Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naleśniki i placki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą naleśniki i placki. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 22 marca 2020

Dutch baby, czyli omlet pieczony w piekarniku

Dutch baby to omlet pieczony w piekarniku, a więc - moim skromnym zdaniem - prostszy w przygotowaniu niż tradycyjny omlet z patelni, którego trzeba w odpowiednim momencie obrócić lub zwinąć, żeby wyszedł dobry. Dla tych z Was, którzy nie robią omletów, bo boją się, że nie ogarną tego zwijania, Dutch baby może więc być przepustką do świata omletów pozbawionego tego typu lęku ;-) Inną zaletą tego dania jest to, że w zasadzie robi się samo (nie trzeba nad nim stać i pilnować, żeby zrobiło się dobrze): mieszamy składniki, wylewamy na patelnię, którą można wstawiać do piekarnika, lub naczynie żaroodporne, i do mocno rozgrzanego pieca na 20 min.

Zanim przeczytałam cokolwiek na temat nazwy tego dania ("holenderski bobas"?), założyłam, że jest to omlet przygotowywany zgodnie z jakąś wielowiekową tradycją rodem z krainy tulipanów i ser. Otóż nie. Wyczytałam, że danie to jest pochodzenia... niemieckiego i figuruje w niektórych źródłach pod nazwą "niemiecki naleśnik" lub "naleśnik Bismarck". Podobno nazwę "Dutch baby" zawdzięcza restauracji typu "diner", która nazywała się Manca's i działała w Seattle od początku XXI wieku do lat 50-tych minionego stulecia. Legenda głosi, że córka właściciela tego przybytku zamerykanizowała nazwę "Deustch" (ozn. "niemiecki" w języku niemieckim) na Dutch.

Najpopularniejsza wersja Dutch baby to wersja na słodko, z cukrem i esencją waniliową w składzie, serwowana z owocami lub konfiturami, obsypana cukrem pudrem. Zrobiłam na słodko i po pierwszym kęsie pomyślałam, że to danie byłoby super z wędzonym boczkiem i startym serem ;-) Ma w sobie coś takiego, co sprawia, że moim zdaniem bardziej nadaje się na wytrawną potrawę. Ale może to kwestia proporcji, a w szczególności ilości cukru i soli.  Nie zrozumcie mnie źle, wersja na słodko była bardzo w porządku, ale na pewno wypróbuję na słono.  

I w końcu miałam szansę wykorzystać moją żeliwną patelnię, która zalegała w kącie spiżarni od jakichś dwóch lat... Kupiłam ją, żeby zrobić placki socca, którymi zachwyciłam się w trakcie pobytu w Nicei dawno temu. Ale jak dotąd ich nie zrobiłam... Może ten czas zarazy, który przewraca wszystko do góry nogami i udowadnia, jak nieprzewidywalne jest jutro, sprawi, że będę mniej rzeczy odkładała na mityczne "kiedyś". Trzymajcie się dzielnie i zostańcie w domu.

Dutch baby
(na bazie przepisu Marthy Stuart, nieco zmienionego)



















Składniki (porcja dla 2 osób, z patelni o średnicy 25 cm lub naczynia żaroodpornego podobnej wielkości):
  • 2 łyżki masła
  • 3 jajka (w temperaturze pokojowej)
  • 3/4 szklanki mleka
  • 1/2 szklanki mąki pszennej (uniwersalna będzie ok - tu pozdrowienia dla kolegi, który twierdzi, że w uniwersalne nie wierzy ;-)
  • duża szczypta soli 
  • 3 łyżki białego cukru
  • 1/2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
  • 1/2 średniej wielkości jabłka (można zastąpić innymi soczystymi owocami lub pominąć, jeśli planujecie zjeść z konfiturą)
 Przygotowanie:
  1. rozgrzewamy piekarnik do 200 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu
  2. jajka, mleko, mąkę, sól, cukier i ekstrakt łączymy w misce, miksujemy na gładką masę (jak na naleśniki)
  3. jabłko, myjemy, obieramy, kroimy na 8-10 "cząstek"
  4. masło wrzucamy na patelnię, a patelnię wstawiamy do rozgrzanego piekarnika (na środkową półkę) i trzymamy w piecu do momentu, aż masło się rozpuści
  5. wyjmujemy patelnię z rozpuszczonym masłem z pieca, wlewamy na nią ciasto, układamy na wierzchu jabłka i wstawiamy z powrotem do piekarnika, na 20 minut
  6. po upieczeniu wyjmujemy i od razu serwujemy
Można dodatkowo posypać cukrem pudrem, jeśli boicie się, że 3 łyżki cukru + jabłko to za mało słodyczy ;-)

Smacznego :-)



Edycja 05/04/2020: a tak wygląda wersja wytrawna, z pokrojonym drobno wędzonym boczkiem (2 duże plastry), startym serem żółtym (2 łyżki) oraz solą i pieprzem. Do ciasta nie dodajemy cukru ani jabłek, dodajemy za to 1/2 łyżeczki soli. Boczek i ser wsypujemy do naczynia po wlaniu do niego masy jajecznej. Można dodać też np. drobno posiekaną cebulkę lub szczypiorek, a zamiast boczku inną wędlinę. 

