Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchew. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marchew. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 8 grudnia 2013

Kotlety schabowe z kostką z puree z topinambura oraz imbirowo-miodową marchewką

Idealny zestaw na późnojesienny w porywach do zimowego obiad. Smaczna, ładnie zrumieniona wieprzowina, do tego interesujące w smaku puree z topinambura oraz marchew skąpana w imbirowo-miodowej glazurze. A te dwa ziemniaki? No cóż, ugotowane na wypadek, gdyby puree z topinambura wyszło słabe ;-) Nie wyszło słabe, no ale szkoda, żeby ziemniaczki się zmarnowały ;-)

Topinambura udało nam się kupić w Almie, w warszawskim centrum handlowym Promenada. Widziałam go również w Hali Mirowskiej oraz w Supersamie obok stacji metra Wilanowska. W Supersamie "pysznił się" na regale obok ziemniaków taro (nie polecam, bardzo włókniste po ugotowaniu i mają w sobie bardzo mało smaku) oraz wężymorda (zwanego też scorzonerą, którego jeszcze nie próbowaliśmy). Jak podaje Grzegorz Łapanowski w swojej książce pt. "Smakuje", topinambur to inaczej karczoch jeruzalemski, gruszka ziemna lub słonecznik bulwiasty. Z wyglądu przypomina imbir (są różne odmiany, ta, która jest we wspomnianej książce rzeczywiście ma barwę imbiru, moja jest różowawa), dobrze nadaje się do puree lub zagęszczania sosów.


Autorem kotletów z kostką jest Wybranek. Marynowane w czerwonym winie, oliwie z oliwek i tymianku, a następnie obsmażone na patelni i dopieczone w piekarniku, są bardzo dobre. Trzeba jednak uważać na to, żeby nie piec ich za długo, bo będą suche. Ważne jest także to, aby kotlet miał taką samą grubość na całej powierzchni - inaczej tam gdzie jest cieńszy spiecze się na wiór, a tam gdzie jest grubszy, może być niedopieczony. W przeciwieństwie do wołowiny, wieprzowina (podobnie jak drób, z zaledwie kilkoma wyjątkami) powinna być dopieczona z powodów zdrowotnych. A więc krwistym kotletom schabowym mówimy nie.

Kotlety schabowe z kostką z puree z topinambura 


Składniki (dla 2 osób):

KOTLETY
  • 2 kotlety ze schabu z kością o grubości ok 2cm
  • 1/2 szklaki czerwonego wytrawnego wina
  • 4 łyżki oliwy z oliwek
  • kilka gałązek świeżego tymianku
  • szczypta pieprzu 
  • oliwa lub olej do smażenia (wystarczy ok 1 łyżka)
  • sól
  • 1 łyżeczka masła
 PUREE Z TOPINAMBRA
  • ok. 600g topinambura
  • kilka kropel soku z cytryny
  • 1 łyżka masła
  • sól i pieprz do smaku
IMBIROWO-MIODOWA MARCHEW
  • 3 nieduże marchewki
  • ok. 1,5cm kawałek świeżego imbiru
  • 1 łyżeczka masła
  • 1 łyżka (płaska) miodu
  • szczypta soli
Przygotowanie:
KOTLETY
  1. mięso myjemy i osuszamy
  2. z wina, 4 łyżek oliwy z oliwek, szczypty pieprzu i gałązek tymianku przygotowujemy marynatę
  3. marynatę wlewamy do miski lub pojemnika z przykrywką, wkładamy mięso, obtaczamy w marynacie, przykrywamy przykrywką (lub zabezpieczamy folią aluminiową) i wstawiamy do lodówki (idealnie na całą noc, jeśli nie mamy aż tyle czasu, dobrze by było na 2-3h)
  4. mięso wyjmujemy z lodówki ok 30 min przed obróbką
  5. ogrzany do temperatury pokojowej schab wyjmujemy z marynaty, oczyszczamy z gałązek tymianku i osuszamy z marynaty, a następnie solimy z obu stron
  6. mięso wrzucamy na patelnię z rozgrzaną 1 łyżką oliwy lub oleju i podsmażamy na złoty kolor z obu stron
  7. w międzyczasie rozgrzewamy piekarnik do 80 stopni Celsjusza z termoobiegiem
  8. obsmażone mięso przekładamy do naczynia żaroodopornego wraz z tłuszczem lub - jeśli mamy patelnię, którą można wstawiać do pieca - wstawiamy do pieca patelnię prostu z płyty grzewczej i pieczemy do uzyskania temperatury 64-65 stopni Celsjusza w środku kotleta (temperaturę mierzymy specjalnym termometrem ze szpikulcem, można go dostać w większości sklepów ze sprzętem AGD), u nas trwało to ponad 1h [jeżeli nie macie tyle czasu, możecie spróbować nagrzać piekarnik do 160 stopni Celsjusza z termoobiegiem i zapiekać przez ok. kwadrans i serwować po sprawdzeniu temperatury w środku; niemniej jednak - jak mówi Wybranek - "to nie będzie to samo]
  9. upieczone mięso wyjmujemy z piekarnika i odstawiamy, żeby odpoczęło
  10. tłuszcz ze smażenia/pieczenia mięsa wlewamy na patelnię (jeśli wcześniej przelaliśmy w inne miejsce), dodajemy marynatę i doprowadzamy do wrzenia (chodzi o to, żeby ilość płynu się zredukowała)
  11. zredukowany sos przecedzamy (żeby nie było gałązek tymianku), dodajemy masło, doprawiamy solą
  12. kotlety układamy na talerzu do serwowania dania i polewamy każdy kotlet sosem
PUREE Z TOPINAMBURA
  1. topinambur obieramy ze skórki i od razu wrzucamy do garnka z osoloną wodą z dodatkiem kilku kropel soku z cytryny - obrany topinambur szybko czernieje
  2. topinambur gotujemy do miękkości (ok. 20-30min), a następnie odcedzamy i rozgniatamy na puree z dodatkiem masła (wrzucamy masło do gorących bulw, pozwalając, aby się rozpuściło, a następnie rozgniatamy)
  3. doprawiamy puree solą (jeśli nie jest wystarczająco słony po ugotowaniu w osolonej wodzie) i pieprzem i gotowe
  4. opcjonalnie: można posypać porcje puree wyłożone na talerz podprażonymi przez chwilę na patelni pestkami słonecznika
IMBIROWO-MIODOWA MARCHEW
  1. marchewki myjemy i obieramy, kroimy w grubsze talarki (ok 3-4mm)
  2. rozpuszczamy masło na patelni i wrzucamy na nią marchew i posypujemy szczyptą soli
  3. podsmażamy marchew na maśle na niedużym ogniu aż nieco zmięknie
  4. obieramy imbir i ścieramy na tarce o małych oczkach (ja zwykle używam tarki do parmezanu do tego celu)
  5. gdy marchew nieco zmięknie, dodajemy miód i imbir i dusimy razem przez kilka minut
Trochę pracy przy tym zestawie obiadowym jest, ale efekt jest wart zachodu :-) Smacznego!

P.S. Korzystając z okazji, że mam dostęp do komputera, chciałabym przeprosić za bardzo niewielką ostatnimi czasy aktywność na blogu. Ma to związek z dużym obciążeniem pracą oraz z ostatecznym zepsuciem się mojego prywatnego laptopa, który mam od 9 lat. Odmówił dalszej posługi, szukam nowego, a w międzyczasie korzystam z uprzejmości Wybranka (na służbowym laptopie oczywiście mam zablokowany dostęp do bloga, bo przecież gdyby nie był zablokowany, cały dzień nie robiłabym nic innego poza pisaniem bloga... :-/ ). Jak już zamieszka ze mną nowy komputer, wpisów będzie więcej.

środa, 20 lutego 2013

Gulasz na piwie guinness

Mięso i alkohol to bardzo dobrana para, zarówno w konfiguracji "alkohol pity do dań mięsnych", jak i w formie "dań mięsnych z dodatkiem alkoholu". Jednym z najlepszych znanych mi połączeń jest wołowina po burgundzku, czyli duszona w czerwonym wytrwanym winie, najlepiej pochodzącym z Burgundii właśnie. To danie, które zawsze mi wychodzi i nie zdarzyło mi się, żeby komuś nie smakowało.

