niedziela, 30 czerwca 2019

Proste ciasto z truskawkami

Zorientowałam się, że tegoroczny sezon truskawkowy w zasadzie się kończy. I że nie upiekłam ani jednego ciasta z truskawkami w tym sezonie. Aaale… nie jest jeszcze za późno! :-)

Ten przepis pochodzi z bloga Moje Wypieki, wykorzystuje proste składniki, które pewnie większość z Was ma w domu, i ogólnie bezproblemowy. Zmiksuj, wyłóż ciasto na blaszkę, dodaj owoce (moim zdaniem truskawki można zastąpić dowolnymi innymi owocami), upiecz. Idealny na niedzielny deser, na słodką przekąskę, na śniadanie (idealnie popijane krowim mlekiem lub herbatą).

Proste ciasto z truskawkami



















Składniki (na blachę o wymiarach ok 20x30 cm)
  •  4 duże jajka
  • 1 i 1/4 szklanki cukru
  • 16g cukru waniliowego
  • 1 szklanka oleju słonecznikowego
  • 1 szklanka mleka
  • 2 łyżki proszku do pieczenia
  • 4 szklanki mąki pszennej (u mnie tortowa)
  • kilkanaście truskawek (w oryginalnym przepisie jest 0,5kg, ale ja przy pierwszym razie dodałam mniej, bo nie wiedziałam, jak "zachowa się" ciasto - spokojnie można dodać 0,5kg :-)
Przygotowanie
  1. Truskawki myjemy i usuwamy szypułki, każdą przekrajamy na pół
  2. Jajka i oba rodzaje cukru wrzucamy do miski i miksujemy mikserem do uzyskania jasnej, puszystej masy (ale nie sztywnej piany)
  3. Do tak uzyskanej masy wlewamy strużką najpierw olej, a potem mleko, cały czas miksując
  4. Proszek do pieczenia łączymy z mąką, przesiewamy, a następnie wsypujemy do miski z mokrymi składnikami i ostrożnie mieszamy szpatułką
  5. Piekarnik rozgrzewamy do 170 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu
  6. Blaszkę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia, a następnie wlewamy masę, równomiernie rozprowadzając po powierzchni blachy
  7. Na wierzchu ciasta równomiernie rozkładamy połówki truskawek
  8. Wstawiamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy przez 45 min, do tzw. "suchego patyczka"
  9. Upieczone ciasto wyjmujemy z pieca i odstawiamy do wystudzenia
  10. Wystudzone można posypać cukrem pudrem (samo w sobie nie jest szczególnie słodkie)
Smacznego :-)





niedziela, 2 czerwca 2019

Biała lazania z zielonymi szparagami, groszkiem, szpinakiem i pieczarkami

"I wtedy ja, na dany znak, prężąc i śmiejąc się szampańsko, wchodzę, ubrany w biały frak, mówiąc dobry wieczór państwu" - mówił Piotr Fronczewski w skeczu pt. "Cyrk", autorstwa Wojciecha Młynarskiego. Pominę resztę tej opowieści, bo jest mało, a wręcz a-apetyczna, a poza tym mamy dopiero popołudnie, więc z "dobrymi wieczorami" należałoby jeszcze zaczekać ;-)

Nie mogłam się jednak powstrzymać, żeby ten cytat tu przytoczyć, bo bardzo mi do białej lazanii, która robi wrażenie, wjeżdżając na stół niemal jak konferansjer w białym fraku wyłaniający się na pogrążonej w półmroku cyrkowej scenie. Alternatywnie, mogłam przytoczyć cytat z weselnej piosenki "Cała na biało", ale w jej tekście nic o bieli nie ma, więc pomysł upadł.

Żarty na bok. Tegoroczny sezon szparagowy powoli zmierza ku końcowi, zakończmy go więc z przytupem. Biała lazania to dość pracochłonne danie, ale imponuje wyglądem i smakiem. Jak na lazanię (i na skład białego sosu, beszamelu) jest zaskakująco lekka, zapewne dzięki dużej ilości zielonych warzyw. Ja wprawdzie czułam się po niej ociężała, ale to głównie dlatego, że za dużo jej zjadłam. Klasyczna (czerwona) lazania pozostanie moją ulubioną (co pomidor, to pomidor), ale ta biała jest przyjemnym urozmaiceniem.  

Poniższy przepis bazuje na recepturze zaczerpniętej z bloga Broma Bakery.

Biała lazania z zielonymi szparagami, groszkiem, szpinakiem i pieczarkami


Składniki (dla 3-4 osób)

NA SOS
  • 4 łyżki stołowe masła
  • 1/4 szklanki mąki pszennej
  • 2 szklanki mleka
  • szczypta gałki muszkatołowej
  • sól i pieprz do smaku
POZOSTAŁE
  • Świeże platy makaronu na lazanię (można je kupić w dobrze zaopatrzonych supermarketach lub w specjalistycznych sklepach z włoską żywnością) - moim zdaniem świeża sprawdzi się lepiej, bo beszamel nie jest tak skuteczny w nawilżaniu i zmiękczaniu makaronu jak sos pomidorowy, nie ryzykowałabym z suchymi płatami
  • 15 zielonych szparagów, raczej cieńszych (ew. mogą być dzikie, czyli cienkie jak solone paluszki)
  • 1 szklanka mrożonego zielonego groszku
  • duża garść świeżego szpinaku (najlepiej młodego, a jeśli macie "stary" usuńcie twarde części z liści)
  • 250g pieczarek
  • 1 mała zwykła biała cebula
  • 1 ząbek czosnku
  • 125-150 g mozzarelli
  • 2 łyżki oliwy
  • sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:

