Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włoskie inspiracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą włoskie inspiracje. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 5 kwietnia 2020

Foccacia z ziemniakami i rozmarynem

Tym razem będzie przepis, który może wydawać się nieco bizarny. No bo jak to tak? Foccacia z ziemniakami? Bez sosu? Bez sera? Dokładnie. Ciasto smaczne i chrupiące, przyrumienione, ziemniaki zachowują wilgotność i stanowią fajne urozmaicenie nieco suchej powierzchni ciasta, plus rozmaryn, nadający całości fajnego aromatu. Poza świeżym rozmarynem, wszystkie składniki macie najpewniej w pandemicznych zapasach. Świeże zioła możecie spróbować zastąpić suszonymi, 1/4 łyżeczki połączcie z 3 łyżkami oliwy, przez 10-15 minut potrzymajcie suszone zioła w oliwie, a następnie rozprowadźcie zioła z oliwą na wierzchu ziemniaków.

Przepis pochodzi z książki pt. "Italia do zjedzenia", której autorem jest Bartek Kieżun. Książka jest pełna apetycznych, a jednocześnie prostych pomysłów, składających się z kilku składników. Próbowałam już makaronu z fasolą z tej samej książki, bardzo mi się spodobał. Makaron z fasolą to przepis na dużą ucztę, dla kilku osób lub na kilka posiłków dla 1-2. Foccacią z ziemniakami i rozmarynem nakarmicie do syta 2 osoby, może też służyć jako przystawka lub przekąska dla 4-6.

Robiąc to danie, myślałam o Włochach, ojczyźnie moich ulubionych dań, która tak dotkliwie doświadczyła pandemii. Niezależnie od tego, czy z przyczyn niezależnych, czy ze względu na zbyt późne działania władz i zbyt małą ostrożność Włochów na początkowym etapie tego kryzysu, nikt nie zasługuje na taki los. Obyśmy w Polsce go nie podzielili. Zostańcie w domu.

Foccacia z ziemniakami i rozmarynem

















Składniki:
  • 400g mąki pszennej
  • 1 duży ziemniak (w oryginalnym przepisie jest tylko 130g, ale ja wzięłam całe warzywo, które ważyło ponad 2x więcej i było ok)
  • 200ml ciepłej wody
  • 1 saszetka (7g) suchych drożdży (w przepisie są tylko 4g, ale dodałam 7g, bo nie chciałam zostawiać napoczętej saszetki)
  • szczypta cukru
  • 1 łyżeczka soli (w oryginale jest szczypta)
  • Oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia
  • 1 gałązka świeżego rozmarynu (same igiełki, drobno posiekane)
  • Świeżo zmielony pieprz
Przygotowanie:
  1. Drożdże i cukier wsypujemy do ciepłej wody, mieszamy, przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia na ok 15 min
  2. Ziemniaka obieramy, płuczemy, kroimy w grubsze plastry (3mm) i gotujemy w osolonej wodzie (trwa to ok 10 min), a następnie odcedzamy i przykrywamy, żeby nie obsychały
  3. Bierzemy 30g ugotowanych ziemniaków i rozgniatamy dokładnie widelcem
  4. Ziemniaki łączymy z mąką, solą i drożdżowym zaczynem, wyrabiamy ciasto, aż przestanie się kleić do rąk (można dodać więcej mąki, jeśli jest za wilgotne lub łyżkę oliwy, jeśli jest za suche), przykrywamy ściereczką i odstawiam w ciepłe miejsce do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość)
  5. Wyrośnięte ciasto chwilę wyrabiamy, następnie wykładamy na blachę wyłożoną pergaminem i formuujemy duży, cienki placek
  6. Ugotowane ziemniaki okraszamy 2-3 łyżkami oliwy wymieszanej z rozmarynem, a następnie rozkłądamy plastry na wierzchu ciasta
  7. Posypujemy solą i świeżo zmielonym pieprzem
  8. Pieczemy w 200 stopniach Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, przez 25 min (do momentu, aż ciasto się zrumieni)
Smacznego :-)

wtorek, 2 kwietnia 2013

Zapiekanka "bolońska" w dyni na przełamanie blogowego marazmu

Z prowadzeniem bloga jest zdaje się tak, jak z wieloma innymi sprawami czy zajęciami w życiu: raz się chce, raz się nie chce. W styczniu chciało mi się bardzo, co znalazło odzwierciedlenie w liczbie postów, które opublikowałam w ciągu pierwszych czterech tygodni tego roku (15, najlepszy miesięczny wynik odkąd prowadzę tego bloga). W lutym bardzo mi się nie chciało i mimo, że cały czas gotuję (bo przecież coś jeść trzeba ;) i robię zdjęcia przygotowanych potraw, trudno było mi się zmobilizować do napisania kilku słów na blogu. Marzec był niewiele lepszy, nie dodałam żadnego przepisu na dania czy wypieki wielkanocne (za co przepraszam osoby, które liczyły, że znajdą na moim blogu jakieś nowe przepisy wielkanocne), mimo, że zrobiłam pierogi z fetą i szpinakiem na Wielki Piątek, pasztet z nowego przepisu z magazynu Kuchnia, mazurek różany z magazynu Kukbuk oraz cytrynowe ciasteczka. Nie bardzo wiem, z czego to wynika. Przyjmijmy może, że z braku słońca i przedłużającej się zimy...

Na przełamanie blogowego marazmu proponuję proste, smaczne i efektowne danie: zapiekankę "bolońską" w dyni. Miałam w domu od jakiegoś czasu dynię piżmową - kupiłam ją pod koniec lutego pod wpływem impulsu, w supermarkecie. Uznałam, że wystarczająco długo leżała i postanowiłam zrobić z nią coś innego niż zupa z dyni czy sałatka z pieczoną dynią. Padło na wykorzystanie dyni jako jadalnego naczynia, w którym zapiekłam makaron przykryty sosem pomidorowym z mięsem i dużą ilością bazylii. Taka właśnie była prosta historia zapiekanki "bolońskiej" :)

Zapiekanka "bolońska" w dyni

Składniki (dla 4 osób :)
  • 1 nieduża dynia (moja ważyła ok 1,5kg; nie musi być piżmowa - jeśli macie inną, powinna być ok)
  • 1 puszka pomidorów (bez skórki, ok. 400g)
  • 4 suszone pomidory (z oliwnej zalewy)
  • 300g mięsa mielonego (u mnie chuda wołowina, ale równie dobrze można wykorzystać wieprzowinę lub indyka)
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 mała cebula
  • pęczek świeżej bazylii
  • 2 szklanki suchego makaronu (u mnie był farfalle)
  • 1 kulka sera mozzarella (125g)
  • oliwa z oliwek
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. dynię myjemy, osuszamy, przkrajamy na pół i wydrążamy (zostawiając ok. 1,5 cm od brzegu) - wydrążony miąsz możemy upiec i dodać np. do sałatki
  2. wydrążoną dynię skrapiamy oliwą z oliwek, oprószamy solą i pieprzem, układamy na natłuszczonej lub wyłożonej papierem do pieczenia blaszce i wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu)
  3. tak przygotowaną dynię pieczemy ok. 15-20 min (na środkowej półce)
  4. w międzyczasie obieramy i drobno siekamy czosnek i cebulę
  5. posiekane czosnek i cebulę wrzucamy na patelnię z 1 łyżką rozgrzanej oliwy i chwilę podsmażamy
  6. na patelnię dorzucamy mięso mielone i podsmażamy z czosnkiem i cebulą
  7. gdy mięso będzie posmażone, wlewamy na patelnię zawartość puszki pomidorów i dusimy razem do momentu, aż pomidory się rozpadną, tworząc sos
  8. podczas gdy mięso będzie dusiło się z pomidorami z puszki, odsączamy z oliwnej zalewy 4 suszone pomidory, osuszamy je ręcznikiem papierowym i bardzo drobno siekamy, a następnie dodajemy do sosu
  9. sos "boloński" doprawiamy do smaku solą i pieprzem, a tuż przed przełożeniem do dyniowej miseczki, dodajemy prawie cały posiekany pęczek bazylii (z pęczka możemy odłożyć małe gałązki do dekoracji)
  10. gotujemy makaron zgodnie ze wskazówkami na opakowaniu
  11. ugotowany makaron układamy na dnie podpieczonych połówek dyni, a na makaron nakładamy sos mięsno-pomidorowy
  12. mozzarellę kroimy w plastry i układamy na wierzchu nadzienia każdej połówki dyni
  13. wstawiamy do nagrzanego do 180 stopni piekarnika i podpiekamy przez ok. 10-15 min, do momentu, aż mozzarella się zrumieni
  14. dekorujemy świeżą bazylią i podajemy
Jeśli mogę coś zasugerować - radziłabym konsumować całość dania równomiernie, a nie najpierw nadzienie, a potem pieczoną dynię. Sama dynia może być mdła, mimo, że była doprawiona solą, pieprzem i oliwą przed dodaniem nadzienia. Z zapiekanki powinna zostać jedynie skórka.