Inym fajnym połączeniem okazała się wołowina i piwo guinness. Guinness to ciemne piwo, bardzo popularne w Irlandii, w Polsce mniej. Można je kupić w sieciach delikatesów (Alma, Piotr i Paweł) lub w sklepach z alkoholem o szerokim wachlarzu oferowanych produktów, ew. w sklepach z importowanymi produktami, jak np. Kuchnie Świata. Piwo, które udało mi się dostać, było guinnessem marki Guinness, warzonym w browarze założonym przez Arthura Guinessa w Dublinie i działającym od ponad 250 lat. Udusiłam w piwie z dodatkiem buliony kawałki podsmażonego wcześniej mięsa z dodatkiem przypraw, cebuli, czosnku i marchewki. Wyszedł z tego gęsty, aromatyczny, pyszny gulasz. Przekonajcie się sami :)

Gulasz wołowy na guinnessie

Składniki (dla 4-5 osób):
  • 1 kg wołowiny (ja do gulaszu najczęściej dodaję udziec wołowy)
  • sól i pieprz do smaku
  • 2 łyżki mąki pszennej
  • oliwa z oliwek
  • 1 duża zwykła cebula
  • 2 ząbki czosnku
  • 2 marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 1 łyżka przecieru pomidorowego
  • 1/2 łyżeczki suszonego tymianku lub kilka gałązek świeżego
  • 1/2 łyżeczki słodkiej papryki
  • 2 listki laurowe
  • 3-4 ziarenka ziela angielskiego
  • 0,33 piwa guiness
  • bulion wołowy lub warzywny
Przygotowanie:
  1. mięso myjemy, osuszamy (jeżeli nie osuszymy, nie brązowi się - jak ostrzega Julia Child :), obtaczamy w mące i podsmażamy na niewielkiej ilości oliwy ze wszystkich stron do zrumienienia (uwaga: nie należy zbytnio stłaczać kawałków mięsa na patelni; jeżeli wrzucimy za dużo kawałkó na raz, mięso udusi się w sosie własnym zamiast się usmażyć)
  2. po usmażeniu przekładamy mięso do dużego naczynia żaroodpornego z przykrywką
  3. cebulę i czosnek obieramy, drobno siekamy i podsmażamy na tej samej patelni, na której wcześniej smażyliśmy mięso
  4. usmażone warzywa dodajemy do mięsa
  5. następnie na patelnię po mięsie i warzywach wlewamy 1/3 butelki guinnessa i deglasujemy powierzchnię patelni przez chwilę
  6. przelewamy guinnessa do mięsa z warzywami
  7. marchew i selera myjemy, marchew obieramy, oba warzywa kroimy w dość grube plasterki (zbyt cienkie szybko się rozpadną w procesie duszenia) i dodajemy do naczynia żaroodpornego
  8. następnie dolewamy resztę guinnessa, łyżkę przecieru, przyprawy i zioła oraz bulion (tyle, aby cały płyn w naczyniu żaroodpornym przykrył mięso i warzywa)
  9. rozgrzewamy piekarnik do 220-240 stopni, przykrywamy naczynie żaroodporne przykrywką i wstawiamy je do rozgrzanego piekarnika
  10. gulasz zapiekamy przez 2-2,5-3 godz., w zależności od "zachowania mięsa" (jeśli będzie miękkie już po 2 godz., nie trzeba go dalej dusić; jednocześnie trzeba uważać, żeby za bardzo nie udusić mięsa, bo zamiast ładnych kostek uzyskamy rozpadające się bryły, a w sosie będą pływamy poodzielane włókna)
  11. co jakiś czas trzeba zaglądnąć do gulaszu i sprawdzić, czy nie wyparowało za dużo płynu (czy na wierzchu gulaszu nie ma przesuszonych kawałków mięsa, a płyn ich nie przykrywa) - jeżeli płynu jest za mało, dolewamy bulionu
  12. na końcu doprawiamy gulasz solą i pieprzem i serwujemy (można dodatkowo posypać świeżą natką), ze świeżym chrupiącym pieczywem lub z ziemniakami, a do tego prosta sałatka z miksu sałat lub rukoli z dressingiem z musztardy, octu balsamicznego, oliwy, soli i pieprzu
Smacznego :)

wtorek, 15 stycznia 2013

Zupa marchewkowa z kolendrą i kminem rzymskim

Ostatnio mam fazę na różnego rodzaju zupy. Jakby na to nie patrzeć, taka zupa to świetne danie na zimne wieczory. Człowiek wraca z pracy po zmroku, zziębnięty, jak pada - mokry. A w domu czeka na niego (lub oczekuje na zrobienie ;) talerz gorącej zupy, najlepiej w energetyzującym kolorze. Taka jest zupa jarzynowa Justyny i zupa kukurydziana Asi. Taka jest i zupa marchewkowa z kolendrą i kminem rzymskim, podpatrzona na jednym z najsłynniejszych amerykańskich blogów kulinarnych, Smitten Kitchen. Deb Perelman, autorka wspomnianego bloga i opublikowanej niedawno książki Smitten Kitchen Cookbook, serwuje tę zupę z podpieczoną ciecierzycą i kleksem z mieszanki sezamowej pasty tahini i soku z cytryny. U mnie będzie tylko zupa. No, może z odrobiną jogurtu greckiego, świeżej kolendry (jeśli ktoś nie lubi lub jest dla niego niedostępna, natka również będzie dobra) oraz czarnego sezamu (głównie dlatego, że - moim zdaniem - ładnie się prezentuje na pomarańczowo-białym tle, taki sezam można kupić np. w supermarketach sieci Carrefour, ja kupiłam go pod kątem dań pseudo-azjatyckich, np. tego z wykorzystaniem chińskiej sałaty od dziadka), zamiast którego można dodać np. prażone pestki dyni lub płatki migdałów.

Struktura tej zupy przywołała wspomnienia z wczesnego dzieciństwa ;) Raczej nie z mojego, bo jakoś sobie nie przypominam jedzenia zmiksowanych zupek warzywnych. Ale zapewne po prostu wypieram to z pamięci ;) Mam natomiast 2 i 4 lata młodsze rodzeństwo i pamiętam, jak siostra i brat byli karmieni takimi zupkami. Albo tylko mi się wydaje, że pamiętam, a tak naprawdę widziałam akcję z zupką uwiecznioną na rodzinnych nagraniach na kasecie VHS, rocznik '89. Mniejsza o to ;) Nie wydaje mi się, żeby w owym czasie siostra i brat byli tym posiłkiem zachwyceni, mimo starań naszej mamy. I ja pewnie też nie byłam. Ale - jak dziś stwierdziłyśmy z moją przyjaciółką Elizą - z wiekiem człowiekowi zmienia się gust i zaczyna mu smakować to, czego w dzieciństwie nie chciał jeść. To chyba trochę tak, jak z leżakowaniem ;) Będąc przedszkolakiem strasznie nie lubiłam leżakowania, a teraz wiele bym dała za możliwość ucięcia sobie drzemki w środku dnia :)

Zupa marchewkowa z kolendrą i kminem rzymskim
[na bazie przepisu z bloga Smitten Kitchen]

Składniki (na 3-4 porcje):
  • 900g marchwi
  • 1 duża cebula (taka najzwyklejsza)
  • 4-6 ząbków czosnku (jeśli są małe to więcej, jeśli duże - mniej)
  • 1/4 łyżeczki mielonych ziaren kolendry (miałam całe ziarenka i roztarłam je w moździerzu)
  • 1/2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego (j.w.)
  • szczypta suszonych papryczek chili lub mielonej przyprawy chili (w oryginale jest inny rodzaj papryczek)
  • 2 łyżki oliwy
  • 1l bulionu warzywnego (w oryginale jest 945ml, ale wydaje mi się, że dodatkowych 55ml ni robi ogromnej różnicy)
  • sól do smaku
  • opcjonalnie: jogurt grecki, świeża kolendra lub natka, czarny sezam lub prażone pestki dyni/płatki migdałowe do dekoracji
Przygotowanie:
  1. marchew, cebulę i czosnek obieramy i siekamy (może być byle jak, bo później wszystko i tak zostanie zblenderowane - autorka oryginalnego przepisu posiekała marchew w drobną kostkę, natomiast ja poszłam na łatwiznę i pokroiłam w plasterki, nie sądzę, żeby miało to większy wpływ na smak zupy)
  2. na dno garnka wlewamy oliwę i rozgrzewamy ją
  3. na rozgrzany tłuszcz wrzucamy warzywa, dodajemy mieloną kolendrę, kmin rzymski, szczyptę chili lub suszonych pokruszonych papryczek chili oraz szczyptę soli
  4. podsmażamy warzywa z przyprawami przez ok 15 min, aż lekko zbrązowieją
  5. do podsmażonych warzyw wlewamy bulion i gotujemy przez kolejnych 15 min, aż marchew będzie miękka
  6. zdejmujemy garnek z ognia, blenderujemy jego zawartość, doprawiamy solą, jeśli zupa jest za mało słona i podajemy
  7. każdą porcję zupy można udekorować łyżką jogurtu greckiego, posiekaną świeżą kolendrą lub natką oraz sezamem/pestkami dyni/migdałami
Smacznego :)


wtorek, 1 stycznia 2013

Węgierska zupa noworoczna z soczewicą

Przepis na tę zupę znalazłam na portalu foodgawker.com. Autor tego przepisu twierdzi, że na Węgrzech tradycyjnie jada się zupę z soczewicy w Nowy Rok, co ma przynieść dobrobyt we właśnie rozpoczętym roku. Okrągłe ziarenka soczewicy mają symbolizować monety. Przeszukawszy kilka stron internetowych w poszukiwaniu informacji o tej zupie, znalazłam wiele różnych przepisów, jednak ten pierwszy z foodgawker.com najbardziej przypadł mi do gustu, dlatego swoją zupę oparłam właśnie na nim. Dodatkowo, tworzą ją składniki moim zdaniem łatwo dostępne i/lub łatwo zastępowalne.

Zupa jest pyszna, gęsta, sycąca i rozgrzewająca, czyli w sam raz na danie przywracające siły po sylwestrowej zabawie. W dodatku robi się ją bardzo szybko - przygotowanie i gotowanie zajęło mi nie więcej niż 30 minut.