BESZAMEL
  1. do rondelka wrzucamy masło, rozpuszczamy
  2. do rozpuszczanego masła dodajemy mąkę, mieszkamy (trzepaczką najlepiej) i chwilę razem podsmażamy
  3. wlewamy mleko i mieszamy trzepaczką, aż sos zgęstnieje (kiedyś czytałam radę Magdy Gessler, żeby mleko było gorące, bo inaczej zrobią się grudki, ale moim zdaniem może być mleko w temperaturze pokojowej, dużo zależy od tego, czy będziemy stali nad rondlem i sumiennie mieszali trzepaczką, aż sos zgęstnieje)
  4. doprawiamy gałką muszkatołową, solą i pieprzem
  5. zdejmujemy z ognia i odstawiamy
POZOSTAŁE
  1. szparagi myjemy, odłamujemy zdrewniałe końcówki, przekrajamy wzdłuż na pół (no chyba, że są bardzo cienkie, wówczas nie), a następnie na pół w poprzek, oprószamy solą i pieprzem
  2. pieczarki obieramy lub myjemy, kroimy w plasterki (mogą być grube) i wrzucamy na suchą patelnię, dusząc w sosie własnym do odparowania wody
  3. cebulę i czosnek obieramy, drobno kroimy
  4. jak woda z pieczarek odparuje, dodajemy na patelnię 1 łyżkę oliwy i chwilę podsmażamy
  5. następnie dorzucamy cebulę i czosnek i podsmażamy razem z pieczarkami, doprawiamy solą i pieprzem
  6. mrożony groszek zalewamy wrzątkiem, trzymamy 1-2 minuty i odcedzamy
  7. mozzarellę odsączamy z płynu i rwiemy na nieduże kawałki
  8. na dnie naczynia żaroodpornego, w którym będziemy robili lazanię, wlewamy łyżkę oliwy i natłuszczamy naczynie
  9. następnie kładziemy na natłuszczonym naczyniu płaty lazanii, pokrywając je 3-4 łyżkami beszamelu, który równomiernie rozprowadzamy po całej powierzchni płatów, a na sosie układamy 1/3 pokrojonych szparagów
  10. przykrywamy kolejnym płatem makaronu, który również smarujemy beszamelem i rozprowadzamy na nim 1/2 pieczarek, 1/2 groszku i posypujemy połową liści szpinaku
  11. przykrywamy kolejnym płatem makaron, który również smarujemy beszamelem i rozprowadzamy na nim kolejną 1/3 szparagów
  12. przykrywamy kolejnym płatem makaronu, który również smarujemy beszamelem i rozprowadzamy na nim pozostałą część pieczarek, groszku i szpinaku
  13. przykrywam kolejnym płatem makaronu, smarujemy resztką beszamelu, posypujemy porwaną mozzarellą, a na wierzchu układamy resztę szparagów i oprószamy całość lekko solą
  14. przykrywamy folią aluminiową i wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 180 stopni Celsjusza, grzanie od góry i od dołu, bez termoobiegu, na środkową półkę
  15. Pieczemy 30 min, a następnie zdejmujemy folię i pieczemy przez kolejnych 20-30 minut, aż mozzarellą na wierzchu się zarumieni, szparagi na wierzchu będą nadal zielone
  16. Podajemy zaraz po upieczeniu
Smacznego :-)


niedziela, 5 maja 2019

Zupa-krem z białych szparagów z czosnkiem niedźwiedzim

Dziś będzie o białych szparagach. Wolę zielone, bo mają moim zdaniem więcej smaku i lepiej wyglądają. W dodatku znalezienie dobrych białych szparagów wydaje mi się znacznie trudniejsze niż zielonych. Większość białych, które widzę w sklepach lub na straganach jest dramatycznie przerośnięta (a więc na bank łykowata i gorzka), z przesuszonymi końcówkami. Zdecydowanie nieapetyczny to widok.

Ale zdarzają się i lepsze okazy: cienkie, jędrne, apetyczne. Takie udało się zdobyć Wybrankowi na Hali Mirowskiej. Gdy przyniósł je do domu pomyślałam, że fajnie by było zrobić z nich zupę-krem, podobną do tej, którą dawno temu jedliśmy w Berlinie, gdzie spędziliśmy kiedyś pewien kwietniowy weekend. Restauracja, w której jedliśmy tą zupę, już nie istnieje (a przynajmniej nie funkcjonuje jej strona internetowa), ale wspomnienie pozostało. Była to zupa-krem z białych szparagów z dodatkiem czosnku niedźwiedziego. Coś w tym stylu starałam się odtworzyć w domu. Wyszło całkiem smacznie :-)