Smacznego :)

niedziela, 16 grudnia 2012

Tagliatelle al ragu na zimową porę

Wybierając się z Wybrankiem mym kilka lat temu na wyprawę do Bolonii, sporo czytaliśmy na temat tego miasta i regionu, w którym się znajduje (Emilia-Romania). Bolonii przypisuje się najczęściej trzy określenia: uczona (la dotta), bo jest siedzibą najstarszego uniwersytetu w Europie; czerwona (la rossa), pierwotnie ze względu na czerwony kolor dachów, a po II wojnie światowej w związku z komunistycznymi sympatiami tego miasta i regionu Emilia-Romania; oraz tłusta (la grassa) w nawiązaniu do tamtejszych kulinariów. Podobno w Bolonii w ciągu jednego roku je się więcej niż w Wenecji w ciągu dwóch, w Rzymie trzech, w Turynie pięciu, a w Genui w ciągu dwudziestu lat :)

Grassa to dobre określenie dla dania, które chciałabym dziś zaprezentować: makaron tagliatelle z bolońskim sosem ragu, który nie jest tym samym, co powszechnie znany sos boloński. Ragu to mieszanka mięsa mielonego, włoskiego wędzonego boczku (pancetty), warzyw (marchew, seler naciowy, cebula), podlana winem i mlekiem, z dodatkiem przecieru pomidorowego i masła. A do tego makaron tagliatelle i inne dodatki, jak np. świeża bazylia czy parmezan.

Szukając w internecie przepisu na to danie, trafiłam na bloga wusia.pl, a przepis znaleziony na tym blogu stał się podstawą mojego ragu. Nie powstrzymałam się przed wprowadzeniem kilku modyfikacji, przez co moje danie straciło na autentyczności w porównaniu z oryginałem. Niemniej jednak każdy gotuje tak, jak mu najbardziej odpowiada - uważam, że jeśli kulinarna intuicja podpowiada nam, że w danym przepisie coś wypadałoby zmienić, należy z tej podpowiedzi skorzystać :)

Tłustość tego dania (pancetta, masło, tłuste mleko) sprawia, że wydaje się doskonałe na zimową porę, kiedy nasze organizmy domagają się bardziej energetycznych posiłków niż wiosną czy latem. Jedliśmy je w Bolonii w lipcu i rzeczywiście było za ciężkie na upały - o ile mnie pamięć nie myli, po zjedzeniu tego dania w 30-stopniowym upale mieliśmy ochotę położyć się w cieniu i sączyć zimne napoje. Nastroju na dalsze zwiedzanie zabrakło ;)

Tagliatelle al ragu

Składniki (porcja dla 3 osób):
  • 400g wołowego mięsa mielonego (u mnie była raczej chuda wołowina)
  • 75g pancetty (w oryginale jest 2-krotnie więcej, ale miałam tylko 75g, moim zdaniem wystarczy)
  • 1 nieduża marchew
  • 1 łodyga selera naciowego
  • 1 średniej wielkości zwykła cebula (lub 2-3 szalotki)
  • puszka pomidorów pelati (w oryginale jest tylko 80g przecieru, ale ja dodałam całą puszkę, czyli ok 400g)
  • 120ml czerwonego wytrawnego wina (w oryginale jest 60ml białego wina; ja podwoiłam tę ilość; dodałam Chianti, to samo wino piliśmy do posiłku)
  • 120ml mleka (w oryginale jest tłuste, ja odpuściłam się profanacji i dodałam chude, które zawsze mam w domu i którego używam do kawy)
  • 1 łyżka oliwy
  • 1 łyżka masła (w oryginale jest 70g)
  • sól i pieprz do smaku
  • 250g suchego makaronu tagliatelle
  • opcjonalnie: świeża bazylia, starty parmezan
Przygotowanie:
  1. warzywa myjemy i obieramy (cebula, marchew), a następnie drobno siekamy (seler i cebulę nożem, marchew starłam na tarce o grubych oczkach)
  2. na patelni rozgrzewamy oliwę, dorzucamy warzywa i podsmażamy do miękkości na niedużym ogniu
  3. pancettę drobno siekamy lub mielimy w maszynce, a następnie dorzucamy do podsmażonych warzyw i wszystko razem podsmażamy przez kolejnych kilka minut
  4. do warzyw i pancetty dodajemy mielone mięso i smażymy razem, starając się, aby mięso nie zbijało się w duże kawałki
  5. gdy mięso mielone będzie już usmażone, wlewamy na patelnię wino i mieszamy
  6. po odparowaniu wina, dodajemy przetarte przes sitko pomidory pelati z puszki (może też być passata) i mieszamy
  7. gdy sos nieco się zredukuje, dodajemy mleko, mieszamy i dusimy dalej (do zredukowania płynu)
  8. następnie dodajemy łyżkę masła i rozprowadzamy ją w sosie
  9. na koniec doprawiamy sos solą i pieprzem
  10. w międzyczasie gotujemy makaron tagliatelle
  11. ugotowany makaron odcedzamy i wrzucamy z powrotem do garnka, w którym się gotował (ale garnek powinien być już zdjęty z ognia)
  12. do garnka z makaronem dodajemy sos i mieszamy (pozostawiając na patelni ok 6 łyżek sosu)
  13. makaron wymieszany z sosem wykładamy na talerze, a na każdej kupce makaronu układamy dodatkowo po 2 łyżki z pozostawionego na patelni sosu
  14. tak przygotowane porcje można posypać świeżą bazylią i/lub startym parmezanem
Smacznego :)

P.S. To jest ilość dla 3 głodnych osób/gdy tagiatelle ma być jedynym daniem. Niemniej jednak, jeśli ma to być jedno z kilku dań, ta ilość spokojnie wystarczy dla 4 osób.

niedziela, 2 września 2012

Makaron z sosem pomidorowym alla Norma i ricottą

Kolejne po makaronie z sosem (a)matriciana i puttanesca podejście do włoskich sosów pomidorowych. Tym razem sos alla Norma, z bakłażanem, świeżą bazylią i ricottą. Nazwa tego sosu pochodzi podobno od opery autorstwa Vincenzo Belliniego, a jego ojczyzna to miasto Katania na Sycylii. W klasycznym wydaniu występuje ricotta salata, czyli lekko solony, prasowany i suszony ser z pasteryzowanego mleka owczego (więcej informacji o tym serze można znaleźć np. tutaj). Ricotta salata jest niestety trudno dostępna w Warszawie, szczególnie w niedzielne popołudnie... W związku z tym zastąpiłam ją świeżą, miękką ricottą, taką najzwyklejszą. I wyszło super, a Wybranek spałaszował swoją porcję w tempie znacznie szybszym niż inne makarony ;)

Fusilli alla Norma z serem ricotta

Składniki (dla 2 osób):
  • 250g makaronu (u mnie fusilli, ale może być dowolny)
  • 1kg dojrzałych pomidorów
  • 1 średniej wielkości bakłażan
  • 4 łyżki sera ricotta
  • pół pęczka świeżej bazylii
  • 1 duży ząbek czosnku
  • 2 suszone pomidory
  • 1 mała suszona papryczka chili
  • 2 łyżki oliwy
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1.  bakłażan myjemy, kroimy w grube plastry, oprószamy solą i układamy na sitku na ok. 30 min, żeby puściły sok (ten zabieg ma pozbawić bakłażana goryczki)
  2. po upływie 30min plastry bakłażana płuczemy, osuszamy ręcznikiem papierowym i kroimy w dużą kostkę
  3. na patelni rozgrzewamy 1 łyżkę oliwy i podsmażamy na niej kawałki bakłażana, aż zmiękną
  4. pomidory myjemy, parzymy wrzątkiem, obieramy ze skórki i drobno kroimy
  5. czosnek obieramy i drobno siekamy
  6. na patelni rozgrzewamy drugą łyżkę oliwy, wrzucamy na nią czosnek i chwilkę podsmażamy
  7. do podsmażonego czosnku dodajemy pokrojone pomidory, odsączone z zalewy i drobno posiekane suszone pomidory oraz pokruszoną suszoną papryczkę (ja dałam bez pestek, bo nie lubię zbyt pikantnych dań), całość dusimy do trzymania gęstego sosu
  8. dodajemy posiekaną bazylię i podsmażonego bakłażana, doprawiamy solą i pieprzem, chwilę razem dusimy
  9. makaron gotujemy zgodnie z instrukcją na opakowaniu
  10. po ugotowaniu i odsączeniu makaronu mieszamy go z sosem
  11. nakładamy sos z makaronem na talerze, dodajemy po 2 łyżki ricotty na porcję makaronu, można udekorować bazylią
  12. tuż przed konsumpcją mieszamy makaron z sosem z ricottą na talerzu
Smacznego :)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Makaron z sosem puttanesca

Odcinek drugi pomidorowego wyzwania. Po makaronie z sosem (a)matriciana kolej na makaron z sosem puttanesca, czyli po kurtyzańsku (puttanesca w dosłownym tłumaczeniu znaczy "kurtyzana"). Niestety z pochodzeniem tej nazwy nie wiąże się żadna interesująca historia... miłosna. Ale za to danie jest k...wsko dobre i pewnie o to chodziło twórcy tej nazwy ;) Wrażliwszych czytelników przepraszam za niecenzuralne określenie, ale po prostu samo cisnęło mi się na usta.