 

sobota, 26 października 2019

Naleśniki z prostym farszem grzybowym

Kocham i za razem nie cierpię naleśników - taka była wersja obowiązująca do niedawna w moim przypadku. Ciepłych uczuć wyjaśniać prawdopodobnie nie muszę (kto nie lubi naleśników?!), te chłodniejsze wynikały z nieumiejętności usmażenia dobrych naleśników. To było frustrujące (problemy pierwszego świata...), bo potrafiłam zrobić znacznie bardziej skomplikowane dania, a to mi nie wychodziło. Wypróbowałam różne przepisy i techniki, i nic.

Aż w końcu na mojej drodze pojawił się Naleśnikowy Czeladnik, jak sam o sobie kiedyś powiedział, zaprzeczając, że jest Naleśnikowym Mistrzem, bo mistrzynią to była jego babcia, która nauczyła go tej sztuki. Stoczyliśmy co najmniej kilka dyskusji na temat naleśników, analizując, co robię nie tak (bo jemu zawsze wychodzą, co udowadniał wysyłając mi zdjęcia ogromnych stosów naleśników, wywołując zazdrość). Już prawie straciłam nadzieję, bo stwierdził, że "na indukcji nie wychodzą", a ja mam w domu indukcyjną płytę. Coś jednak czułam, że być może rodzaj źródła energii ma jakieś znaczenie, ale to nie możliwe, żeby nieposiadanie kuchenki gazowej wykluczało mnie (i miliony innych posiadaczy niegazowych kuchenek) z grona osób, które potrafią usmażyć naleśniki. 

Zdarza mi się postępować na przekór wytycznym, z różnym skutkiem. Tym razem jednak skutek był dobry. Zrobiłam te cholerne (przepraszam) naleśniki z jego przepisu (przyjmując jakieś proporcje, bo on robi na oko, a ja - zważywszy na wcześniejsze złe doświadczenia - potrzebowałam konkretnych miar) i... wyszły :-) A potem odważyłam się wprowadzić modyfikację, zamiast oleju dodając do ciasta roztopionego masła (szaleństwo, prawda?) i odkrywając, że ma to znaczenie nie tylko dla smaku naleśników, ale także dla wyglądu, co stało się tematem odrębnej dyskusji z moim naleśnikowym konsultantem :-)

Dziękuję C. za pomoc w okiełznaniu tej bestii :-)

Przepis, który dziś dla Was mam, na podwójnie emocjonalny ładunek :-) Po pierwsze - w końcu umiem robić naleśniki, jest radość. Po drugiej, jest to próba odtworzenia dania, które robiłam sobie jako studentka, a więc wspomnień czar. Jak zapewne większość osób studiujących poza swoją rodzinną miejscowością, przywoziłam z domu do Warszawy, gdzie studiowałam, różne przysmaki gotowane przez mamę, babcię czy ciocię. Pierogi, kopytka, leczo, bigos, czasami też naleśniki. Jak już miałam te naleśniki, robiłam sobie naleśnikowy makaron, krojąc naleśniki w paski, podgrzewając je chwilę na patelni, a potem polewając sosem borowikowym z torebki i posypując na wierzchu natką. To było jedno z moich ulubionych studenckich dań. Robiąc zaprezentowane poniżej naleśniki z prostym farszem grzybowym, chciałam odtworzyć tamten smak (choć zapewne w moich wspomnieniach jest znacznie lepszy niż był w rzeczywistości :-) Kusi mnie, żeby powiedzieć, że to proste danie, ale po moich naleśnikowych przejściach nie śmiałabym stwierdzić, że naleśniki są proste. Ale jeśli jesteście mistrzami (lub chociaż czeladnikami) naleśników to nie powinno przysporzyć Wam kłopotu ;-)

Naleśniki z prostym farszem grzybowym



Składniki (dla 2-3 osób)
  • 6 naleśników (bez dodatku cukru), usmażonych np. z tego przepisu (przepisu od Czeladnika nie zdradzam ;-)
  • 500 leśnych grzybów (ja miałam borowiki upolowane na Hali Mirowskiej przez Wybranka, grzyby zbieram jeszcze gorzej niż smażę naleśniki, więc nie porwałam się na grzybobranie)
  • 1 mała cebulka (szalotka będzie super)
  • 1 łyżka masła
  • 4 łyżki gęstej śmietany
  • sól i pieprz do smaku
Naleśników nie musicie oczywiście smażyć specjalnie pod kątem tego dania, to dobry sposób na wykorzystanie zbyt dużej ilości naleśników usmażonych wcześniej.

Przygotowanie
  1. grzyby myjemy, oczyszczamy, kroimy na nieduże kawałki
  2. tak przygotowane grzyby wrzucamy na suchą patelnię z małym ogniem i chwilę podgrzewamy, żeby odparować płyn
  3. w międzyczasie obieramy i drobno siekamy cebulę
  4. gdy płyn odparuje z grzybów, dodajemy na patelnię masło i cebulę, podsmażamy przez kilka minut, mieszając, aż cebula zmięknie
  5. dodajemy śmietanę, mieszamy - powinniśmy uzyskać kawałki grzybów otulone śmietaną, nie pływające w śmietanie
  6. doprawiamy solą i pieprzem
  7. rozkładamy naleśniki pojedynczo na talerzu lub desce, na połowie każdego z nich układamy farsz, przykrywamy drugą połową i składamy na pół
  8.  po nafaszerowaniu wszystkich naleśników, układamy je na suchej patelni i chwilę podsmażamy z obu stron, żeby się podgrzały i nabrały złotego koloru
  9. serujemy od razu po przygotowaniu, moim zdaniem dobrze komponują się z ogórkami kiszonymi i posypane świeżą natką
Smacznego :-)





