Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrawne wypieki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wytrawne wypieki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 3 stycznia 2021

Pieczone pierogi a la empanady

Jak co roku Sylwestra spędziłam w domu, robiąc "kluchy". W 2020 przynajmniej nie musieliśmy z Wybrankiem tłumaczyć się, dlaczego jako stosunkowo młodzi ludzie nie idziemy na żadną imprezę, tylko siedzimy we dwoje w domu. Naszym sylwestrowym domówkom towarzyszą zawsze transmisje z plenerowych imprez organizowanych przez różne stacje telewizyjne, których śledzenie umożliwia nam nadrabianie całorocznych zaległości w dziedzinie muzyki popularnej. Nieco obawialiśmy się, że w tym roku tego ważnego elementu oczekiwania na nadejście Nowego Roku może zabraknąć. Zakładaliśmy bowiem, że skoro obowiązuje pandemiczny zakaz zgromadzeń, żadna tego typu impreza się nie odbędzie. Życie pokazało, że mało je znamy i impreza się odbyła, a zorganizowała ją stacja telewizyjna kontrolowana przez rząd, który sam te restrykcje nałożył. Cóż. 

"Kluchy" to bardzo szeroka kategoria, do której należą różnego rodzaju potrawy mączne typu kluski czy pierogi. Tym razem Wybranek zarządził empanady, a ja nie oponowałam. Wybranek zawsze gruntownie się przygotowuje do nowych przedsięwzięć (nigdy wcześniej empanad nie robiliśmy), nie inaczej było tym razem. Ja natomiast mam tendencję do korzystania z wiedzy, którą mam pod ręką i bardzo rzadko robię tzw. "research". Nie inaczej było tym razem ;-) Uzbrojeni w wiedzę pochodzącą z pogłębionej analizy źródeł internetowych (Wybranek) i podręczną (ja), ustaliliśmy, że robimy empanady z przepisu na Empanadas del Chucao, pochodzącego z książki pt. "Ameryka", którą napisali Monika Mądra-Pawlak i Jan Pawlak, podróżnicy i właściciele kultowej poznańskiej knajpki Cafe La Ruina i Raj.

Empanady to pieczone lub smażone pierogi, popularne w krajach Europy Południowej, Ameryki Łacińskiej i (jak twierdzi Wikipedia) na Filipinach. Nazwa pochodzi podobno od hiszpańskiego słowa "empanar", które ma oznaczać "otoczony chlebem" :-)

Przepis ten dotyczy empanad z warzywnym nadzieniem i smażonych w głębokim tłuszczu. My swoje pieczone pierogi nadzialiśmy dwoma rodzajami farszu, który powstał "na freestyle'u": wegetariańskim na bazie czerwonej fasoli oraz mięsnym z mieloną wołowiną. Nasze empanady upiekliśmy w piekarniku, dopierając czas i temperaturę pieczenia na oko. Tym razem życie pokazało, że gromadzone latami kuchenne doświadczenie na coś się przydaje, bo to "na oko" się sprawdziło - wyszły nam bardzo przyjemne pierogi, które na pewno jeszcze kiedyś zrobimy, np. na jakieś spotkanie z rodziną czy przyjaciółmi, jak już będzie to legalne (w przeciwieństwie do telewizji publicznej staramy się stosować zasady bezpieczeństwa w zakresie zgromadzeń). Nasze pierogi zaserwowaliśmy z klasycznym guacamole oraz z salsą pomidorową (1 duży pomidor pokrojony w bardzo drobną kostkę, wymieszany z również bardzo drobno posiekaną małą szalotką, świeżą kolendrą, oliwą, solą, pieprzem i odrobiną sosu sriracha). Największym wyzwaniem było wałkowanie ciasta, które było dość twarde. Na szczęście przypomniałam sobie o przystawce do robienia makaronu do Kitchen Aid'a, którą dostałam jakiś czas temu od Mamy i wydobyłam ją z odmętów mojej kuchni. Okazała się bardzo przydatna :-) (dziękuję Mamo :-)

Im jestem starsza, tym jestem ostrożniejsza z "wkładaniem do szufladek", także w kuchni. Jeśli w jakimś oryginalnym przepisie wprowadzam zmiany, wolę dodać "a la" lub "w stylu" niż prezentować jakieś danie jako zgodne z oryginałem. A więc nasze pieczone pierogi nazywam "a la empanady", aby uniknąć ryzyka ataku ze strony empanadowych purystów. "Dodaj jeszcze milion disclaimerów", skomentował Wybranek :-)

Pieczone pierogi a la empanady













Składniki (na 24 sztuki):

CIASTO

  • 500g mąki pszennej (w oryginalnym przepisie jest mąka typu 450 lub 500, u mnie była poznańska typu 500)
  • 200-220 ml letniej wody
  • 80 ml oleju roślinnego (u mnie słonecznikowy)
  • 10g soli
  • 1 roztrzepane jajko (to mój dodatek, nie ma tego w oryginalnym przepisie - posłużyło mi jako spoiwo do raczej suchego ciasta oraz jako glazura do pierogów)
FARSZ

Wersja mięsna

  • 250g mielonej wołowiny (chuda w naszym przypadku)
  • 1 mała puszka kukurydzy
  • 1 mała cebulka
  • 1 czubata łyżka koncentratu pomidorowego
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżeczka mielonego kminu rzymskiego
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano
  • duża szczypta mielonego cynamonu
  • duża szczypta mielonego chili
  • sól i pieprz do smaku
Wersja warzywna

  • 1 puszka czerwonej fasoli
  • 1 szalotka
  • 1/2 pora (biała części)
  • 1/2 czerwonej papryki
  • 3 łyżeczki koncentratu pomidorowego
  • 2 czubate łyżki świeżej kolendry drobno posiekanej
  • 1 łyżeczka chili
  • 1 łyżeczka kminu rzymskiego
  • 1 łyżeczka mielonej kolendry
  • 1 łyżka oliwy
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:

CIASTO

  1. składniki ciasta mieszamy i wyrabiamy gładkie, miękkie i elastyczne ciasto  - autorzy oryginalnego przepisu radzą, żeby nie dodawać od razu całej wody, ale wlać na początek 180 ml, wyrobić i zobaczyć, czy trzeba dodać więcej wody
  2. wyrobione ciasto owijamy folią spożywczą i wkładamy do lodówki, "aby odpoczęło" (cytat) - autorzy przepisu nie precyzują, na jak długo, w moim przypadku do było ok 30 min
  3. "odpoczęte" ciasto dzielimy na 2 części, każdą z nich (po kolei) rozwałkowujemy na ok 2 milimetry i wycinamy kwadraty (wersja mięsna) lub prostokąty (wersja bezmięsna) lub jakikolwiek inny kształt - w oryginalnym przepisie przed wycinaniem pojawia się długi opis postępowania z ciastem, który ja pominęłam, po prostu potraktowałam jej jak ciasto pierogowe ;-)
  4. na trójkąty lub prostokąty (lub innego kształtu kawałki) ciasta nakładamy farsz - u mnie to były 2 łyżeczki na kawałek, smarujemy brzegi roztrzepanym jajkiem i składamy na pół, zlepiając brzegi dookoła farszu palcami lub za pomocą widelca (jak u mnie)
  5. zlepione pierogi układamy na wyścielonej papierem do pieczenia blaszce, smarujemy roztrzepanym jajkiem i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza na 30 min (do uzyskania złotego koloru)
  6. podajemy na ciepło, same lub z sosami (jak u mnie)
FARSZ MIĘSNY

  1. na patelnię wlewamy oliwę i wrzucamy wszystkie suche przyprawy poza solą i pieprzem, mieszamy
  2. dodajemy mielone mięso, smażymy mieszając
  3. dodajemy drobno posiekaną cebulę, smażymy mieszając
  4. odsączamy kukurydzę z puszkowego płynu i dodajemy ziarenka do mięsa, mieszamy
  5. dodajemy przecier pomidorowy, mieszamy
  6. doprawiamy całość solą i pieprzem do smaku
FARSZ WARZYWNY

  1. na patelnię wlewamy oliwę i wrzucamy wszystkie suche przyprawy poza solą i pieprzem, mieszamy
  2. drobno posiekaną cebulę i pora wrzucamy na patelnię, mieszamy, smażymy
  3. drobno posiekaną paprykę wrzucamy na patelnię, mieszamy, smażymy
  4. fasolę odsączamy z puszkowego płynu, dorzucamy na patelnię, mieszamy
  5. dodajemy przecier pomidorowy, mieszamy
  6. drobno posiekaną kolendrę dorzucamy na patelnię, mieszamy
  7. doprawiamy solą i pieprzem do smaku

Smacznego :-)




niedziela, 5 kwietnia 2020

Foccacia z ziemniakami i rozmarynem

Tym razem będzie przepis, który może wydawać się nieco bizarny. No bo jak to tak? Foccacia z ziemniakami? Bez sosu? Bez sera? Dokładnie. Ciasto smaczne i chrupiące, przyrumienione, ziemniaki zachowują wilgotność i stanowią fajne urozmaicenie nieco suchej powierzchni ciasta, plus rozmaryn, nadający całości fajnego aromatu. Poza świeżym rozmarynem, wszystkie składniki macie najpewniej w pandemicznych zapasach. Świeże zioła możecie spróbować zastąpić suszonymi, 1/4 łyżeczki połączcie z 3 łyżkami oliwy, przez 10-15 minut potrzymajcie suszone zioła w oliwie, a następnie rozprowadźcie zioła z oliwą na wierzchu ziemniaków.

Przepis pochodzi z książki pt. "Italia do zjedzenia", której autorem jest Bartek Kieżun. Książka jest pełna apetycznych, a jednocześnie prostych pomysłów, składających się z kilku składników. Próbowałam już makaronu z fasolą z tej samej książki, bardzo mi się spodobał. Makaron z fasolą to przepis na dużą ucztę, dla kilku osób lub na kilka posiłków dla 1-2. Foccacią z ziemniakami i rozmarynem nakarmicie do syta 2 osoby, może też służyć jako przystawka lub przekąska dla 4-6.

Robiąc to danie, myślałam o Włochach, ojczyźnie moich ulubionych dań, która tak dotkliwie doświadczyła pandemii. Niezależnie od tego, czy z przyczyn niezależnych, czy ze względu na zbyt późne działania władz i zbyt małą ostrożność Włochów na początkowym etapie tego kryzysu, nikt nie zasługuje na taki los. Obyśmy w Polsce go nie podzielili. Zostańcie w domu.