Przygotowując makaron z sosem puttanesca, korzystałam ze skarbnicy przepisów na dania kuchni włoskiej, za którą uważam pokaźnych rozmiarów lekturę pt. "Culinaria Italia. Kulinarna podróż po Włoszech" pod redakcją Claudii Piras, wydanej w 2004 roku przez wydawnictwo KÖNEMANN. Dostałam ją kilka lat temu od znajomych z pracy w prezencie imieninowym. Na etapie fascynacji kuchnią włoską, na którym wówczas wraz z Wybrankiem mym się znajdowaliśmy, przeglądaliśmy tę książkę z namaszczeniem, raz po raz wypróbowując wybrane przepisy. Na podstawie wskazówek z tej książki Wybranek przygotował swój pierwszy domowej roboty makaron oraz deser panna cotta. Ja z kolei pod wpływem tej książki wykonałam moje pierwsze w życiu risotto (od razu wyszło dobre i od tamtej pory robię bazowe risotto właśnie z tego przepisu). Można w niej znaleźć przepisy z różnych regionów Włoch oraz informacje o stosownych trunkach. Na stronie 305 znajduje się przepis na spaghetti alla puttanesca. Ja spaghetti zastąpiłam makaronem linguine(i), równie dobrze można wykorzystać inny, dlatego przepis podaję w formie uogólnionej, jako makaron z sosem puttanesca.

Makaron z sosem puttanesca
[na podstawie przepisu ze wspomnianej książki, ale z pewnymi modyfikacjami]

Składniki (dla 2 osób):
  • pół opakowania 500-gramowego opakowania wybranego makaronu
  • 1 kg dojrzałych pomidorów
  • 4 fileciki anchois (w oryginalnym przepisie są solone, ja miałam w oliwie i też było ok)
  • 150g czarnych oliwek
  • 1 łyżka kaparów
  • 2 ząbki czosnku
  • 1 łyżka posiekanej natki pietruszki
  • 2 łyżki oliwy
  • sól i pieprz do smaku 
  • 4 suszone pomidory w oliwie [mój dodatek, w oryginale tego nie ma]
  • [w oryginale jest jeszcze 30g masła, ale pominęłam]
Przygotowanie:
  1. Filety anchois wyławiamy ze słoiczka/puszki, osuszamy ręcznikiem papierowym i drobno kroimy
  2. Czosnek obieramy i również drobno kroimy
  3. Na patelni/w rondlu rozgrzewamy oliwę, wrzucamy na nią posiekane anchois oraz czosnek, chwilę razem podsmażamy na niedużym ogniu
  4. Pomidory obieramy ze skórki i kroimy w drobną kostkę
  5. Pokrojone pomidory dodajemy na patelnię/do rondla razem z odsączonymi oliwkami i kaparami
  6. Do sosu dodajemy drobno posiekane suszone pomidory
  7. Sos gotujemy do rozpadnięcia się kawałków świeżych pomidorów
  8. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku
  9. Gdy sos jest już gotowy, gotujemy makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu
  10. Ugotowany makaron mieszamy z sosem lub układamy na talerzu i polewamy sosem
  11. Wierzch dania posypujemy posiekaną natką, można też dodać starty parmezan
Jeśli nie lubicie anchois, nie przekreśla to Waszych szans jako konsumentów makaronu z sosem puttanesca. W procesie gotowania kawałeczki anchois rozpadają się i są jedynie lekko wyczuwalne, nadając sosowi oleistego posmaku, jeśli mogę posłużyć się takim określeniem. Buon appetito! :)

czwartek, 16 sierpnia 2012

Wypasiona lasagne mojej babci

Objedliśmy się jak dzikie osły – skwitowała dzisiejszy obiad moja babcia, po tym, jak każdy z biesiadników skonsumował swój kawałek lasagne, którą dla nas przygotowała. W zasadzie to danie można zaliczyć do kategorii potraw jednogarnkowych, bo znalazły się w nim: makaron, mięso mielone, kiełbasa wiejska, pomidory, szpinak, pieczarki i ser żółty. Wszystkie te składniki zostały odpowiednio przygotowane, a następnie poprzekładane i zapieczone w piekarniku. Wyszła wielka porcja pysznej zapiekanki.

To nie jest lasagne, jaką znacie. To jest lasagne mojej babci, jedyna w swoim rodzaju. Przekonajcie się sami. Uwaga: to danie jest naprawdę sycące, z tymi dzikimi osłami to nie żart, aczkolwiek nie wiem, dlaczego akurat dzikie osły zostały przywołane przez babcię, ale być może taki dziki osioł to bardzo żarłoczne zwierzę. Prawie tak żarłoczne, jak przywoływane czasami przeze mnie dzikie węże ;)

Lasagne mojej babci

Składniki (porcja dla 6-8 osób; dzisiejszą lasagne babcia przygotowała w naczyniu żaroodpornym o wymiarach 20x30x10cm):
  • ok. 1 i 1/3 opakowania szuszonych płatów makaronowych na lasagne (ok. 650g, pakowany jest zwykle po 500g)
  • 500g kiełbasy wiejskiej (im chudsza, tym lepsza)
  • 300-350g mięsa mielonego (u nas była mielona szynka wieprzowa – to jest ulubiony rodzaj mięsa mielonego babci, stąd taki wybór)
  • 5 dużych pieczarek
  • duża garść świeżego szpinaku (lub pół opakowania mrożonego, w liściach)
  • 2 średniej wielkości cebule
  • 1 puszka pomidorów bez skórki (ok. 400g)
  • kilka plastrów sera żółtego (100-150g)
  • ok. 100ml śmietany (12% będzie ok)
  • masło
  • olej
  • ulubione zioła
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Kiełbasę obieramy ze skórki i kroimy (może być w plastry, może być drobniej)
  2. Cebulę obieramy i siekamy w drobną kostkę, a następnie podsmażamy chwilę na 1 łyżce oleju (chodzi o to, żeby się zeszkliła)
  3. 1/3 podsmażonej cebuli dodajemy do mielonego mięsa, doprawiamy solą, pieprzem i ziołami (ew. innymi przyprawami, jeśli ktoś lubi)
  4. Pieczarki myjemy, kroimy w kostkę i podduszamy na 1 łyżce masła (nie chodzi o to, żeby je odparować, powinny zatrzymać płyn), doprawiamy solą i pieprzem, mieszamy z 1/3 podsmażonej cebuli
  5. Szpinak dusimy w niewielkiej ilości wody (1/4 szklanki), do miękkości, gdy już zmięknie dodajemy śmietanę i doprawiamy solą i pieprzem do smaku
  6. Pomidory (wraz z sokiem) przekładamy do rondelka, dodajemy resztę cebuli, doprawiamy solą, pieprzem, ziołami (oraz ew. innymi przyprawami) i gotujemy z nich sos (powinien być raczej płynny, żeby nawilżył płaty makaronowe)
  7. Naczynie żaroodporne natłuszczamy masłem
  8. Na jego dno wlewamy trochę sosu pomidorowego (tak, żeby pokrył dno)
  9. Na sosie układamy pierwszą warstwę makaronu
  10. Na pierwszą warstwę makaronu nakładamy sos pomidorowy – tak, żeby przykrył makaron
  11. Na sosie układamy drugą warstwę makaronu
  12. Drugą warstwę makaronu pokrywamy mięsem mielonym
  13. Na mięsie układamy kolejną warstwę makaronu
  14. Na makaronie układamy pokrojoną kiełbasę, którą skrapiamy sosem pomidorowym (2-3 łyżki)
  15. Skropioną sosem kiełbasę przykrywamy kolejną warstwą makaronu
  16. Makaron pokrywamy podduszonymi pieczarkami, które przykrywamy kolejną, ostatnią warstwą makaronu
  17. Na ostatniej warstwie makaronu rozkładamy szpinak duszony ze śmietaną i przykrywamy go plastrami sera żółtego
  18. Na serze układamy kawałeczki masła
  19. Całość przykrywamy przykrywką od naczynia żaroodpornego lub folią aluminiową
  20. Nagrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza
  21. Wstawiamy naczynie z lasagne do piekarnika
  22. W momencie, w którym ser zacznie się topić, zmniejszamy temperaturę do 160 stopni Celsjusza i zapiekamy ok. 60min (trzeba sprawdzić miękkość płatów makaronowych i stopień przypieczenia sera – jeśli są wystarczająco miękkie/przypieczone, 60min powinno wystarczyć, jeśli nie – można potrzymać w piecu dłużej)
Warstw makaronu i rodzajów farszu może być oczywiście mniej, mogą to też być inne rodzaje nadzienia, ale wówczas nie będzie to już taki prawdziwy babciny lasagne'owy wypas :)
Podajemy z napojami ułatwiającymi trawienie, np. z piwem ;)
Smacznego :)