Spolszona węgierska zupa noworoczna z soczewicą

Składniki (na 4 porcje):
  • 1 szklanka suchej czerwonej soczewicy (w oryginalnym przepisie nie sprecyzowano, o jaki kolor soczewicy chodzi; najprawdopodobniej brązową, ale ja miałam w domu akurat zapas czerwonej, więc wzięłam czerwoną)
  • 2 średniej wielkości marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 2 nieduże czerwone cebule (nie miałam czerwonych, wzięłam 2 szalotki)
  • 4 ząbki czosnku
  • 1 puszka pomidorów bez skórki
  • 1 laska kiełbasy wiejskiej (w oryginale podsuszana węgierska kiełbasa paprykowa)
  • 100g boczku wędzonego (w
  • 2 liście laurowe
  • 2 łodygi świeżego rozmarynu (nie miałam, wzięłam 1 łyżkę suszonego)
  • 1 łyżeczka słodkiej papryki (można też dodać ostrej papryki, jeśli ktoś woli pikantniejsze dania), najlepiej węgierskiej wędzonej
  • sól i pieprz do smaku
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego do smażenia
  • 1,5 litra wody lub bulionu (najlepiej warzywnego)
Przygotowanie:
  1. kiełbasę i boczek kroimy (kiełbasę w plasterki, boczek w kostkę) i podsmażamy na oleju w garnku o grubym dnie
  2. w międzyczasie obieramy i siekamy warzywa (cebula, czosnek, marchew, seler)
  3. gdy wędliny będą zrumienione, zdejmujemy je z ognia i odkładamy, a do garnka wrzucamy drobno posiekaną cebulę, czosnek, marchew i selera
  4. podsmażamy warzywa przez 5 min, mieszając, aż nieco "zwiędną"
  5. do warzyw dorzucamy soczewicę, liście laurowe i rozmaryn
  6. dodajemy pomidory i paprykę, dolewamy 1,5 litra wody lub bulionu i gotujemy aż soczewica będzie miękka
  7. doprawiamy solą i pieprzem
  8. podajemy np. z chlebem
Smacznego i wszelkiej pomyślności w Nowym Roku, niezależnie od tego, czy zdecydujecie się ugotować sobie taką zupę i ją zjeść, czy nie ;)

czwartek, 27 grudnia 2012

Ryba po grecku

No i co z tego, że Grecy nigdy nie słyszeli o rybie po grecku? Nazwa tego dania czy pochodzenie tej nazwy nie ma zdaje się większego wpływu na smak tej potrawy, która mi kojarzy się z dzieciństwem, kiedy to ryba po grecku gościła przy różnych okazjach na stołach w mojej rodzinie i w gronie zaprzyjaźnionych z rodziną osób. Najczęściej pojawiała się w okresie bożonarodzeniowym. W tym roku poczułam silną potrzebę przypomnienia sobie tego smaku i przywołania beztroskich chwil z dzieciństwa, kiedy mogłam sobie spokojnie konsumować rybkę (i wiele innych potraw) i cieszyć się prezentami, nie będąc wypytywaną przez współbiesiadników o różnym stopniu pokrewieństwa o osobiste plany ślubno-rodzinne, wywołujące u mnie ścisk żołądka i utratę apetytu (nie sądziłam, że coś jest w stanie pozbawić mnie apetytu).

Rozmów na tematy matrymonialno-rozrodcze niestety nie udało się uniknąć, ale przynajmniej wyszła mi dobra ryba po grecku. Udało mi się kupić dobrą rybę (tzw. polędwiczki z dorsza). Co ciekawe, kupiłam je w Tesco. Tak, w sklepie, w którym deklarowałam, że nie kupię niczego, co może potencjalnie się przeterminować, a następnie dostać drugie życie po przetarciu detergentem i odpowiednim doświetleniu na wystawie. A jednak. Ryba wyglądała bardzo dobrze i co ważne, nie miała zapachu ryby (ani detergentów ;). Wybranek, który zna się na rybach dużo lepiej niż ja, nauczył mnie, że jak ryba pachnie rybą to jej czas już minął. Ta nie pachniała. Po oprószeniu solą i pieprzem, obtoczeniu w mące i usmażeniu na oleju również prezentowała się dobrze. Jej walory docenił dziadek, który na rybach zna się najlepiej z nas wszystkich, podjadając kawałki usmażonego dorsza, które miały zaraz trafić do sosu :)

Przygotowując rybę po grecku kierowałam się przepisem poleconym mi przez moją mamę. Przepis ten pochodzi z oldskulowej książeczki pt. "Gdy przyjdą goście", autorstwa Marii Bartnik, wydanej w 1990 roku, wydanie V. Zastosowałam się do wskazówek pani Marii z wrodzonym brakiem dokładności, bo odważanie 15 dag cebuli czy 20 dag marchwii wydaje mi się trochę pozbawione sensu, skoro można zaokrąglić do całych marchewek czy cebul.

Ryba po grecku

Składniki (ilość podwojona w stosunku do oryginalnego przepisu, wystarczająca dla kilkunastoosobowej rodziny na święta):
  • 2 kg filetów rybnych (najlepiej z dorsza, jak radzi autorka przepisu) - ważne jest to, żeby ryba była bez ości, bo dłubanie w sosie warzywnym w poszukiwaniu ości nie jest zbyt fajne, jak sądzę
  • mąka pszenna do obtoczenia ryby (autorka podaje 1,5 łyżki mąki na 1 kg ryby, ale ja nie odmierzałam)
  • olej słonecznikowy do usmażenia ryby (autorka podaje 0,5 szklanki oleju na 1 kg ryby, i tu nie odmierzałam)
  • 30 dag cebuli (to są mniej więcej 2 średnie cebule, ja dodałam 3, bo moja mama zawsze dodaje więcej niż w oryginalnym przepisie)
  • 30 dag selera (u mnie 1 średniej wielkości seler)
  • 20 dag korzenia pietruszki (u mnie 2 średniej wielkości pietruszki)
  • 40 dag marchwi (u mnie 4 średniej wielkości marchewki)
  • 10 dag koncentratu pomidorowego (dodałam dużo więcej, trzy 70-gramowe puszeczki koncentratu)
  • 3 łyżki keczupu (tego nie było w oryginalnym przepisie, ale moim zdaniem pasuje)
  • 1/2 łyżeczki ostrej papryki (dałam tylko 1/2, mimo, że podwoiłam ilość wszystkich pozostałych składników, bo wydaje mi się, że w tym daniu nie chodzi o eksponowanie ostrości papryki)
  • 1 łyżka musztardy (niezawodna w doprawianiu sosu do ryby po grecku i leczo z przepisu mojej mamy :)
  • 2 liście laurowe
  • 2 ziarenka ziela angielskiego (tego nie ma w oryginale, ale moim zdaniem pasuje)
  • 2 łyżki soku z cytryny (w oryginale jest kwasek cytrybowy)
  • cukier, sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. świeże lub dobrze rozmrożone filety rybne wyjmujemy z lodówki, kroimy na kawałki (o wielkości zgodnej z własnymi preferencjami), nacieramy solą i pieprzem i odkładamy na ok. pół godziny, żeby się zagrzały i "przegryzły" z przyprawami
  2. w międzyczasie obieramy warzywa, cebulę drobno siekamy, a marchew, pietruszkę i selera ścieramy na tarce o grubych oczkach (w oryginale jest wskazówka, żeby pokroić je nożem na cienkie paseczki, ale nie skusiłam się na to ;)
  3. po upływie 30 minut obtaczamy każdy kawałek ryby w mące i obsmażamy na oleju
  4. po usmażeniu zdejmujemy kawałki ryby z patelni i przekłądamy je na talerz wyłożony ręcznikiem papierowym, aby tłuszcz ściekający z kawałków ryby wsiąkł w ten papier, a nie w rybę
  5. po usmażeniu wszystkich kawałków ryby, na tym samym tłuszczu smażymy warzywa przez 10 minut, mieszając, do zmięknięcia, a następnie podlewamy je wodą (1 szklanką) i dusimy do całkowitego zmięknięcia
  6. w międzyczasie dodajemy do warzyw koncentrat pomidorowy, keczup, musztardę, sok z cytryny, paprykę, liscie laurowe, ziele angielskie i mieszamy
  7. następnie doprawiamy solą, pieprzem i cukrem (sos powinien być lekko słodkawy) i dusimy, próbując, czy sos uzyskał już pożądany smak (ja mam określone wyobrażenie na temat tego, jak ten sos powinien smakować, więc doprawiałam go, dopóki nie osiągnął zamierzonego stanu)
  8. gdy sos jest gotowy, smarujemy cienką warstwą dno naczynia  (takiego, w którym będziemy przechowywać/serwować to danie), a następnie układamy kawałki ryby, które przykrywamy drugą wartswą sosu, a następnie kolejną warstwą ryby i tak do wyczerpania składników - ostatnią, wierzchnią warstwę powinien stanowić sos
  9. po przełożeniu ryby sosem, owijamy naczynie folią spożywczą (lub przykrywamy przykrywką, jeśli mamy naczynie z wieczkiem) i wstawiamy na 2-3 godziny do lodówki (im dłużej tym lepiej), żeby smaki dobrze się połączyły
  10. serwujemy na ciepło lub na zimno (moim skromnym zdaniem lepiej smakuje na zimno, z kromką chleba)
Smacznego :)


sobota, 6 października 2012

Tort marchewkowy dla Basi

Moja przyjaciółka Basia obchodziła niedawno urodziny. W procesie planowania kolacji urodzinowej dla Basi zgłosiłam się do upieczenia tortu.Wiem, że jubilatka bardzo lubi marchewkowe wypieki, dlatego też postanowiłam nie korzystać tym razem z przepisu na biszkopt do tortu, z którego zawsze korzystam. Zrobiłam natomiast bazę do tortu w postaci ciasta marchewkowego na podstawie przepisu na marchewkowe muffiny. Ciasto nie było wprawdzie tak lekkie i puszyste jak klasyczny biszkopt, ale było wilgotne i treściwe, dzięki czemu nie musiałam go niczym nasączać i mogłam spokojnie smarować ciasto kremem, nie przejmując się, że przy silniejszym przyłożeniu szpatułki zrobię w cieście wgniecenie. Polecam miłośnikom ciast z marchewką i piernikowymi przyprawami :) Tort wyglądał znacznie bardziej reprezentacyjnie przed jego rozkrojeniem, ale i po pokrojeniu i podzieleniu się tym, co z niego zostało, prezentuje się całkiem nieźle.