Foccacia z ziemniakami i rozmarynem

















Składniki:
  • 400g mąki pszennej
  • 1 duży ziemniak (w oryginalnym przepisie jest tylko 130g, ale ja wzięłam całe warzywo, które ważyło ponad 2x więcej i było ok)
  • 200ml ciepłej wody
  • 1 saszetka (7g) suchych drożdży (w przepisie są tylko 4g, ale dodałam 7g, bo nie chciałam zostawiać napoczętej saszetki)
  • szczypta cukru
  • 1 łyżeczka soli (w oryginale jest szczypta)
  • Oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia
  • 1 gałązka świeżego rozmarynu (same igiełki, drobno posiekane)
  • Świeżo zmielony pieprz
Przygotowanie:
  1. Drożdże i cukier wsypujemy do ciepłej wody, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na ok 15 min
  2. Ziemniaka obieramy, płuczemy, kroimy w grubsze plastry (3mm) i gotujemy w osolonej wodzie (trwa to ok 10 min), a następnie odcedzamy i przykrywamy, żeby nie obsychały
  3. Bierzemy 30g ugotowanych ziemniaków i rozgniatamy dokładnie widelcem
  4. Ziemniaki łączymy z mąką, solą i drożdżowym zaczynem, wyrabiamy ciasto, aż przestanie się kleić do rąk (można dodać więcej mąki, jeśli jest za wilgotne lub łyżkę oliwy, jeśli jest za suche), przykrywamy ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość)
  5. Wyrośnięte ciasto chwilę wyrabiamy, następnie wykładamy na blachę wyłożoną pergaminem i formuujemy duży, cienki placek
  6. Ugotowane ziemniaki okraszamy 2-3 łyżkami oliwy wymieszanej z rozmarynem, a następnie rozkłądamy plastry na wierzchu ciasta
  7. Posypujemy solą i świeżo zmielonym pieprzem
  8. Pieczemy w 200 stopniach Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, przez 25 min (do momentu, aż ciasto się zrumieni)
Smacznego :-)

niedziela, 12 stycznia 2020

Chałka "ziemniaczana"

Do niedawna nie byłam fanką e-booków, mimo, że moja rodzina i przyjaciele porzucili papierowe wydania i namawiali mnie do podążenia za ich przykładem, przekonując o wyższości książek w formie elektronicznej i czytników. W końcu uległam i większość książek czytam teraz na czytniku, z jednym wyjątkiem: książki kucharskie kupuję i czytam w formie papierowej, jakkolwiek niepraktyczne by to było. Wiadomo, zajmują dużo miejsca, sprawiają problemy przy przeprowadzce (bo zwykle są w twardej okładce i drukowane na "nietoaletowym" papierze, a więc ciężkie), brudzą się przy korzystaniu z nich w trakcie gotowania. I co z tego? :-)

Moim najnowszym nabytkiem jest "The Jewish Cookbook" autorstwa Leah Koenig. Znalazłam tą książkę w mojej ulubionej księgarni z anglojęzycznymi publikacjami. Nazywa się "Jak Wam się podoba", znajduje się przy ul. Emilii Plater 4 w Warszawie i wygląda jak sklep rodem z filmów o Harrym Potterze :-) Można tam znaleźć sporo fajnych książek, nie tylko kucharskich, ale też o architekturze, sztuce i sztuce użytkowej, modzie, historii, filozofii, podróżach, mają też powieści. Obsługa jest bardzo miła i pomocna, polecam Wam to miejsce. Można skorzystać z ich sklepu internetowego, ale wrażenia są wówczas nieporównywalne z wizytą w sklepie stacjonarnym :-) Warto się tam przejść/przejechać, wybrać jakąś książkę i pójść z nowym nabytkiem do jednej z kawiarni zlokalizowanych przy tej samej ulicy lub to znajdującej się kilka kroków od tej księgarni Hali Koszyki.

To właśnie w "The Jewish Cookbook" znalazłam przepis na chałkę "ziemniaczaną" (potato challah). Jak podaje autorka, pieczywo to wypiekali niemieccy Żydzi, zastępując jajka występujące w tradycyjnej wersji, ugotowanymi i utłuczonymi ziemniakami. Taka wersja chałki nazywa się "berches" lub - w Jidysz - "vasser challah". W przepisie jest olej, którego tym razem nie zastąpiłam masłem, bo byłam ciekawa, jak smakuje chałka z tego przepisu, więc nie kombinowałam (jedyną zmianą, jaką wprowadziłam, było posypanie ciasta czarnym sezamem zamiast makiem, bo w niedzielę rano w żadnym z moich osiedlowych sklepików nie udało mi się kupić maku). Od tradycyjnej różni się smakiem (nie jest słodka, co do czego oboje z Wybrankiem byliśmy zgodni) i teksturą (jest bardziej elastyczna), bardzo dobrze sprawdza się w charakterze dodatku do wytrawnych przekąsek, jak sery czy oliwki. Myślę, że bardzo dobrze skomponuje się z szakszuką czy hum(m)usem. Przygotowanie jest równie proste jak w przypadku tradycyjnej wersji.

W "The Jewish Cookbook" jest jeszcze jedna wersja chałki, z dynią. Jest więc szansa, że na tradycyjnej i ziemniaczanej moja przygoda z chałkami się nie skończy. Z góry przepraszam, jeśli zbliżam się do granicy "szczucia" Was chałkami ;-)

Chałka "ziemniaczana"
















Składniki (na 2 chałki, każda dla 3-4 osób):
  • 225g (czyli ok. 2 średnie ziemniaki) ziemniaków (mogą być pozostałości z innego posiłku, a mogą być ugotowane specjalnie pod kątem przygotowania chałki - ważne, żeby dobrze je odcedzić i odparować, żeby pozbyć się nadmiaru płynu)
  • 1 łyżka stołowa drożdży w proszku (u mnie całe standardowe opakowanie, a więc 7g)
  • 65g + 1 łyżeczka białego cukru
  • 175ml ciepłej wody (u mnie letnia)
  • 630g mąki pszennej (uniwersalna da radę, ale jeśli macie tzw. luksusową, czyli drobniej zmieloną, weźcie tą drobniej zmieloną)
  • 1,5 łyżeczki soli (u mnie 1 płaska łyżka stołowa)
  • 120ml _ trochę do natłuszczania oleju roślinnego
  • 1 jajko (to chałka bezjajeczna, ale wierzch posmarować jajkiem trzeba, żeby ładnie się zrumieniła ;-)
  • mak do posypania (u mnie czarny sezam, ok 3 łyżeczki)

Przygotowanie:
  1. ziemniaki obieramy, kroimy na mniejsze kawałki i gotujemy (w wodzie bez soli)
  2. z ugotowanych i dobrze odparowanych ziemniaków robimy pure (bez dodatków, same rozgniecione lub przepuszczone przez praskę zieminiaki)
  3. do letniej wody dodajemy łyżkę cukru i drożdże, mieszamy (najlepiej sprawdza się widelec), przykrywamy ściereczką i odstawiamy na kwadrans w ciepłe miejsce, żeby drożdże "ruszyły"
  4. pozostały cukier łączymy z mąką i solą
  5. drożdżowy rozczyn łączymy z olejem i pure ziemniaczanym, dokładnie mieszamy (najlepiej z wykorzystaniem robota kuchennego), a następnie stopniowo dodajemy suchą mieszaninę, wyrabiając ciasto (najlepiej w robocie, ale można też ręcznie, na stolnicy - wówczas całą suchą mieszaninę dodajemy na raz)
  6. powinniśmy otrzymać miękkie i elastyczne ciasto, wilgotne, ale nie lepiące się za bardzo do rąk
  7. miskę natłuszczamy olejem, wkładamy do niej wyrobione ciasto, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość - w moim przypadku trwało to 1 godzinę, miskę wstawiłam do piekarnika ustawionego na program "podgrzewanie talerzy" z temperaturą na poziomie 40 stopni Celsjusza)
  8. wyrośnięte ciasto wyrabiamy (ręcznie lub w robocie), jeśli jest zbyt lepkie, można dodać trochę mąki
  9. ciasto dzielimy na 2 części, a następnie każdą z nich na 3 części, a z każdej z tych części formujemy wałek
  10. bierzemy 3 wałki, układamy na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia ,łączymy je końcem, zaplatamy warkocz, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 10 min do ponownego wyrośnięcia
  11. to samo powtarzamy z pozostałymi 3 wałkami ciasta
  12. wyrośnięte warkocze smarujemy rozkłóconym jajkiem i posypujemy sezamem (lub makiem)
  13. wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 190 stopni Celsjusza (grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu) i pieczemy przez 20 minut, do uzyskania złotego koloru
  14. po upieczeniu studzimy przez 30 minut przed podaniem
Smacznego :-)




niedziela, 26 lutego 2017

(Wytrawne) ciasto z kalafiorem

Na zdjęcia tego ciasta trafiłam, szukając na Pintereście inspiracji na urodzinową kolację w stylu bliskowschodnim dla bliskiej znajomej. Gdy je zobaczyłam, wiedziałam, że to jest to. To ciasto powinno się w zasadzie nazywać "ciastem parmezanowo-jajeczny z dodatkiem kalafiora", bo zawiera aż 150g tego sera i 7 jajek. Smakuje trochę jak quiche, ale bez ciasta. Nie jest jednak bezglutenowe - w składzie jest mąka pszenna (tej mąki nie jest dużo, więc na oko wydaje mi się, że można ją bez straty dla smaku i prawdopodobnie konsystencji zastąpić mąką bezglutenową - do wypróbowania). Ciasto ma ładny żółty kolor dzięki dodatkowi kurkumy i intrygującą "dekorację" z krążków czerwonej cebuli. Polecam jako samodzielne danie (można podawać na ciepło lub na zimno) lub jako dodatek np. do jakiegoś mięsnego dania z sosem.

Przepis pochodzi z książki pt. "Cała obfitość", której autorem jest Yotam Ottolenghi, brytyjski szef kuchni pochodzący z Izraela, właściciel kilku knajpek w Londynie. Oprócz tej książki napisał jeszcze trzy inne, w tym "Jerozolima", która jest jedną z najlepszych książek kucharskich, jakie w życiu czytałam - łączy w sobie bogactwo informacji o kulturze kulinarnej Jerozolimy z przepisami na smaczne i apetycznie zaprezentowane dania. Z całego serca polecam tę książkę wszystkim osobom zainteresowanym kulturą (nie tylko kulinarną) Bliskiego Wschodu.