niedziela, 5 sierpnia 2012

Makaron z sosem (a)matriciana w wydaniu awangardowym

Jakiś czas temu postanowiłam sobie, że w trakcie tegorocznego sezonu pomidorowego wezmę na warsztat takie klasyki jak sos boloński, arrabiata, amatriciana i putanesca. Pomidorowe wyzwanie czas zacząć :) Na pierwszy ogień poszła amatriciana - lekko pikantny sos pomidorowy z aromatyczną mięsną wkładką, rodem z włoskiego miasta Amatrice. Spotkałam się z różnymi rodzajami mięsnej wkładki - jadłam ten sos i z klasycznym boczkiem wędzonym (wówczas smak boczku był mocno wyczuwany w sosie), i ze szpekiem (średnio wyczuwalny), i z włoskim boczkiem pancetta (dodatek pancetty nadaje sosowi bardzo delikatny aromat boczku). Oryginalny przepis, którego nazwa brzmi nie amatriciana, ale matriciana (spaghetti alla matriciana), zawiera jednak nie boczek czy szpek, ale guanciale, czyli niewędzony boczek ze świńskiego policzka. Guanciale ma podobno niepowtarzalny smak i w związku z tym dodanie każdego innego rodzaju mięsa sprawia, że uzyskany w ten sposób sos (a)matriciana nie jest prawdziwą (a)matricianą. W Polsce nigdy nie widziałam guanciale, ale być może po prostu za słabo się rozglądałam. Mój sos będzie więc nieoryginalny, a dodatkową zbrodnią przeciwko amatriciańskiej sztuce kulinarnej, którą popełniłam, jest posypanie makaronu nie startym serem pecorino (w przeciwieństwie do guanciale łatwo dostępnym w Polsce), ale parmezanem (parmigiano regiano). Przyjmijmy więc, że moja wersja jest wersją awangardową ;)

Makaron z sosem amatriciana po mojemu

Składniki (na 4 niemałe porcje):
  • 500g makaronu (amatricianę najczęściej podaje się ze spaghetti, ale ja bardzo lubię sosy pomidorowe z grubszym makaronem, dlatego wybrałam maccheroni; wybierzcie taki, który najbardziej lubicie lub który akurat macie pod ręką)
  • 2 kg dojrzałych, pachnących pomidorów (w polskich warunkach rynkowych nie ma sensu przywiązywanie się do odmian, bo pomidor to przecież pomidor...)
  • 1 zwykła duża cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 250g pancetty (w przypadku zwykłego wędzonego boczku 150-200g powinno wystarczyć, boczek ma być dodatkiem, główne skrzypce grają pomidory)
  • duża szczypta cukru
  • 8 suszonych pomidorów (u mnie z oliwy)
  • 2 łyżki oliwy
  • 1 suszona ostra papryczka, z nasionami
  • sól i pieprz do smaku
  • ser (parmezan, pecorino, grana padano lub inny twardy ser - byle nie gotowy starty ser z torebki) oraz świeża bazylia do posypania (opcjonalnie)
Przygotowanie:
  1. pomidory myjemy, polewamy wrzątkiem i obieramy ze skórki
  2. obrane pomidory kroimy w niedużą kostkę
  3. cebulę i czosnek obieramy, drobno siekamy
  4. boczek kroimy w kostkę lub w słupki (tzw. lardony)
  5. boczek wrzucamy do rondla, w którym będziemy przygotowywali sos, bez dodatkowego tłuszczu (chodzi o to, żeby boczek podsmażył się na tłuszczu, który się z niego wytopi) i smażymy na złoty kolor
  6. do usmażonego boczku dodajemy oliwę, dorzucamy czosnek i cebulę, chwilę razem podsmażamy
  7. dodajemy pokrojone pomidory, mieszamy i dusimy
  8. kruszymy papryczkę na drobne kawałki i dorzucamy ją do pomidorów
  9. suszone pomidory siekamy i również dorzucamy do sosu
  10. na początku sos będzie wodnisty, bo pomidory puszczą soporo płynu - należy dusić sos tak długo, aż większość tej wody wyparuje, a sos będzie bardzo gęsty (makaron nie powinien być zalany sosem, sos ma oblepiać makaron; u mnie odparowanie sosu zajęło nieco ponad godzinę)
  11. gdy sos zgęstnieje, doprawiamy cukrem, solą i pieprzem
  12. po dodaniu przypraw jeszcze chwilę dusimy
  13. gotujemy makaron zgodnie z instrukcjami na opakowaniu
  14. ugotowany makaron odsaczamy i mieszamy z ciepłym sosem
  15. nakładamy na talerz, posypujemy startym serem i ziołami
Smacznego :)




niedziela, 29 lipca 2012

Panna cotta z sosem malinowym

Panna cottę pierwszy raz jadłam kilka lat temu, a przygotował ją dla mnie - stawiający wówczas pierwsze poważniejsze kroki w kuchni - Wybranek, z okazji moich urodzin. To był deser zaserwowany po daniu głównym, które stanowił własnoręcznie przygotowany makaron tagliatelle podany z szynką parmeńską, cebulką i oliwą. Nie omieszkam napomknąć, że obserwująca cały proces przygotowań mama Wybranka miała poważne wątpliwości, czy po tym wszystkim odnajdzie się w swojej własnej kuchni ;)

W owym czasie byliśmy pod dużym wpływem kuchni włoskiej, zgłębiając jej tajniki przy lekturze książki "Kulinaria Italia", wydanej przez wydawnictwo Oleksiejuk. Z tej właśnie książki pochodził przepis na panna cottę i na makaron (który później jeszcze wiele razy sobie gotowaliśmy, z tym, że korzystaliśmy już z gotowego makaronu), które zaserwował mi Wybranek. To skarbnica wiedzy o kuchni różnych regionów Włoch, ale niestety bywa nieprecyzyjna, jeżeli chodzi o ilość składników potrzebnych do przygotowania niektórych dań. Dlatego też zrezygnowałam z żelatyny w płatkach, zastępując ją sypką żelatyną, a do śmietanki zaczęłam dodawać mleko. To deser całoroczny, ale w lecie szczególnie dobrze się sprawdza, bo pasują do niego sosy ze świeżych letnich owoców.

