piątek, 1 lutego 2019

Tajlandia - jak to się stało, że tam pojechaliśmy?

Poza kuchnią hinduską, wietnamską i japońską (szególnie sushi, a ostatnio także ramen), kuchnia tajska wydaje mi się jedną z najbardziej popularnych w Warszawie kuchni rodem z Azji. Popularne jest również coś, co nazywa się "kuchnią chińską", ale tu z kolei wydaje mi się, że określenie to służy jako worek, do którego wrzuca się masę rzekomo chińskich, a w rzeczywistości mających niewiele wspólnego z kulturą kulinarną Państwa Środka dań.

Mój tryb pracy, szczególnie w drugiej połowie ubiegłego roku, sprawił, że z Wybrankiem staliśmy się regularnymi klientami platform umożliwiających zamawianie jedzenia z dostawą do domu. Nasze kolacje stanowiła często albo pizza, albo dania kuchni tajskiej (hinduskiej rzadziej, bo Wybranek nie jest największym fanem). Wybierając się na posiłek "na mieście", swoje kroki często kierujemy do tajskich restauracji, których w Warszawie w ciągu ostatnich lat przybyło (z czystym sumieniem mogę polecić Basil & Lime przy ul. Puławskiej, kilka dobrych dań jest też w karcie Thaisty przy Placu Bankowym, nieźle radzi sobie też Thai Street na Służewcu, skąd często zamawiamy dania z dowozem, ale bywamy tam też osobiście). 

Te dywagacje mają służyć wyjaśnieniu, dlaczego na cel naszego bardzo wyczekiwanego urlopu (ostatnią dłuższą przerwę w pracy mieliśmy jesienią 2017, kiedy byliśmy nad jeziorem Garda) wybraliśmy właśnie Tajlandię: bo chcieliśmy spróbować autentycznej kuchni tajskiej i niejako zweryfikować naszą bazującą na warszawskich doświadczeniach sympatię dla tej kuchni. Nie bez znaczenia była również chęć odwiedzenia części świata, w której jeszcze nigdy nie byliśmy oraz odpoczynku w rajskich warunkach po miesiącach wytężonej pracy. Tajlandia wydawała nam się też bezpiecznym wyborem dla osób, które swoje wakacje spędzały dotychczas głównie w Europie, z jednym wyjątkiem (Izrael), a to z uwagi na rozwiniętą infrastrukturę turystyczną w tym kraju i dobre doświadczenia naszych znajomych, którzy już tu byli.

Gdy już wybraliśmy cel naszej podróży, przyszedł czas na rezerwację biletów lotniczych i noclegów. Zdecydowaliśmy się na lot z Warszawy do Bangkoku przez Dohę, katarskimi liniami, oraz na lot z Singapuru do Warszawy, również przez Dohę i również katarskimi liniami. O takim, a nie innym wyborze zadecydowała cena, dążenie do komfortowych warunków podróży oraz chęć zobaczenia nie tylko kawałka Tajlandii, ale także Singapuru, skoro już lecimy na drugi koniec świata. Istnieją bezpośrednie/bezprzesiadkowe połączenia Warszawa-Bangkok i Singapur-Warszawa, ale albo były realizowane przez linie lotnicze, którym zupełnie nie ufam, albo były bardzo kosztowne. Można kupić bilety z przesiadką tańsze niż te, które my kupiliśmy, ale wówczas czas oczekiwania na przesiadkę może wydłużyć się do kilkunastu godzin, a tego chcieliśmy uniknąć. Ostatecznie mieliśmy ok 5h oczekiwania (miały być 3h, ale połączenie z Doha do Kataru było opóźnione) w drodze do Tajlandii i ok 1,5h w drodze powrotnej do Warszawy. Sam lot trwa kilkanaście godzin, upłynął nam na oglądaniu filmów (w katarskich liniach każdy pasażer ma własny telewizorek) i drzemkach, przerywanych serwowanymi przez personel pokładowy posiłkami i przekąskami. Podobało mi się to, że linie zadbały o poduszki i koce dla każdego pasażera, a na linii Doha-Bangkok dostaliśmy dodatkowo skarpetki i opaski na oczy, żeby było nam łatwiej zasnąć.