Ciasto z kalafiorem z przepisu Yotama Ottolenghiego























Składniki (na okrągłą blaszkę o średnicy 24 cm):
  • 1 kalafior (ok 450g po obraniu z liści i podzieleniu na różyczki)
  • 1 średniej wielkości czerwona cebula
  • 1/2 łyżeczki drobno posiekanego świeżego rozmarynu (=igiełki oberwane z jednej łodyżki)
  • 2 łyżki oliwy (w oryginale jest 75ml, ale moim zdaniem to za dużo)
  • 7 jajek
  • ok 1/2 szklanki posiekanych świeżych liści bazylii
  • 120g mąki pszennej (w oryginale jest informacja, że powinna być przesiana, ale ja oczywiście nie przesiałam, z lenistwa)
  • 1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/3 łyżeczki mielonej kurkumy
  • 150g startego parmezanu
  • 1 łyżka nasion białego sezamu (ja nie dodałam, bo zapomniałam ;-)
  • 1 łyżeczka czarnuszki (jak wyżej)
  • tłuszcz do natłuszczenia formy
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Różyczki kalafiora wrzucamy do osolonej (1 łyżką soli) wody i gotujemy do miękkości (, a następnie odsączamy z wody i odstawiamy\
  2. Cebulę obieramy, odkrajamy 4 grube plastry i odkładamy, a resztę drobno siekamy i podsmażamy na oliwie z dodatkiem rozmarynu do momentu, aż cebula będzie miękka, a następnie odstawiamy do wystygnięcia
  3. Wystudzoną podsmażoną cebulę łączymy z jajkami i bazylią, dokładnie mieszamy (ja korzystam z robota kuchennego, ale zwykły mikser też spokojnie da radę)
  4. Następnie dodajemy starty parmezan, mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia, kurkumą, 1 łyżeczką soli i 1/2 łyżeczki pieprzu, i mieszamy do uzyskania gładkiej masy
  5. Do masy dorzucamy ugotowane różyczki kalafiora i delikatnie mieszamy, żeby ich nie zmiażdżyć
  6. Blaszkę wykładamy papierem do pieczenia (zarówno dno, jak i brzegi), smarujemy tłuszczem i obsypujemy czarnuszką zmieszaną z sezamem (opcjonalnie, bez tych ziarenek ciasto również jest bardzo dobre)
  7. Do tak przygotowanej blaszki przekładamy ciasto, wyrównujemy wierzch i rozkładamy na nim krążki cebuli
  8. Wstawiamy do rozgrzanego wcześniej do 200 stopni Celsjusza (bez termoobiegu), na środkową półkę i pieczemy przez ok 45 min (do suchego patyczka)
  9. Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika i serwujemy
Smacznego :-)




niedziela, 23 października 2016

Pieróg z kaszą gryczaną i ziemniakami

Pieróg z ciasta z nadzieniem to danie pochodzące z moich rodzinnych stronach (Podkarpacie). Dziś chyba już prawie nikt takiego ciasta nie piecze, może poza członkiniami kół gospodyń wielkich z różnych części regionu. Kiedyś było serwowane "od wielkiego dzwona". Pieczone z białej mąki pszennej, która kilkadziesiąt lat temu była rarytasem (na co dzień ludzie jedli razową), z różnego rodzaju nadzieniem, było przygotowywane na święta i rodzinne uroczystości. Nie udało mi się niestety dojść do tego, dlaczego to się nazywa "pieróg". Zakładam, że chodzi o to, że jest robione z dwóch kawałków ciasta, między które wkłada się nadzienie, a potem skleja. Oto analogia do pieroga ;-)

Z dzisiejszej perspektywy kombinacja ciasta drożdżowego, ziemniaków i kaszy gryczanej może wydawać się dość nietypowe, niemniej jednak jak już to ciasto upieczecie, przekonacie się, że to nie jest wcale taki głupi pomysł :-) Polecam jako urozmaicenie (nie)codziennych posiłków :-)

Pieróg z kaszą gryczaną i ziemniakami*







































Składniki (forma, w której przygotowałam wypieki na obronę ma następujące wymiary: 23 cm x 18 cm x 7 cm, to była jednorazowa forma aluminiowa marki Jan Niezbędny):

NA CIASTO
  • 1/2 szklanki mleka (125ml)
  • 25 g drożdży (świeżych)
  • szczypta cukru
  • 2 jajka (najlepiej przechowywane w temp. pokojowej albo wyjęte wcześniej z lodówki)
  • 2 łyżki oleju
  • ok. 250 g mąki pszennej (w oryginalnym przepisie pojawia się stwierdzenie „ile ciasto zabierze”, w trakcie wypróbowywania przepisu wyszło mi, że ok 250 g powinno być ok, ale można zacząć od mniejszej ilości, np. 200 g, i obserwować, jak się będzie „zachowywało” ciasto)
  • tłuszcz do wysmarowania formy
NA FARSZ
  • 1 szklanka kaszy gryczanej (surowej, palonej)
  • 1 kg ziemniaków (po obraniu i ugotowaniu, czyli ok 1,2 kg surowych; nie ma tu większego znaczenia, czy stare czy młode ziemniaki)
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 1 łyżka oleju do usmażenia cebuli
  • sól, pieprz – do smaku
Przygotowanie:
  1. Drożdże rozpuszczamy w ciepłym mleku ze szczyptą cukru, dodajemy 1 łyżkę mąki i odstawiamy zaczyn do wyrośnięcia
  2. Gdy zaczyn podrośnie, dodajemy pozostałe składniki (1 jajko, olej i mąkę), wyrabiamy ciasto (można w robocie kuchennym; gotowe ciasto powinno być gładkie, elastyczne
    i nie powinno lepić się do rąk), i odstawiamy do wyrośnięcia (do podwojenia objętości;
    ja często wyrabiam ciasto w metalowej misce, którą następnie wstawiam do lekko rozgrzanego piekarnika, tak do ok. 40°C)
  3. Następnie gotujemy ziemniaki i przepuszczamy je przez praskę do ziemniaków lub tłuczemy na gładko
  4. Kaszę gotujemy na na sypko, a cebulę drobno siekamy i rumienimy na oleju
  5. Wszystkie składniki na farsz (ziemniaki, kasza, cebula) należy łączymy oraz doprawiamy solą i pieprzem do smaku (wedle Waszych upodobań)
  6. Wyrośnięte ciasto dzielimy na dwie części (w stosunku 2:3), obie rozwałkowujemy 
  7. Większą częścią ciasta wykładamy dno natłuszczonej blachy (tak, aby brzegi ciasta zachodziły na ścianki blachy)
  8. Na tak przygotowany spód wykładamy farsz i przykrywamy go drugą (mniejszą) połową ciasta; brzegi obu części ciasta powinny być zlepione, żeby farsz był całkowicie „otulony” ciastem; jeżeli zostanie Wam trochę ciasta, możecie zrobić z niego dekoracje (tak jak ten warkocz na wierzchu mojego wypieku)
  9. Przykrywamy ściereczką i odstawiamy do podrośnięcia w ciepłe miejsce, na 15-20 min
  10. Następnie smarujemy wierzch ciasta rozkłóconym jajkiem, wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180°C (grzanie od góry i od dołu) i pieczemy przez ok. 50 minut (do uzyskania złotego koloru; można też np. 10 min przed końcem pieczenia wyłączyć grzanie od góry, a dopiec jedynie spód) na środkowej półce piekarnika
  11. Upieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika i serwujemy na ciepło (powinno trochę przestygnąć, zanim zaczniecie je kroić)
Ja podaję to danie w towarzystwie surówki z kapusty kiszonej gulaszu, jak na załączonym obrazku. Myślę, że doskonale sprawdzi się też w towarzystwie sosu grzybowego i ogórków kiszonych. Podsmażone grzyby (czy to leśne, czy pieczarki) można też z powodzeniem dodać do farszu, dobrze powinna sprawdzić się też podsmażona wędlina (boczek, kiełbasa lub inna wędzona).

*Przepis pochodzi z książki autorstwa Aliny Bosak i Urszuli Sobol pt. „Kulinarne wędrówki po Podkarpaciu”. Ilość składników na ciasto zmniejszyłam o połowę w stosunku do oryginalnego przepisu – jak pierwszy raz zrobiłam to danie trzymając się wskazówek z książki wyszło, że albo ciasta jest 2x za dużo na taką ilość farszu albo farszu 2x za mało na taką ilość ciasta.

niedziela, 31 lipca 2016

Tartaletki z pastą z zielonego groszku i boczkiem

Różnego rodzaju okazje czy spotkania z rodziną/przyjaciółmi to całkiem dobry motywator do wypróbowywania nowych przepisów. Chociaż staram się raczej nie eksperymentować na bliskich, na co dzień trudno o mobilizację do odkrywania nowych dań, czy to z lenistwa, czy z braku czasu i związanym z nim mniej selektywnym podejściem do tego, co uważam za godne, a co za niegodne skonsumowania ;-)

Za kilka tygodni moja najstarsza przyjaciółka (nie chodzi tu o jej wiek, ale o czas, jaki upłynął, odkąd się znamy - 30 lat) zostanie mamą. Z tej okazji razem z jeszcze jedną znajomą zorganizowałyśmy tzw. baby shower (polska wersji to podobno "bociankowe"), czyli po prostu imprezę dla przyszłej mamy, z dobrym jedzeniem, ładnymi dekoracjami, grami i zabawami. Ostatnia okazja do spotkania się w szerszym babskim gronie zanim na świat przyjdzie dziecko, a nasza przyjaciółka będzie skupiała się głównie na opiece nad nim, szczególnie przez pierwsze tygodnie/miesiące życia malucha.

Taka impreza nie mogła odbyć się bez odpowiedniego bufetu ;-) Ola przygotowała tort i kilka rodzajów innych pięknych i smacznych deserów, ja byłam odpowiedzialna za niesłodkie przekąski. Jedną z moich propozycji były małe tartaletki z pastą z zielonego groszku i chipsami z boczku. Nie wszystkie zostały zjedzone w trakcie "baby shower", miałam więc okazję sprawdzić, jak "zachowują" się po przechowaniu w lodówce i jak smakują następnego dnia - dobrze, myślę, że to może być fajna przekąska nie tylko na imprezy, ale także do zabrania ze sobą na piknik.