Przygotowanie jest proste, ale deser ten nie należy do szybkich, ponieważ po ugotowaniu (panna cotta = gotowana śmietana) musi przez kilka godzin tężeć w lodówce. Najlepiej więc zrobić go wieczorem przed dniem, w którym planujemy zaserwować panna cottę, żeby ta śmietankowa galaretka dobrze zastygła. Polecam ten deser na lato jako alternatywę dla lodów, koniecznie w towarzystwie sezonowych owoców :)

Panna cotta z sosem malinowym

Składniki (na 6 porcji, każda po ok 150ml):

PANNA COTTA
  • 500ml śmietanki kremówki
  • 250ml mleka (najlepiej tłustego)
  • 5 łyżeczek żelatyny
  • 3 łyżki wody
  • 1 laska wanilii
  • 100g cukru
SOS MALINOWY
  • 500g malin
  • 2 łyżki cukru pudru
Przygotowanie:
  1. laskę wanilii przekrajamy wzdłuż na pół, wyskrobujemy ziarenka ziarenka i połówki laski wrzucamy do garnka, dodajemy śmietankę, mleko i cukier
  2. podgrzewamy na niewielkim ogniu, aż rozpuści się cukier, a cała mieszanina zacznie się gotować
  3. w międzyczasie rozpuszczamy żelatynę w wodzie i odstawiamy na 5 min, żeby wchłonęła płyn (powstanie z tego zwarta, galaretowata bryła, ale się nie przejmujcie)
  4. gdy mleczno-śmietankowa mieszanina się zagotuje, zdejmujemy ją z ognia, dodajemy rozpuszczoną żelatynę i energicznie mieszamy, aby żelatyna rozpuściła się w mieszaninie (najlepiej sprawdza się taka trzepaczka) - ważne jest to, żeby nie zostały żadne grudki żelatyny
  5. masę przelewamy do przygotowanych wcześniej filiżanek/miseczek/pucharków lub specjalnych pojemników do przygotowywania galaretek i puddingów (ostatnio stałam się właścicielką zestawu takich pojemników, całkiem nieźle się sprawdzają - można je obejrzeć/kupić np. tu)
  6. zostawiamy do wystudzenia w temperaturze pokojowej wystudzone panna cotty przykrywamy folią aluminiową (lub jakąś inną przykrywką) i wstawiamy do lodówki do stężenia i schłodzenia (na min. 3-4h, a najlepiej na całą noc/cały dzień, w zależności od tego, kiedy zabraliśmy się do przygotowania tego deseru)
  7. przed podaniem wyjmujemy z lodówki, na chwilę zanużamy pojemniki w gorącej wodzie (dzięki temu łatwiej będzie wydobyć śmietankową galaretkę z pojemnika, w którym zastygła), ale tylko na chwilkę, bo jeżeli deser będzie miał kontakt z gorącą woda zbyt długo, po prostu się rozpuści
  8. podajemy z sosem z sezonowych owoców, np. z malin (maliny blendujemy razem z cukrem; uzyskany sos możemy dodatkowo przetrzeć przez sitko, żeby pozbyć się nasionek), udekorowane listkiem mięty
Smacznego :)

poniedziałek, 9 lipca 2012

Wstydliwa Włoszka, czyli calzone z caprese :)

Zdaję sobie sprawę, że ponad 30-stopniowe upały to być może nie jest najlepszy moment na pieczenie pizzy w 200-240 stopniach Celsjusza , ale co tam. Była potrzeba jedzenia na pocieszenie (comfort food), a pizza i pizzopodobne wypieki sprawdzają się w tej roli doskonale. Wybranek miał ochotę na pizzę, ja na calzone - obie zrobiłam z tego samego przepisu na ciasto na cienką pizzę. A że z ilości składników w przepisie mojego kolegi Michała, z którego robię pizzę na cienkim cieście, wychodzą 3 lub 4 placki, z reszty ciasta zrobiłam foccacię z oliwkami i rozmarynem :) I w ten oto prosty sposób z jednego przepisu na pizzę wyszły 3 różne dania. Wszystkie udane :)

Caprese to jedna z moich ulubionych sałatek/przekąsek z włoskim rodowodem. Jest w niej prawie wszystko, co najlepsze w kuchni włoskiej - mozzarella, pomidory, bazylia. Prawie, bo nie zawiera makaronu :) Jakby tego dobrego było mało, opakowałam wszystkie te pyszne składniki w ciasto drożdżowe (z białej mąki pszennej z odrobiną mąki pełnoziarnistej, ale tylko dlatego, że biała akurat mi się skończyła ;) i wyszła z tego nieco zawstydzona caprese, ukrywająca swoje wdzięki pod chrupiącym ciastem calzone.

Nie wiem, jak taką profanację dwóch włoskich klasyków znieśliby prawdziwi Włosi, ale jak dla mnie bomba :)

Calzone z caprese

Składniki (na 1 porcję):
  • 1/4 ciasta przygotowanego według tego przepisu
  • 1/2 pomidora
  • 1/2 mozzarelli
  • kilka listków świeżej bazylii
  • oliwa z oliwek
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. wyrabiamy ciasto z przepisu Michała, dzielimy na 4 części, z jednej z nich (lub wszystkie) formujemy palcami placek, który rozwałkowywujemy na grubość ok. 3mm
  2. rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza (bez termoobiegu)
  3. placek układamy na blaszce do pieczenia wyłożonej papierem do pieczenia
  4. na połowie placka układamy pokrojoną w plastry mozzarellę, pomidor i listki bazylii - uwaga, trzeba zostawić ok 1-1,5 cm wolnej przestrzeni przy brzegu, żeby można było skleić calzone
  5. wszystko lekko skrapiamy oliwą z oliwek i doprawiamy solą i pierzem
  6. składamy placek na pół (naciągamy pustą połowę placka na pełną) i dobrze zlepiamy brzegi
  7. wstawiamy do piekarnika i pieczemy ok. 15-20 min do uzyskania złotego koloru (sugeruję obserwować, jak będzie wyglądała po 15 min i w razie potrzeby interweniować)
  8. upieczoną calzone wyjmujemy z pieca i konsumujemy (uwaga na gorący sok pomidorowo-mozzarellowy, który może wypłynąć z calzone z caprese, parzy)


Smacznego :)

wtorek, 29 maja 2012

Carpaccio z pieczonych buraków z rukolą i kozim twarożkiem

Burak to bardzo niepozorne warzywo. Znane głównie z barszczu i zasmażanych buraczków serwowanych np. do kotletów mielonych. Ale nadaje się do wielu innych celów - ja robię z buraków sałatki (np. to dzisiejsze carpaccio albo sałatkę z pieczonych buraków i sera feta), noszę się też z zamiarem wypróbowania   przepisu na muffiny czekoladowe z burakami (które nadają ciastu wilgotności). Mój Wybranek robił z kolei z buraków lody (własnoręcznie przygotowane, od podstaw). Możliwości jest wiele, choćby tu.

Carpaccio z pieczonych buraków z rukolą i kozim serem

Składniki (dla 2 osób):
  • 4 (młode) buraki (każdy rozmiarów dorodnej nektarynki), nie ćwikłowe
  • ok. 50g twarożku koziego (mniej więcej pół opakowania roladkowego twarożku koziego marki Soignon)
  • garść rukoli
  • 2-4 łyżki oliwy
  • ćwiartka cytryny
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. buraki umyć, osuszyć, każdy owinąć folią aluminiową
  2. piec w piekarniku rozgrzanym do 200 stopni Celsjusza przez 45min (im większe buraki tym więcej czasu)
  3. upieczone buraki wystudzić i obrać ze skórki (schodzi prawie jak z pomidora sparzonego wrzątkiem)
  4. pokroić buraki w cienkie plastry i ułożyć na talerzach
  5. skropić plastry buraków oliwą (po 1-2 łyżki na porcję) i sokiem z cytryny (można też użyć octu balsamicznego, po 1 łyżeczce na porcję - dobrze jest wówczas wymieszać ocet z oliwą przed polaniem)
  6. doprawić solą i pieprzem
  7. rozłożyć na burakach trochę rukoli oraz kawałki sera koziego
Proste, smaczne i - o dziwo - bardzo sycące. Nawet jak dla mnie ;)
Ser kozi można zastąpić np. fetą. Smacznego :)

niedziela, 12 lutego 2012

Włoska zupa weselna?

Zacznę od źródła - foodgawker.com, amerykańskiego agregatora blogów kulinarnych i skarbnicy pomysłów na dania z różnych zakątków świata i z różnych produktów. Mogłabym cały dzień siedzieć i przeglądać zdjęcia i przepisy z tego portalu. A zdjęcia są tak wspaniałe, że ślinka leci przy oglądaniu niemal każdego z nich. To właśnie na foodgawker.com trafiłam na przepis na włoską zupę weselną. Bardzo lubię zupy i chętnie wypróbowuję nowe przepisy, a włoskie zupy lubię szczególnie, ze względu na sposób, w jaki są przygotowywane - zwykle zaczyna się od rozgrzania oliwy w dużym garnku i podsmażenia na niej warzyw, które dopiero po podsmażeniu zalewa się bulionem. Moim zdaniem nadaje to zupie głębszy smak niż w przypadku wrzucania warzyw na gotujący się bulion. Włoska zupa weselna zainteresowała mnie nie tylko ze względu na sposób przygotowania, ale także na zawartość mięsnych kulek (pulpecików), które bardzo lubię. Kulki w tej zupie robi się z dodatkiem włoskich ziół i parmezanu, co nadaje im wspaniałego smaku. Sprawdzają się doskonale nie tylko jako dodatek do tej zupy, ale także jako dodatek do sałatki (sałata + pomidorki koktajlowe + oliwki + pulpeciki na zimno + ulubiony dressing, ja polecam oliwę zblenderowaną z bazylią, odrobiną soku z cytryny, solą i pieprzem) lub do sosu pomidorowego serwowanego z makaronem.