Kolejną zagwostką był wybór docelowego miejsca wypoczynku. Bangkok to ogromne miasto, zamieszkiwane przez poand 9 milionów osób (jak podaje Wikipedia), czyli kilkanaście proc. populacji całego kraju, ale z większości zestawień topowych atrakcji wynikało, że za dużo do zobaczenia tam nie ma (takie odniosłam wrażenie po lekturze tych zestawień, w których cały czas przewijały się te same atrakcje). W tajskiej stolicy zaplanowaliśmy 2 pełne dni pobytu (plus ok 1/2 dnia w dniu przylotu i wylotu). Wystarczyło nam to na obejrzenie Wielkiego Pałacu Królewskiego, świątyni Wat Phra Keawchińskiej dzielnicy i ulicy backpackerów oraz na...wizytę w podmiejskim zoo, w którym można było nakarmić żyrafy. Ta wyprawa do zoo była męcząca, od hotelu do wejścia do zoo dojazd trwał 3h (w jedną stronę), a był to jeden z naszych pierwszych dni funkcjonowania w warunkach tajskich upałów. Dojechawszy na miejsce zorientowaliśmy się, że nie jest to atrakcja szczególnie popularna wśród przybyszów spoza Azji. Ale moment, w którym mogliśmy z bliska zobaczyć żyrafy i je nakarmić wynagrodził nam trudy podróży. Oprócz karmienia żyraf fajna była przejażdżka autem na około zoo, które otacza coś w rodzaju parku safari - są tam różne gatunki zwierząt w warunkach naśladujących naturalne, które można oglądać z auta. Zdecydowanie nie podobały mi wię natomiast różnego typu pokazy ("shows") - w cenie naszego biletu był pokaz orangutanów, fok, słoni i...ni stąd ni z owąd... pokaz wojskowych pojazdów. Poszliśmy na pokaz orangutanów i z reszty zrezygnowaliśmy - pękająca w szwach widownia, bardzo hałaśliwa muzyka, niezrozumiałe dla nasz sztuczki, umęczone zwierzęta. Po prostu nas to nie bawiło, a dodatkowo tak duży tłum powodował u mnie poczucie zagrożenia (przypomniało mi się stwierdzenie mojej znajomej Chinki, która Polskę określiła mianem "pustego kraju", wyjaśniając potem, że u nas jest tak mało ludzi).

































































Moje ogólne wrażenia z Bangkoku są takie, że jest to miasto olbrzymich kontrastów (obok siebie stoją wypasione apartamentowce i rozwalające się budki ze starych desek, nawet w dzielnicy biznesowej), bardzo podporządkowane ruchowi samochodowemu, niezbyt czyste (mam tu na myśli zarówno brud na ulicach, jak i stan powietrza), ale jednocześnie interesująco odmienne o od wszystkiego, co wcześniej widziałam, i z bardzo dobrą komunikacją publiczną. 

Bangkok był pierwszym przystankiem, początkiem naszej podróży. Sporo czasu zajęło nam podjęcie decyzji, gdzie pojedziemy dalej - byliśmy zdecydowani na rajskie wysepki, ale jest ich tak wiele, że wybór wcale nie był prosty. Konsultowaliśmy się z naszymi znajomymi, którzy już w tej części świata byli i ze znajomymi znajomy i doszliśmy do wniosku, że nie chcemy jechać na Puket, bo odpoczywanie w zatłoczonym miejscu nas mało interesuje. Niestety to w bardzo ograniczonym stopniu zawęziło wybór miejsc. 