Tartaletki z pastą z zielonego groszku i boczkiem

















Składniki (na 18 tartaletek)

SPÓD
300g mąki pszennej
150g masła
1 jajko
duża szczypta soli

WIERZCH
1 opakowanie mrożonego groszku zielonego (400-450g)
200ml bulionu warzywnego
1 mała cebula
1 czubata łyżka masła
garść listków świeżej mięty
sól i pieprz do smaku
9 cienkich plastrów chudego boczku wędzonego

Przygotowanie
  1. mąkę wsypujemy do miski, dodajemy sól, mieszamy
  2. bardzo zimne masło (prosto z lodówki) siekamy na małe kawałki lub ścieramy na tarce (na grubych oczkach) do tej samej miski i wyrabiamy szybko, do momentu uzyskania formy przypominającej kruszonkę
  3. do tak przygotowanej mieszaniny dodajemy 1 całe jajko (również bardzo zimne, prosto z lodówki) i wyrabiamy ciasto
  4. z ciasta lepimy kulę, owijamy folią spożywczą i chłodzimy w lodówce przez ok 1h
  5. schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki, rozwałkowujemy na oprószonej mąką stolnicy na niezbyt cienki placek (tak jak na maślane ciasteczka) i wykrawamy z ciasta kółka (można szklanką)
  6. blachę do pieczenia muffinów natłuszczamy i oprószamy mąką, a następnie w każdym wgłębieniu układamy kółko ciasta, formując miseczkę, której dno nakłuwamy widelcem
  7. tak przygotowaną blachę z muffinami wstawiamy na 15-20 minut do lodówki do schłodzenia
  8. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza
  9. do rozgrzanego piekarnika wstawiamy blachę ze schłodzonym ciastem i pieczemy ok 20 min, do uzyskania lekko złotego koloru
  10. czynność powtarzamy do zużycia całego surowego ciasta
  11. po upieczeniu studzimy blachę i dopiero wtedy można wyjmować upieczone spody
  12. masło rozpuszczamy w rondlu lub głębokim garnku, wrzucamy na nią obraną i drobno posiekaną cebulę i podsmażamy, aż się zeszkli
  13. do tego samego naczynia wsypujemy mrożony groszek zielony i zalewamy bulionem, a następnie gotujemy do momentu, aż groszek będzie miękki, ale nadal w pięknym, żywym zielonym kolorze
  14. do ugotowanego groszku dodajemy byle jak posiekane liście mięty i miksujemy  całość blenderem na gładką masę, doprawiając solą i pieprzem do smaku
  15. plasterki boczku przekrajamy na pół i wrzucamy na suchą patelnię, żeby podsmażyły się w "tłuszczu własnym", do momentu, aż staną się rumiane i chrupiące - tak przygotowany boczek zdejmujemy z patelni i przekładamy na ręcznik papierowy
  16. upieczone spody tartaletek wypełniamy pastą z zielonego groszku i przyozdabiamy "chipsami" z boczku oraz dodatkowymi liśćmi świeżej mięty
Przygotowując to danie, zainspirowałam się przepisem na bardzo podobne tartaletki, tylko z dodatkiem parmezanu. Ja tego sera nie dodałam (zalecenia żywieniowe dla ciężarnej koleżanki), ale myślę, że z serem mogą być jeszcze lepsze ;-) Spód z tego przepisu jest bardzo uniwersalny, zamiast pasty z groszku i boczku można dodać wiele innych składników.

niedziela, 20 marca 2016

Bułka z pieczarkami, czyli bulwiok w alternatywnej formie

Po opublikowaniu wpisu o bulwioku podkarpackim w tradycyjnej formie, z farszem twarogowo-ziemniaczanym ze świeżą miętą, moja Siostra zasugerowała, że to samo danie mogłoby fajnie wyjść w formie wytrawnych drożdżówek. Pomysł mi się spodobał i postanowiłam go wykorzystać. Modyfikacja, którą ostatecznie wprowadziłam do przepisu nie ograniczyła się jednak wyłącznie do formy. Pomyślałam sobie, że bulwiok można nadziać równie dobrze ziemniakami z grzybami i natką zamiast twarogu i mięty. Grzyby podsmażone z cebulą, doprawione świeżą natką, solą i pieprzem w towarzystkie ziemniaków to forma "komfort food", komfortowego jedzenia, niejednej osobie kojarzącego się z bezpieczeństwem i ciepłem domu rodzinnego, jak sądzę :-) Znajomym
mojego Wybranka, na których ta modyfikacja została wypróbowana, stwierdzili, że bulwioki w takim wydaniu smakują jak bułka z pieczarkami z jakiej mitycznej warszawkiej budki, która kiedyś była w centrum miasta, a dziś już nie istnieje. Traktuję to jako komplement :-)

Bulwioki z pieczarkami

 
Składniki (z takiej ilości wychodzi 6-8 bułek, w zależności od rozmiaru bułek, jakie ulepicie)
 
NA CIASTO
 
Takie same, jak w tym przepisie
 
NA FARSZ
  • 3 duże ziemniaki
  • 250g pieczarek
  • 1 średniej wielkości cebula
  • 3-4 gałązko natki
  • 2 łyżki oleju
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie
  1. Ciasto przygotujemy zgodnie ze wskazówkami z tego przepisu: http://www.jakuma-gdy.blogspot.com/2016/02/bulwiok-podkarpacki-czyli-wytrawny.html
  2. Ziemniaki obramy, gotujemy w osolonej wodzie, a ugotowane przepuszczamy przez praskę lub dokładmie rozgniatamy
  3. Pieczarki myjemy lub obieramy, siekamy w kostkę i wrzucamy na suchą patelnię - gdy odparuje płyn, dodajemy 1 łyżkę oleju i podsmażamy przez kilka minut
  4. Usmażone pieczarki dodajemy do ziemniaków
  5. Cebulę obieramy, drobno siekamy i podsmażamy na drugiej łyżce oleju na złoty kolor
  6. Usmażoną cebulę dodajemy do ziemniaków z pieczarkami
  7. Natkę myjemy, drobno siekamy, dodajemy do pozostałych składników farszu
  8. Mieszamy wszystkie składniki farszu, doprawiając solą i pieprzem do smaku
  9. Wyrośnięte ciasto dzielimy na 6-8 części, z każdej lepimy kulkę i układamy na blaszce do pieczenia wyłożonej pergaminem
  10. Kulki spłaszczamy, przykładamy szklankę i robimy wgniecenie na farsz, tak jak w tym przepisie: http://jakuma-gdy.blogspot.com/2014/10/drozdzowki-z-owocami.html
  11. Do każdego zagłębienia nakładamy farsz
  12. Tak przygotowane bułki przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia na 20 min
  13. Rozgrzewamy piekarnik (grzanie od dołu i od góry, bez termoobiegu) do temperatury 180 stopni, wstawiamy blachę z bułka i i pieczemy ok 30 minut, do uzyskania złotego koloru ciasta
  14. Serwujemy na ciepło, ale po wystudzeniu również smakują dobrze, np. w towarzystwie barszczu czerwonego, do popijania
Smacznego :-)



niedziela, 28 lutego 2016

Bulwiok podkarpacki, czyli wytrawny placek drożdżowy znadzieniem "pierogowym"

Jestem z Podkarpacia i jestem z tego dumna. Mieszkam i pracuję w Warszawie, bo w Warszawie jest praca dla osób z takim wykształceniem, jak moje i w takiej branży, jaka mnie interesuje. Niemniej jednak nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby ukrywać moje pochodzenie, czy udawać, że jestem kimś innym niż jestem. Zachowanie w stylu tzw. "warszawki" jest żenujące i ma w mojej ocenie związek z głęboko zakorzenionymi kompleksami, a nie z pochodzeniem i próbą zrekompensowania sobie jakichś braków czy ich zatuszowania. Miałam okazję obserwować takie zachowanie zarówno wśród przyjezdnych, jak i wśród Warszawiaków z dziada pradziada.

Ostatnio, zainspirowana studiami podyplomowymi z kultury kulinarnej, pomyślałam, że warto byłoby trochę poszerzyć wiedzę na temat mojej "małej ojczyzny". Plan jest taki, żeby pracę dyplomową poświęcić kulturze kulinarnej mojego rodzinnego regionu. Zaczęłam szukać informacji na ten temat i okazało się m.in., że w województwie podkarpackim jest największa liczba zarejestrowanych produktów tradycyjnych (ponad 200) ze wszystkich województw. Nie zagłębiając się dyskusję na temat tego, czy to rejestrowanie w ogóle ma sens i jak wygląda proces, który sprawia, że dane produkty tradycyjne trafiają na taką listę czy nie, taka ilość produktów z mojego regionu napawa mnie nadzieją, że praca nad tą pracą dyplomową może być ciekawym doświadczeniem :-)

Jednym z moich kulinarnych znalezisk jest potrawa o nazwie "bulwiok podkarpacki", czy też "bulwiok futomski" - pod taką nazwą danie to zostało zarejestrowane na liście produktów tradycyjnych Ministerstwa Rolnictwa. Jak można dowiedzieć się z opisu dostępnego na stronie internetowej tego ministerstwa, jest to ciasto drożdżowe wypełnione ziemniaczano-serowym farszem, takim jak do pierogów ruskich, z dodatkiem dużej ilości mięty. Tradycyjnie wypiekane w okresie wykopków, gospodynie piekły bulwiok i zanosiły je na pole, żeby spracowani rolnicy mogli się posilić. Wypiek rzeczywiście jest bardzo pożywny :-) Danie pochodzi ze wsi Futoma, leżącej w granicach powiatu rzeszowskiego i Pogórza Dynowskiego.

Na stronie ministerstwa przepisu nie było, znalazłam go natomiast na blogu podkarpaccy.pl, który jest narzędziem promowania województwa podkarpackiego, prowadzą go anonimowi dziennikarze. Przepis z tej strony jest jak dla mnie mało precyzyjny, a dla kogoś, kto dopiero zaczyna przygodę z pieczeniem, może być trochę za mało precyzyjny. Wypróbowałam go, starając się znaleźć odpowiedzi na pytania, na które ten przepis nie odpowiadał. Chyba się udało, bo placek ładnie wyrósł, nieźle wyglądał i był smaczny :-) Kluczem do sukcesu jest odpowiednie doprawienie farszu, podobnie jak w pierogach.

Bulwiok podkarpacki



Składniki (na większą keksówkę, porcja dla 4-6 osób, w zależności od apetytu :-)

CIASTO
  • 400g + 2 łyżki mąki pszennej
  • 250ml mleka
  • 25g masła
  • 25g świeżych drożdży
  • 1 łyżeczka cukru
  • 1 jajko
  • 1 łyżeczka soli
FARSZ
  • 5 dużych ziemniaków
  • 200g tłustego twarogu (w przepisie z podkarpaccy.pl jest 100g, ale ja miałam 200g i nie chciałam, żeby się zmarnowało)
  • 1 duża cebula
  • 1 łyżka oleju
  • 1 pęczek/doniczka mięty (w oryginale jest 10 listków, ale moim zdaniem to za mało)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Ziemniaki obieramy, gotujemy i dokładnie gnieciemy (jeśli ktoś ma praskę, wówczas można przepuścić przez praskę, natomiast zdecydowanie odradzam wykorzystywanie blendera czy innego robota kuchennego, bo puree robi się zbyt kleiste)\
  2. Twaróg rozgniatamy i mieszamy z ziemniakami
  3. Cebulę obieramy, drobno kroimy i podsmażamy na łyżce oleju, na niedużym ogniu, do lekkiego zrumienienia
  4. Miętę myjemy, obrywamy listki i drobno je siekamy
  5. Podsmażoną cebulkę i posiekaną miętę dodajemy do ziemniaków z twarogiem, doprawiamy do smaku (wedle indywidualnych preferencji) solą i pieprzem, przykrywamy miskę folią spożywczą, żeby farsz nie wysychał i odstawiamy na bok, żeby smaki się przegryzły (nie do lodówki)
  6. Połowę mleka podgrzewamy (powinno być ciepłe, ale nie gorące), dodajemy cukier, 2 łyżki mąki, rozkruszone drożdże i mieszamy
  7. Tak przygotowany zaczyn przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 15 minut, żeby zaczyn "ruszył"
  8. W międzyczasie rozpuszczamy masło z pozostałym mlekiem i odstawiamy do przestygnięcia
  9. Mąkę wsypujemy do miski i mieszamy z solą
  10. Gdy zaczyn "ruszy", dodajemy go do miski z mąką, a następnie dorzucamy 1 jajko i wlewamy przestudzone roztopione masło z mlekiem
  11. Wyrabiamy ciasto, nie powinno się lepić
  12. Wyrobione ciasto przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (powinno podwoić wielkość) - ja przygotowuję drożdżowe ciasto zawsze w metalowej misce, przykrywam ją ściereczką i wstawiam do delikatnie rozgrzanego piekarnika (40-50 stopni) na ok 1h
  13. Wyrośnięte ciasto chwilę wyrabiamy (jeśli jest zbyt lepkie, można dodać trochę mąki), rozwałkowujemy, nadając mu kształt prostokąta i wykładamy nim natłuszczoną wcześniej formę do pieczenia
  14. Formę wypełnioną ciastem przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 15-20 min do wyrośnięcia
  15. Rozgrzewamy piekarnik do temperatury 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu
  16. Formę wyłożoną ciastem wypełniamy farszem i zaginamy brzegi ciasta do środka
  17. Formę wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 40-50 minut
  18. Serujemy ciepłe, aczkolwiek na zimno też podobno jest dobre :-)
Smacznego :-)