Zupa-krem z białych szparagów z czosnkiem niedźwiedzim




















Składniki (na dwie duże porcje dla 2 osób lub trzy mniejsze dla 3)
  • pęczek białych szparagów
  • 3 średniej wielkości ziemniaki
  • 1 mała biała cebula
  • 1 łyżka masła
  • 0,7 (ok 3 szklanki) bulionu warzywnego
  • sól i biały pieprz do smaku
  • kilka liści czosnku niedźwiedziego (w mojej doniczce było ich ok 6-7)
  • 3 łyżki oliwy z oliwek
Przygotowanie:
  1. szparagi myjemy,  obieramy, a następnie odłamujemy zdrewniałe końcówki (zginamy lekko szparagi i łamiemy tam, gdzie same pękną)
  2. zdrewniałe końcówki wrzucamy do bulionu warzywnego i gotujemy, aż zmiękną, a następnie wyrzucamy (moim zdaniem fakt, że są zdrewniałe sprawia, że nie nadają się do jedzenia - nawet po ugotowaniu są łykowate)
  3. z pozostałych łodyg szparagów odcinamy delikatnie główki i odkładamy na bok, a resztę siekamy w mniejsze kawałki
  4. ziemniaki obieramy i kroimy w kostkę (może być duża, bo i tak będziemy blenderowali je na krem)
  5. cebulę obieramy i kroimy w kostkę (również w tym przypadku nie przejmowałabym się wielkością kostki)
  6. na dno garnka wrzucamy masło, roztapiamy, dorzucamy surowe ziemniaki i chwilę smażymy, mieszając
  7. do garnka z masłem i ziemniakami dorzucamy cebulę i chwilę smażymy, mieszając
  8. podsmażone ziemniaki i cebulę zalewamy bulionem warzywnym i gotujemy, aż ziemniaki będą miękkie
  9. gdy ziemniaki będą miękkie, dorzucamy do garnka pokrojone łodygi szparagów i gotujemy, aż zmiękną (może to zająć ok 10 min)
  10. blenderujemy zawartość garnka na gładki krem, doprawiamy solą i pieprzem, a na kilka minut przed podaniem (5 powinno wystarczyć) wrzucamy do kremu odłożone wcześniej główki szparagów i chwilę gotujemy, żeby zmiękły, ale się nie rozgotowały
  11. liście czosnku  niedźwiedziego myjemy, drobno siekamy, odkładamy dwie łyżki, a resztę mieszamy z 3 łyżkami oliwy i odrobiną soli, a następnie blenderujemy
  12. zupę nalewamy do talerzy/miseczek, na wierzchu każdej porcji rozprowadzamy oliwę zblenderowaną z czosnkiem niedźwiedzim i posypujemy posiekanym ziołem
Serwujemy z białym wytrawnym winem, można też podać grzanki z białego chleba lub upieczony w piekarniku (aż osiągnie postać chipsa) chudy wędzony boczek.

Smacznego :-) 


piątek, 3 maja 2019

Ziemniaki smażone z zielonymi szparagami i boczkiem

Tegoroczny sezon na szparagi wystartował, co oznacza, że przez najbliższy miesiąc szparagi będą w mojej i Wybranka kuchni codziennie. Najbardziej lubię zielone szparagi upieczone w piekarniku (200 stopni Celsjusza, 15 min) w całości z odrobiną oliwy z oliwek, solą i pieprzem, a do tego jajka sadzone i ziemniaki z wody albo świeży chleb z masłem.

Co roku staram się jednak wrzucić na bloga jakiś nowy przepis, więc już w kwietniu zaczynam przekopywać internet w poszukiwaniu nowych pomysłów. Pomysł na danie, które chcę Wam dziś pokazać, zaczerpnęłam z bloga Smitten Kitchen. Nie jest to typowo wiosenne, lekkie danie. To raczej coś cięższego, smażonego, sycącego...i pysznego :-) Kto nie lubi wędzonego boczku i smażonych ziemniaków?

Oryginalna nazwa tego dania, "hash", oznacza coś krojonego/siekanego/rozdrobnionego. "Hash brown" to tarte na tarce lub drobno posiekane ziemniaki, usmażone na brązowy kolor, podawane w amerykańskich klasycznych barach typu diner na śniadanie. Polski odpowiednik to "krajanka" lub "smażonka". Można do tego dodać cokolwiek, to takie danie z tego, co się nawinie. Ale ziemniaki wydają mi się składnikiem koniecznym, tworzą dobrą bazę.

Ziemniaki smażone z zielonymi szparagami i boczkiem



















Składniki (dla 2-4 osób)
  • 5 niedużych ziemniaków
  • pęczek zielonych szparagów
  • 150g wędzonego boczku (im chudszy, tym lepszy)
  • 1 cebula szalotka
  • 1 łyżka oleju roślinnego
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. ziemniaki obieramy i kroimy w niedużą kostkę (taką jak do krupniku)
  2. cebulę obieramy i drobno siekamy
  3. boczek kroimy w drobną kostkę
  4. szparagi myjemy, odłamujemy końcówkę (w tym miejscu, w którym sama pęknie) i kroimy na kawałki długością odpowiadające kostkom ziemniaków
  5. boczek wrzucamy na patelnie i smażymy na złoto na niedużym ogniu, a następnie zdejmujemy z patelni i odkładamy na bok
  6. na tą samą patelnię, do tłuszczu, który wytopił się z boczku, dolewamy olej, a następnie wrzucamy ziemniaki, solimy i pieprzymy (pół łyżeczki soli i 2-3 szczypty mielonego pieprzu na początek wystarczą, potem można doprawić) i smażymy, mieszając co jakiś czas
  7. ziemniaki powinny ładnie się zrumienić i zmięknąć
  8. gdy zmiękną, ale nie będą jeszcze w 100% gotowe, dorzucamy na patelnię posiekaną cebulę i smażymy razem z ziemniakami
  9. następnie dorzucamy na patelnię posiekane szparagi i smażymy przez 10-15 min, mieszając co chwilę
  10. tuż przed zakończeniem smażenia dorzucamy na patelnię podsmażony wcześniej boczek
  11. gdy ziemniaki i szparagi będą miękkie (ale szparagi nadal zielone, a nie szaro-zielone), wykładamy danie na talerz i od razu podajemy
Wierzch porcji tego dania można posypać świeżo posiekaną natką lub przykryć jajkiem sadzonym :-)

Smacznego :-)



niedziela, 7 kwietnia 2019

Zupa-krem z ziemniaków z czosnkiem niedźwiedzim

Dania powstają z różnych powodów - z oszczędności, z przypadku, z premedytacją, z potrzeby serca. Moje dzisiejsze danie powstało z powodu dostępności produktu sezonowego, a mianowicie czosnku niedźwiedziego. Kilka razy szukałam tego zioła w sklepach i na straganach, ale im bardziej go szukałam, tym bardziej go nie było. Tym razem nie szukałam, więc był. Jakby nigdy nic stał sobie obok bazylii i innych ziół na stoisku owocowo-warzywnym w supermarkecie sieci Supersam w Warszawie. Domyślacie się zapewne, że nie mogłam przejść obojętnie. Zobaczyć świeży czosnek niedźwiedzi na sklepowej półce to trochę jak spotkać jednorożca ;-)



