Gdy spytacie Włocha o to, czy zna tzw. włoską zupę weselną, najprawdopodobniej będzie zdziwiony - z tego, co wyczytałam w internecie, nie ma czegoś takiego jak tradycyjna zupa serwowana z okazji zaślubin we Włoszech. Być może w poszczególnych regionach tego kraju istnieją takie zupy, ale nie ma ogólnokrajowej zupy weselnej (jeśli się mylę, wyprowadźcie mnie z błędu - wiem tylko tyle, ile wyczytałam w internecie ;). Więc co z tą zupą? Jej nazwa ma związek z błędnym tłumaczeniem nazwy rodzaju włoskiej zupy, składającej się z zielonych warzyw, mięsa i bulionu. Ten rodzaj zupy z Italii nazywa się minestra maritata, co w wolnym tłumaczeniu oznacza "zupa z dobrze do siebie pasujących składników" :) Autorami błędnego tłumaczenia są podobno Amerykanie, którym słowo maritata skojarzyło się zapewne z angielskim married. A dowiedziałam się tego z tego źródła.

Nie ma jednego obowiązującego przepisu na minestra maritata, podobnie jak nie ma jednego przepisu na minestrone. Skład tych zup różni się w zależności od regionu Włoch, w którym są gotowane oraz od pory roku, czyli od tego, co gotująca je mamma ma akurat w zanadrzu :) Gotując moją minestra maritata korzystałam z przepisu Iny Garten, popularnej amerykańskiej autorki książek kulinarnych. Przepis ten można znaleźć np. tutaj. Albo poniżej, nieco zmodyfikowany przeze mnie.

Włoska zupa weselna, czyli źle przetłumaczona minestra maritata

Składniki (dla 6-8 osób):

PULPECIKI
  • 1/2 kg mielonej piersi z indyka (najlepiej kupić pierś w całości i samodzielnie zemleć; ja często wrzucam mięso do blendera i w ten sposób je rozdrabniam)
  • 2 czubate łyżki startego parmezanu
  • 1 jajko
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 czubate łyżki świeżej, posiekanej natki
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 2 łyżki oliwy + dodatkowa oliwa do natłuszczenia blachy
  • sól (nie za dużo, parmezan jest słony) i pieprz do smaku
ZUPA
  • 2 duże marchewki
  • 2 duże łodygi selera naciowego
  • 2 duże garści świeżego szpinaku
  • 1/3 opakowania makaronu gwiazdki (ok. 80g) [to nie muszą być gwiazdki, może być też inny drobny makaron; ja akurat miałam gwiazdki na stanie]
  • 1,5 litra bulionu drobiowego (może być z kostki, ale dobrze, jeśli jest to kostka ekologiczna - do kupienia w sklepach z ekologiczną żywnością; widziałam je też w sieci delikatesów Bomi, na stoisku z produktami dla diabetyków)
  • 1 mała cebulka (np. szalotka)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, bez termoobiegu
  2. jeśli mamy mięso w kawałku - mielimy je
  3. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, bez termoobiegu
  4. zmielone mięso mieszamy z drobno posiekanym czosnkiem, natką, suszonymi ziołami, startym parmezanem, jajkiem, oliwą, solą i pieprzem - wyrabiamy gładką masę
  5. blachę do pieczenia wykładamy folią aluminiową, folię natłuszczamy 1 łyżką oliwy
  6. przygotowywujemy sobie mają miseczkę z wodą, w której będziemy płukać ręce przy formowaniu pulpecików, żeby pulpeciki nie kleiły się nam do rąk w trakcie formowania
  7. formujemy małe pulpeciki, rozmiarów niewielkiego orzecha włoskiego
  8. pulpeciki układamy na blasze wyłożonej folią (może też być naczynie żaroodporne, którego nie wykładamy folią, a jedynie natłuszczamy)
  9. wstawiamy do piekarnika i pieczemy ok. 20min
  10. w międzyczasie drobno siekamy cebulę, marchew i selera kroimy na niewielkie kawałki
  11. w garnku na zupę rozgrzewamy 2 łyżki oliwy, wrzucamy cebulę, marchew i selera, a następnie podsmażamy na niedużym ogniu przez ok 10min
  12. gdy warzywa zmiękną, wlewamy bulion
  13. do gotującego się bulionu z warzywami wsypujemy makaron i gotujemy do miękkości (Ina Garten podpowiada, żeby zupę z makaronem gotować ok. 2min krócej niż gotowalibyśmy sam makaron zgodnie ze wskazówkami z opakowania)
  14. gdy pulpeciki są już gotowe, wrzucamy je do zupy
  15. gdy makaron jest miękki, wyłączamy "ogień" pod garnkiem i wrzucamy do zupy dwie garści świeżego szpinaku, mieszamy (szpinak ma tylko zmięknąć, nie powinien gotować się raczej z zupą, bo może stracić kolor)
  16. zupę doprawiamy solą i pieprzem i serwujemy

Polecam to smaczne i raczej lekkie (poza tym parmezanem ;) danie. Smacznego :)

sobota, 17 grudnia 2011

Focaccia zwana foką

Z focaccią pierwszy raz miałam do czynienia konsumując ją ok. 4 lata temu w jednej z kawiarń należących do sieci Green Coffee. Serwują ją na ciepło, z różnym nadzieniem, np. z ciągnącym się po podgrzaniu serem brie i oliwkami - pycha :) Przy którejś z kolei wspólnej konsumpcji focaccii została ona przechrzczona przez mojego Wybranka na "fokę" i tak już zostało.

Mniej więcej rok temu zrobiłam pierwszą własną focaccię, z przepisu Jamiego Olivera opublikowanego przez magazyn Kuchnia (wydanie nr 8/2010). Niestety ciasto nigdy nie wyrosło mi tak ładnie jak jemu, ale to pewnie dzięki wieloletniemu doświadczeniu Jamiego - w końcu i mi się uda ;)

Focaccia z tego przepisu jest pyszna w wersji skromniejszej (np. tylko ze świeżym rozmarynem lub z oliwkami) i w wersji wypasionej (z podobnymi dodatkami jak do pizzy; tak w ogóle to piekłam pizzę korzystając z tego samego przepisu). W tym skromniejszym wydaniu świetnie sprawdza się jako dodatek do sałatek (do pogryzania), do zawiesistych gulaszy (do maczania w sosiku i czyszczenia talerzy ;) czy pieczywo imprezowe (jako tapas, do maczania w oliwie). Jej mankamentem jest to, że bardzo krótko utrzymuje świeżość, nie ma więc co nastawiać się, że następnego dnia będzie nadal tak samo dobra, jak po wyjęciu z pieca. To zdecydowanie towar o krótkiej przydatności do spożycia.

Focaccia z przepisu Jamiego Olivera

Składniki (na dużą blachę, która jest elementem wyposażenia każdego piekarnika; nazwijmy ją blachą "firmową" ;):
  • 400g białej mąki chlebowej (ja biorę albo taką najzwyklejszą jak szymanowska albo kupuję specjalną mąkę do pizzy)
  • 100g semoliny* (do kupienia w Marks & Spencer)
  • 1/2 łyżki soli (może być zwykła) + 2 szczypty soli morskiej (do posypania focaccii po wierzchu)
  • 1 saszetka suszonych drożdży (7g)
  • 1/2 łyżki cukru
  • 300ml letniej wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek + trochę do posmarowania placka
*jeśli nie uda Wam się kupić semoliny, można zastąpić ją zwykłą mąką lub mąką do pizzy, czyli wziąć po prostu 500g jednego rodzaju mąki