środa, 27 maja 2015

Koszmar weganina, czyli szparagi na cieście francuskim

Po tym, jak konkurs "Blog Roku" w kategorii blogów kulinarnych drugi rok z rzędu wygrał blog z przepisami wegańskimi, pomyślałam, że fajnie by było założyć bloga wyłącznie z przepisami z nabiałem i mięsem. Nie żebym miała coś przeciwko weganom albo diecie bez białka zwierzęcego, ale mam wrażenie, że zostaje zaburzona pewna zdroworozsądkowa równowaga. Wymyśliłam nawet nazwę dla tego mięsno-nabiałowego bloga, ale w związku z tym, że mam spore problemy z regularnym publikowaniem postów na blogu, który już istnieje, póki co porzuciłam pomysł zakładania kolejnego. Pomysł zostaje jednak w głowie i być może kiedyś doczeka się realizacji, jak skończę 67 lub przepracuję 40 lat ;-)

Tymczasem zachęcam do wypróbowania przepisu na szparagi zapiekane na cieście francuskim, otulone masą z jajek, śmietany i parmezanu. Taki tam koszmar weganina ;-)

Wstyd się przyznać, ale to pierwsze danie ze szparagami, które robię w tym sezonie szparagowym, a które wymagało nieco więcej czasu i zachodu niż obranie szparagów, doprawienie ich solą, pieprzem i oliwą i upieczenie w piecu. Brak czasu i weny, ot co. Honor jednak obroniłam.

Szparagi zapiekane w cieście francuskim
 















Składniki (na porcję dla 2-4 osób, w zależności od apetytu)
  • 1 pęczek zielonych szparagów (ok. 15-20 sztuk, idealnie, gdyby były podobnej grubości, bo wtedy upieką się mniej więcej w tym samym czasie i unikniemy sytuacji, że cieńsze będą za miękkie, a grubsze jeszcze twarde)
  • 200 ml śmietany (wystarczy 18%, nie musi być kremówka)
  • 1 jajko
  • 4 łyżki startego parmezanu
  • 1 płat gotowego ciasta francuskiego (z lodówki, nie z zamrażalnika)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu
  2. szparagi dokładnie płuczemy (w główkach czasami ukrywają się ziarenka piasku), odłamujemy zdrewniałe końcówki, można też cienko obrać dolną część łodygi
  3. prostokątną blachę do pieczenia (wymiary ok 20x30cm) wykładamy papierem do pieczenia, a na papierze rozkładamy ciasto francuskie i dociskamy
  4. śmietanę łączymy z jajkiem i startym parmezanem, mieszamy do uzyskania jednolitej masy i doprawiamy solą i pieprzem (duża szczypta pieprzu, duża szczypta soli)
  5. tak przygotowane danie wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez ok 30 min, do zrumienienia ciasta i stężenia nadzienia
  6. serwujemy tuż po upieczeniu, na ciepło
Smacznego :-)








piątek, 20 grudnia 2013

Drożdżowe ślimaczki z grzybami, do barszczu

Zrobię grzybowe cinnabony - pomyślałam, zastanawiając się, co zaserwować znajomym na przedświąteczną kolację :-) Nie miałam oczywiście zamiaru dodawać grzybów do słodkich drożdżówek, a raczej wyzbyć się słodkości, a w ich miejsce dodać grzyby. Mam na stanie sporo suszonych, które mój Dziadek jesienią własnoręcznie zebrał w lasach Pojezierza Łęczyńsko-Włodawskiego, a następnie ususzył na sznurku rozciągniętym w "oknie" kominka.

Cały  myk polegał na tym, żeby dodać do ciasta znacznie mniej cukru, a cynamon z masłem zastąpił podgotowanymi suszonymi grzybami, podsmażonymi na maśle z cebulą. A do tego barszczyk z przepisu z bloga Kwestia Smaku, e voila :-)

Drożdżowe ślimaczki z grzybami (vel cinnabony z grzybami

Składniki:

CIASTO
  • 30g świeżych drożdży (lub 15g suszonych)
  • 3/4 szklanki + 1 łyżka mleka
  • 3 szklanki mąki pszennej
  • 2 łyżki białego cukru
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 1 jajko + 3 żółtka
  • 70g masła
NADZIENIE
  • 1 duża garść suszonych grzybów
  • 1 szalotka lub zwykła mała cebula
  • 1 łyżka masła       
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Suszone grzyby, opłukujemy pod bieżącą wodą, wrzucamy do garnka, zalewamy wodą i moczymy (można przez całą noc, a można przez 30min)
  2. Drożdże kruszymy do miseczki, dodajemy 1 łyżkę białego cukru i rozcieramy do uzyskania masy o konsystencji jogurtu
  3. Lekko podgrzewamy mleko, powinno być ciepłe, nie gorące
  4. Dodajemy 1/2 szklanki ciepłego mleka do mieszanki drożdżowo-cukrowej, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 15 min w ciepłe miejsce, żeby drożdże "ruszyły"
  5. W międzyczasie rozpuszczamy masło na patelni i zdejmujemy z ognia, żeby nieco ostygło
  6. Przesiewamy do miski mąkę, dodajemy resztę (1 łyżkę) cukru i sól
  7. Gdy drożdże ruszą, dodajemy zaczyn do mąki, a następnie1 całe jajko, resztę mleka (1/4 szklanki) i nieco przestudzone rozpuszczone masło
  8. Mieszamy wszystkie składniki, a następnie wyrabiamy ciasto na blacie/stolnicy przez chwilę, do uzyskania elastycznego, odstającego od ręki ciasta
  9. Wyrobione ciasto przekładamy do miski, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce do wyrośnięcia, na ok. 1 godzinę
  10. W międzyczasie przygotowujemy nadzienie: grzyby gotujemy do miękkości w lekko osolonej wodzie, w której się moczyły, a następnie odcedzamy i drobno siekamy
  11. Obieramy i drobno siekamy cebulę
  12. Na patelnię wrzucamy 1 łyżkę masła oraz pokrojona cebulę i grzyby, a następnie razem podsmażamy
  13. Doprawiamy grzyby i cebulę solą i pieprzem, a następnie przekładamy do blendera i blenderujemy na papkę
  14. Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski na blat/stolnicę oprószoną mąką, chwilę wyrabiamy, a następnie rozwałkowujemy na kwadratowy placek
  15. Na rozwałkowanym cieście rozsmarowujemy nadzienie, zostawiając ok. 1/2 cm ciasta bez nadzienia wzdłuż jednego brzegu - tę wolną od nadzienia przestrzeń smarujemy rozkłóconym żółtkiem
  16. Ciasto zwijamy w roladę, zaczynając od brzegu przeciwległego brzegowi posmarowanemu żółtkiem
  17. Dociskamy lekko brzeg posmarowany żółtkiem do rolady, żeby dobrze się przykleił
  18. Roladę kroimy na plastry (u Kingi o grubości ok. 2 cm, u mnie 1,5 cm) i układamy je przekrojem do dołu na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia lub wysmarowanej tłuszczem
  19. Blachę z surowymi drożdżówkami przykrywamy ściereczką i odstawiamy na ok. 1 godz. do wyrośnięcia
  20. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termo obiegu
  21. Po wyrośnięciu drożdżówek, rozkłócimy 2 żółtka z łyżką mleka i smarujemy tą mieszaniną bułeczki (dla uzyskania złotego koloru)
  22. Wstawiamy z bułeczkami blachę do piekarnika i pieczemy przez ok. 25 min
Najlepsze będą prosto z pieca, zaraz po upieczeniu. Jestem zwolenniczką tradycyjnych potraw świątecznych, więc nikogo nie namawiam do zastąpienia uszek tymi bułeczkami jako dodatku do barszczu, ale gdyby ktoś miał ochotę na bułeczki zamiast uszek, te powinny się nadać ;-)
 
Smacznego!
 

poniedziałek, 28 października 2013

Jesienna wytrawna tarta z gorgonzolą i gruszką

Choć weszliśmy już w "czas zimowy" i możemy (a przynajmniej ci pracujący od 9 do - minimum - 17) na jakiś czas zapomnieć o wychodzeniu z pracy "za dnia", temperatura na zewnątrz póki co jest mało zimowa ;-) Jedną nogą w jesieni, drugą - w zimie, a żołądkiem przy gorgonzoli z gruszką. To połączenie samo w sobie jest bardzo dobre, słodka, soczysta gruszka świetnie komponuje się z pikantną, ciagnącą się gorgonzolą. Zapieczone w "tartowej" zalewie, w otoczce z kruchego ciasta nie przestają tworzyć dobranej pary :-)

Tarta z gorgonzolą i gruszką

Składniki (na tartę z blachy o średnicy ok 28 cm):