sobota, 5 maja 2018

Naleśniki z pieczarkowo-szpinakowym nadzieniem zapiekane z jajkiem

Odkąd zaczęłam samodzielnie gotować, wypróbowałam całkiem sporo przepisów, z których niektóre były naprawdę skomplikowane. Efekty tych moich starań zwykle były ok - czasami mniej, czasami bardziej, ale ogólnie coś zjadliwego z tego wychodziło (z wyjątkiem sytuacji, kiedy łamałam przepisy, działając wbrew wieloletniej tradycji czy zdrowemu rozsądkowi ;-) Pokonały mnie naleśniki, i to nie jeden raz. Próbowałam wielu przepisów i technik, ale zawsze grono ofiar jest duże. Ostatnio połowa ciasta wylądowała w koszu, bo naleśniki nie chciały odchodzić od patelni - nie wiem, czy to wina eksperymentowania z mlekiem bez laktozy, czy patelni, po prostu się przyklejały, przypalały i rwały przy próbie oddzielenia od spodu patelni. A zależało mi, żeby mieć chociaż 4 sztuki, bo chciałam zrobić danie, które Wam dziś zaprezentuję. Ostatecznie się udało, ale następnym razem poproszę, żeby naleśniki zrobił dla mnie ktoś inny (Wybranek podchodzi do gotowania na większym luzie niż ja, więc pewnie jemu wyjdą bez problemu).

Dzisiejsza propozycja została zaczerpnięta z bloga Pyszności.pl, aczkolwiek jestem przekonana, że wcześniej widziałam ją na którymś z zagranicznych video blogów, natomiast nie mogą znaleźć oryginału, podaję link do polskiego odpowiednika, bo jest na nim dobrze zilustrowany proces przygotowania tego dania. Łatwiej obejrzeć niż zrozumieć to, co zaraz tu nawypisuję ;-)

Danie to nadaje się na śniadanie (szczególnie, jeśli ktoś lubi cięższe śniadania), na lunch, a i na kolację nie będzie złe. Farsz można dowolnie modyfikować, dodając mięsne składniki, warzywa, inne zioła. Możliwości jest wiele. Jest to też sposób na wykorzystanie naleśników, które zrobiliście poprzedniego dnia, ale nie zostały zjedzone, o ile nie dodaliście do ciasta naleśnikowego cukru.

Naleśniki z pieczarkowo-szpinakowym nadzieniem zapiekane z jajkiem



















Składniki (dla 2 osób):
  • 4 duże, niesłodzone naleśniki (przepisu nie podaję, bo nie mam takiego, który mogłabym z czystym sumieniem polecić z powodów opisanych powyżej; dobrze, jeśli naleśniki są raczej cieńsze i elastyczne niż grube i puszyste, żeby nie pękały przy zwijaniu)
  • 250g pieczarek
  • 2 garści młodego szpinaku
  • mała cebulka (u mnie była biała końcówka od zielonej cebulki)
  • 3 jajka
  • tarty parmezan
  • świeża natka pietruszki
  • sól i pieprz do smaku
  • olej słonecznikowy (lub inny dobrze znoszący wysokie temperatury)
Przygotowanie:
  1. Pieczarki myjemy i obieramy (jeśli obieracie pieczarki), siekamy w plasterki i wrzucamy na suchą patelnię, żeby puściły wodę i się w niej udusiły
  2. Cebulę obieramy i drobno siekamy
  3. Gdy z pieczarek odparuje cały płyn, dodajemy na patelnię łyżkę oleju i dorzucamy posiekaną cebulę, chwilę razem smażymy, mieszając od czasu do czasu
  4. Gdy cebula będzie miękka, dorzucamy na patelnię szpinak, mieszamy, do momentu, aż szpinak zmięknie, ale nadal będzie miał ładny, zielony kolor
  5. Zawartość patelni doprawiamy solą i pieprzem (wedle uznania), posypujemy drobno posiekaną natką, mieszamy i zdejmujemy z ognia
  6. Dwa naleśniki układamy na blacie/desce do krojenia obok siebie tak, żeby brzeg jednego nieco zachodził na drugi - miejsce, w którym się łączą, smarujemy rozkłóconym jajkiem, żeby się skleiło
  7. Na naleśniki nakładamy (w poprzek) "ścieżkę" z połowy farszu, smarujemy brzegi naleśników rozkłóconym jajkiem i zwijamy w rulon
  8. To samo robimy z pozostałymi naleśnikami i farszem
  9. Naczynie do zapiekania w piekarniku (ja miałam duże kokilki, ale może być coś innego - jeśli blaszka, wyłóżcie papierem do pieczenia) natłuszczamy olejem
  10. Naleśnikowe rulony zwijamy na kształt ślimaków, miejsce, w którym końcówka rulony zachodzi na ślimaka smarujemy jajkiem, żeby się przykleiła 
  11. Naleśnikowe ślimaki wkładamy do naczynia do zapiekania, tak, aby naleśnik przybrał formę miseczki (z wyższymi brzegami i zagłębieniem wewnątrz), posypujemy startym parmezanem
  12. Naczynie z tak przygotowanymi naleśnikowymi ślimakami wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 200 stopni Celsjusza i zapiekamy przez 10 min
  13. Po upływie 10 minut wyjmujemy naczynie z piekarnika, na wierzch każdego ślimaka wybijamy ostrożnie jajko, doprawiamy jajko solą i pieprzem i wstawiamy z powrotem do piekarnika (raczej na niższą półkę niż na wyższą - u mnie stało na ok 1/3 wysokości piekarnika) i zapiekamy do momentu, aż białko się zetnie (u mnie trwało to ok 10 min)
  14. Gotowe danie wyjmujemy z pieca, posypujemy drobno posiekaną natką pietruszki i serwujemy (koniecznie na ciepło)
Smacznego :-)