Tort marchewkowy dla Basi

Składniki:

CIASTO (na okrągłą blachę o średnicy 23cm):
  • 2 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (w oryginale sody)
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
  • szczypta soli
  • 2 szklanki startej marchewki (zmieliłam w blenderze)
  • 150 ml oleju słonecznikowego
  • 180ml kefiru
  • 2 jajka
  • 2 łyżeczki esencji waniliowej
KREM
  •  500g serka mascarpone
  • 3 łyżki cukru pudru
DODATKI
  • mus jabłkowy (smażone jabłka, takie jak np. do naleśników) do przełożenia tortu
  • połówki orzechów włoskich do dekoracji
Przygotowanie:
  1. mąkę, cukier, proszek do pieczenia i przyprawy mieszamy w jednym naczyniu
  2. w drugim naczyniu mieszamy olej, kefir, jajka i esencję
  3. marchew myjemy, obieramy i ścieramy na tarce
  4. startą marchew dodajemy do suchej mieszaniny i mieszamy
  5. łączymy suchą i mokrą mieszaninę, mieszamy łyżką
  6. spód blachy do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia, a brzegi smarujemy masłem i obsypujemy odrobiną mąki
  7. wlewamy ciasto do blachy i staramy się wyrównać jego powierzchnię
  8. blachę z ciastem wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu) i pieczemy przez 60 minut, do suchego patyczka (ciasto może na środku wyrosnąć bardziej niż przy brzegach, tak jak muffiny, ale nie przejmujcie się tym)
  9. w międzyczasie mieszamy serek mascarpone z cukrem i wstawiamy do lodówki
  10. po upływie 60 minut (lub gdy patyczek jest suchy), wyłączamy piekarnik, uchylamy drzwiczki piekarnika i pozostawiamy ciasto do wystygnięcia w piekarniku przy otwartych drzwiczkach
  11. gdy ciasto wystygnie, wyjmujemy je z formy i układamy na talerzu/paterze spodem do góry, lekko dociskając, aby spłaszczyć wierzch ciasta, który stał się teraz jego spodem
  12. ciasto marchewkowe przekrajamy na 2 części, dolną z nich smarujemy warstwą musu jabłkowego i przykrywamy górną
  13. całe ciasto smarujemy kremem z serka mascarpone i dekorujemy orzechami
  14. przed podaniem chłodzimy w lodówce przez min. 1h
Smacznego :)

wtorek, 25 września 2012

Jesienne marchewkowe muffiny

Na początku tego roku świętowaliśmy w pracy kilka awansów, co wymagało odpowiedniej (słodkiej) oprawy. Kilka osób przyniosło własnej roboty wypieki, inni zaopatrzyli się w pobliskich cukierniach. Jak dla mnie wszystkie wypieki (łącznie z moimi :) zdeklasowało ciasto marchewkowe z jabłkiem, orzechami i rodzynkami, które upiekła koleżanka z sąsiedniego departamentu. Było lekkie, puszyste, wilgotne, po prostu pyszne.

Przypomniałam sobie o nim ostatnio, zastanawiając się, jakie muffiny upiec na inną biurową okoliczność. Zamiast ciasta zrobiłam muffiny z podobnych składników. "Jesienne", bo wydały mi się dobrą propozycją na jesień, chociaż nie bardzo jestem w stanie to uzasadnić, bo marchew, jabłka, orzechy i rodzynki dostępne są niemal przez cały rok. Może to przez cynamon, który dodaje się do ciasta. Takie przyprawy kojarzą mi się z jesienią i zimą. Równie dobrze mogą się nazywać "zimowe" lub "całoroczne" ;)

Inspiracją był dla mnie przepis znaleziony na blogu "Od kuchni", a znalazł się tam pod wpływem inspiracji od jeszcze innej osoby. Przepis ten zmieniłam w 1/4, nie byłabym przecież sobą, gdybym nie zmieniła. Polecam, koleżankom i kolegom z pracy smakowało :)

Marchewkowe muffiny z cynamonem, jabłkiem, orzechami i rodzynkami

Składniki (na ok 18 muffinów o średnicy 5 cm):
  • 2 szklanki mąki
  • 1 szklanka cukru (tyle było w oryginale, ale ja następnym razem dam mniej, ok 3/4 szklanki)
  • 2 łyżeczki proszku do pieczenia (w oryginale sody)
  • 2 łyżeczki mielonego cynamonu
  • 1/4 łyżeczki startej gałki muszkatołowej
  • szczypta soli
  • 2 szklanki startej marchewki (w oryginale = 3 duże marchewki, u mnie 5 mniejszych)
  • 1/2 szklanki rodzynek
  • 1/2 szklanki orzechów włoskich (w oryginale siekane, u mnie pokruszone na mniejsze kawałki)
  • 150 ml oleju słonecznikowego (w oryginale cała szklanka)
  • 180ml kefiru (w oryginale brak)
  • 2 jajka (w oryginale 3)
  • 2 łyżeczki esencji waniliowej
  • 1 jabłko średniej wielkości
Autorka oryginału dodaje jeszcze wiórki kokosowe, ja nie dodałam - za dużo tego dobrego ;)

Przygotowanie:
  1. marchew umyć, obrać, zetrzeć na tarce na grubych oczkach
  2. w jednym naczyniu połączyć mąkę, cukier, proszek do pieczenia, cynamon, gałkę muszkatołową i sól
  3. do suchej mieszaniny dodać startą marchew, rodzynki i pokruszone orzechy, wymieszać
  4. jabłko umyć, obrać, zetrzeć na tarce o grubych oczkach
  5. w drugim naczyniu wymieszać olej, kefir, jajka i esencję waniliową
  6. do mokrej masy dodać starte jabłko, dobrze wymieszać
  7. połączyć obie masy, wystarczy wymieszać łyżką
  8. rozgrzać piekarnik do 180 stopni Celsjusza
  9. formę do muffinów wyłożyć papilotkami lub natłuścić wgłębienia
  10. do każdej papilotki/każdego wgłębienia nałożyć ciasto do 3/4 wysokości/głębokości (u mnie po ok. 1,5 czubatej łyżki na papilotkę)
  11. wstawić do rozgrzanego piekarnika i piec przez 25min
  12. po upieczeniu wyjąć z piekarnika i wystudzić
  13. jeżeli pieczemy je wieczorem, a jeść będziemy rano, można szczelnie zapakować muffiny na noc, żeby nie wyschły i żeby nabrały pełniejszego aromatu przypraw
Muffiny wyszły prawie takie dobre, jak ciasto koleżanki. Dzięki dodatkowi rodzynek i orzechów mają ciekawą, urozmaiconą strukturę. Jabłka, olej i kefir nadały im wilgotności, a marchew objętości. Udane połączenie, polecam :)

środa, 12 września 2012

Makaron udon z kurczakiem i chińską sałatą

Nie jestem największą na świecie znawczynią ani entuzjastką azjatyckich smaków. Nie lubię sushi, mam dość niską tolerancję ostrości (w związku z czym odpada wiele dań kuchni tajskiej), tofu jest dla mnie niejadalne. Lubię za to zupę Pho (najchętniej z wołowiną - w tym miejscu pozdrowienia dla mojej koleżanki z pracy, Mai, z którą w porze lunchu raczymy się czasami tą zupą w małej wietnamskiej knajpce przy ul. Chmielnej w Warszawie) i wantang, a w najbliższym czasie planuję odwiedziny w przybytku serwującym chińskie pierożki przy ul. Niekłańskiej w Warszawie (o tym miejscu pisał niedawno Maciej Nowak z Gazety Wyborczej). Lubię też azjatyckie makarony i dania typu stir fry, aczkolwiek pojawiają się kolejne doniesienia o szkodliwości obróbki jedzenia w woku - ma to związek z małą powierzchnią smażenia w woku, sprawiającą, że tłuszcz nagrzewa się do znacznie wyższej temperatury niż na tradycyjnej patelni, gdzie powierzchnia smażenia jest większa; po podgrzaniu do zbyt wysokiej temperatury tłuszcz może nabrać właściwości rakotwórczych. Najbardziej do gustu przypadły mi japońskie makarony zbożowe (może dlatego, że są najbliższe europejskim ;), a w szczególności udon, czyli pszenny makaron w kształcie grubego spaghetti lub wstążek (pewnie występuje również w innej formie, ale ja spotkałam się z tymi dwoma rodzajami). Pierwszy raz próbowałam go w restauracji Dziki Ryż przy ul. Puławskiej w Warszawie i stał się powodem, dla którego wracałam do tego miejsca. Niestety, zauważyłam ostatnio, że zniknął z karty "oddziału" Dzikiego Ryżu przy ul. Wspólnej, również w stolicy, obawiam się więc, że zniknął i z karty restauracji-matki. Czyli nie mam już po co tam iść.