SPÓD (niezawodny przepis Asi P. - pozdrowienia :-)
  • 300g mąki pszennej
  • 150g masła
  • duża szczypta soli
  • 2-3 łyżki lodowatej wody
FARSZ
  • 400g sera gorgonzola (może być dolce, może być piccante, a może być pół na pół)
  • 200g śmietany (w związku z tym, że ser jest bardzo tłusty, śmietana może być mniej tłusta, np. 12%)
  • 1 jajko
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • szczypta pieprzu
  • szczypta soli
  • 2 średniej wielkości gruszki (u mnie klapsa)
  • opcjonalnie: orzechy włoskie
Przygotowanie:
  1. mąkę wsypujemy do miski lub wysypujemy na stolnicę i mieszamy z solą
  2. zimne masło ścieramy na tarce o grubych oczkach wprost do mąki i rozcieramy w rękach z mąką, do uzyskania konsystencji kruszonki (masło można też posiekać nożem)
  3. dodajemy 2-3 łyżki wody, aby ciasto zaczęło się lepić (docelowo chcemy uzyskać zwartą kulę ciasta), i wyrabiamy
  4. z ciasta lepimy kulę, owijamy je folią i wstawiamy do lodówki do schłodzenia (ja najczęściej wstawiam na 30min-1h)
  5. po schłodzeniu rozwałkowujemy ciasto na placek o grubości ok 3 mm
  6. blachę do pieczenia smarujemy odrobiną masła i oprószamy mąką, a następnie wykładamy na blachę rozwałkowane ciasto i dociskamy
  7. dno surowego ciasta nakłuwamy widelcem i wstawiamy do lodówki do schłodzenia razem z blachą (ja najczęściej chłodzę ciasto przez ok 20-30min)
  8. nagrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu)
  9. schłodzone ciasto dobrze jest przykryć arkuszem papieru do pieczenia i obciążyć go np. suchą fasolą lub specjalnymi "kamyczkami" do tego celu (chodzi o to, żeby ciasto nie wyrosło, a potem nie popękało), ale ja raz to robię (jeśli akurat mam pod ręką fasolę), a raz nie
  10. schłodzone ciasto wstawiamy do piekarnika i podpiekamy przez 15-20 minut, do lekkiego zrumienienia
  11. w  międzyczasie przekładamy gorgonzolę do miski i rozdrabniamy, dodajemy śmietanę, jajko i przyprawy i mieszkamy do uzyskania w miarę gładkiej masy (ja blenderuję)
  12. gruszki pozbawiamy gniazda i ogonków, kroimy na półplasterki (przed krojeniem można obrać, jeżeli komuś przeszkadzają przypieczone skórki owoców w tartowej masie)
  13. podpieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika, na dno ciasta wykładamy farsz, a na wierzchu farszu układamy pokrojone gruszki
  14. całość posypujemy pokruszonymi orzechami lub dekorujemy orzechami w całości
  15. wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza na ok. 20-30 min (uwaga, żeby nie przypalić brzegów ciasta)
  16. farsz powinien się ściąć i zrumienić, nie powinien jednak być zbyt twardy i skorupowaty, nie martwcie się, jeżeli będzie miękki, ważne, żeby "trzymał się kupy" i nie spływał ze spodu ciasta po pokrojeniu
  17. farsz będzie miał ciekawy kolor, lekko miętowy, dzięki zielonej pleśni
  18. serwujemy prosto z pieca, z prostą sałatką (miks sałat z dressingiem na bazie octu balsamicznego)
Smacznego :-)


sobota, 10 sierpnia 2013

Warzywna tarta-róża

Warzywną tartę w kształcie róży znalazłam w internecie, przeglądając foodgawker.com w poszukiwaniu inspiracji. Pierwowzór pochodzi z bloga Stasty.com, a jego oryginalna nazwa to "artystyczna tarta warzywna". Długo "woziłam się" z zamiarem wypróbowania tego przepisu, ale udało mi się to dopiero ostatnio, przy okazji wizyty koleżanki z podstawówki, która nie je mięsa. Jeszcze jakiś czas temu przygotowanie wegetariańskiej kolacji uznałabym za kłopotliwe, wierząc, że naprawdę smaczne są tylko dania z mięsem ;) Ale ostatnio przeczytałam kilka książek o okropnym traktowaniu zwierząt hodowlanych i szczerze mówiąc mam coraz mniejszą ochotę na jedzenie mięsa. Jestem przeciwniczką wszelkiego ekstremizmu, nie złożę więc deklaracji, że już nigdy nie tknę mięsa ani żadnych produktów pochodzenia zwierzęcego, niemniej jednak będę się starała nie jeść mięsa, jeśli nie mam na nie dużej ochoty, no chyba, że będę częstowana przez bliską osobę, wtedy nie będę odmawiała.

Ta warzywna tarta to przykład smacznego i efektownego dania bez mięsa. To fajna propozycja na lato, gdy oferta świeżych warzyw, które można wykorzystać w tej tarcie, jest szeroka. Ważne jest, aby były naprawdę świeże i jędrne, bo wówczas łatwiej jest je pokroić w cienkie plastry (do krojenia używałam plasterkownicy do warzyw, powinno być ok również z wykorzystaniem plasterkownicy do twardych serów). Lepiej, jeśli są cienkie, bo wtedy łatwiej ułożyć je w sposób przypominający ułożenie płatków róży i wystarczy ok. 30 minut w piecu, żeby warzywa zmiękły i były gotowe do jedzenia.

W oryginale spoiwem jest mozzarella zmiksowana ze śmietanką i przyprawami. Ja w moim przepisie wykorzystałam ser ricotta oraz jajko, doprawione solą, pieprzem i mieloną gałką muszkatołową.

Warzywna tarta-róża

Składniki (na blachę o średnicy ok.28cm):
  • gotowe kruche ciasto lub 150g zimnego masła, 300g mąki pszennej, szczypta soli i 2-3 łyżki lodowatej wody lub składniki jak w tym przepisie Marty Gessler, z którego skorzystałam (trochę z lenistwa, bo piekłam tartę późno w nocy i nie chciało mi się już czekać, aż 2x się schłodzi, jak w tradycyjnych przepisach; ciasto z tego przepisu było rzeczywiście bardzo kruche, jak dla mnie za kruche, i było go trochę za mało, wystarczyło na pokrycie dna formy i brzegów do połowy wysokości), z tym, że nie dodałam cukru do ciasta
  • 1 mała żółta cukinia
  • 1 mała zielona cukinia
  • 1/2 małego bakłażana
  • 1 duża marchew
  • 250g sera ricotta
  • 1 jajko
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól i pieprz do smaku
  • suszony tymianek (opcjonalnie)
Przygotowanie:
  1. mąkę wsypujemy do miski lub wysypujemy na stolnicę i mieszamy z solą
  2. zimne masło kroimy na nieduże kawałki, dodajemy do mąki i rozcieramy w rękach z mąką, do uzyskania konsystencji kruszonki
  3. dodajemy 2-3 łyżki wody, aby ciasto zaczęło się lepić (docelowo chcemy uzyskać zwartą kulę ciasta), i wyrabiamy
  4. z ciasta lepimy kulę, owijamy je folią i wstawiamy do lodówki do schłodzenia (ja najczęściej wstawiam na 30min-1h)
  5. po schłodzeniu rozwałkowujemy ciasto na placek o grubości ok 3 mm
  6. blachę do pieczenia smarujemy odrobiną masła i oprószamy mąką, a następnie wykładamy na blachę rozwałkowane ciasto i dociskamy, żeby nadać ciastu kształt blachy
  7. dno surowego ciasta nakłuwamy widelcem i wstawiamy do lodówki do schłodzenia razem z blachą (ja najczęściej chłodzę ciasto przez ok 20-30min)
  8. nagrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu)
  9. schłodzone ciasto dobrze jest przykryć arkuszem papieru do pieczenia i obciążyć go np. suchą fasolą lub specjalnymi "kamyczkami" do tego celu (chodzi o to, żeby ciasto nie wyrosło, a potem nie popękało), ale szczerze mówiąc zwykle tego nie robię
  10. schłodzone ciasto wstawiamy do piekarnika i podpiekamy przez 15-20 minut, do lekkiego zrumienienia
  11. w  międzyczasie przekładamy ricottę do miski i doprawiamy ją gałką, solą i pieprzem (powinna być dobrze doprawiona), a następnie dodajemy jajko i mieszamy do uzyskania gładkiej masy
  12. podpieczone ciasto wyjmujemy z piekarnika, na spód wykładamy masę ricottową
  13. warzywa myjemy i suszymy, marchew obieramy
  14. tak przygotowane warzywa kroimy na cienkie plastry wzdłuż i układamy na ricottowej masie tak, aby wyglądały jak zachodzące na siebie płatki róży - można zrobić tak jak ja, czyli ułożyć kręgi różnego koloru warzyw, lub tak jak autorka bloga Staty.com, czyli wymieszać plastry różnego koloru warzyw - u mnie w centrum są całe plastry żółtej cukinii i marchwi, a po bokach plastry zielonej cukinii i bakłażana przekrojone na pół (wzdłuż), dlatego środek jest dużo wyższy niż boki
  15. gdy warzywa będą już ułożone, doprawiamy je dużą szczyptą soli, pieprzu i ok 1 czubatą łyżeczką suszonego tymianku (mogą też być np. zioła prowansalskie, ale ja wybrałam tymianek, bo jest łagodniejszy w smaku niż ta mieszanka ziół)
  16. piekarnik nagrzewamy do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie z góry i z dołu), wstawiamy tartę do piekarnika i pieczemy przez ok. 30-40min (uwaga, żeby nie spalić skórek od cienko pokrojonych warzyw)
  17. po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika i ostrożnie kroimy tartę na porcje ostrym nożem
  18. podajemy np. ze schłodzonym białym wytrawnym winem (np. riesling), można też dodać prostą sałatkę z miksu sałat i dressingiem z oliwy, musztardy dijon, octu winnego, soli i pieprzu
Smacznego :)


środa, 30 stycznia 2013

Pork Wellington, czyli polędwiczka wieprzowa w cieście francuskim

Publikując jakiś czas temu post o Beef Wellington wspominałam, że podobną technikę pieczenia można stosować w przypadku innych rodzajów mięs. Wspominałam też, że np. moja babcia zamiast klasycznej polędwicy wołowej wykorzystała polędwiczkę wieprzową i że Wellington w takim wydaniu również był bardzo dobry. Ostatnio sama wypróbowałam ten patent i z czystym sumieniem mogę polecić Pork Wellington :) Jego wykonanie jest łatwiejsze niż w przypadku wołowego klasyka, bo polędwiczki wołowe są cieńsze, łatwiej się pieczą, a przede wszystkim nie ma obaw, że będą za bardzo upieczone (w przypadku polędwicy wołowej środek powinien być różowy, w przypadku polędwicy wieprzowej koloryt i stopień wypieczenia całego kawałka mięsa powinien być taki sam).

