (lub 1 łyżkę suchego) oraz 1 łyżkę przecieru pomidorowego, mieszamy
  18. zmniejszamy temperaturę piekarnika do 200 stopni (z termoobiegiem), wstawiamy naczynie żaroodporne i pieczemy ok. 2,5h (po każdych 30 min otwieramy piekarnik, odkrywamy naczynie żaroodporne i mieszamy jego zawartość) UWAGA: czas pieczenia zależy od jakości mięsa; jeśli jest dobrej jakości 2-2,5h wystarczą; jeżeli jest słabszej jakości, a więc twardsze, konieczne może okazać się dłuższe pieczenie - trzeba na bieżąco sprawdzać, czy mięso jest już wystarczająco miękkie
  19. myjemy lub obieramy pieczarki, kroimy w ćwiartki podsmażamy partiami na maśle z odrobiną oliwy (partiami, bo - jak tłumaczyła Julia Child - stłoczone na patelni pieczarki nie usmażą się, a jedynie uduszą się w sosie własnym, tracąc jędrność)
  20. gdy mięso jest już wystarczająco miękkie, dodajemy usmażone pieczarki i mieszamy wszystko razem i serwujemy :)
Instruktaż z przygotowania tego dania według oryginalnego przepisu pani Child można znaleźć tutaj. Ja nie trzymam się tego przepisu w 100% - np. nie doprowadzam mięsa zalanego winem i bulionem do wrzenia "na ogniu" przed wstawieniem naczynia do piekarnika, z tego prostego powodu, że nie mam naczynia żaroodpornego, które nadaje się do gotowania "na ogniu" i do zapiekania w piekarniku. Nie dodaję też małych cebulek do gulaszu razem z pieczarkami.

Na stole obok boeuf bourgignon obowiązkowo musi pojawić się pieczywo (białe!) do wymuskania sosu :) Danie to można podawać właśnie z pieczywem (najlepiej z bagietką :) lub np. z ziemniakami (taka jest sugestia Julii Child). Ja zaserwowałam je z ziemniakami doprawionymi ziołami prowansalskimi i upieczonymi w piekarniku. Do tego mix sałat z dressingiem z oliwy, musztardy Dijon, białego octu winnego, soli i pieprzu.

Ziemniaki pieczone z ziołami prowansalskimi
[M. zapragnęła zaistnieć na blogu w formie wizualnej, w związku z tym wetknęła palec w kadr ;)]

Składniki (dla 6 osób):
  • 1kg ziemniaków (najlepiej kupić w warzywniaku lub na bazarku, prosząc o takie, które będą dobre do pieczenia, żeby się nie rozpadały)
  • oliwa z oliwek (3-4 łyżki)
  • zioła prowansalskie (ok. 2 łyżek)
  • sól i pieprz (ilość wedle uznania)
Przygotowanie:
  1. ziemniaki dobrze umyć w ciepłej wodzie (np. za pomocą takiej myjki jak do mycia naczyń), nie obierać
  2. nastawić piekarnik na 180 stopni Celsjusza
  3. ziemniaki pokroić w plasterki (o grubości max 0,5cm)
  4. pokrojone ziemniaki wrzucić do prostokątnego lub kwadratowego naczynia żaroodpornego (o dużej powierzchni dna, bez przykrywki
  5. ziemniaki polać oliwą, posypać ziołami prowansalskimi, solą i pieprzem, wszystko dobrze wymieszać, nacierając plasterki ziemniaków oliwą i przyprawami
  6. piec 40-45 min w piekarniku
  7. w trakcie pieczenia przemieszać ziemniaki 2-3 razy, żeby równomiernie się przyrumieniły
Całość najwyraźniej smakowała moim gościom, bo były grane dokładki i komplementy (dla wołowiny, oczywiście :). Najlepszym komplementem było jednak to, że w pewnym momencie zaczęli zachowywać się jak węże po konsumpcji, tj. walnęli się na fotelach, oddając się trawieniu ;) Pomysłodawczynią określenie "jak węże po konsumpcji" jest moja siostra cioteczna, która na imprezach rodzinnych najpierw oddaje się (nadmiernej) konsumpcji, a następnie cichutko wymyka się do innego pomieszczenia, owija się kocem, układa się na łóżku/sofie/kanapie w pozycji embrionalnej i zapada w trawienny sen ;) Zawsze nam mówi, że jest jak wąż, który połknął królika i potem przez kilka tygodni go trawi. I musi mieć spokój :)

Węży nie polecam, ale wołowinę duszoną w czerwonym winie jak najbardziej :) Bon appetit! :)

piątek, 23 września 2011

Comfort food 2: makaronowy poprawiacz nastroju :)

Tym razem odc. 2 z serii comfort food (jedzenie na pocieszenie). Poprzednim razem pocieszać musiałam samą siebie, dziś pocieszenia potrzebował Wybranek, po ciężkim dniu w pracy. "Zjadłbym coś dobrego i napiłbym się wina", rzekł. Rozważaniom poddano gotowanie w domowym zaciszu lub wyjście "gdzieś". Gyby na Starym Mokotowie była jakaś przyzwoita pizzeria (mam wrażenie, że nie ma, ale jeśli jestem w błędzie, będę wdzięczna za wyprowadzenie mnie z tego błędu ;), pewnie stanęłoby na posiłku "na mieście" (bo pizza to dobro pierwszego wyboru, jeśli chodzi o comfort food nabywany poza domem), ale w związku z tym, że w okolicy jest tylko przybytek serwujący najbardziej tuczącą pizzę na świecie (aż tak zdesperowani nie byliśmy, żeby tam iść ;), podjęto decyzję o pozostaniu w domu. Nie upiekliśmy pizzy (to jednak wymaga trochę pracy...), ale zrobiliśmy inne danie, które spełniło zadanie na ten wieczór (poprawa humoru :).