Wspominam o udonie, bo jakiś czas temu postanowiłam własnoręcznie przygotować danie z tym makaronem. Pierwsza próba była całkiem udana, poza tym, że makaron był za mało wilgotny = za mało oblepiony sosem z warzyw, mięsa i przypraw, które do niego dodałam. W ostatnią niedzielę zrobiłam go drugi raz i tym razem nie miałam mojemu udonowi nic do zarzucenia ;) Dodałam do niego posiekaną marchew, kawałki podsmażonego mięsa z piersi kurczaka, świeżą dymkę, obgotowane grzybki mun oraz chińską sałatę (w USA nazywaną bok choy, a w Wielkiej Brytanii, Australii i RPA - pak choi; w języku chińskim nazwa tego warzywa oznacza podobno po prostu "białe warzywo" - więcej informacji o chińskiej sałacie można znaleźć np. w Wikipedii). Chińska sałata wzięła się z...ogródka mojego dziadka z Lubelszczyzny. Skąd wzięła się w ogródku dziadka? Trochę z przypadku. Buszując wśród regałów w sklepie z nasionami, dziadek zauważył nasiona chińskiej sałaty, którą pomylił z kapustą pekińską. Kupił, zasiał i wyrosło mu coś, z czym nie wiedział, co ma zrobić :) O tym, że to jest bok choy/pok choi oraz że nie jest to produkt łatwo dostępny w Polsce (chyba nigdy nie widziałam tej sałaty w żadnym sklepie spożywczym), dowiedział się ode mnie. Próbowaliśmy sałatki z surowymi liśćmi tej sałaty, ale nie rzuciła nas na kolana. Za to po obróbce cieplnej, w towarzystwie mięsa, makaronu, marchwi, grzybków i przypraw, prezentowała się i smakowała bardzo dobrze.

Makaron udon z kurczakiem i chińską sałatą

Składniki (dla 2 osób):
  • 200g makaronu udon (udon jest raczej łatwo dostępny, można go kupić np. w supermarketach sieci Carrefour czy w sklepach z importowaną żywnością, a także w internecie; zwykle występuje w 300-gramowych opakowaniach, na które składają się 3 wiązki makaronu po 100g, przewiązane wstążką - japońska precyzja :)
  • 1 duża pierś z kurczaka
  • 1 duża marchew
  • 2 pęczki chińskiej sałaty
  • 1 łodyga dymki
  • 4-5 grzybków mun
  • 1 łyżka oleju
  • 2-3 łyżki sosu sojowego
  • szczypta (ok 1/4 łyżeczki) przyprawy "7 smaków (pieprzu)" (Shichimi Taugarashi, do kupienia m.in. w sieci sklepów Kuchnie Świata oraz w internecie)
  • opcjonalnie czarny sezam (do kupienia np. w Carrefourze)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. pierś z kurczaka opłukujemy wodą, osuszamy ręcznikiem papierowym, oczyszczamy z błon i innych niepotrzebnych elementów i kroimy w kostkę (można kroić w kawałki innego kształtu, dla smaku dania nie ma to znaczenia)
  2. pokrojonego kurczaka doprawiamy solą i pieprzem, a następnie podsmażamy na patelni na łyżce oleju przez kilka minut, do momentu, w którym kawałki mięsa będą lekko przyrumienione (nie smażymy za długo, żeby nie wysuszyć tego chudego mięsa)
  3. usmażonego kurczaka zdejmujemy z patelni i na chwilę odkładamy
  4. marchew myjemy, obieramy i kroimy w "niedbałe julienne" (jak to ujął mój Wybranek ;)
  5. grzybki obgotowujemy w niewielkiej ilości wody, do miękkości (z mojego doświadczenia wynika, że nie trzeba ich wcześniej namaczać, wystarczy podgotować przez ok. 10 min)
  6. chińską sałatę dzielimy na liście, dokładnie myjemy i osuszamy
  7. dymkę myjemy i siekamy w ukośne plasterki
  8. na tą samą patelnię, na której podsmażaliśmy kurczaka, wrzucamy liście sałaty oraz pokrojoną marchew, dolewamy 3-4 łyżki wody i dusimy, aż zmiękną, ale jednocześnie zachowają żywe kolory
  9. grzybki odcedzamy i wraz z kurczakiem dorzucamy do podduszonych warzyw (woda powinna wyparować)
  10. doprawiamy całość sosem sojowym i przyprawą "7 smaków"
  11. pod koniec gotowania dodajemy pokrojoną dymkę
  12. gotujemy makaron zgodnie z instrukcją na opakowaniu
  13. ugotowany makaron łączymy z mięsem i warzywami
  14. nakładamy porcje makaronu na talerze i posypujemy ziarnami czarnego sezamu (taki detal, raczej dla wyglądu niż dla smaku ;)
Smacznego :)

P.S. Jak już zaznaczałam na początku tego wpisu, nie jestem znawczynią kuchni azjatyckiej, w związku z czym możliwe jest, że podając powyższy przepis czy też pisząc o kuchni azjatyckiej popełniłam jakieś faux pas - jeżeli tak, przepraszam miłośników i znawców kuchni azjatyckiej za moje zachowanie. Na dobrą sprawę powyższe danie wcale nie jest azjatyckie, jest europejskie, a wręcz polskie, tyle że przygotowane z wykorzystaniem składników, które mogą być uznawane za azjatyckie ;)

niedziela, 13 maja 2012

Młoda kapusta duszona z marchewką i boczkiem

Duszoną młodą kapustkę zawsze robiła babcia ze strony mamy. Dodawała do niej przecier pomidorowy i trochę mąki, żeby sos oblepiający źdźbła poszatkowanej kapusty był bardziej aksamitny. Dodawała też mięso, zdaje się, że takie z rosołu, żeby wykorzystać pozostałości z przygotowania innych dań. Obok pierogów wiejskich, botwinki i zup owocowych, duszona młoda kapustka to jedno z najbardziej kojarzących mi się z babcią dań. Gdy zobaczyłam w osiedlowym warzywniaku główki młodej kapusty, nie miałam wątpliwości, czy ją kupić, ani co z nią zrobić. Szkoda tylko, że nie mogę już spytać babci, jak robiła swoją kapustę... Przyjmijmy, że ta moja będzie niedoskonałą namiastką tej babcinej.

Młoda kapusta duszona z marchewką i boczkiem, z dużą ilością koperku

Składniki (jako danie główne na porcje dla 2 osób lub jako dodatek do innego dania - wówczas powinno wystarczyć dla 4 osób):

  • 1 nieduża główka młodej kapusty (z tego, co się orientuję, taka główka waży ok 800-1000g)
  • 1 duża marchew
  • 1 pęczek świeżego koperku
  • 70-80g wędzonego boczku
  • 1 średniej wielkości cebula (taka najzwyklejsza, mieszcząca się w niekoszykarskiej garści)
  • 1 łyżka oliwy z oliwek lub oleju
  • 1 szklanka wody
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. kapustę obrać z ciemnozielonych, wierzchnich liści (chyba, że jest już obrana), opłukać pod wodą, osuszyć, usunąć głąb i poszatkować (kroję na 4 ćwiartki, a potem każdą ćwiartkę w paski)
  2. marchew umyć, obrać, pokroić w kostkę
  3. cebulę obrać, drobno pokroić
  4. koperek umyć, drobno posiekać
  5. boczek (bez spodniej skóry) pokroić w kostkę
  6. rondel (najlepiej pokryty teflonem) postawić na ogniu, wrzucić pokrojony boczek (na razie bez dodatkowego tłuszczu; ciocia - siostra mojej babci - uczyła mnie, że najpierw trzeba poczekać aż z boczku wytopi się tłuszcz, a kawałki boczku podsmażą się na tym tłuszczu, a dopiero potem można dodać dodatkowy tłuszcz)
  7. gdy boczek się podsmaży, dodajemy łyżkę oliwy lub oleju i dorzucamy pokrojoną cebulę
  8. gdy cebula się podsmaży, dodajemy pokrojoną marchew i chwilę smażymy, często mieszając
  9. na koniec dodajemy poszatkowaną kapustę, mieszamy, dolewamy szklankę wody, przykrywamy i dusimy ok 10 min
  10. gdy kapusta będzie prawie gotowa, doprawiamy ją solą i pieprzem i dodajemy posiekany koperek
  11. zostawiamy jeszcze na 1-2 min na ogniu bez przykrycia, często mieszając
  12. serwujemy z dobrym pieczywem (najlepiej posmarowanym masłem ;)
Tym razem zrobiłam kapustę czysto kapuścianą, bez dodatku przecieru pomidorowego ani pomidorów w innej formie. Ale jak już rozpocznie się sezon na prawdziwe pomidory, dojrzewające w promieniach słońca (o ile w tym roku w naszym pięknym kraju będzie normalne, słoneczne lato), na pewno skuszę się na wersję z pomidorami. Smacznego :)

sobota, 24 marca 2012

Comfort food 3: szynka wieprzowa duszona z marchewką

Comfort food to szeroka kategoria. Dla niektórych będą to skomplikowane dania, których przygotowanie zajmuje dużo czasu i wymaga przejścia wielu etapów. Pozwala to skupić się na konkretnym, angażującym zadaniu i oderwać myśli od trudnych czy przykrych spraw. Innym wystarczy cokolwiek, byle się najeść „do ulania” i zapaść w sen z przejedzenia (bo organizm najprawdopodobniej odmówi robienia czegokolwiek poza trawieniem). Dla mnie comfort food to przede wszystkim jedzenie, które znam i lubię. Z prostych składników, których połączenie daje przewidywalny efekt. Jedzenie, które dobrze mi się kojarzy – najlepiej z chwilami spędzonymi w gronie bliskich osób, w poczuciu bezpieczeństwa. Ciepła, sycąca zupa jarzynowa, kopytka mamy lub gołąbki którejś z babć odsmażone na patelni, fasolka po bretońsku babci Marysi, kotlety mielone babci Jadzi, pierogi cioci Loni, bitki mamy... Comfort food nie sprawi, że smutki czy kłopoty znikną (a szkoda). Pomoże jednak rozgrzać duszę i ciało, przynosząc choćby chwilowe ukojenie.