Przygotowanie
:
  1. drożdże i cukier rozpuścić w wodzie i odstawić na 10-15 min do wstępnego wyrośnięcia (poczekać, aż drożdże zaczną "pracować"=wytworzą pianę)
  2. mąkę wymieszać z 1/2 łyżki soli, w kupce mąki zrobić zagłębienie (dołek)
  3. do dołka wlać drożdżowy zaczyn
  4. wymieszać mąkę z zaczynem, wyrobić ciasto (powinno być miękkie i elastyczne) - wystarczy w misce, stolnica nie jest potrzebna
  5. wyjąć ciasto z miski, wysmarować ją oliwą, włożyć z powrotem do miski, posypać na wierzchu odrobiną mąki, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić swoją objętość - w zależności od warunków panujących w pomieszczeniu, w którym ciasto rośnie, może to zająć od 30 do 90 min; dobrze jest pomóc trochę naturze i postawić miskę z ciastem blisko kaloryfera czy kominka)
  6. gdy ciasto podwoi swoją objętość, uderzyć w nie pięścią (żeby dać ujście powietrzu), chwilę wyrobić w misce i przełożyć na blachę (wyłożoną wcześniej papierem pergaminowym)
  7. porozciągać ciasto tak, żeby dopasowało się do rozmiarów blachy
  8. wierzch ciasta posmarować oliwą (za pomocą pędzelka) i posypać solą morską
  9. przykryć blachę z ciastem ściereczką i zostawić na 20-30 min do wyrośnięcia 
  10. nagrzać piekarnik do 220 stopni Celsjusza
  11. piec przez 20 min
Po podwojeniu objętości przez ciasto, a jeszcze przed przełożeniem na blachę, można dodać np. posiekany śwież rozmaryn (tylko igiełki, bez łodyżek) lub oliwki (pokrojone lub całe). Dobrze sprawdzą się także pokrojone suszone pomidory. Można też posmarować ciasto sosem pomidorowym, dodać mozzarellę i inne ulubione dodatki do pizzy i zrobić focaccio-pizzę :) Wszystkie kolejne kroki pozostają bez zmian.

Smacznego :)

czwartek, 1 grudnia 2011

Pizza na cienkim cieście domowej roboty z przepisu Michała

Wydawało mi się, że znam najlepszy przepis na domową pizzę na cienkim cieście. Myliłam się. Najlepsza pizza, jaką do tej pory zrobiłam to nie pizza z przepisu Jamiego Olivera na foccacię, który do wczoraj uważałam za najlepszy, ale z przepisu, którym podzielił się ze mną mój kolega z pracy, Michał. Niniejszym mu za to dziękuję.

Pizzę z przepisu Michała docenić powinien każdy fan pizzy na cienkim cieście, który nie lubi się przepracowywać. Przepis jest prosty, nawet po drobnych modyfikacjach, które wprowadziłam z braku odpowiedniego sprzętu, a przygotowanie pizzy zgodnie z tym przepisem nie trwa dłużej niż oczekiwanie na pizzę zamówioną w pizzerii z dowozem do domu w niedzielny wieczór na warszawskim Ursynowie (mój rekord: 1h 45 min). No i – co ważne – przygotowując pizzę w domu wiemy, z czego się składa. Skład tych z dowozu bywa podejrzany...

Domowa pizza na cienkim cieście z przepisu Michała


Składniki (na 2 większe lub 3 średnie pizze; najedzą się 3 osoby o przeciętnym apetycie):
  • ½ kg mąki – może być zwykła szymanowska 480 albo krupczatka lub wersja profesjonalna: włoska Farina Per Pizza firmy Molina – dostępna już w niektórych sklepach [Magda: próbując przemycić do tego przepisu elementy przepisu na foccacię Jamiego Olivera, wzięłam 400g zwykłej mąki pszennej i 100g semoliny; semolinę można dostać np. na  delikatesowych stoiskach w sieci sklepów Marks & Spencer]
  • 300 ml ciepłej wody
  • 1 cała torebeczka drożdży instant Dr. Oetker (7g)
  • 1 płaska łyżeczka soli
  • 2 łyżeczki cukru – byle nie czubate bo będzie za słodka
  • 2-3 łyżki oliwy z oliwek Extra Vergine, do dodania do ciasta po wstępnym wymieszaniu składników
Przygotowanie:
  1. wszystkie składniki połączyć i wyrobić w robocie kuchennym, do osiągnięcia jednolitej masy [Magda: z powodu braku robota kuchennego poradziłam sobie inaczej, stosując techniki znane mi z innych przepisów na pizzę: drożdże i cukier rozpuściłam w naczyniu, które odstawiłam na ok. 10 min pod przykryciem, gdy drożdże „ruszyły” czyli zaczęły się pienić, wlałam je do dużej miski, w której była już mąka – oba rodzaje – wymieszana z solą; następnie ręcznie wyrobiłam ciasto, a po wstępnym wyrobieniu dodałam 2 łyżki oliwy i jeszcze przez chwilę wyrabiałam]
  2. wyrobione  ciasto pozostawić do wyrośnięcia ½-1h – Michał stawia misę z ciastem  nad  czajnikiem z właśnie ugotowaną wodą, efekt murowany za każdym razem  [Magda: ja postawiłam misę z ciastem na nieco mniejszym naczyniu, do którego nalałam wrzątek; misę z ciastem przykryłam ściereczką]
  3. wyrośnięte  ciasto  podzielić na 3 części (średnie placki dla 1-2 osób) lub 2 części (pizze giganty dla 2-3 osób)
  4. jedną część ciasta rozwałkować, pozostałe wrzucić do torebek foliowych i do  lodówki  –  będzie  na  później. Im dłużej poleży w lodówce tym większe powstaną bąble powietrza w trakcie pieczenia (proces powolnej fermentacji)* [Magda: podzieliłam na 3 części, z każdej uformowałam koło, które następnie rozwałkowałam na papierze pergaminowym; upiekłam wszystkie, jedna po drugiej, nie chowałam do lodówki]
  5. piekarnik  nagrzewać  do temperatury 250 stopni Celsjusza, przez co najmniej 25 min. Ustawienia  piekarnika  elektrycznego:  termoobieg + grzanie od dołu. Blacha,   na  której  będziemy  piekli  pizzę,  powinna  być  cały  czas  w piekarniku,  na  najniższej  półce, i nagrzewać się razem z nim. [Magda: ja włączyłam  piekarnik w momemcie, w którym wyrobiłam ciasto i zostawiłam je do   wyrośnięcia;   dzięki  tej  synchronizacji  skróciłam  całkowity  czas przygotowania   potrawy;   moje  ciasto  rosło  30  min,  tyle  samo  czasu nagrzewałam piekarnik; mój piekarnik nie ma funkcji termoobieg + grzanie od dołu; włączyłam więc sam termoobieg w fazie nagrzewania]
  6. pizzę  ułożyć na nagrzanej blasze, bez smarowania jej tłuszczem [Magda: moja  pizza  była na papierze pergaminowym, który razem z ciastem po prostu włożyłam do piekarnika i ułożyłam na nagrzanej blaszce]
  7. uformowany  placek  posmarować  cienko  oliwą z oliwek, następnie sosem pomidorowym  (dobry  przecier  pomidorowy,  sól, oregano, czosnek, odrobina oliwy  z  oliwek),   posypać  pokrojoną  mozzarellą  i  szynką  oraz  ułożyć podsmażone  plasterki z 2-3 pieczarek (ew. z cebulą lub świeżym szpinakiem) [Magda:  dobór  składników dowolny oczywiście, kto co lubi; ja zrobiłam sos z 1 puszki pomidorów, 1 małej  cebuli,  1  ząbka  czosnku: czosnek i cebulę drobno posiekałam, podsmażyłam chwilę na łyżce oliwy, dodałam pomidory z puszki, doprawiłam suszonym  oregano,  solą  i pieprzem oraz podgotowałam do odparowania płyny; sos rozsmarowałam na cieście, na  sosie  ułożyłam plasterki szynki i mozzarelli oraz cieniutko pokrojone  pieczarki,  których  wcześniej nie smażyłam; na koniec posypałam pizzę pokrojonymi zielonymi oliwkami i suszonym oregano]
  8. tak przygotowaną pizzę włożyć do piekarnika (po nagrzaniu!) na ok. 8-10 min.  Na  2  min. przed końcem pieczenia można obrócić pizzę o 180 stopni aby się równomiernie  zarumieniła.  [Magda: każdy z 3 placków piekłam osobno, przez 10  min:  5  min  na  programie  „grzanie  od  dołu”,  + 5 min na programie „termoobieg i grzanie od góry”, nie obracałam o 180 stopni]
*Michał  radzi:  W  lodówce trzymać max. do tygodnia. Można też kule ciasta zamrozić.  Wtedy  do rozmrożenia  ciasto będzie potrzebować kilku godzin w cieple.