Czosnek niedźwiedzi ma czosnkowy aromat, a jednocześnie jest raczej rachitycznym ziołem. Trzeba go więc traktować delikatniej niż czosnek w ząbkach, bo poddany zbyt intensywnej obróbce cieplnej w przeciwieństwie do swojego nieniedźwiedziego kuzyna traci charakter. Postanowiłam się stworzyć mu wygodne podłoże, na którym mógłby ten swój charakter zaprezentować w pełnej krasie. Niemal jak Wybranek na sofie ;-) Stanęło więc na gęstej, kremowej zupie ziemniaczanej z dodatkiem mniejszej niż w tradycyjnej francuskiej porowo-ziemniaczanej zupie "potage parmentier" ilości pora, a także lampki białego wina, masła i kozieradki, a wszystko to podlane bulionem warzywnym. Wyszło bardzo fajnie - krem z ziemniaków okazał się być idealnym podłożem dla czosnku niedźwiedziego. Zupa jest prosta i mało czasochłonna, a efekt bardzo przyjemny. Spróbujcie.

Zupa-krem z ziemniaków z czosnkiem niedźwiedzim




















Składniki (dla 4 osób):
  • 1 kg ziemniaków
  • 1 duży por
  • 1 "krzak" czosnku niedźwiedziego
  • 1 łyżeczka kozieradki
  • 1 lampka białego wytrawnego wina
  • 1 czubata łyżka masła
  • 1,5 litra wywaru warzywnego
  • sól i pieprz do smaku
  • opcjonalnie: ziarenka czerwonego pieprzu do dekoracji
Przygotowanie:
  1. ziemniaki myjemy, obieramy i kroimy w dużą kostkę
  2. pora myjemy, kroimy w grube półplasterki
  3. w garnku rozpuszczamy masło, wrzucamy pokrojone ziemniaki i pora, chwilę podsmażamy, mieszając
  4. do garna wlewamy wino, chwilę dusimy
  5. do garnka wsypujemy kozieradkę i wlewamy bulion, przykrywamy i gotujemy aż ziemniaki będą miękkie (ale nadal będą trzymały formę)
  6. wyjmujemy z zupy kilka kostek ziemniaczanych i odkładamy na bok, a zawartość garnka blenderujemy na gładki krem, doprawiamy solą i pieprzem
  7. liście czosnku niedźwiedziego myjemy i drobno siekamy
  8. zdejmujemy garnek z zupą z "ognia", wsypujemy większość pokrojonego czosnku niedźwiedziego, mieszamy
  9. zupę przelewamy do miseczek/talerzy, dekorujemy kilkoma kostkami ziemniaczanymi, kilkoma ziarenkami czerwonego pieprzu (opcjonalnie) i resztą posiekanego czosnku niedźwiedziego, serwujemy
Smacznego :-)



niedziela, 31 marca 2019

Tajskie curry massaman (nazywane też matsaman)

Do styczniowej podróży do Tajlandii nie zdawałam sobie sprawy z istnienia tego curry, mimo, że w restauracjach serwujących dania kuchni tajskiej zdarza mi się bywać raczej często. To trochę dziwne, że to curry, które jest jednym z tajskich klasyków i figurowało w menu większości knajpek i straganów gastronomicznych serwujących ciepłe dania, w jakich byłam w trakcie tej podróży, w Polsce nie spotkałam się z nim ani raz. Po spróbowaniu tego curry w Tajlandii przestałam chcieć jeść inne - najlepsze, jakie jadłam, zaserwowano mi w plażowej restauracji na wyspie Phi Phi. Była to wersja bez mięsa i taką właśnie wersję odtworzyłam w domowych warunkach.

Jak przystało na tajskie curry, massaman curry (funkcjonuje też czasami pod nazwą matsaman) powstaje na bazie pasty curry z dodatkiem różnych sosów i przypraw, kilku rożnych warzyw i mięsa (występuje też w wersji wegetariańskiej). Co sprawia, że curry matsaman jest takie pyszne? Wyrazisty smak, bogactwo przypraw (kmin rzymski, kolendra w ziarnach i świeża, goździki, kardamon, tajskie papryczki chili, galangal, skórka z limonki, trawa cytrynowa, itd.) i...ziemniaki :-) Kompletując składniki na to danie, sprawdziłam, czy w Polsce można dostać składniki, które w Tajlandii są bardzo popularne, a w Polsce rzadko spotykane: świeży galangal, skórka z limonki kaffir, korzenie świeżej kolendry. Ku mojej uciesze wiele z nich znalazłam w sklepie internetowym slodkokwasny.com - udało mi się tam kupić galangal, świeżą trawę cytrynową i tajskie zielone i czerwone papryczki, które wykorzystałam do przygotowania curry matsaman. Oprócz tego kupiłam też wężową zieloną fasolkę i mini zielone bakłażany, które przypominają winogrona, które wykorzystałam do przygotowania zielonego curry. Fajnie, że jest taki sklep i mam nadzieję, że będą kiedyś oferowali świeże limonki kaffir.

Przepis, z którego korzystałam, pochodzi z książki, którą przywiozłam sobie z wyprawy do Tajlandii, pt. "Simple Thai food. classic recipes from the Thai home kitchen" autorstwa Leela Punyaratabandhu. Do przepisu wprowadziłam małe modyfikacje związane z dostępnością (lub niedostępnością) składników w Polsce. Niech Was nie przeraża bardzo długa lista składników - warto!