„Ździebełko ciepełka
W codziennych piekiełkach
W wyblakłym na szaro obłędzie
Różowa perełka, ździebełko ciepełka
Znów wiem, że jakoś to będzie”
[fragment wiersza Janusza Kofty pt. „Ździebełko-Ciepełko”]

Jak dla mnie szynka wieprzowa nie budzi jakichś specjalnie ciepłych skojarzeń. Ot kawał świńskiego zada. Ale po doprawieniu i przetworzeniu staje się całkiem sympatycznym daniem, które spokojnie zaliczyłabym do kategorii comfort food. Zwyczajne, proste, przewidywalne, rozgrzewające i sycące.

Szynka wieprzowa duszona z marchewką

Składniki (dla 3-4 osób):
  • 0,5kg szynki wieprzowej (surowej ;)
  • 1 zwykła cebula
  • 2 nieduże marchewki
  • 1 liść laurowy
  • 2 ziarenka ziela angielskiego
  • sól, pieprz
  • bulion (u mnie warzywny) - tyle, aby przykrył mięso

Przygotowanie:
  1. mięso opłukać pod bieżącą wodą, osuszyć i oczyścić ze zbędnych "farfocli"
  2. pokroić na niezbyt grube plastry ( ok 5mm) lub w kostkę, jak do gulaszu
  3. na patelni rozgrzać olej, partiami usmażyć mięso (uważajcie, żeby nie stłoczyć zbytnio mięsa na patelni, bo zbytnio stłoczone będzie się dusiło w sosie własnym zamiast się usmażyć i przyrumienić) z obu stron (do przyrumienienia)
  4. usmażone kawałki mięsa zdjąć z ognia i odstawić
  5. w międzyczasie obrać i pokroić warzywa (cebulę w kostkę, marchew w niesbyt cienkie plasterki)
  6. gdy całe mięso jest już usmażone, na tej samej patelni i tym samym tłuszczu podsmażamy cebulę
  7. gdy cebula jest już usmażona, wrzucamy mięso z powrotem na patelnię, dodajemy ziele angielskie i liść laurowy i zalewamy bulionem (do przykrycia mięsa, nie więcej)
  8. dusimy mięso do miękkości, a na ok 15-20min przed podaniem dorzucamy marchew (jeśli wrzucimy ją od razu, może się rozgotować)
Czas duszenia mięsa może być dłuższy lub krótszy, u mnie trwało to ok 45min. Trzeba na bieżąco sprawdzać stan uduszenia mięsa. Jeśli przetrzymamy je za długo, będzie się rozpadało.

Danie to dobrze komponuje się z kaszą perłową i ogórkiem kiszonym - taki klasyk. Smacznego :)

niedziela, 12 lutego 2012

Włoska zupa weselna?

Zacznę od źródła - foodgawker.com, amerykańskiego agregatora blogów kulinarnych i skarbnicy pomysłów na dania z różnych zakątków świata i z różnych produktów. Mogłabym cały dzień siedzieć i przeglądać zdjęcia i przepisy z tego portalu. A zdjęcia są tak wspaniałe, że ślinka leci przy oglądaniu niemal każdego z nich. To właśnie na foodgawker.com trafiłam na przepis na włoską zupę weselną. Bardzo lubię zupy i chętnie wypróbowuję nowe przepisy, a włoskie zupy lubię szczególnie, ze względu na sposób, w jaki są przygotowywane - zwykle zaczyna się od rozgrzania oliwy w dużym garnku i podsmażenia na niej warzyw, które dopiero po podsmażeniu zalewa się bulionem. Moim zdaniem nadaje to zupie głębszy smak niż w przypadku wrzucania warzyw na gotujący się bulion. Włoska zupa weselna zainteresowała mnie nie tylko ze względu na sposób przygotowania, ale także na zawartość mięsnych kulek (pulpecików), które bardzo lubię. Kulki w tej zupie robi się z dodatkiem włoskich ziół i parmezanu, co nadaje im wspaniałego smaku. Sprawdzają się doskonale nie tylko jako dodatek do tej zupy, ale także jako dodatek do sałatki (sałata + pomidorki koktajlowe + oliwki + pulpeciki na zimno + ulubiony dressing, ja polecam oliwę zblenderowaną z bazylią, odrobiną soku z cytryny, solą i pieprzem) lub do sosu pomidorowego serwowanego z makaronem.

Gdy spytacie Włocha o to, czy zna tzw. włoską zupę weselną, najprawdopodobniej będzie zdziwiony - z tego, co wyczytałam w internecie, nie ma czegoś takiego jak tradycyjna zupa serwowana z okazji zaślubin we Włoszech. Być może w poszczególnych regionach tego kraju istnieją takie zupy, ale nie ma ogólnokrajowej zupy weselnej (jeśli się mylę, wyprowadźcie mnie z błędu - wiem tylko tyle, ile wyczytałam w internecie ;). Więc co z tą zupą? Jej nazwa ma związek z błędnym tłumaczeniem nazwy rodzaju włoskiej zupy, składającej się z zielonych warzyw, mięsa i bulionu. Ten rodzaj zupy z Italii nazywa się minestra maritata, co w wolnym tłumaczeniu oznacza "zupa z dobrze do siebie pasujących składników" :) Autorami błędnego tłumaczenia są podobno Amerykanie, którym słowo maritata skojarzyło się zapewne z angielskim married. A dowiedziałam się tego z tego źródła.

Nie ma jednego obowiązującego przepisu na minestra maritata, podobnie jak nie ma jednego przepisu na minestrone. Skład tych zup różni się w zależności od regionu Włoch, w którym są gotowane oraz od pory roku, czyli od tego, co gotująca je mamma ma akurat w zanadrzu :) Gotując moją minestra maritata korzystałam z przepisu Iny Garten, popularnej amerykańskiej autorki książek kulinarnych. Przepis ten można znaleźć np. tutaj. Albo poniżej, nieco zmodyfikowany przeze mnie.

Włoska zupa weselna, czyli źle przetłumaczona minestra maritata

Składniki (dla 6-8 osób):

PULPECIKI
  • 1/2 kg mielonej piersi z indyka (najlepiej kupić pierś w całości i samodzielnie zemleć; ja często wrzucam mięso do blendera i w ten sposób je rozdrabniam)
  • 2 czubate łyżki startego parmezanu
  • 1 jajko
  • 1 ząbek czosnku
  • 2 czubate łyżki świeżej, posiekanej natki
  • 1/2 łyżeczki suszonego oregano
  • 1 łyżeczka suszonej bazylii
  • 2 łyżki oliwy + dodatkowa oliwa do natłuszczenia blachy
  • sól (nie za dużo, parmezan jest słony) i pieprz do smaku
ZUPA
  • 2 duże marchewki
  • 2 duże łodygi selera naciowego
  • 2 duże garści świeżego szpinaku
  • 1/3 opakowania makaronu gwiazdki (ok. 80g) [to nie muszą być gwiazdki, może być też inny drobny makaron; ja akurat miałam gwiazdki na stanie]
  • 1,5 litra bulionu drobiowego (może być z kostki, ale dobrze, jeśli jest to kostka ekologiczna - do kupienia w sklepach z ekologiczną żywnością; widziałam je też w sieci delikatesów Bomi, na stoisku z produktami dla diabetyków)
  • 1 mała cebulka (np. szalotka)
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, bez termoobiegu
  2. jeśli mamy mięso w kawałku - mielimy je
  3. piekarnik rozgrzewamy do 180 stopni Celsjusza, bez termoobiegu
  4. zmielone mięso mieszamy z drobno posiekanym czosnkiem, natką, suszonymi ziołami, startym parmezanem, jajkiem, oliwą, solą i pieprzem - wyrabiamy gładką masę
  5. blachę do pieczenia wykładamy folią aluminiową, folię natłuszczamy 1 łyżką oliwy
  6. przygotowywujemy sobie mają miseczkę z wodą, w której będziemy płukać ręce przy formowaniu pulpecików, żeby pulpeciki nie kleiły się nam do rąk w trakcie formowania
  7. formujemy małe pulpeciki, rozmiarów niewielkiego orzecha włoskiego
  8. pulpeciki układamy na blasze wyłożonej folią (może też być naczynie żaroodporne, którego nie wykładamy folią, a jedynie natłuszczamy)
  9. wstawiamy do piekarnika i pieczemy ok. 20min
  10. w międzyczasie drobno siekamy cebulę, marchew i selera kroimy na niewielkie kawałki
  11. w garnku na zupę rozgrzewamy 2 łyżki oliwy, wrzucamy cebulę, marchew i selera, a następnie podsmażamy na niedużym ogniu przez ok 10min
  12. gdy warzywa zmiękną, wlewamy bulion
  13. do gotującego się bulionu z warzywami wsypujemy makaron i gotujemy do miękkości (Ina Garten podpowiada, żeby zupę z makaronem gotować ok. 2min krócej niż gotowalibyśmy sam makaron zgodnie ze wskazówkami z opakowania)
  14. gdy pulpeciki są już gotowe, wrzucamy je do zupy
  15. gdy makaron jest miękki, wyłączamy "ogień" pod garnkiem i wrzucamy do zupy dwie garści świeżego szpinaku, mieszamy (szpinak ma tylko zmięknąć, nie powinien gotować się raczej z zupą, bo może stracić kolor)
  16. zupę doprawiamy solą i pieprzem i serwujemy

Polecam to smaczne i raczej lekkie (poza tym parmezanem ;) danie. Smacznego :)

sobota, 28 stycznia 2012

Muffiny z mąki razowej z marchewką i suszoną żurawiną dla Basi

Mam szczęście do Baś - wszystkie, które znam, są fajne. 2 w rodzinie, 1 w najbliższym "towarzystwie", 1 w pracy. No i kilka wiewiórek ;)

Ta z pracy obchodziła niedawno urodziny, a z tej okazji zaprosiła kilku przedstawicieli naszej korporacyjnej loży szyderców na wspominki o noszeniu pieluch i kupowaniu pierwszych szpilek nad piwem. Na wspominanie pierwszej pary szpilek najbardziej entuzjastycznie zareagowali oczywiście nasi przesympatyczni koledzy z pracy ;) Tak wyszło, że i ja znalazłam się w tym zacnym gronie, a dokładnie - prawie się znalazłam. Bo w końcu okazało się, że jednak nie będę mogła wziąć udziału w tym przedsięwzięciu. W ramach zadośćuczynienia zrobiłam dla Basi muffiny - w takiej zdrowszej niż zwykle wersji, dołączając życzenia zdrówka, bo na rozumek już za późno... Zostały przyjęte entuzjastycznie, mimo, że to wypiek z mąki razowej (brr ;).