sobota, 15 lipca 2017

Naleśniki w sosie cystrusowym, prawie jak Crêpes Suzette

Minęło 10 lat odkąd moja relacja z Wybrankiem z biurowej zmieniła się w romantyczną :-) Rocznica wypadała w sąsiedztwie weekendu, ale z ważnych rodzinnych powodów nie chcieliśmy oddalać się od Warszawy, zaplanowaliśmy sobie więc świętowanie w domu. Jednym z elementów tego planu było przygotowanie przez każde z nas specjalnego posiłku na tę okazję, mi przypadło śniadanie. Dań śniadaniowych jest pełno, no ale to miało być coś wyjątkowego. Poszukując inspiracji w Internecie, trafiłam na bloga pt. "Co dziś zjem na śniadanie?", który jest prawdziwą skarbnicą przepisów na dobry początek dnia. Powiedziałabym, że raczej nietypowych w naszej szerokości geograficznej, więc jeśli znudziły Wam się kanapki, jajecznice, twarożki i proste owsianki, to jest dobry adres dla Was.

Przekopawszy się przez śniadaniowe propozycje Marty (tak ma na imię autorka tego bloga), wybrałam przepis na "Prawie Crepes Suzette", a więc naleśniki w sosie cytrusowym, ale bez alkoholu i bez podpalania, które są typowe dla oryginalnego francuskiego przepisu na to danie. Te naleśniki często są serwowane w formie deseru, ale na śniadanie też dobrze się sprawdzą :-) Nie jest to być możne najbardziej sezonowe danie (cytrusy dostępne są cały rok), ale mają w sobie coś z lata, więc nie będą gryzły się z aurą (tym bardziej, że w tym roku w Polsce lato nas nie rozpieszcza).

Naleśniki w sosie cytrusowym















Składniki (Marta podaje, że z tej ilości składników wyszły jej 4 naleśniki, natomiast mi wyszło 6 przy smażeniu na patelni o średnicy 26 cm; po 3 naleśniki na głowę to w naszym przypadku optymalna porcja, ale my jemy więcej niż normalni ludzie - jeśli w przepisie jest napisane, że to porcja dla 4 osób tzn., że jest idealna dla nas dwojga ;-)

NA NALEŚNIKI
  • 1 szklanka mąki (pszennej)
  • 1 szklanka mleka (użyłam bez laktozy)
  • 2/3 szklanki wody
  • 2 jajka
  • szczypta soli
  • 3 łyżki oliwy
NA SOS
  • 3 łyżki cukru (białego)
  • skórka otarta z 1 pomarańczy
  • sok z 1 mandarynki
  • sok z 2 pomarańczy
  • sok z 1 cytryny (w oryginale jest 1/2, ale jak zużywam tylko połowę, potem druga połowa tygodniami poniewiera się po lodówce; nie uważam, że sok z całej to za dużo, smak był dobry)
  • 3 łyżki masła
Przygotowanie:
  1. wszystkie składniki na naleśniki mieszamy w misce (ja zwykle robię to mikserem, bo trzepaczką jeszcze chyba nigdy nie udało mi się wymieszać tak, żeby małe grudki mąki nie pływały na powierzchni)
  2. z tak otrzymanego ciasta smażymy naleśniki (patelni nie trzeba natłuszczać, bo do ciasta dodaliśmy oliwę) i odkładamy na bok
  3. po usmażeniu naleśników zabieramy się za przygotowanie sosu - na patelnię (może być ta sama, na której były smażone naleśniki) rozgrzaną na średnim ogniu wsypujemy cukier, polewamy sokiem z mandarynki i dodajemy skórkę z pomarańczy, a następnie czekamy, aż cukier się rozpuści
  4. następnie dodajemy sok z pomarańczy i z cytryny, a dalej masło i pozwalamy, aby całość chwilę się podgotowała
  5. naleśniki kładziemy pojedynczo na patelni z sosem, czekamy aż sos je pokryje, a następnie składany w trójkąt (tak jak klasyczne polskie naleśniki z serem na słodko) - gdy będzie ich tyle (4), żeby zapełniły całą patelnię, wkładamy wszystkie jeszcze na chwilę co ciepłego sosu, a następnie serwujemy (w moim przypadku wyjęłam te 4 naleśniki z patelni, zaserwowałam, a w międzyczasie 2 pozostałe wrzuciłam do sosu, żeby nim nasiąkły, podczas gdy my pałaszowaliśmy pierwszą serię; sosu spokojnie wystarczyło do nasączenia 6 naleśników)
  6. ciepłe naleśniki wykładamy na talerz i serwujemy - u mnie z plastrem świeżej pomarańczy i listkami mięty
Smacznego :-)