Tajskie curry massaman (matsaman)



















Składniki (dla 6 osób)

NA PASTĘ
  • 1,5 łyżki ziaren kolendry, podprażonych wcześniej na suchej patelni
  • 2 łyżki nasion kminu rzymskiego, podprażonych wcześniej na suchej patelni
  • 4 goździki, podprażone wcześniej na suchej patelni
  • 2 ziarna kardamonu
  • 1 łyżeczka ziaren białego pieprzu (jeśli nie uda Wam się dostać ziaren, dodajcie 1/3 łyżeczki mielonego)
  • 1 świeża czerwona tajska papryczka chili* (do kupienia w supermarketach z bogatą ofertą warzyw, bywają w Kuchniach Świata i w sklepie internetowym Masala; w oryginalnym przepisie jest 5 suszonych tajskich długich papryczek chili, namoczonych we wrzątku - po dodaniu 1 świeżej danie było średnio ostre, myślę, że 5 to by było zdecydowanie za dużo dla mnie i moich współbiesiadników)
  • 2 świeże zielone tajskie papryczki* (bo takie miałam ;-) w oryginalnym przepisie jest 6 suszonych papryczek typu "bird's eye", namoczonych we wrzątku, bez nasion)
  • 1 łyżeczka soli
  • 2  łyżki drobno posiekanego świeżego galangala (trundno go dostać w Polsce, można ew. zastąpić świeżym imbirem)
  • 2 łyżki drobno posiekanej świeżej trawy cytrynowej (dostępna w formie mrożonej w dobrze zaopatrzonych sklepach z żywnością egzotyczną, ale można znaleźć również świeżą, np. we Frisco)
  • 2 łyżeczki drobno posiekanej skórki z limonki (obieram limonkę ze skórki za pomocą obieraczki do warzyw, starając się obierać ją cienko; w oryginalnym przepisie jest limonka kaffir, której niestety nie udało mi się znaleźć w Polsce)
  • 2 łyżeczki pasty krewetkowej (do kupienia w sklepach z żywnością egzotyczną)
  • 2 łyżki drobno posiekanych łodyżek świeżej kolendry (dobrze jest kupić kolendrę w pęczku, z solidnymi łodyżkami, bo ta kupiona w doniczce ma niestety zbyt rachityczne łodyżki; kolendrę w pęczkach można kupić np. we Frisco)
  • 10 (małych) posiekanych ząbków czosnku
  • 3-4 posiekane szalotki
*jeśli nie uda Wam się kupić tajskich papryczek chili, wykorzystajcie takie, jakie uda Wam się kupić - zaczęłabym od 1 całej papryczki (nietajskie są większe niż tajskie), a jeśli po ugotowaniu danie będzie za mało pikantne, dodałabym więcej drobno posiekanej świeżej papryczki chili


NA CURRY
  • pasta curry z podanych powyżej składników
  • 1 łyżka oleju roślinnego
  • 1 puszka pełnotłustego mleczka kokosowego
  • 1 puszka bulionu drobiowego (po wlaniu mleczka do garnka, wykorzystujemy opróżnioną puszkę, żeby odmierzyć bulion) lub 1 puszka wody i 1 kostka bulionowa lub 1 puszka wody i 2 płaskie łyżeczki azjatyckiego bulionu z kurczaka w proszku (do kupienia np. w sklepie slodkokwasny.com)
  • 1 laska cynamonu
  • 3 ziarna kardamonu
  • 2 gwiazdki anyżu
  • 2 łyżki stołowe pasty z tamaryndowca (do kupienia w sklepach z żywnością egzotyczną lub dobrze zaopatrzonych supermarketach)
  • 3 łyżki sosu rybnego (nasza nauczycielka z kursu gotowania, na którym byliśmy w trakcie podróży do Tajlandii, określała go mianem "Bangkok sauce", nawiązując do - podobno - charakterystycznego zapachu tego miasta; my częściej niż zapach starej ryby czuliśmy w Bangkoku charakterystyczny słodkawy zapach ścieków ;-)
  • 1 czubata łyżka cukru palmowego (do kupienia w sklepach z orientalną żywnością) lub cukru trzcinowego
  • 2 łyżki przecieru pomidorowego (to jest moja własna inicjatywa, inaczej sos ma brzydki, brązowawy kolor)
  • 2 nieduże szalotki
  • 4-5 łyżek prażonych orzeszków ziemnych (mogą być albo uprażone w domu, albo kupne - są takie w puszkach, prażone bez soli i tłuszczu)
  • 3 duże ziemniaki
  • 2 marchewki
  • 2 duże garści groszku cukrowego (w sezonie letnim może to być zielona fasolka szparagowa)
  • opcjonalnie: 2 piersi kurczaka zagrodowego i/lub kilka kolb młodej kukurydzy
  • drobno posiekana świeża kolendra (tym razem listki, mogą być oderwane z łodyżek, które wcześniej wykorzystaliśmy do pasty) do posypania


Przygotowanie:
  1. ziarna kolendry, kminu i goździki podprażamy na suchej patelni
  2. normalnie pastę curry przygotowuje się w moździerzu, mozolnie rozcierając składniki kamiennym tłuczkiem, natomiast ja postanowiłam sobie tego oszczędzić i wszystkie składniki pasty wrzuciłam do wysokiego plastikowego naczynia, które należy do akcesoriów dołączonych do ręcznego blendera (i służy pewnie głownie do robienia koktajli), a następnie przy użyciu ręcznego blendera zrobiłam z tych składników gładką pastę - polecam taki sposób, nie tylko osobom równie leniwym, jak ja ;-)
  3. laskę cynamonu, ziarna kardamonu i gwiazdki anyżu prażymy na suchej patelni przez kilka minut, a następnie zdejmujemy z patelni
  4. na dno głębokiej patelni lub rondla (to może być to samo naczynie, w którym wcześniej prażyliśmy przyprawy) wlewamy olej, dodajemy pastę curry i mleczko kokosowe, a następnie gotujemy, do momentu, aż pasta rozpuści się w mleczku
  5. dodajemy bulion (lub wodę i kostkę/bulion w proszku) i doprowadzamy do wrzenia
  6. dorzucamy uprażone przyprawy, pastę z tamaryndowca, sos rybny, cukier palmowy i przecier pomidorowy, mieszamy
  7. ziemniaki i marchew myjemy, obieramy i kroimy (ziemniaki w dużą kostkę, marchew w grubsze plasterki) i wrzucamy do garnka
  8. szalotki obieramy, kroimy w cienkie piórka i dorzucamy do garnka
  9. jeśli dodajecie świeże kolby młodej kukurydzy (ze słoika się nie nadają), trzeba je umyć, pokroić na mniejsze kawałki i dorzucić do garnka
  10. jeśli dodajecie mięso, piersi z kurczaka trzeba umyć, oczyścić i pokroić w niedużą kostkę (mniejszą niż ziemniaki) i dorzucić do garnka
  11. wsypujemy do garnka prażone orzeszki ziemne
  12. gotujemy aż warzywa  będą al dente, ew. doprawiamy solą i dodatkową świeżą papryczką chili, jeśli danie jest za mało słone/ostre
  13. groszek cukrowy myjemy, kroimy na pół i dorzucamy do garnka na kilka minut przed zakończeniem gotowania, żeby się zblanszował i zmiękł, ale żeby nie stracił koloru
  14. podajemy od razu po zakończeniu gotowania, posypując po wierzchu świeżą kolendrą
  15. serwujemy jak zupę z dużymi kawałkami warzyw - w głębokich talerzach lub miseczkach
Smacznego :-)