Ostatecznie stanęło na Półwyspie Krabi, a konkretnie na mieście Ao Nang i na Railay Beach. Najbliższe lotnisko znajduje się w Krabi Town, gdzie dostaliśmy się z Bankoku, korzystając z tajskich linii lotniczych (na marginesie, jeszcze nigdy nie widziałam tak pięknie zrealizowanego video z instrukcjami dot. zachowania na pokładzie samolotu w sytuacji zagrożenia, sami zobaczcie: https://youtu.be/g30_uPuzQT8). Krabi Town jest miastem bardzo dobrze skomunikowanym z okolicznymi plażami i wysepkami, ma fajny nocny market, ale jest też miastem brzydkim. Ao Nang również nie jest piękne (jak mówi moja siostra-architekt: Azja słynie z architektury sakralnej i przyrody, nie z architektury miejskiej), ale jest bardziej zielone, a przez to bardziej przyjemne dla oka. Na Półwyspie Krabi przywitała nas ulewa (mimo, że styczeń to pora sucha), która rozpoczęła się, gdy tylko wyszliśmy z terminala i zaczęliśmy rozgłądać się za taksówką do Ao Nang. Ostatecznie żadnej taksówki nie znaleźliśmy (Wybranek mówi, że mogło to mieć związek z porą dnia - po 19 (zmrok zapada tu o tej porze roku przed 19). Znaleźliśmy jednak busik, który - po odczekaniu jakiejś godziny i przesiadce do mniejszego auta - zabrał nas do Ao Nang. 














































Ao Nang to kurort położony nad morzem, z dużą i całkiem fajną plażą. Po obejrzeniu filmików na You Tube o tym miejscu, spodziewaliśmy się gorszych widoków. Wniosek z tego taki, żeby ufać You Tuberom ;-) Ani plaża w Ao Nang ani inne, na których byliśmy, nie jest miejscem, na którym można osiągnąć stan "zen". I nie chodzi tu o tłok, ale o ryk silników "longboatów", czyli drewnianych łodzi mieszczących ok 8-10 pasażerów, wyposażonych w silniki spalinowe, które nie tylko hałasują, ale też emitują czarny dym. W godzinch od 8-9 rano do zmroku w zasadzie bez przerwy kursują między plażami, nawet odpływ im nie przeszkadza. Trochę spokojniej jest na mniejszych plażach, jak np. na wyspach Phi Phi lub na wyspie Po Da, gdzie wybraliśmy się na krótkie wycieczki (na Phi Phi promem z Krabi Town, na Po Da "longboatem" z Ao Nang). 



































Nie jesteśmy entuzjastami plażowania i ekspozycji na słońce raczej unikamy. Nie oznacza to jednak, że nie lubimy sobie poleżeć i nic nie robić - to był jeden z celów naszej wycieczki: odpoczynek. Trochę więc leżeliśmy (w cieniu), trochę eksplorowaliśmy plaże (przechodząc z jednej do drugiej podczas odpływu lub górzysto-dżunglowymi ścieżkami) i inne okoliczne atrakcje. Widzieliśmy np. buddyjską świątynię na wzniesieniu sąsiadującym z jaskinią tygrysa, na które trzeba się wspiąć po ponad 1,200 raczej stromych stopniach, ale widok i atmosfera zen na szczycie rekompensują te trudy. Sporo też jedliśmy, a jakże. Byliśmy na lekcji gotowania w Ao Nang, gdzie jedliśmy najlepszą zupę z mleka kokosowego z kurczakiem, makaron pad thai, sałatkę z papai, zielone curry oraz "lepki ryż" ze świeżym mango, oraz w trakcie odwiedzin na nocnych targach w Krabi Town i Ao Nang. Na Railay Beach, zdecydowanie najpiękniejszym z tych wszystkich plażowych miejsc, mieszkaliśmy w domku niedaleko plaży i stołowaliśmy się w okolicznych knajpach, o których więcej opowiem w osobnym wpisie, poświęconym jedzeniu w Tajlandii.






















Wyjazd do Tajlandii oceniam bardzo dobrze, mimo, że przed wyjazdem miałam pewne obawy - większość z nich się nie zmaterializowała, a ciepły klimat, piękna przyroda i dobre jedzenie pozwoliły mi się zregenerować. W kolejnych postach poświęconych temu wyjazdowi postaram się podzielić kilkoma radami dla osób, które wybierają się do Tajlandii pierwszy raz na podstawie moich własnych doświadczeń.