Muffiny z mąki razowej z marchewką i suszoną żurawiną

Składniki (z tej ilości wychodzi ok. 18-20 muffinów o średnicy 5cm):
  • 300g mąki żytniej razowej typ 2000 (hardcore'owo...)
  • 100g brązowego cukru
  • 1 opakowanie cukru waniliowego (nie mogło być przecież tak zupełnie zdrowo i niskokalorycznie :P)
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 jajko
  • 180ml kefiru
  • 100ml oleju z pestek dyni (można też dodać zwykły olej słonecznikowy, ale ten z pestek dyni nadaje muffinom fajnego 
  • 1 szklanka startej marchewki (=2-3 starte marchewki, w zależności od wielkości)
  • 100g suszonej żurawiny
  • prażone pestki dyni do posypania
Przygotowanie:
    1. nagrzać piekarnik do temperatury 180 stopni Celsjusza, bez termoobiegu
    2. marchew umyć, obrać i zetrzeć na tarce (na grubych oczkach)
    3. w jednym naczyniu wymieszać mąkę, cukier brązowy, cukier waniliowy, sodę i proszek do pieczenia
    4. w osobnym naczyniu wymieszać jajko, kefir i startą marchew
    5. połączyć obie mieszaniny, dobrze wymieszać
    6. do uzyskanej masy dodać żurawinę, wymieszać
    7. blachę do muffinów wysmarować tłuszczem (każde zagłębienie) lub wyłożyć papilotkami
    8. do każdej papilotki/do każdego zagłębienia nałożyć ciasto - do 2/3 wysokości
    9. każdą porcję ciasta posypać pestkami dyni
    10. wstawić do piekarnika i piec 23 min
    11. po upieczeniu wyjąć z piekarnika i wystudzić
    12. jeśli pieczemy muffiny wieczorem, a będą jedzone dopiero następnego dnia rano, warto szczelnie nie zapakować, żeby nie wyschły i nabrały głębszego aromatu
    Smacznego i na zdrowie ;)

    wtorek, 18 października 2011

    Moja zupa minestrone dla Elizy

    Na muzyce znam się słabo (w przeciwieństwie do mojej utalentowanej siostry ciotecznej, która śpiewa, gra na skrzypcach i pisze teksty piosenek), roczarują się więc ci, którzy liczyli na wpis o twórczości Beethovena. Trochę lepiej niż na muzyce znam się na jedzeniu ("wiem, że nic nie wiem, ale szukam prawdy" ;), dlatego - niezmiennie - będę trzymała się tej tematyki. Dla Elizy, bo danie, o którym będzie mowa w tym wpisie, ugotowałam dla mojej przyjaciółki, która tak właśnie ma na imię.

    Zgodnie z zamówieniem danie miało być lekkie i nie zawierać zbyt wielu węglowodanów. Pomyślałam też, że dobrze by było, gdyby było ciepłe, bo Eliza pewnie przyjdzie zziębnięta. Stanęło więc na zupie minestrone.

    Tak naprawdę nie ma jednego uniwersalnego przepisu na tę zupę. Jej składniki różnią się w zależności od regionu Włoch (minestrone wywodzi się z tego właśnie kraju) czy tego, co gotująca je osoba ma akurat "na stanie". Wersja, którą ja zawsze gotuję, składa się z marchwi, zielonej cukinii, żółtej fasolki szparagowej i pomidorów. Do tego "ulepszacz", tym razem nie na literkę E, ale na literkę P, jak pesto. A czasami również tarty parmezan i grzanki z bagietki posmarowane oliwą czosnkową. No ale tu pole do popisu miałam ograniczone, że względu na zastrzeżenie, że węglowodanów ma nie być dużo ;)

    Moja minestrone

    Składniki (dla 4 osób, jak zwykle zrobiłam za dużo ;)
    • 2 nieduże marchewki
    • 1 średnia cukinia
    • duża garść żółtej fasolki szparagowej
    • 2 średnie pomidory
    • 1 litr wody
    • 2 kostki bulionowe (najlepiej warzywne, a jeszcze lepiej ekologiczne - do kupienia w sklepach z ekologiczną żywnością)
    • 1 ząbek czosnku
    • 1/2 pęka bazylii
    • 10 orzeszków macadamia (w oryginale są prażone orzeszki piniowe, ale nie udało mi się ich dostać w drodze z pracy do domu)
    • 2 łyżki + 1/3 szklanki oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
    • mały kawałek parmezanu (rozmiarów 1/3 kciuka)
    • sól i pieprz do smaku
    Przygotowanie:
    1. marchew umyć i obrać, pokroić w niezbyt grube talarki
    2. fasolkę umyć, obciąć końcówki, pokroić na niewielkie kawałki (u mnie 1 fasolka na 3 części)
    3. cukinię umyć, przekroić wzdłuż na pół, a następnie na dość grube półplasterki
    4. pomidory spażyć wrzątkiem, obrać ze skórki, pokroić na ósemki, a każdą ósemkę na 3 części (nie ma to większego znaczenia, bo i tak się rozgotują, ale mniejsze kawałki rozpadną się szybciej)
    5. czosnek obrać i drobno posiekać
    6. wlać 2 łyżki oliwy do garnka, podgrzać, podsmażyć na niej czosnek (któciutko, nie wolno doprowadzić do zrumienienia, bo wówczas będzie już spalony i gorzki)
    7. do garnka dorzucić pokrojoną marchewkę, dobrze wymieszać i podsmażać ok. 3 min (na nie za dużym ogniu, żeby marchew się nie przypiekła za bardzo)
    8. do marchewki dorzucić fasolkę, ponownie wymieszać i podsmażać ok. 3 min
    9. do marchwi i fasolki dorzucić pokrojoną cukinię, wymieszać, podsmażyć wszystko razem ok. 3 min
    10. zagotować wodę i dolać ją do garnka, wrzucić 2 rozkruszone kostki bulionowe, dobrze wymieszać
    11. poczekać, aż zupa zacznie się gotować - jak już zacznie, dorzucić pokrojone pomidory, zamieszać i gotować razem na większym ogniu ok. 10 min (warzywa powinny być miękkie, ale nie rozgotowane; powinny też zachować kolor, szczególnie cukinia)
    12. podczas, gdy zupa się gotuje, wrzucić do blendera umytą bazylię, orzeszki macadamia i parmezan, dodać 1/3 szklanki oliwy oraz sól (nie za dużo, bo parmezan jest słony) i pieprz, wszystko razem zblendować
    13. doprawić zupę (jeśli trzeba), można też niedbale (koniecznie niedbale ;) posiekać drugą połowę krzaczka bazylii (jeśli mamy cały i nie chcemy, żeby druga połowa, nie zużyta do pesto, się zmarnowałą) i dorzucić ją do zupy tuż przed podaniem
    14. nalać zupę do talerzy/miseczek i podawać z pesto w osobnej miseczce tak, żeby każdy konsument mógł sobie sam dozować pesto (ja zwykle biorę 1 czubatą łyżeczkę na talerz zupy)
    15. wymieszać zupę z pesto i można jeść :)

    Zupa spełniła oczekiwania - była prosta (co jest dużym atutem, jeśli gotujemy ją po całym dniu pracy), pyszna (Eliza potwierdzi ;), zadziałała rozgrzewająco, no i nie zawierała zbyt wielu węgli... mam nadzieję ;)

    A jak zostanie Wam trochę pesto - można dodać do makaronu (właśnie wypróbowałam makaron razowy z pesto... nie umywa się do tego z białej mąki).

    niedziela, 11 września 2011

    Jak u A.