niedziela, 24 lutego 2019

Tajlandia - co zjeść na Półwyspie Krabi?

W poprzednim poście opowiedziałam Wam, dlaczego wybraliśmy się na wakacje do Tajlandii oraz co zobaczyliśmy. Tym razem chciałabym podzielić się z Wami moimi wrażeniami dotyczącymi tamtejszej oferty gastronomicznej.

Naszą podróż do Tajlandii rozpoczęliśmy od Bangkoku. Byliśmy tam krótko, zjedliśmy zaledwie kilka posiłków, więc za wiele do powiedzenia na temat kultury kulinarnej tego miejsca nie mam, natomiast chętnie podzielę się wrażeniami z kilku miejsc, w których jedliśmy. Nasz pierwszy posiłek w tym mieście był królewski, bo odbył się w restauracji Blue Elephant, serwującej "królewską kuchnię tajską". Miejsce to należy do międzynarodowej sieci stworzonej przez legendarną tajską szefową kuchni, Nooror Somany Steppe. Restauracja ta mieści się w eleganckiej, wolnostojącej willi, ze starannie urządzonym wnętrzem i "dress code'm" (panów nie wpuszczają w spodenkach odsłaniających kolana), mieszczącej się w dzielnicy biznesowo-hotelowej, bardzo blisko stacji metra Surasek. Poszłam w klasyki, zamawiając szaszłyki z piersi kurczaka z fistaszkowym dressingiem oraz makaron pad thai, które były smaczne, ale...nie rzucały na kolana. Wybranek zamówił przystawkę i danie główne z owoców morza, które były smaczne, ale również nie rzucały na kolana. Większe wrażenie niż same dania zrobił na nas rachunek, ale jako że był to nasz pierwszy wakacyjny wieczór w wielkim mieście, puściliśmy to w niepamięć. Początek urlopu to przecież nie czas na liczenie ;-) Niestety, byliśmy tam wieczorem, a oświetlenie było tak słabe (w zasadzie siedzieliśmy w półmroku), że żadnego nadającego się do pokazania zdjęcia nie udało się nam zrobić.

Drugiego dnia pobytu zjedliśmy lunch w zoo i ze wszystkich posiłków spożytych w Tajlandii o tym chyba najbardziej chcielibyśmy zapomnieć. Po powrocie z zoo "odreagowaliśmy" gastronomicznie, udając się na kolację do małej knajpki Tealicious Cafe, serwującej dania kuchni tajskiej. Próbowaliśmy słynnej sałatki z papai (papaya salad), która w tym miejscu jest serwowana w kilku odmianach (co nie jest wyjątkowe - różne kombinacje na temat tej sałatki można znaleźć w wielu miejscach), zielonego curry i deseru z ryżu ugotowanego "na lepko" z mlekiem kokosowym i cukrem, serwowanym ze świeżym mango (mango sticky rice). Papaya salad składa się z zielonego owocu papai pokrojonego w cienkie paski (jest specjalna technika krojenia tego owocu), pomidorów, zielonej fasolki przypominającej szparagową, pokrojonej w cienkie paseczki marchewki, suszonych krewetek (których ja nie jestem w stanie jeść, bo przypominają mi karmę dla żółwi czerwonolicych, które kiedyś mieszkały w akwarium w moim i mojej siostry pokoju), czerwonej papryczki chili, orzeszków ziemnych i dressingu na bazie azjatyckich sosów. Bardzo mi smakowała (z wyjątkiem rzeczonych krewetek). Była orzeźwiająca, a jej pikantność (którą można regulować - obsługa zwykle pyta, jak ostrą podać sałatkę, "little spicy" jest dla mnie ok, cokolwiek ponad to - niestety nie) nie przeszkadzała mi, mimo wysokiej temperatury wokół.






























Z Bangkoku pojechaliśmy na Półwysep Krabi, gdzie kilka dni spędziliśmy w miejscowości Ao Nang. Na miejsce dotarliśmy wieczorem, już po zmroku, zostawiliśmy bagaże w hotelu i poszliśmy "w miasto", w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Trafiliśmy na mały nocny market (mały, bo w Ao Nang jest też duży nocny market, z bramą z odpowiednim neonem i dużą powierzchnią), gdzie rozpoczęliśmy eksplorowanie ulicznej kuchni. Raczej ostrożnie (smażone) rozpoczęłam przygodę z tajskim ulicznym jedzeniem, wybierając w pad thai'a, który był ok.
