środa, 2 stycznia 2019

Parzeńce, czyli drożdżowe bułeczki gotowane na parze

Kontynuując kilkuletnią już tradycję, w Sylwestra zostaliśmy z Wybrankiem w domu, oddając się naszej ulubionej formie spędzania czasu, a więc leżąc na sofie i jedząc. Częścią tej tradycji jest gotowanie na sylwestrową kolację tzw. kluchów. Jest to kategoria raczej pojemna, w której znalazły się zarówno pierożki z ciasta ryżowego gotowane na parze, jak i chinkali czy pyzy ;-) "Coś mącznego i przygotowanego z wykorzystaniem wody" to chyba najlepsza definicja tej kategorii.

W tym roku padło na parzeńce, które dla mnie mają szczególne znaczenie, bo pierwszy raz jadłam je u mojej Babci, mamy mojego Taty. Gdy byłam dzieckiem, a potem nastolatką, Babcia dużo eksperymentowała w kuchni i przeważnie były to eksperymenty udane. Któregoś dnia zaserwowała nam bułeczki gotowane na parze z sosem mięsno-pomidorowym (a la bolońskim). Pamiętam, że bardzo mi smak i wygląd tego dania zaimponowały, to było coś innego, nietypowego (w moim rodzinnym mieście ani w moim regionie nie było to typowe danie), ciekawego i pysznego. Na jakiś czas parzeńce stały się przebojem babcinego menu, aż do momentu pojawienia się innego nowego dania. Później jadałam je sporadycznie, jedynie w restauracjach, przy okazji wizyt w częściach Polski, gdzie jest to element lokalnej tradycji kulinarnej.

W sumie nie wiem, skąd wziął się pomysł, żeby zrobić parzeńce w tym roku na Sylwestra, ale cieszę się, że się pojawił, a jeszcze bardziej - że został zrealizowany. Jest przy tym daniu trochę pracy, ale jeśli macie robota kuchennego, który wymiesza i wyrobi za Was ciasto, nie jest to jakoś strasznie męczący proces. Najwięcej czasu, jak przystało na przepisy z użyciem drożdży, zajmuje proces wyrastania ciasta. Korzystaliśmy z przepisu na buchty z książki pt. "Ślónsko kuchnia dla Hanysów i Goroli" autorstwa Jaoanny Furgalińskiej, którą dostałam w prezencie pożegnalnym od koleżanki i kolegi z katowickiego oddziału firmy, z którą kilka miesięcy temu zakończyłam współpracę (pozdrawiam serdecznie Ewę i Marcina, jeśli kiedykolwiek to przeczytają :-)