    Zgodnie z zapowiedzią, tym razem oddaję głos A., u której w ubiegłym tygodniu byłam na pysznej i bardzo obfitej (a jak! ;) kolacji. Wybrałam się do A., mieszkanki Kabat, na rowerze, bijąc swój rekord życiowy jeżeli chodzi o czas przejazdu ok. 11-kilometrowej trasy ze Starego Mokotowa na Kabaty (przy jednym z naszych wcześniejszych spotkań zrugałam A. i M., która również należy do naszej bandy drombo, za spóźnianie się na spotkania i teraz muszę się pilnować, żeby nie było, że innych rugam, a sama się spóźniam ;), dojechałam w 40 min, w balerinach i sukience. Pomysł z przejażdżką rowerową miał związek z nadzieją na spalenie choć kilku kalorii przed wieczornym obżarstwem. Z powrotem rower prowadziłam ;)
    Wygłodniałej cyklistce (ja), salserce (B.) i chórzystce gospel (wspomniana M.) A. zaserwowała grzanki z marynowanym serem kozim podane z sałatką z pomidorków według przepisu Nigelli Lawson, zupę kurkowo-porową oraz bób z marchewką i bryndzą. A deser zrobiłyśmy sobie same, tj. B. i M. go ulepiły, bo ja przecież musiałam to wszystko udokumentować ;) Ale po kolei.

    Antipasto*: Grzanki z marynowanym serem kozim
    (marynowany ser według przepisu z magazynu Kuchnia, wydanie 01.2011)
     
    Składniki (dla 6 osób):
    • 6 plastrów rolady koziej (o konsystencji twardszego sera białego/fety; bez skórki pleśniowej; np. marki Soignon)
    • 1/3-1/2 pęczka tymianku - posiekanego (zdaniem A. mogą być też inne zioła np. oregano świeże)
    • 20-30 ziarenek czerwonego pieprzu - zmiażdżonych
    • Oliwa z oliwek (na oko 1 szklanka)
    • 3 listki laurowe (A. nie poczuła, żeby jakoś mega wpłynęły na smak, ale są w przepisie)
    • 6 kromek razowego pieczywa
    Przygotowanie:
    1. Ser kroimy na grube plastry (ok. 1cm). Plastry sera obtaczamy w tymianku i pieprzu, układamy w hermetycznym pojemniczku lub w słoiku, dodajemy liście laurowe i zalewamy oliwą, w takiej ilości, żeby cały ser był zanurzony w oliwie.
    2. Marynujemy ser w tej zalweie co najmniej 24 godziny w temperaturze pokojowej.
    3. Chleb lekko grillujemy/podpiekamy w piekarniku (trzeba uważać, żeby zbytnio nie spiec grzanek, bo będziemy je jeszcze zapiekać z serem). Gdy nieco "przeschnie" na wierzchu, układamy na każdej kromce po plastrze sera i podpiekamy jeszcze chwilę tak, by ser lekko się rozpuścił (ale nie całkiem; nie chodzi o to, żeby na wierzchu zrobiła się skorupa, ale żeby lekko zmiękł)
    4. Grzanki dla przełamania ciężkości sera w oliwie można podać z jakąś lekką sałatka - np. na bazie "pomidorków przyrumienionych przy świetle księżyca" :) (oryg. moonblush tomatoes; przepis według Nigelli Lawson poniżej)
    Sałatka z "pomidorkami przyrumienionymi przy świetle księżyca" (oryg. moonblush tomatoes)
    (przepis na podobną sałatkę - tylko z większą ilością składników, m.in twarożkiem kozim - znajduje się w książce Nigelli Lawson pt. "Nigella Ekspresowo")

    Składniki (dla 4-6 osób; jako niewielki dodatek do grzanek):
    • 1/2-2/3 opakowania roszponki
    • listki mięty oberwane z 1 pęczka
    • 25 pomidorków koktajlowych przygotowanych wg. przepisu Nigelli Lawson na Moonblush Tomatoes (ich przygotowanie polega w skrócie na tym, że nagrzewamy piekarnik, wkładamy do niego pomidorki, wieczorem włączamy piekarnik, a pomidorki leżą sobie i podpiekają się w stygnącym piekarniku przez całą noc; dokładny przepis można znaleźć tutaj)
    Przygotowanie:
    • Pomidorki przygotowywujemy według przepisu dzień wcześniej wieczorem
    • Mieszamy roszponkę z pociętymi niedbale na duże kawałki listkami mięty oraz pomidorkami.
    • Ponieważ pomidorki były doprawiane i miały sporo soku A. nie dodawała już dressingu do sałatki. Za dressing posłużył doprawiony według przepisu Nigelli sok z pomidorków z odrobiną oliwy.
    Primo piatto*: Zupa kurkowo-porowa
    (przepis pochodzi z magazynu Kuchnia, wydanie 08.2011)
    A. stwierdziła, że nie ma sensu przepisywać przepisu (ten z Kuchni, opublikowany na portalu palcelizac.pl jest wystarczająco wyczerpujący ;) - można go znaleźć tutaj. Dla zachęty dodaję zdjęcie tej zupy w wykonaniu A. :)
     
    Komentarz A.: Możesz dodać moją profanatorską opinię, że mi bardziej smakuje krem zrobiony z zupy grzybowej Hortexu, która przyrządzam na łyżeczce masła i rosołku ;) - trudno mi się odnieść do tego komentarza, bo A. nigdy mi tej hortexowej zupy nie zaserwowała; niemniej jednak ta kurkowo-porowa była bardzo dobra :)

    Secondo piatto*: Młody bób z marchewką i bryndzą
    (przepis pochodzi z czasopisma Kuchnia, wydanie 07.2010)
     
    Składniki (na jakieś 2-3 osoby, jak podaje A.):
    • 1 pęczek młodej marchewki
    • 100 g zielonego groszku w strączkach (ew. wyłuskanych młodych ziaren)
    • 200 g zblanszowanego i obranego młodego bobu
    • 100 g bryndzy
    • 3 łyżki masła (A. wzięła trochę mniej - muszę ją w końcu przekonać, że never too much butter ;)
    • 1 łyżka miodu
    • 1 pęczek natki
    • skórka z 1 cytryny
    • 2 ząbki czosnku
    • cukier, sól, pieprz
    Uwaga od A.: warzywa użyte do sałatki nie były młode (mamy prawie połowę września, groszek był mrożony); opis przygotowania dotyczy warzyw, z których korzystałą A., w przypadku młodych trzeba postępować nieco ostrożniej z gotowaniem.

    Przygotowanie:
    1. Marchewki obrać, wypłukać, jeśli są duże - przekroić w poprzek i pokroić na ćwiartki. Gotować max. 10 min - tak żeby były jędrne i chrupiące (al dente ;), a nie ugotowane jak w zupie. Do wody, w której marchewka się gotuje, dobrze dodać łyżkę masła i łyżeczkę cukru oraz trochę soli - dobrze jej to zrobi :)
    2. 2-3 minuty przed wyjęciem marchewki z wody dorzucamy do niej groszek. Ponieważ groszek A. był mrożony, zaczekała aż woda ponownie się zagotuje i tym samym zakończyła proces gotowania warzyw :)
    3. Gotujemy bób - A. nie podała, jak długo, bo jako doświadczona kucharząca robi to na oko ;) (trzeba sprawdzać, próbować i uważać żeby nie był rozgotowany). A do wody do gotowania bobu oprócz soli dodaje zawsze kilka gałązek świeżego kopru, bo bardziej jej wtedy smakuje.
    4. Warzywa studzimy (można je przygotować dzień wcześniej i trzymać w lodówce; po wyjęciu, żeby nie były lodowate, można przelać je mocno ciepłą wodą)
    5. Na patelni rozgrzewamy pozostałe masło i rozpuszczamy miód - wrzucamy na to marchewkę i chwilę ją smażymy, następnie dorzucamy groszek i bób, startą skórkę z cytryny, grubo posiekany czosnek i całą natkę, krótko mieszamy i wykładamy na talerze wraz z sosem.
    6. Posypujemy wszytko pokruszoną bryndzą i świeżo zmielonym pieprzem.
    Komentarz A. (ma wprawę w komentowaniu, swojego czasu była analitykiem jednego z domów maklerskich ;): Myślę, że urok tej sałatki polega na tym, że sos na warzywach nie jest rozprowadzony równomiernie i jednolicie. W związku z tym "zaskakuje" smakiem w czasie jedzenia - chwilami jest bardziej cytrynowa, czasem silniej wyczuwa się czosnek i słodycz, a jeśli trafimy na bryndzę, dominuje smak słony. Zgadzam się :)
     
    Kolacji towarzyszyła konsumpcja białego wytrawnego wina (Riesling).

    Deser (dolce*): Lemon crud czyli kruche babeczki z cytrynowym wypełnieniem i owocami
    A.: Napisz, że już byłyśmy pijane i nie pamiętamy jak to się robiło ;)
    (przepis można znaleźć tutaj)
    Zjawiłyśmy się u A. wieczorem dnia roboczego, a ona dokonała heroicznego wyczynu, przygotowując taką złożoną kolację, w tym kruche ciasto i wypełnienie do babeczek. Nie udało jej się jednak upiec tych babeczek przed naszym przyjściem (najazdem? ;), więc dziewczyny (B. i M.) zakasały rękawy i wzięły się do roboty (będąc zajęta przygotowywaniem fotograficznej dokumentacji wieczoru, nie mogłam do nich dołączyć...).
     
     

    Jak tylko foremki zostały wyklejone ciastem, A. wypełniła je cytrynową masą i zapiekła. Potem postawiła przed nami upieczone babeczki i misę owoców (maliny, borówki), żeby każda z nas mogła sama wybrać, które owoce woli i ile chce ich mieć na swojej porcji :)
     

    W imieniu wszystkich biesiadników dziękuję A. za pyszną kolację w miłym gronie. Jednocześnie chciałabym zachęcić innych moich znajomych, którzy lubią gotować, do zapraszania mnie na posiłki ;) Chętnie zrelacjonuję inne kolacyjki, obiadki, lunczyki czy śniadanka :)


    *A. jest jedną z największych znanych mi maniaczek Włoch, stąd takie określenia :)