W TOP10 ulubionych potraw Wybranka jest takie jedno danie, które gotujemy dość często. Z przepisu Gordona Ramsaya, który odkryliśmy jakiś rok temu: farfalle z boczkiem i groszkiem. I to ono stało się atrakcją dzisiejszego wieczoru. Proste składniki, prosty przepis, szybkie wykonanie. Czego chcieć więcej, jeśli humor nie dopisuje, a zmęczenie zniechęca do bardziej praco- czy czasochłonnych kuchennych operacji? Do tego czerwone wytrawne wino z Bordeaux (a dokładnie Haut-Médoc) i jedziemy z tym pocieszaniem :)

Makaron farfalle z boczkiem i zielonym groszkiem
(inspirowany przepisem z książki Gordona Ramsaya pt. "Szef kuchni po godzinach")


Składniki (porcja dla 2 osób):
  • 4 garści makaronu farfalle
  • 1/2 opakowania mrożonego groszku
  • 20 dag boczku (może być wędzony w plasterkach albo lardon)
  • 100ml śmietany (12% lub 18%)
  • 1/2 krzaczka świeżej szałwi
  • 4 gałązki natki pietruszki
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 łyżki startego parmezanu + trochę do posypania gotowego dania na talerzu
  • świeżo zmielony pieprz
  • 1 łyżka soli
Przygotowanie:
  1. nastawić wodę na makaron, osolić 1 łużką soli na ok 3l wody
  2. boczek pokroić w kostkę i podsmażyć bez tłuszczu (na suchej patelni, wystarczy tłuszcz, który wytopi się z boczku)
  3. mrożony groszek przesypać do miseczki (lub innego naczynia), zalać wrzątkiem - jak woda całkowicie ostygnie, odcedzić (ew. można też przez chwilę zblanszować w gotującego się w garnku wodzie)
  4. drobno posiekać czosnek i dorzucić na patelnię do boczku
  5. wrzucić makaron do gotującej się wody i gotować zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu
  6. na patelnię dodać śmietanę i  (odsączony z wody) rozmrożony groszek
  7. drobno posiekać szałwię i natkę, dorzucić na patelnię, wymieszać
  8. dodać 2 łyżki startego parmezanu, ponownie wymieszać
  9. sos doprawić pieprzem do smaku
  10. do sosu wrzucić makaron, dobrze wymieszać (tak, aby sos oblepił kokardki)
  11. na talerzu można dodatkowo posypać makaron świeżo startym parmezanem
Smacznego :)

sobota, 6 sierpnia 2011

Arbuz w nowej odsłonie

Arbuz to arbuz, słodki owoc, przy konsumpcji którego łatwo się pobrudzić ;) Lubię, owszem, ale nie jem zbyt często, głównie dlatego, że trudno kupić go w mniejszych ilościach (nie cały czy pół, ale np. 1/8). Kupowanie całego czy połowy dla 1 osoby jest bez sensu, nie przejem.

2-3 lata temu, chyba w TVN Style, widziałam serię programów kulinarnych "Forever summer" z Nigellą Lawson. W jednym z odcinków prezentowała przepis na sałatkę z arbuza...z fetą i oliwkami :) Już wtedy miałam ochotę wypróbować ten przepis, ale jakoś nie wyszło... Dopiero wczoraj, gdy w osiedlowym sklepiku spożywczym zobaczyłam arbuza sprzedawanego na "ośemki", przypomniałam sobie o tym przepisie. Dziś dokupiłam ser feta, oliwki, czerwoną cebulę i zioła, no i zrealizowałam zachciankę sprzed 2-3 lat :) Przepis znajduje się w książce autorstwa Nigelli pt. "Lato w kuchni przez okrągły rok" i to właśnie z niego korzystałam. Po konsumpcji muszę przyznać, że to fajny pomysł na letni lunch lub kolację - sałatka jest lekka i sycąca, a słodki arbuz rzeczywiście fajnie komponuje się ze słoną fetą i ostrą cebulą. A dzięki słodyczy arbuza po posiłu nie mam parcia na deser ;)

Sałatka z arbuza z fetą i oliwkami



Składniki (dla 1 osoby)
1/8 niezbyt dużego arbuza (u mnie ok 0,6 kg ze skórką)
1/2 kostki (= 100g) sera feta (jeśli mogę coś zasugerować - kupcie ser z importu; niestety wyroby fetopodobne dostępne w Polsce, a szczególnie wyroby marki Arla, przypominają grecką fetę tylko kolorem...)
15 czarnych oliwek
1/2 małej czerwonej cebuli
2-3 gałązki świeżej mięty
2-3 gałązki natki pietruszki
2 łyżki oliwy z oliwek
sok z 1/4 cytryny (w oryginale jest limonka)
świeżo zmielony czarny pieprz

Przygotowanie:
1. arbuza okroić ze skórki, miąsz pokroić na nieduże sześciany
2. fetę pokroić na nieduże sześciany
3. oliwki odsączyć z zalewy
4. cebulę obrać i pokroić w cienkie półplasterki
5. zioła posiekać
6. wszystkie składniki włożyć do jednej miski, dodać sok z cytryny, oliwę, pieprz - delikatnie wymieszać (najlepiej rękami)
7. zjeść :)