Parzeńce
















Składniki (z takiej ilości wyszło nam 10 parzeńców wielkości pączka, optymalna porcja dla 1 osoby to 2 sztuki naszym zdaniem):
  • 500g mąki pszennej + 3-4 łyżki
  • 1 łyżeczka soli
  • 3 łyżki stołowe masła
  • 1 szklanka mleka krowiego
  • 30g drożdży (ja korzystałam ze świeżych, nie wiem niestety, jak sprawdzają się suszone)
  • 1 łyżka cukru
  • 2 jajka
Przygotowanie:
  1. Mąkę pszenną łączymy z solą i odstawiamy (w oryginalnym przepisie jest wskazówka, żeby mąkę przesiać przez sito, ale ja z lenistwa nigdy tego nie robię i jeszcze nigdy nie miało to negatywnego wpływu na przygotowywane danie, więc z automatu nie przesiewam ;-)
  2. Masło rozpuszczamy na malej patelni/rondelku i odstawiamy do wystygnięcia
  3. Mleko wlewamy do garnuszka i dosypujemy cukier, podgrzewamy (powinno być ciepłe, ale nie gorące), a następnie wkruszamy drożdże i dodajemy 2 łyżki, a następnie dobrze mieszamy, żeby wszystkie składniki się połączyły, przykrywamy ściereczką i odstawiamy w ciepłe miejsce na 10-15 min
  4. Po upływie tego czasu rozczyn łączymy z mąką i solą oraz z jajkami i mieszamy do uzyskania jednolitej masy
  5. Na koniec dolewamy wystudzone masło i wyrabiamy dalej (ja korzystałam z robota kuchennego z hakiem do wyrabiania ciasta drożdżowego)
  6. Tak przygotowane ciasto, najlepiej w tym samym naczyniu, w którym było wyrabiane, odstawiamy w ciepłe miejsce na 1-1.5h do wyrośnięcia (powinno podwoić objętość), przykryte ściereczką 
  7. Po podwojeniu objętości jeszcze chwilę wrabiany ciasto i dosypujemy mąki, jeśli jest zbyt lepkie (powinno być trochę lepkie, ale jednocześnie powinno w miarę łatwo odejść od haka/ręki)
  8. Po wyrobieniu przekładamy ciasto na oprószoną mąką stolnicę i dzielimy na równe części 
  9. Z każdej z tych części formujemy kulkę wielkości niedużego pączka, odkładamy na oprószoną stolnicę, a gdy już wszystkie kulki są gotowe, przykrywamy je ściereczką i zostawiamy na 10 min do wyrośnięcia
  10. W międzyczasie gotujemy wodę i przygotowujemy stanowisko do gotowania na parze - ja korzystałam ze zwykłego dużego gara, do którego wstawiliśmy takie ustrojstwo do gotowania na parze
  11. Na to ustrojstwo wykładaliśmy po 4 parzeńce i gotowaliśmy je pod przykrywką ok 10 minut, powtarzając do ugotowania wszystkich sztuk
  12. Ugotowane parzeńce wykładaliśmy na talerz, polewaliśmy sosem i zajadaliśmy, a w Nowy Rok było dojadanie (parzeńce można przechowywać w lodówce, trzeba tylko zabezpieczyć je przed wysychaniem - odgrzewaliśmy owinięte folią aluminioną, w niewysokiej temperaturze w piekarniku)
Sos mięsny zrobiliśmy wcześniej, to był sos w stylu bolońskim, który często gotuje mój Wybranek, a więc z mielonego mięsa (70% wołowina, 30% cielęcina), odrobiny (ok 100g) pancetty lub wędzonego boczku, bardzo drobno posiekanej machewki, cebuli, korzenia pietruszki i selera naciowego, passaty, czerwonego wytrawnego wina (1 lampka) i przypraw (dodał tym razem ziele angielskie i liście laurowe, bo zależało mi na nieco bardziej swojskim niż włoskim smaku). Myślę, że inne mięsne sosy/gulasze też będą dobrze do parzeńców pasowały, np. taki w węgierskim stylu albo taki z marchewką i pieczarkami. Sosem pokrywamy gotowe parzeńce, posypujemy posiekaną świeżą natką lub bazylią i serwujemy. Można do tego zrobić jakąś prostą sałatkę z miksu sałat z dressingiem np. miodowo-musztardowym albo po prostu podać ogórki konserwowe.

Smacznego :-)




piątek, 28 grudnia 2018

Praski akcent, czyli jajka z farszem pieczarkowym

Różne uroczystości w rodzinie Wybranka łączy obecność w menu jajek na twardo z farszem pieczarkowym, a że w zasadzie wszyscy jego najbliżsi krewni mieszkają lub mieszkali na warszawskiej Pradze, stąd określenie "praski akcent". Akcent ten pojawił się w tym roku na naszym bożonarodzeniowym śniadaniowym stole. Święta już za nami, ale pomyślałam, że podzielę się tym przepisem na blogu, bo może przydać się tym z Was, którzy planują sylwestrowe menu (taka połówka jajka na twardo z pieczarkowym farszem wydaje się być całkiem niezłą zimną przekąską na jeden lub dwa gryzy), a być może ktoś zdecyduje się je zrobić na święta wielkanocne i przepis będzie jak znalazł :-)

Nie mam pewności, jak dokładnie "praski akcent" jest przygotowywany przez rodzinę Wybranka, bo jakoś nigdy o przepis nie pytałam, zrobiłam więc "praski akcent" po stalowowolsku ;-)