niedziela, 13 stycznia 2013

Naleśniki po bretońsku

Gryczane naleśniki robiłam kilkakrotnie, zwykle w formie przekąski na imprezy, w połączeniu z serkiem kremowym, wędzonym łososiem i koperkiem. Tym razem zrobiłam je na śniadanie, z serem żółtym, szynką wieprzową i sadzonym jajkiem. A zachęcił mnie do tego przepis znaleziony we wspaniałej książce pt. "Food lovers guide to the world" wydawnictwa Lonely Planet, którą ostatnio nabyłam. Zanim skorzystałam z tego konkretnego przepisu, poszperałam trochę w internecie, znajdując kilka różnych wersji tych naleśników. Podczas, gdy w przepisie z "Food lovers..." na liście składników znajdują się jedynie mąka gryczana, mąka pszenna, jajka, masło, mleko i sól, w innych przepisach pojawiał się również cydr, a zamiast masła - olej. Jak być może się domyślacie, cydru na stanie nie miałam, postanowiłam więc przyrządzić te naleśniki z przepisu z książki.

W Bretanii naleśniki z mąki gryczanej nazywane są galettes (podobnego określenia używa się również w stosunku do rustykalnych tart, czyli takich, które piecze się nie w formie do tarty, ale z zawiniętymi brzegami, jak tu). Podaje się je jako szybką przekąskę z różnymi dodatkami, z serem, szynką, grzybami czy szpinakiem. Poniżej przedstawiam wersję "naleśników po bretońsku" z jajkiem sadzonym, która również często występuje, przynajmniej w internecie ;)

Naleśniki po bretońsku
 [tu naleśnik skąpany w pięknym porannym, styczniowym słońcu :)]

Składniki (na ok. 8 naleśników; poniższa ilość składników to połowa porcji z przepisu z książki):
  • 110g mąki gryczanej*
  • 110g mąki pszennej*
  • 2 jajka
  • 250ml mleka
  • 50g masła
  • 1/2 łyżeczki soli
*przy takich proporcjach - pół na pół - smak mąki gryczanej jest bardzo delikatny i jedynie lekko wyczuwalny; jeśli komuś zależy na bardziej intensywnym smaku gryki, można zwiększyć ilość mąki gryczanej kosztem mąki pszennej

Przygotowanie:
  1. masło roztapiamy na patelni, a następnie zdejmujemy biały "kożuszek"/"piankę" za pomocą łyżki - w ten sposób klarujemy masło
  2. sklarowane masło odstawiamy na bok, aby wystygło
  3. mąki i sól mieszamy i przesiewamy do dużej miski
  4. do mącznej mieszanki wbijamy jajka i stopniowo dodajemy mleko, mieszając trzepaczką (po dodaniu 250ml mleka moje ciasto było nieco za gęste, dodałam więc trochę więcej, jakieś 50ml)
  5. na końcu dodajemy klarowane masło i mieszamy (powinniśmy otrzymać konsystencje ciasta naleśnikowego - zaskoczenie? ;)
  6. rozgrzewamy patelnię, rozprowadzamy na niej porcje ciasta (w oryginalnym przepisie jest 1/2 "cup", czyli 125ml, ale ja nalewałam na patelnię mniej) i smażymy naleśniki - patelnię można wcześniej przetrzeć tłuszczem, ale ja już tego nie robiłam, bo do ciasta naleśnikowego dodałam masło i smażyłam na patelni teflonowej, ryzyko przywierania było więc ograniczone
  7. usmażone naleśniki układamy jeden na drugim na talerzu albo od razu serwujemy
W mojej dzisiejszej konfiguracji ułożyłam na talerzu naleśnik, na nim plaster sera żółtego (u mnie akurat gouda), na nim plasterek szynki, a na szynce usmażone w międzyczasie jajko sadzone (pamiętając o doprawieniu go solą i pieprzem w trakcie smażenia oraz o tym, żeby nie było zbyt duże, bo będzie ciężko zagiąć brzegi naleśnika, jeśli będzie na nie zachodziło usmażone białko - mam nadzieję, że rozumiecie, o co mi chodzi ;)).


Następnie zawinęłam brzegi naleśnika tak, by zachodziły na "nadzienie", tworząc kwadratowy pakunek i przełożyłam całość na patelnię, żeby razem się podgrzało (jak się domyślacie, naleśniki zdążyły już wystygnąć). Podsmażyłam naleśnikowy pakunek przez chwilę na suchej patelni, przełożyłam na talerz i posypałam posiekanym szczypiorkiem. E voila :)

Jeżeli zostaną Wam puste naleśniki, można je dojeść np. z płynnym miodem (najlepiej gryczanym) i ew. serkiem twarogowym na deser po obiedzie lub jako lekką kolację. Dodatek soli w cieśnie nie przeszkadza ;) Lub ze wspomnianym wcześniej serkiem kremowym, wędzonym łososiem i koperkiem.