Pork Wellington

Składniki (porcja dla 4 osób):
  • 1 polędwiczka wieprzowa (400-500g)
  • kilka plastrów szynki parmeńskiej (nie podaję konkretnej liczby, bo to zależy od rozmiaru konkretnych plastrów - im większe, tym mniej; plastry ułożone "na zakładkę" powinny pokryć powierzchnię mięsa i zapobiegać wyciekaniu mięsnego soku)
  • 300g pieczarek
  • 1 opakowanie ciasta francuskiego (tym razem wypróbowałam ciasto francuskie z delikatesów Marks & Spencer - bardzo dobre; jest sprzedawane w kwadratowych blokach, które trzeba rozmrozić i rozwałkować)
  • 1-2 łyżki musztardy
  • 2 łyżki oliwy
  • sól i pieprz do smaku
  • 2 żółtka
  • 1 łyżka mleka
Przygotowanie:
    1. wyjmujemy ciasto francuskie z zamrażalnika i rozmrażamy
    2. polędwiczkę opłukujemy pod bieżącą wodą, osuszamy ręcznikiem papierowym i oczyszczamy z błon
    3. na patelni rozgrzewamy oliwę i obsmażamy na niej mięso, ze wszystkich stron
    4. po usmażeniu  mięso smarujemy musztardą, oprószamy pieprzem i solą i odstawiamy do wystygnięcia
    5. pieczarki myjemy, obieramy i kroimy na ćwiartki lub grubsze plasterki
    6. grzyby wrzucamy na suchą patelnię i odparowujemy z nich wodę
    7. gdy woda odparuje, doprawiamy pieczarki solą i pieprzem do smaku i rozdrabniamy za pomocą blendera (na drobne kawałki, nie na mus), a następnieodstawiamy do wystygnięcia
    8. na blacie rozwijamy folię spożywczą, układamy na niej plastry szynki parmeńskiej tak, żeby na siebie zachodziły
    9. powierzchnię z szynki parmeńskiej smarujemy wystudzoną pastą pieczarkową (zostawiając trochę przestrzeni przy brzegach boczkowej warstwy), a na pieczarkowej warstwie kładziemy usmażoną polędwicę
    10. z pomocą folii spożywczej owijamy polędwicę szynkowo-pieczarkową "pierzynką", całość zawijamy szczelnie folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na 20 minut
    11. na blacie/desce rozkładamy rozmrożone ciasto francuskie
    12. po schłodzeniu odwijamy mięso z folii, układamy je na cieście i owijamy w to ciasto - przed zawinięciem można posmarować brzegi ciasta roztrzepanym żółtkiem, żeby lepiej się sklejały
    13. tak przygotowany "pakunek" owijamy folią spożywczą i wstawiamy na 5 minut do lodówki
    14. po schłodzeniu układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i smarujemy pozostałym żółtkiem  rozkłóconym z mlekiem, można też posypać po wierzchu pokruszonymi orzechami (u mnie garść orzechów włoskich)
    15. wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza, na środkową półkę, i pieczemy przez 30 minut
    16. następnie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni Celsjusza i pieczemy jeszcze przez 10 minut po upieczeniu wyjmujemy polędwiczkę z piekarnika i odkładamy na 5 minut, żeby odpoczęła
    17. "odpoczętą" polędwiczkę kroimy w grube plastry i serwujemy, najlepiej z warzywami o zdecydowanym smaku
Smacznego :)

sobota, 26 stycznia 2013

Prowansalska pizza z cebulą, anchois i oliwkami

Po kolejnej degustacji muffinów w pracy dostałam zamówienie na muffiny z anchois od koleżanki, która wkrótce miała obchodzić urodziny. Mam do anchois dość niejednoznaczny stosunek, tj. lubię anchois jeśli nie widzę tych filecików z cienkimi ośćmi wyglądającymi jak białe wąsy. Czyli anchois w sosie do sałatki Cezar czy w pomidorowym sosie puttanesca jest ok. Natomiast nieprzetworzone fileciki "na surowo" czy np. na pizzy nie są ok. Albo jeszcze nie dorosłam do delektowania się anchois albo jestem ignorantką ;)

Mniejsza o mnie. Koleżanka, która zamówiła u mnie muffiny z anchois, Baśka, lubi anchois pod każdą postacią. Ale jakoś średnio mi pasowało anchois do muffinów, mimo, że do ich wytrawnej odmiany można dodać w zasadzie wszystko. Przypomniałam sobie jednak o przepisie, który widziałam w książce "Food Lover's Guide to the World", wydawnictwa Lonely Planet. I zaproponowałam Baśce danie z tego przepisu: pissaladière.

Pissaladière to prowansalskie danie składające się ze spodu z drożdżowego ciasta, na którym rozsmarowuje się duszoną cebulę doprawioną tymiankiem, układa fileciki anchois i czarne oliwki, a następnie piecze jak pizzę. Jego nazwa pochodzi od nicejskiego określenia "peis salat", oznaczającego soloną rybę.
Baśka była zadowolona i przechrzciła pissaladière na "tort urodzinowy Barbary". Niech tak będzie :)

 Pissaladière, czyli tort urodzinowy Barbary

Składniki (na nieco grubsze niż cienka pizza ciasto upieczone w klasycznej prostokątnej blaszce):
  • 250g mąki pszennej (w oryginale jest 200g, ale to zdecydowanie za mało, ciasto wyszło zbyt lepkie i musiałam dodać ok. 50g mąki)
  • 1 łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki suszonych drożdży
  • 150ml ciepłej wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek do ciasta plus 2 łyżki oliwy z oliwek do smażenia cebuli (w oryginale są 4 łyżki do smażenia, ale to za dużo - cebula ociekałaby tłuszczem)
  • 750g zwykłej, białej cebuli (w oryginale jest 1kg, ale to za dużo na tę ilość ciasta)
  • gałązki świeżego tymianku lub 1 łyżeczka + szczypta suszonego tymianku (w oryginale jest świeży, wykorzystałam suszony)
  • 2 pomidory (wprawdzie Wikipedia podaje, że pissaladière to rodzaj białej pizzy, czyli bez dodatku pomidorów, ale w przepisie z mojej książki są pomidory, więc je dodałam; można też zastąpić niezbyt dobre o tej porze roku świeżymi pomidorami pomidorami z puszki, na ok1/2 400-gramowej puszki z sokiem)
  • 200g filecików anchois (w oryginale są 2 80-gramowe puszki anchois, ale w polskich sklepach najczęściej widuję puszki o pojemności 100- lub 200g, więc wzięłam więcej - nie było za dużo :)
  • garść czarnych oliwek (na oko 1/2 140-gramowego słoiczka)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Mąkę i sól przesiewamy do dużej miski, dodajemy suszone drożdże i mieszamy
  2. Do miski dodajemy ciepłą wodę (ciepła = gdy włożymy do naczynia z wodą palec, jesteśmy w stanie trzymać palec w wodzie przez dłuższą chwilę, uczucia parzenia) i 1 łyżkę oliwy
  3. Mieszamy wszystkie składniki, wyjmujemy ciasto na stolnicę lub blat i chwilę wyrabiamy (powinniśmy uzyskać elastyczne, gładkie ciasto, takie jak na pizzę) i lepimy kulę
  4. Oczyszczamy miskę z resztek ciasta, wkładamy do niej kulę ciasta, przykrywamy miskę ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce (polecam takie miejsca jak przy kominku, na kaloryferze lub w lekko ciepłym piekarniku :) do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić objętość, może to zająć 1-1,5h)
  5. W międzyczasie obieramy cebulę i kroimy ją w cienkie plasterki (pokrojenie takiej ilości cebuli to sporo pracy, polecam ułatwienie sobie zadania przez wykorzystanie np. krajalnicy z ostrzem ceramicznym, ja mam taką krajalnicę marki Kyocera i jestem z niej bardzo zadowolona; jest również wersja do krojenia warzyw w słupki julienne)
  6. Pomidory obieramy ze skórki i kroimy w drobną kostkę
  7. Na patelni rozgrzewamy 2 łyżki oliwy na niedużym ogniu
  8. Wrzucamy na patelnię pokrojoną cebulę i podsmażamy ją przez 10min (aż zmięknie), bez przyrumieniania
  9. Dodajemy tymianek, doprawiamy solą i pieprzem, dorzucamy pomidory i dusimy razem, żeby cebula zupełnie zmiękła przez 20min (10 minut z przykrywką, a potem zdejmujemy przykrywkę i odparowujemy płyn)
  10. Uduszoną cebulę zdejmujemy z ognia i studzimy
  11. Blachę do pieczenia smarujemy tłuszczem lub wykładamy papierem do pieczenia
  12. Wyrośnięte ciasto wyjmujemy z miski i chwilę wyrabiamy
  13. Wykładamy ciasto na natłuszczoną/wyłożoną papierem formę do pieczenia (można je wcześniej rozwałkować), przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 10-15min w ciepłe miejsce do podrośnięcia (tego etapu nie ma w książce, ale zawsze robię tak z grubszą pizzą czy z foccacią)
  14. Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza, bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu
  15. Rozsmarowujemy duszoną cebulę na cieście, a następie odsączone z oliwy  fileciki anchois i odsączone z płynu oliwki, posypujemy szczyptą suszonego tymianku
  16. Wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez 25min, a następnie zwiększamy temperaturę do 200 stopni Celsjusza i dopiekamy jeszcze przez 5 minut (w oryginale pieczemy 25-30min w 220 stopniach Celsjusza, ale moim zdaniem to za wysoka temperatura, ciasto drożdżowe za bardzo i za szybko by się spiekło)
  17. Po upieczeniu wyjmujemy z piekarnika, można serwować na ciepło lub na zimno
Smacznego :)

wtorek, 18 grudnia 2012

"Blinowe ptysie", czyli moja propozycja na imprezę sylwestrową i ostatni etap konkursu

Z końcem grudnia kończy się ostatni etap konkursu Kulinarny Blog Roku. Na finiszu uczestnicy mają za zadanie zaproponować dania na imprezę sylwestrową. Moja propozycja jest pomysłem raczej na przekąskę niż na "pełnoprawne" danie na tzw. zasiadaną kolację, bo nigdy Sylwester kojarzy mi się raczej z imprezami, na których lepiej sprawdzają się małe przekąski czy sałatki. Ale może to kwestia wieku i przyzwyczajeń.

Moim pierwszym pomysłem były ptysie, ale inne niż te, które ostatecznie zgłosiłam. Chciałam zgłosić wytrawne ptysie z pieczarkowym nadzieniem, takie jak moja babcia serwowała swoim gościom z barszczem czerwonym podczas różnego rodzaju imprez. Pamiętam to z dzieciństwa, zajadałam się nimi, podkradając te ptysie z pojemnika, w który babcia je przechowywała. Musiałam jednak zrezygnować z tego pomysłu, bo w ubiegłym roku inna uczestniczka zgłosiła podobny przepis - na ptysie serowe z pieczarkowym musem (swoją drogą ciekawy pomysł, do wypróbowania). Pojawiła się więc konieczność wymyślenia czegośc innego - po skonsultowaniu kilku pomysłów ze znajomymi, stanęło na ptysiach, ale innych, z dodatkiem mąki gryczanej, która sprawiła, że smakują trochę jak bliny :) A to do tego dodatki, które zawsze dodaję do blinów - wędzony łosoś, serek kremowy (zamiast śmietany, która mogłaby wypływać z ptysiów i wsiąkać w ciasto), świeży koperek i kapary.