Jajka z farszem pieczarkowym



Składniki:
  • 10 jajek
  • 10 większych pieczarek
  • 5 mniejszych pieczarek
  • 1 mała szalotka
  • 2 łyżki oleju roślinnego
  • 3 gałązki świeżej natki do farszu + trochę do dekoracji
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. jajka gotujemy na twardo (ja wkładam jajka do garnka z zimną wodą i gotuję jajka przez 10 minut od momentu zagotowania wody)
  2. ugotowane jajka studzimy
  3. pieczarki myjemy lub obieramy, kroimy na grube plasterki i dusimy (wrzucamy na suchą patelnię i czekamy, aż odparuje z nich woda, a następnie dodajemy łyżkę oleju i podsmażamy, doprawiają solą i pieprzem)
  4. uduszone plasterki małych pieczarek oddzielamy od plasterków tych większych
  5. szalotkę obieramy, drobno siekamy i podsmażamy na łyżce oleju
  6. wystudzone jajka przekrajamy ba pół, ostrożnie wyjmujemy żółtka - białka układamy na talerzu, a żółtka łączymy z uduszonymi plasterkami większych pieczarek, podsmażoną cebulką i drobno posiekaną świeżą natką , a następnie z blenderujemy na gładką masę, doprawiając solą i pieprzem do smaku
  7. do każdej połówki jajka nakładamy porcję farszu (po ok 1 czubatej łyżeczce), dekorujemy plasterkami uduszonych mniejszych pieczarek i listkami natki
  8. serwujemy na zimno 
Smacznego :-)







czwartek, 27 grudnia 2018

Satay, czyli kurczak z dipem z orzeszków ziemnych

Jeśli w Sylwestra spodziewacie się gości albo po prostu chcecie zrobić sobie coś dobrego do jedzenia, pewnie zastanawiacie się, co zaserwować do jedzenia (ja tego dylematu nie mam, bo u nas - zgodnie z tradycją - 31 grudnia gotujemy kluchy :-) Mam dziś dla Was propozycję, którą przetestowałam na moich znajomych, a mianowicie satay, czyli paski z piersi z kurczaka zamarynowane, a następnie upieczone w marynacie w tajskim stylu, a po upieczeniu zaserwowane w towarzystwie dipu z orzeszków ziemnych, a dokładnie z masła orzechowego. Danie proste w przygotowaniu i można zrobić je w dużej ilości, a jednocześnie smaczne i robiące (dobre) wrażenie na gościach :-)

Poniższy przepis bazuje na przepisie z bloga Well Plated by Erin.

Satay

















Składniki (dla 6-8 osób)

MIĘSO
  • 4 nieduże piersi z kurczak (np. zagrodowego)
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • sok z 1 limonki
  • 1 łyżka płynnego miodu
  • 1 łyżka sosu sriracha (ostry sos, do kupienia w dobrze wyposażonych supermarketach lub w sieci sklepów Kuchnie Świata)
  • 2 czubate łyżki startego świeżego imbiru
  • 2 ząbki czosnku rozgniecionego nożem lub przepuszczonego przez praskę lub startego na tarce o bardzo drobnych oczkach
  • opcjonalnie: świeża kolendra
DIP (w oryginalnym przepisie wśród składników jest 1 szklanka bulionu drobiowego, którą ja pominęłam, bo zależało mi na bardziej zwartej konsystencji, czymś w stylu gęstego hummusu, a nie bardzo płynnego sosu)
  • 5 łyżek masła orzechowego
  • 2 łyżki płynnego miodu
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 2 łyżki sosu sriracha
  • 1 łyżka startego świeżego imbiru
  • 2 ząbki czosnku rozgniecionego nożem, przepuszczonego przez praskę lub startego na tarce o bardzo drobnych oczkach
  • sok z 1 limonki
Przygotowanie:
  1. mięso płuczemy, osuszamy, oczyszczamy i kroimy w paski grubości ok 1,5 cm
  2. sos sojowy, sok z limonki, miód, sos sriracha, imbir i czosnek łączymy w sporej misce, mieszamy do połączenia składników
  3. do miski wrzucamy paski mięsa i obtaczamy je w marynacie, a następnie przykrywamy miskę (np. folią spożywczą) i wstawiamy do lodówki na 2 godziny (mięso może postać w lodówce i całą noc, jeśli tak Wam pasuje)
  4. po przygotowaniu mięsa, przygotowujemy dip i również wstawiamy go na jakiś czas do lodówki, żeby smaki się przegryzły
  5. zamarynowane mięso wyjmujemy z lodówki i nadziewamy po 3 paski na patyczki do szaszłyków (można je wcześniej namoczyć w wodzie, żeby się nie spaliły) i układamy na blaszce lub naczyniu żaroodpornym, które wcześniej natłuszczamy olejem
  6. z lodówki wyjmujemy również dip, żeby się ocieplił w temperaturze pokojowej
  7. gdy wszystkie szaszłyki są gotowe, polewamy każdy marynatą
  8. rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni Celsjusza i pieczemy szaszłyki po 10 min z każdej strony korzystając z funkcji grzanie od góry i od dołu
  9. na koniec włączamy na 2 min funkcję grill, żeby ładnie się przypiekły
  10. szaszłyki od razu po upieczeniu posypujemy drobno posiekaną świeżą kolendrą, serwujemy z dipem i w towarzystwie świeżych pokrojonych warzyw (u mnie marchewka w słupkach i paski papryki)
Smacznego :-)