Próbowałam w Google Maps zlokalizować ten mały nocny market, ale niestety zdjęcia wykorzystywane w street view są sprzed kilku lat i na miejscu tego małego marketu, na którym byliśmy, pokazuje coś w stylu klepiska. Aby znaleźć to miejsce, trzeba z centrum Ao Nang iść główną drogą wzdłuż plaży i w pewnym momencie zobaczycie po prawej stronie kilka straganów, znajdujących się między sporym budynkiem oznaczonym jako Tourist Information a sporym supermarketem (regały z alkoholem są w oknach i jest ich dużo, to może być znak rozpoznawczy). Tam też pierwszy raz próbowałam lodów z wody z młodego kokosa, serwowanych w miseczce zrobionej z połówki kokosa i z "zeskrobanym" ze ścianek miękkim miąższem kokosowym (ma konsystencję galaretki), które bardzo mi posmakowały. Lepsze lody kokosowe były jednak na dużym nocnym markecie, w znajdującym się jakieś 20 min jazdy samochodem od Ao Nang Krabi Town, na który wybraliśmy się którejś soboty. Market w Krabi Town jest naprawdę duży, warto się tam wybrać, bo oferta ulicznych dań jest znacznie szersza niż w Ao Nang, a jednocześnie można tam zaopatrzyć się również w pamiątki.















































































































Do najpopularniejszych dań serwowanych na nocnych marketach, na których miałam okazję być w Tajlandii, należą różnego rodzaju szaszłyki. Najlepsze moim i Wybranka zdaniem były albo te z piersi kurczaka, albo z wieprzowiny. Było sporo propozycji z parówkami (wygląda na to, że Tajowie kochają parówki jeszcze bardziej, niż Polacy ;-) Słabo (zdaniem Wybranka, bo ja za owocami morza ogólnie nie przepadam) wypadały kalmary i krewetki. Ciekawe były tajskie "kiełbaski" w kształcie kulek, z wieprzowiny wymieszanej z ryżem. Sporo było też stoisk z różnego rodzaju curry, smażonymi makaronami, przekąskami smażonymi w głębokim tłuszczu czy rybami z grilla. Wśród słodkich przysmaków dominowały wspominane już lody kokosowe i tajskie naleśniki oraz świeże owoce, obrane i pokrojone, sprzedawane w plastikowych kubkach. A propos plastiku - miałam wrażenie, że Tajowie za śmiecenie obwiniają turystów, tymczasem oni sami zużywają bardzo dużo plastiku. Każda najmniejsza przekąska kupowana na nocnym markecie jest pakowana w jakiś plastik - curry i szaszłyki w woreczki, makarony w plastikowe miski, a wszystko to jest podawane z plastikowymi sztućcami. Wszystkie napoje również są serwowane w plastiku - oprócz kubka z przykrywką i słomką często pakuje się je też w specjalną torebeczkę (nie widziałam takich w Europie), która umożliwia niesienie napoju w reklamówce, a nie w dłoni. Pomyślałam, że nawet jeśli turyści przestaną śmiecić i jeśli cała Europa ogólnie przestanie generować duże ilości plastikowych odpadów, jeśli Azja nie zmieni swoich nawyków, wysiłki ludzi z innych stron świata nie przełożą się na jakąś większą poprawę stanu mórz, bo więcej plastikowych śmieci i tak produkuje Azja...

Wracając do Ao Nang, muszę przyznać, że oferta gastronomiczna tego miejsca jest bardzo bogata. Naturalnie jest tam dużo miejsc, w których można zjeść dania kuchni tajskiej. Naszym zdaniem najlepsze jest Krua Ao Nang Cuisine, ze stolikami z widokiem na plażę i żywym kogutem, który pieje co chwilę. Byliśmy tam kilka razy, udało nam się zająć stolik przy balustradzie, więc mieliśmy fajne widoki. Mają smaczne różne rodzaje curry (np. z kurczakiem i kawałkami mango), dobre szaszłyki satay i sałatkę z papai. Odkryciem była dla mnie "tajska sałatka ziołowa", która w zasadzie powinna nazywać się "tajską sałatką z nerkowców". Składała się z dużej ilości usmażonych nerkowców z dodatkiem trawy cytrynowej, tajskiej szalotki, tajskiej bazylii i chili. Smaczna, ale też bardzo sycąca ze względu na dużą ilość orzechów (spokojnie 2 garści), a więc na przystawkę dla jednej osoby średnio się nadaje. Wybranek testował różnego rodzaju dania z owoców morza, w tym z popularnych na Półwyspie Krabi krabów, ale nie wypowiadał się zbyt pochlebnie o daniach z kalmarów (jego zdaniem kalmary były zbyt długo poddawane obróbce cieplnej i przez to były gumowate) i krewetek (tu z kolei problemem było to, że były serwowane w formie nieoczyszczonej, co oznaczało, że gdy były podane w formie curry, trzeba było grzebać w daniu, żeby je oczyścić, tak z pancerzyka, jak z wnętrzności...).

























































W Ao Nang było także sporo knajp serwujących dania hinduskie (byliśmy w Bawarchi Delight, gdzie jadłam najlepszy chlebek naan z czosnkiem w życiu i bardzo dobre aloo ghobi) lub dania kuchni międzynarodowej. Sporo było miejsc serwujących pizzę, np. z sieci The Pizza Company, gdzie można było zjeść...różową pizzę, kształtem przypominającą kwiat. 
















Oczywiście nie mogłam jej nie zamówić. Była z wieprzowiną i słodkim sosem. Nie była dobra. Wybranek zamówił jakąś mniej "kreatywną" i nie narzekał. Ta różowa pizza to była specjalna edycja na Chiński Nowy Rok (w tym roku wypadł 5 lutego), nazywała się "Chinese Fusion Pizza". Jak zapytałam wujka Google'a, dowiedziałam się, że określenie "Chinese Fusion" jest interpretowane jako "dużo różnych przypadkowych dodatków, bez jakiejś spójnej koncepcji". To by się nawet zgadzało.