Smacznego :)

sobota, 11 lutego 2012

Bliny z kremowym serkiem, wędzonym łososiem i świeżym koperkiem

Bliny wywodzą się z kuchni rosyjskiej, a w szczególnie dużych ilościach były spożywane w okresie ostatków, czyli w tygodniu poprzedzającym rozpoczęcie Wielkiego Postu, zwanym maslenica (tydzień naleśnikowy; czyli mniej więcej dobrze się wstrzeliłam ;). Tradycyjnie serwowane były również kobietom po porodzie oraz uczestnikom stypy, bo wierzono, że ich okrągły kształt symbolizuje skończoność ludzkiego życia (informacje zaczerpnięte z Wikipedii).

Z zamiarem zrobienia blinów nosiłam się od jakiegoś czasu, będąc pod wrażeniem tych przygotowywanych przez autorkę bloga Whiteplate (np. według tego przepisu), która wydaje się być prawdziwą miłośniczką tych drożdżowych placuszków na bazie mąki gryczanej. Po przeczytaniu kilku przepisów na bliny stwierdzam, że nie różnią się one wiele od drożdżowych racuchów, z jabłkami lub pustych podawanych w towarzystwie różnych dodatków (takie robi moja ciocia, bratowa taty, każdy wybiera ulubiony dodatek, np. dżem). Od innych racuchów różnią się tym, że zawierają mąkę gryczaną, która nadaje im pięknego gryczanego aromatu. Nawet mojemu tacie, który nie należy do miłośników gryki (z uwagi na fakt, że dawno temu zmuszony był jeść przypaloną gaszę gryczaną z sosem, którą serwowała mu jego najstarsza córcia, czyli ja ;), bliny smakowały. Smakowały całej rodzinie, a wnioskuję po tempie, w jakim znikały z półmiska ;)

Robiąc bliny korzystam z przepisu z bloga Kwestia Smaku, ale zamiast śmietany podaję do nich kremowy serek (najchętniej Twój Smak marki Piątnica), którym grubo smaruję każdy placuszek, a następnie układam na nim cienkie plasterki wędzonego łososia, posypuję posiekanym koperkiem i doprawiam solą i pieprzem. Pycha :)

Bliny

Składniki (porcja dla 4-6 osób):
  • 25 g świeżych drożdży (lub 2 saszetki suszonych)
  • 1 łyżeczka cukru
  • 2 szklanki ciepłego mleka
  • 100 g mąki pszennej
  • 250 g mąki gryczanej (do kupienia np. z sklepach z ekologiczną żywnością)
  • 1 żółtko
  • 50 ml roztopionego masła
  • 1 łyżeczka soli
  • olej roślinny do smażenia (u mnie była oliwa)
  • wędzony łosoś (w plastrach lub w kawałku - u mnie był łosoś szkocki w kawałku marki Suempol)
  • 2 opakowania serka kremowego (Twój Smak Piątnicy lub Philadelphia Krafta)
  • kilka gałązek świeżego koperku
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:
  1. Drożdże, cukier i 2 łyżki mąki pszennej wymieszać z 1/4 szklanki (ok 60ml) ciepłego mleka, przykryć naczynie ściereczką i odstawić na 15min w ciepłe miejsce do wyrośnięcia
  2. Rozpuścić masło na patelni
  3. Obie mąki przesiać do miski (ilość mąki pszennej powinna być pomniejszona o te 2 łyżki, które wymieszaliśmy z mlekiem, cukrem i drożdżami)
  4. Do mąki dodać żółtko, roztopione (nieco przestudzone) masło, resztę mleka (1 i 3/4 szklanki), sól oraz drożdżowy zaczyn (po wyrośnięciu), dobrze wymieszać
  5. Ciasto odstawić na 45min (można na dłużej, u mnie stało ok. 1,5 godz. - w międzyczasie zdążyłam wyjść z domu i załatwić kilka spraw) w ciepłe miejsce do wyrośnięcia
  6. Gotowe ciasto nabierać łyżką i wylewać na patelnię z podgrzanym tłuszczem, formując placuszki - uwaga, bliny bardzo szybko chłoną tłuszcz, jeśli więc nie chcecie, aby były zbyt tłuste, wlejcie na patelnię ok 1-2 łyżki oliwy/oleju na jeden raz (u mnie 4 placuszki), a gdy placuszki będą już gotowe, przełóżcie je na talerz wyścielony ręcznikiem papierowym, żeby "oddały" trochę tego tłuszczu, którym nasiąkają; przed nałożeniem na patelnię kolejnej porcji ciasta, należy ponownie wlać na nią tłuszcz
  7. Osuszone z tłuszczu bliny smarujemy serkiem, na serku układamy plastry wędzonego łososia i posypujemy świeżym, posiekanym koperkiem
  8. Doprawiamy solą i pieprzem do smaku


Serek kremowy można zastąpić gęstą śmietaną, a wędzonego łososia inną wędzoną rybą, kawiorem lub marynowanym śledziem. Bliny jada się również na słodko, z konfiturą. Smacznego :)

środa, 9 listopada 2011

Cukiniowe placuszki

Nie wiem, skąd pochodziła cukinia, która posłużyła mi do przygotowania cukiniowych placuszków, bo w naszym pięknym kraju sezon na to warzywo już dawno minął. Może z jakiejś holenderskiej szklarni (chociaż miała smak, więc chyba nie ;) albo z hiszpańskiej plantacji (w Hipszanii jeszcze w połowie października były upały), byle nie z Chin... Czy Polska importuje z Chin warzywa?