Jeżeli ten pomysł wydaje się Wam wystarczająco interesujący, zapraszam do wypróbowania... i do głosowania :)
http://www.kulinarnyblogroku.pl/przepisy/pokaz/?id=1086

Z góry dziękuję za głosy.




niedziela, 4 listopada 2012

Miękkie, rumiane precle na śniadanie... i na konkurs :)

Z zamiarem upieczenia precli nosiłam się od kwietniowej wyprawy do Berlina, gdzie można zajadać się preclami niemal na każdym kroku. Od tamtej pory wielokrotnie szukałam w internecie przepisu, ale właściwe na tym się kończyło. Do zrealizowania tego zamiaru zmotywował mnie dopiero najnowszy etap konkursu Kulinarny Blog Roku, którego uczestnicy między połową października a końcem listopada mają za zadanie zaprezentować swoje przepisy na pieczywo. Nie chciałam, aby moja propozycja była banalna, a jednocześnie nie mam dużego doświadczenia w wypiekaniu pieczywa (do nadrobienia). Padło więc na precle, które ostatecznie upiekłam na bazie przepisu będącego autorską mieszanką preclowych pomysłów znalezionych w internecie.


Jeśli mój przepis wydaje Wam się wystarczająco apetyczny, aby na niego zagłosować, zachęcam do głosowania i z góry dziękuję za okazane wsparcie :)

A zagłosować można tutaj.

Jednocześnie zachęcam do wypróbowania tego przepisu. Moja siostra, na której konstruktywną krytykę zawsze mogę liczyć, po spróbowaniu precla z tego przepisu stwierdziła, że nie ma mu nic do zarzucenia ;) Takie precle to fajna propozycja na weekendowe leniwe śniadania przechodzące w brunche lub na przekąskę między posiłkami. Polecam :)

czwartek, 9 sierpnia 2012

Beef Wellington, czyli polędwica wołowa pieczona w cieście francuskim

Beef Wellington to potrawa, którą wraz z Wybrankiem wielokrotnie widywaliśmy w różnego rodzaju programach kulinarnych z udziałem brytyjskich kucharzy-celebrytów. Do wypróbowania tego dania zachęcił nas ostatecznie Gordon Ramsay, niestrudzony propagator nowoczesnej kuchni brytyjskiej (tutaj możecie zobaczyć jego filmik instruktażowy, w którym krok po kroku tłumaczy, jak przygotować "wołowinę Wellingtona"). Zapadła decyzja, żeby spróbować zrobić to danie własnoręcznie. Padło na sylwestrową kolację. Niestety przy pierwszym podejściu trochę za krótko piekliśmy mięso - po przekrojeniu okazało się, że jest zbyt surowe nawet jak dla Wybranka, fana średnio wysmażonych steków. Musieliśmy wstawić pieczeń z powrotem do pieca. Jej przekrojenie sprawiło jednak, że warstwa ciasta, pieczarek i boczku przestała zabezpieczać mięso przed utratą mięsnych soków, które wypłynęły z polędwicy i podtopiły ciasto. Mało apetycznie to wyglądało...

Kolejną próbę podjęliśmy w miniony weekend. Tym razem efekt był dużo lepszy (mieliśmy termometr ze szpikulcem, który wbija się w pieczeń, żeby sprawdzić, czy w środku jest wystarczająco upieczona, czyli czy ma ok 54 stopni Celsjusza), aczkolwiek Wybranek i tak stwierdził, że to danie nie było warte takiego zachodu. Niemniej jednak ja uważam, że było bardzo dobre, a w naszym przypadku zachód wcale nie był taki duży, bo nie robiliśmy ciasta francuskiego własnoręcznie. Poszliśmy na łatwiznę, nabywając mrożone. Gdzieś przeczytałam, że najlepsze ciasto francuskie można kupić w delikatesach Blikle, udaliśmy się więc do tych delikatesów. Ciasto rzeczywiście było wysokiej jakości i smaczne, ale było też dość grube, w związku z tym stosunkowo długo czekaliśmy, aż się rozmroziło. Spokojnie wystarczy takie najzwyklejsze, z supermarketu.

Skąd nazwa Wellington? Otóż nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie, nawet Wikipedia ma wątpliwości ;) Mnie najbardziej przekonuje teoria, że danie to zawdzięcza swoją nazwę brytyjskiemu kucharzowi-patriocie, który po prostu chciał nadać klasycznemu francuskiemu daniu (filet de boeuf en croute) brytyjską nazwę. To trochę jak z kanałem morskim między Francją a Wielką Brytanią - Francuzi nazywają go La Manche, a Brytyjczycy English Channel ;) Warto też wspomnieć, że określenie "Wellington" funkcjonuje w odniesieniu do różnych dań, w których jakieś składniki są zapiekane w cieście francuskim. Np. wieprzowina (a la)Wellington(a), kurczak (a la) Wellington(a) czy warzywa (a la) Wellingtona. Zresztą po tym, jak opowiedziałam mojej babci o"polędwicy Wellingtona", babcia zrobiła polędwiczki wieprzowe otulone podduszonymi pieczarkami i ciastem francuskim, których próbowałam i które były bardzo dobre. Niech żyje kreatywność :)

Przygotowując nasz beef Wellington korzystaliśmy z wspomnianego już filmiku z instruktażem Gordona Ramsaya oraz z przepisu na filet de boeuf en croute, opublikowanego w magazynie KUCHNIA (styczniowe wydanie z 2012 roku, s. 38-40). Po niewielkim dochodzeniu przeprowadzonym z wykorzystaniem źródeł internetowych i książkowych muszę przyznać, że przepisów jest wiele. W niektórych pojawia się pasztet, w innych boczek (jak w magazynie KUCHNIA), a u Gordona Ramsaya - szynka parmeńska. W przypadku, gdy w grę wchodzi pasztet (z kurzych wątróbek), stosuje się też naleśniki, które mają zabezpieczać mięso otulone pieczarkami i pasztetem przed utratą wilgotności, która mogłaby zbytnio nawilżyć wierzchnią warstwę z ciasta francuskiego i sprawić, że całe danie staje się mało apetyczne. Jak w tym przepisie. Całość ma być zwarta, mięso soczyste, a poszczególne warstwy dobrze widoczne po przekrojeniu pieczeni. My zrezygnowaliśmy z pasztetu i naleśników. Zrobiliśmy polędwicę wołową otuloną pierzynką z podduszonych i rozdrobnionych w blenderze pieczarek z cebulką i natką, a następnie owiniętą cienkimi plastrami wędzonego boczku i płatem ciasta francuskiego. Smakuje to naprawdę dobrze :)

 Beef Wellington

Składniki (dla 2-3 osób o dużym apetycie lub 4 o standardowym)
  • ok. 650g polędwicy wołowej, ze środka polędwicy (chodzi o to, żeby nasz kawałek mięsa był na całej długości mniej więcej takiej samej grubości, inaczej nie upiecze się równomiernie)
  • 500g mrożonego ciasta francuskiego (może być trochę mniej, myślę, że 400-gramowy płat spokojnie wystarczy)
  • 300g pieczarek
  • 150g boczku wędzonego w plastrach
  • 1 szalotka lub zwykła mała cebula
  • 1 łyżka drobno posiekanej natki pietruszki
  • 1 łyżka musztardy
  • olej lub oliwa do smażenia
  • sól & pieprz do smaku
  • 1-2 żółtka
Przygotowanie:
  1. wyjmujemy ciasto francuskie z zamrażalnika i rozmrażamy
  2. polędwicę wołową opłukujemy pod bieżącą wodą, osuszamy ręcznikiem papierowym i oczyszczamy z błon
  3. mięso smażymy na patelni z tłuszczem (nie potrzeba dużo tłuszczu, wystarczy 1-2 łyżki oliwy lub oleju) z każdej strony
  4. po usmażeniu  mięso smarujemy musztardą, oprószamy pieprzem i solą i odstawiamy do wystygnięcia
  5. pieczarki myjemy i obieramy (lub nie, w zależności od preferencji) i kroimy (może być na duże kawałki)
  6. grzyby wrzucamy na suchą patelnię i odparowujemy z nich wodę, a po odparowaniu dodajemy trochę oleju lub oliwy (nie więcej niż 1 łyżkę) i podsmażamy razem z obraną i posiekaną cebulą
  7. doprawiamy pieczarki solą i pieprzem do smaku, dodajemy posiekaną natkę
  8. gotowe grzyby rozdrabniamy za pomocą blendera (nie na mus, ale na drobne kawałki) i odstawiamy do wystygnięcia
  9. na blacie rozwijamy folię spożywczą, na niej układamy plastry boczku tak, żeby na siebie zachodziły
  10. boczek smarujemy  wystudzoną pastą pieczarkową (zostawiając trochę przestrzeni przy brzegach boczkowej warstwy), a na paście kładziemy usmażoną polędwicę
  11. z pomocą folii spożywczej owijamy polędwicę boczkowo-pieczarkową "płachtą", całość zawijamy szczelnie folią spożywczą i wstawiamy do lodówki na 20 minut
  12. na blacie/desce rozkładamy rozmrożone ciasto francuskie
  13. po schłodzeniu mięsno-pieczarkowego pakunku odwijamy go z folii, układamy na cieście i owijamy w to ciasto - przed zawinięciem można posmarować brzegi ciasta roztrzepanym żółtkiem, żeby lepiej się sklejały
  14. tak przygotowany "pakunek" możemy ozdobić liśćmi wyciętymi z resztek ciasta  francuskiego (mieliśmy 500g, to było trochę za dużo, więc z niewykorzystanej reszty zrobiłam listki oraz deser - wysmarowałam kokilki masłem, obsypałam odrobiną bułki tartej, wyłożyłam kwadratowtmi kawałkami ciasta francuskiego, tak, że rogi wystawały poza kokilki, do środka kokilek, na ciasto, wrzuciłam po kilka borówek amerykańskich, posypałam je szczypta brązowego cukru i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza na 15 minut, zaraz po wyjęciu mięsa; podałam z gałka lodów :)
  15. gotowy "pakunek" owijamy folią spożywczą i wstawiamy na 5 minut do lodówki
  16. po schłodzeniu układamy na blaszce wyłożonej papierem do pieczenia i smarujemy rozkłóconym żółtkiem za pomocą pędzelka
  17. wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 220 stopni Celsjusza, na środkową półkę, i pieczemy przez 10 minut
  18. następnie zmniejszamy temperaturę do 180 stopni Celsjusza i pieczemy jeszcze przez 35 minut (przy ok. 650g mięsa; stopień upieczenia sprawdzaliśmy termometrem, piekliśmy do osiągnięcia przez polędwicę temperatury 54 stopni Celsjusza)
  19. po upieczeniu wyjmujemy polędwicę z piekarnika i odkładamy na 10 minut, żeby odpoczęła
  20. "odpoczętą" wołowinę kroimy w grube plastry i serwujemy - przy krojeniu z mięsa może wypływać sok

Serwujemy na ciepło, np. w towarszystwie mixu sałat z winegretem i czerwonego, wytrawnego wina (u nas było Chianti, dla plebsu, jak to ujął Wybranek, czyli nie classico ;) Smacznego :)