Wyszło  super,  polecam.  W sumie przygotowanie tej pizzy zajęło mi ok. 1h + pieczenie.

wtorek, 18 października 2011

Moja zupa minestrone dla Elizy

Na muzyce znam się słabo (w przeciwieństwie do mojej utalentowanej siostry ciotecznej, która śpiewa, gra na skrzypcach i pisze teksty piosenek), roczarują się więc ci, którzy liczyli na wpis o twórczości Beethovena. Trochę lepiej niż na muzyce znam się na jedzeniu ("wiem, że nic nie wiem, ale szukam prawdy" ;), dlatego - niezmiennie - będę trzymała się tej tematyki. Dla Elizy, bo danie, o którym będzie mowa w tym wpisie, ugotowałam dla mojej przyjaciółki, która tak właśnie ma na imię.

Zgodnie z zamówieniem danie miało być lekkie i nie zawierać zbyt wielu węglowodanów. Pomyślałam też, że dobrze by było, gdyby było ciepłe, bo Eliza pewnie przyjdzie zziębnięta. Stanęło więc na zupie minestrone.

Tak naprawdę nie ma jednego uniwersalnego przepisu na tę zupę. Jej składniki różnią się w zależności od regionu Włoch (minestrone wywodzi się z tego właśnie kraju) czy tego, co gotująca je osoba ma akurat "na stanie". Wersja, którą ja zawsze gotuję, składa się z marchwi, zielonej cukinii, żółtej fasolki szparagowej i pomidorów. Do tego "ulepszacz", tym razem nie na literkę E, ale na literkę P, jak pesto. A czasami również tarty parmezan i grzanki z bagietki posmarowane oliwą czosnkową. No ale tu pole do popisu miałam ograniczone, że względu na zastrzeżenie, że węglowodanów ma nie być dużo ;)

Moja minestrone

Składniki (dla 4 osób, jak zwykle zrobiłam za dużo ;)
  • 2 nieduże marchewki
  • 1 średnia cukinia
  • duża garść żółtej fasolki szparagowej
  • 2 średnie pomidory
  • 1 litr wody
  • 2 kostki bulionowe (najlepiej warzywne, a jeszcze lepiej ekologiczne - do kupienia w sklepach z ekologiczną żywnością)
  • 1 ząbek czosnku
  • 1/2 pęka bazylii
  • 10 orzeszków macadamia (w oryginale są prażone orzeszki piniowe, ale nie udało mi się ich dostać w drodze z pracy do domu)
  • 2 łyżki + 1/3 szklanki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
  • mały kawałek parmezanu (rozmiarów 1/3 kciuka)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. marchew umyć i obrać, pokroić w niezbyt grube talarki
  2. fasolkę umyć, obciąć końcówki, pokroić na niewielkie kawałki (u mnie 1 fasolka na 3 części)
  3. cukinię umyć, przekroić wzdłuż na pół, a następnie na dość grube półplasterki
  4. pomidory spażyć wrzątkiem, obrać ze skórki, pokroić na ósemki, a każdą ósemkę na 3 części (nie ma to większego znaczenia, bo i tak się rozgotują, ale mniejsze kawałki rozpadną się szybciej)
  5. czosnek obrać i drobno posiekać
  6. wlać 2 łyżki oliwy do garnka, podgrzać, podsmażyć na niej czosnek (któciutko, nie wolno doprowadzić do zrumienienia, bo wówczas będzie już spalony i gorzki)
  7. do garnka dorzucić pokrojoną marchewkę, dobrze wymieszać i podsmażać ok. 3 min (na nie za dużym ogniu, żeby marchew się nie przypiekła za bardzo)
  8. do marchewki dorzucić fasolkę, ponownie wymieszać i podsmażać ok. 3 min
  9. do marchwi i fasolki dorzucić pokrojoną cukinię, wymieszać, podsmażyć wszystko razem ok. 3 min
  10. zagotować wodę i dolać ją do garnka, wrzucić 2 rozkruszone kostki bulionowe, dobrze wymieszać
  11. poczekać, aż zupa zacznie się gotować - jak już zacznie, dorzucić pokrojone pomidory, zamieszać i gotować razem na większym ogniu ok. 10 min (warzywa powinny być miękkie, ale nie rozgotowane; powinny też zachować kolor, szczególnie cukinia)
  12. podczas, gdy zupa się gotuje, wrzucić do blendera umytą bazylię, orzeszki macadamia i parmezan, dodać 1/3 szklanki oliwy oraz sól (nie za dużo, bo parmezan jest słony) i pieprz, wszystko razem zblendować
  13. doprawić zupę (jeśli trzeba), można też niedbale (koniecznie niedbale ;) posiekać drugą połowę krzaczka bazylii (jeśli mamy cały i nie chcemy, żeby druga połowa, nie zużyta do pesto, się zmarnowałą) i dorzucić ją do zupy tuż przed podaniem
  14. nalać zupę do talerzy/miseczek i podawać z pesto w osobnej miseczce tak, żeby każdy konsument mógł sobie sam dozować pesto (ja zwykle biorę 1 czubatą łyżeczkę na talerz zupy)
  15. wymieszać zupę z pesto i można jeść :)

Zupa spełniła oczekiwania - była prosta (co jest dużym atutem, jeśli gotujemy ją po całym dniu pracy), pyszna (Eliza potwierdzi ;), zadziałała rozgrzewająco, no i nie zawierała zbyt wielu węgli... mam nadzieję ;)

A jak zostanie Wam trochę pesto - można dodać do makaronu (właśnie wypróbowałam makaron razowy z pesto... nie umywa się do tego z białej mąki).

czwartek, 18 sierpnia 2011

Bruścietta my love :)

Kto widział TVNowskie „Kuchenne rewolucje” z Magdą Gessler w roli głównej wie, że aby z sukcesem prowadzić restaurację, należy mówić „bruścietta” i „winigret”. Mi, prostej kobiecie, prowadzącej jedynie własną kuchnię i bloga, słownictwo z restauracyjnych salonów jest obce. A nawet gdy od czasu do czasu trafiam w restauracyjne progi, zamiast silić się na wymawianie obcobrzmiących nazw dań z menu, po prostu pokazuję kelnerce czy kelnerowi palcem w karcie to, co chciałabym zamówić. Wiem, palcem się nie pokazuje, ale cóż, trzeba sobie jakoś radzić.

Wspomniałam o bruskettcie zwanej bruściettą, ponieważ jest to jedno z moich ulubionych letnich dań. Był taki czas, że robiłam je bardzo często, ale w końcu Wybranek zastrajkował i na jakiś czas zniknęło z naszego menu. Przypomniałam sobie o nim niedawno, bo pomidory są w sierpniu najlepsze. A pomidory są nieodzownym elementem tegoż dania.

Przepis, który poniżej zamieszczam, jest przepisem na bruskettę po mojemu. To nie jest klasyczny włoski przepis, z wielu powodów (np. dlatego, że w oryginale chleb powinien być raczej wczorajszy niż dzisiejszy). Ja robię to tak:


Składniki:
pieczywo (bułka, bagietka, chleb, ale raczej nie razowe), raczej dzisiejsze - byle nie pieczywo tostowe (!)
pomidory
świeża bazylia
oliwa z oliwek z pierwszego tłoczenia
1 duży ząbek czosnku
sól, pieprz

Przygotowanie:
1. pieczywo pokroić (bułkę na pół, bagietkę w wzdłuż i w poprzek w kwadratowe kawałki, chleb w grube kromki)
2. pomidory sparzyć wrzątkiem, obrać ze skórki, pokroić w niewielkie kawałki
3. świeżą bazylie (na 4 osoby – cały krzak) umyć, włożyć do blendera, zalać oliwą (ok. ½ szklanki), dodać czosnek, sól i pieprz, wszystko zblenderować do postaci zielonego „szlamu” (nazwa zastrzeżona :)
4. pokrojone pieczywo nasączyć „szlamem” z jednej strony
5. na nasączonej stronie ułożyć pomidory
6. wstawić do piekarnika nagrzanego do 180 stopni Celsjusza i opiekać 15-20min z termoobiegiem
7. po wyjęciu skropić pomidory oliwą, doprawić solą i pieprzem, można też posypać startym parmezanem

Grzanki są bardzo dobre również bez pomidorów, zapieczone z samym „szlamem” albo i z samą oliwą. Ale ja jednak wolę z pomidorami. Bruskettę robi się też z innymi dodatkami, np. w warszawskiej trattorii Chianti serwuje się bruskettę w trzech odmianach na jednym talerzu w formie przystawki. O ile dobrze pamiętam jedna z nich jest właśnie z bakłażanem, jedna z grzybami i jedna z salami (ale ostrzegam, że ostatni raz byłam w tej knajpie w 2009 roku, więc coś się mogło zmienić).