Rozważania na temat rodowodu cukinii nie idą w dobrym kierunku, skupię się więc może na pozostałych składnikach cukiniowych placuszków ;) Przepis zaczerpnęłam z bloga Kwestia Smaku. Z tą różnicą, że mąkę pszenną zastąpiłam mąką żytnią razową typ 2000 (sama w to nie wierzę ;), a placuszki smażyłam na niewielkiej ilości tłuszczu, serwując je nie z sosem pomidorowym, ale z kremowym serkiem Philadelphia, natką pietruszki, świeżo zmielonym pieprzem i pokruszonymi suszonymi papryczkami, które rodzice przywieźli mi z urlopu spędzonego m.in. na Węgrzech.

A pomysł wziął się stąd, że w lodówce była cukinia i 3/4 opakowania serka - w ten sposób powstają najlepsze przepisy :) Na dania "nawinie" czyli z tego, co się akurat nawinie, jak mawiał mój brat cioteczny, mistrz wymyślania potraw motywowanego zawartością lodówki ;)

Cukiniowe placuszki

Składniki (na 14 placuszków = porcja dla 2-3 osób):
  • 1 średniej wielkości cukinia
  • 1 mały ząbek czosnku
  • 30g mąki żytniej razowej typ 2000 (myślę, że tak na dobrą sprawę można użyć dowolnej mąki - licząc się oczywiście z tym, że użycie każdej innej niż biała pszenna sprawi, że placuszki będą smakowały gorzej ;)
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
  • świeża natka do posypania
  • 1 suszona lub świeża papryczka (ostra) do posypania
  • 1 op. (3/4 też ujdzie) serka kremowego Philadelphia lub Twój Smak Piątnicy lub innego ulubionego (zamiast serka można też użyć gęstej śmietany)
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. cukinię dobrze umyć i zetrzeć na tarce na grubych oczkach
  2. czosnek obrać, przepuścić przez praskę lub zetrzeć na tarce na drobnych oczkach
  3. w osobnej misce wymieszać mąkę z dużą szczyptą soli
  4. do mąki z solą dodać roztrzepane jajko, wymieszać
  5. do masy stopniowo dodawać mleko (powstanie raczej gęsta i lepka masa)
  6. do masy dodać cukinię i czosnek, dobrze wymieszać - tak, aby masa okleiła i posklejała kawałki cukinii
  7. na patelni rozgrzać oliwę (w oryginale każdą porcję placuszków smaży się na 1 łyżce oliwy, ale ja smażyłam na chluście czyli na oko 1/2 łyżki)
  8. nakładać ciasto na patelnię, formując niewielkie placuszki (nie więcej niż 1 łyżka ciasta na placuszek)
  9. smażyć na złoty kolor z obu stron (uwaga przy przekręcaniu placuszków na drugą stronę - są bardzo delikatne, mogą się rozpaść w przypadku zbyt brutalnego traktowania)
  10. gotowe placuszki wyłożyć na talerz, udekorować każdy łyżeczką serką lub śmietany
  11. posypać całość drobno posiekaną natką i papryczką (w przypadku suszonej - rozgnieść papryczkę na drobne kawałki), doprawić świeżo zmielonym pieprzem
Smacznego :)



wtorek, 30 sierpnia 2011

Kulki w szlamie i zielone naleśniki

Jest taka zasada, niepisana zdaje się, że nie ma co ekspertymentować z nowymi przepisami przygotowując potrawy dla gości. Dlatego też w zasadzie na każdej imprezie, którą organizuję lub przy której organizacji pomagam, pojawiają się takie klasyki jak kulki w szlamie i zielone naleśniki. Zawsze robię też muffiny, często także w wersji niesłodkiej (np. z fetą i czerwoną papryką albo z boczkiem i serem żółtym). Jeżeli chodzi o słodkie muffiny, wybieram takie, do których akurat są składniki (jesień/zima – cytrusy, marchew, jabłka, dynia, czekolada, suszone owoce; wiosna/lato – świeże owoce sezonowe); udało mi się znaleźć najlepszy - moim zdaniem - przepis podstawowy i tylko żongluję dodatkami (przepis podstawowy na słodkie muffiny znajdziecie tutaj). Jeżeli chodzi o niesłodkie (zwane wytrawnymi, ale jak dla mnie słowo „wytrawny” powinno być zarezerowane dla alkoholu, więc nie używam go w odniesieniu do innych produktów) to na razie nie udało mi się znaleźć idealnego przepisu, a efekty podejmowanych prób nie były zadowalające, więc póki co przepisem się nie dzielę. Chętnie za to podzielę się przepisami na kulki w szlamie i zielone naleśniki :)

Określenie „kulki w szlamie” stworzył M., mój kolega ze studiów, mądry człowiek i utalentowany ekonomista (nie teoretyk ;) na jednej z imprez. Wzięło się stąd, że „danie” to składa się z mini mozzarellek, pomidorków koktajlowych i oliwek (= kulki), serwowanych w formie koreczków w towarzystwie zielonego sosu bazyliowego (wyglądem przypominającego ów szlam). A robi się to tak:


Składniki:
  • Mini mozzarellki (ilość zależy od liczby zaproszonych gości, na oko wopakowaniu jest średnio ok. 12-15 sztuk; można je kupić w każdym supermarkecie; nigdy nie udało mi się ich kupić w Almie w Promenadzie, być może w innych Almach są)
  • Pomidorki koktajlowe (tyle, ile mini mozzarellek)
  • Czarne lub zielone oliwki (tyle, ile mini mozzarellek)
  • Drewniane wykałaczki (ale nie takie dentystyczne, aromatyzowane miętą czy mentolem ;)
  • Duży pęczek świeżej bazylii
  • Oliwa (ok. ¾ szklanki na 1 pęczek bazylii)
  • 1 ząbek czosnku
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. umyć pomidory
  2. mini mozzarellki oraz oliwki odcedzić z zalewy
  3. poobrywać listki z bazylii (trochę musi zostać do „szlamu”, więc jeśli macie niewielki pęk, np. marki Swedeponik w niewielkiej doniczce, to weźcie 2 doniczki –jedną do oberwania listków, a drugą do sosu)
  4. na wykałaczki nakłuwać kolejno pomidor, listek bazylii, kulkę mozzarelli i oliwkę, aby uzyskać koreczki
  5. przygotować sos: cały pęczek bazylii (razem z łodyżkami) włożyć do blendera, zalać oliwą, dodać ząbek czosnku (pokrojony na kilka kawałków), doprawić solą i pieprzem wedle uznania, całość zmiksować na gładki szlam
  6. koreczki ułożyć na talerzu i albo polać szlamem albo podać szlam w osobnym naczyniu, żeby każdy mógł sobie dowolnie dozować jego ilość na własnym talerzu














Zielone naleśniki powstały z potrzeby zaserwowania czegoś innego niż koreczki czy sałatki (z sałatek już prawie w ogóle zrezygnowałam, no chyba, że robię kolację czy obiad dla zaledwie kilku osób, w formie zasiadanej, gdzie każdy uczestnik dostaje porcję sałatki na własnym talerzu; na większą imprezę moim zdaniem nadają się jedynie sałatki z produktów, które nie puszczają soku zaraz po doprawieniu i nie więdną). Mają formę naleśnikowych wrapów i bardzo dobrze sprawdzają się w roli czegoś na ząb.















Składniki (na ok. 12 naleśników z patelni o średnicy ok. 28 cm):

- ciasto
  • 0,5 l mleka (im tłustsze tym lepsze)
  • ok. 300 g mąki
  • 1 jajko
  • garść świeżego szpinaku
  • 2 ząbki czosnku
  • sól, pieprz
- nadzienie
  • 12 dużych plasterków wędliny (powinny być na tyle duże, żeby pokrywać ok. ¾
  • powierzchni patelni, na której będą smażone naleśniki)
  • 1 opakowanie szpinaku (może być baby)
  • 3 opakowania serka Philadelphia (polski odpowiednik marki Piątnica też jest
  • ok)
  • ½ pęczka świeżej natki
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. z 0,5 ml mleka odlać pół szklanki i wlać do blendera, miksując je z garścią szpinaku i czosnkiem (mleko dodaje się po to, żeby był "poślizg" w blenderze - bez płynu trudniej jest zblendować cokolwiek)
  2. wlać do większego naczynia, dodać resztę mleka, mąkę i jajko, doprawić solą i pieprzem, dobrze wymieszać (uwaga: z naleśnikami jest trochę tak jak np. z bigosem czy rosołem – co dom to przepis; ja naleśniki robię na oko, tj, dodaję tyle składników, żeby uzyskać konsystencję ciasta właściwą dla ciasta naleśnikowego – jeśli więc macie sprawdzone proporcje lub podobnie jak ja robicie naleśniki na oko, zróbcie je według własnego przepisu, dodając szpinak zmiksowany z czosnkiem; nie dodawajcie cukru, jeżeli zwykle dodajecie ;)
  3. patelnię smarować tłuszczem (ja każdorazowo rozprowadzam pędzelkiem oliwę na powierzchni patelni przed wlaniem ciasta) i wlewać ciasto chochelką do zupy, rozprowadzając je po całej powierzchni; po usmażeniu z jednej strony, przewrócić na drugą)
  4. gotowe naleśniki układać jeden na drugim na dużym płaskim talerzu – po usmażeniu wszystkich przykryć szczelnie folią spożywczą i odstawić do wystygnięcia
  5. serek Philadephia przełożyć do miski, wymieszać z drobno posiekaną natką, doprawić solą i pieprzem (jeżeli szynka jest raczej słona to uważajcie, żeby nie przesadzić z solą)
  6. każdy naleśnik posmarowaś serkiem z natką, posypać kilkoma listkami szpinaku, przykryć plastrem szynki i zwinąć w rulon, docisnąć lekko, żeby brzeg naleśnika nie odstawał
  7. przygotowane w ten sposób naleśnikowe rulony ułożyć na talerzy, przykryć folią i odstawić na 30 min (można na dłużej, ale raczej nie na całą noc) do lodówki, żeby smaki się przegryzły
  8. wyjąć naleśniki z lodówki, przekroić pod skosem na pół, odkroić przegi (albo i nie, jak kto woli) i podawać
Mam nadzieję, że Wam i Waszym gościom będzie smakowało, o ile zdecydujecie się podać im takie przekąski/zakąski ;)