Pod względem doświadczeń kulinarnych najbardziej podobała mi się lekcja gotowania. W Ao Nang i Krabi Town jest wiele miejsc, gdzie można się na taką lekcję zapisać, my zdecydowaliśmy się na Smart Cook Krabi. Z naszego hotelu busem zostaliśmy zabrani do miejscowości znajdującej się między Ao Nang a Krabi Town (nie mam pojęcia, jak się nazywała). Najpierw pojechaliśmy na zadaszony targ spożywczy, gdzie nasz przewodnik - niestety bardzo zdawkowo - opowiedział nam trochę o tajskich produktach, m.in. o mini bakłażanach (fioletowych, wyglądających jak miniaturki tych, które znamy w Europie, oraz zielonych, które bardziej przypominają winogrona), świeżym zielonym pieprzu, trawie cytrynowej, żółtym i zielonym mango, itd. Szkoda, że to było zrobione w biegu, bo wyprawa na targ w towarzystwie znającego się na lokalnych produktach i umiejącego o nich opowiadać przewodnika, to bardzo fajne doświadczenie, o czym mogliśmy przekonać się w trakcie wyprawy do Izraela.
























































































Z targu pojechaliśmy do wiejskiej osady, gdzie w zadaszonej, ale nadal otwartej kuchni na podwórzu jednego z domów przez kilka godzin gotowaliśmy i pałaszowaliśmy tajskie dania. Nasza nauczycielka przekazała nam szereg prostych i przydatnych wskazówek, po lekcji, na maila, dostaliśmy wszystkie przepisy. Jedzenie, które ugotowaliśmy pod jej czujnym okiem, było najlepszym tajskim jedzeniem, jakie jadłam w trakcie całego pobytu w Tajlandii. Mogliśmy wybrać z listy kilkunastu dań, co chcemy ugotować: ja zrobiłam sałatkę z papai, pad thai, zupę z mleka kokosowego z kurczakiem, świeże sajgonki (spring rolls), zieloną pastę curry i zielone danie curry z kurczakiem oraz lepki ryż z mango. Wybranek robił inną zupę i inne curry, a na deser wybrał banana gotowanego w mleku kokosowym. Serdecznie Wam polecam korzystanie z lekcji gotowania w trakcie bliższych i dalszych podróży, to bardzo fajne doświadczenie, nie tylko dla osób, które pasjonują się gotowaniem, ale dla każdego, kto choć od czasu do czasu gotuje.




































































































Po kilku dniach spędzonych w Aon Nang przemieściliśmy się na Railay Beach, gdzie zatrzymaliśmy się w resorcie zlokalizowanym na zachodniej części plaży i kontynuowaliśmy przygodę z tajską kuchnią. Trafiliśmy m.in. do Railay Family Restaurant, która znajduje się przy głównej alejce restauracyjno-handlowej  na tej plaży. Można tam zjeść całkiem smaczne tajskie jedzenie w luźnej atmosferze, a przy grillu stoi człowiek, który wygląda jak młodsza wersja balijskiego szamana Ketuta z filmu "Jedz, módl się, kochaj" :-) Jeśli poczujecie przesyt kuchnią tajską, możecie wpaść do miejsca, które nazywa się Railay Thai Cuisine, gdzie serwują pizzę z pieca opalanego drewnem, przygotowywana przez tajskiego pizzero w sile wieku. Fajny jest Tew Lay Bar, ale raczej ze względu na lokalizację (na końcu ścieżki biegnącej wzdłuż wybrzeża we wschodniej części Railay Beach), bo jedzenie wybitne nie jest (wydaje mi się, że za każdym razem, gdy ktoś coś zamówi, obsługa wsiada na skuter i jedzie do najbliższej pełnoprawnej restauracji, najwyraźniej tego samego właściciela, i przywozi stamtąd jedzenie, ale mogę się mylić ;-) Popularny jest The Last Bar, gdzie my akurat nie jedliśmy, ale poszliśmy tam obejrzeć walkę muai thai.






















Poza knajpami eksplorowaliśmy też ofertę okolicznych sklepików. Zrobiliśmy sobie np. degustację tajskich chipsów i chrupek - wybór jest naprawdę imponujący - od klasycznych solonych, przez krewetkowe, o smaku wieprzowiny w sosie barbecue i kurczaka w sosie słodko-pikantnym, po zestawy chrupek zrobionych z różnego rodzaju ziemniaków (zwykłych, słodkich, taro i fioletowych). Raj dla entuzjastów chipsów :-) Jedliśmy też sporo świeżych owoców, ja głównie żółte mango, bo bardzo je lubię, ale próbowaliśmy też zielonego mango z płatkami chili, całkiem przyjemne.






























Jedynym (poza niezbyt higienicznymi warunkami przygotowywania posiłków, które na szczęście nie spowodowały u nas żadnych rewelacji żołądkowych) negatywnym aspektem kulinarnym naszego pobytu w Tajlandii były... ceny wina. Schłodzone białe wino to alkohol, po który najchętniej sięgamy w trakcie wakacji. Tymczasem w Tajlandii za bardzo podrzędne białe wino trzeba zapłacić min. równowartość 50 zł. To nie jest kraj dla entuzjastów wina.

Pod względem kulinarnym, wyprawa na Półwysep Krabi była bardzo udana. Utwierdziłam się w przekonaniu, że bardzo lubię kuchnię tajską, poznałam nowe dania (jak np. wegetariańska wersja curry massaman, z ziemniakami, które stało się moim ulubionym curry, czy wspomniana "tajska sałatka ziołowa"), spróbowałam różnych wersji znanych mi wcześniej dań, nauczyłam się gotować kilka z nich. Z Tajlandii przywiozłam sobie dwie książki kucharskie w języku angielskim, z których przepisy będę wypróbowywała, jak tylko znowu będę miała ochotę na tajskie jedzenie po 2,5 tygodniach spędzonych na Krabi ;-)