sobota, 22 grudnia 2018

Maślane ciasteczka z landrynkowym witrażykiem

Wybranek nie lubi zdrobnień, więc tytuł tego wpisu nie będzie jego ulubionym ;-) No ale ten wpis nie jest o Wybranku, tylko o wypieku (o ile istnieje liczba pojedyncza od "wypieki" - Wybranek by wiedział, ale jest w Warszawie, a ja u moich Rodziców, więc w tej chwili sprawdzić z nim nie mogę, a później pewnie zapomnę i tak już zostanie, niezależnie od tego, czy to poprawne, czy nie).

Mam stały repertuar świątecznych specjałów, za które odpowiadam ja, a pozostałe (w zasadzie kluczowe) potrawy robią inne kobiety z rodziny. Zarówno na Boże Narodzenie, jak i na Wielkanoc, do mnie należy pieczenie pasztetu, którym dzielę się z rodziną (ku jej uciesze, lub nie). Kiedyś robiłam pasztet z przepisu mojej niedoszłej teściowej (pozdrawiam panią Małgosię, jeśli kiedykolwiek to przeczyta), a od kilku lat robię pasztet z przepisu z thermomixa (zwanego przez mojego Tatę miksokretem), bo jest przy nim mniej pracy i brudzenia, niż przy tym wcześniejszym. Do moich obowiązków należy również pieczenie ciast i ciasteczek na święta. Przez ostatnich 6 lat stałym punktem w moim bożonarodzeniowym ciasteczkowym repertuarze były imbirowe pierniczki a la IKEA, ale trochę się nam przejadły (sporo zostało po ubiegłorocznym Bożym Narodzeniu), więc w tym roku ich nie będzie. Będą za to ulubione ciasteczka mojego Brata, z dżemem, i ulubione ciasto świąteczne mojej Mamy, oba te wypieki są raczej mało tradycyjne i mało świąteczne, ale przygotowuję je dla Bliskich, a nie dla zasady, więc powinny raczej trafiać w gusta niż koniecznie być tradycyjne, a potem się marnować, bo nikt tego nie będzie jadł. Zwykle staram się w ramach świątecznych przygotowań wypróbować też jakiś jeden nowy przepis, bo na co dzień czasu i motywacji jest jakoś mniej. Dzięki temu na blogu pojawiły się sernik z palonym masłem, który jest jednym z najlepszych serników, jakie kiedykolwiek jadłam, oraz misie-przytulaki, które są absolutnym hitem wśród moich znajomych i ich pociech. W te święta nowością na naszym świątecznym stole będą maślane ciasteczka z landrynkowym witrażykiem. Przepis znalazłam na Pintereście, a pochodzi z bloga Liv for cake.

To nie jest przepis w moim stylu, bo nie polega tylko na wymieszaniu składników i wrzuceniu ich do piekarnika ;-) Wymaga zagniatania ciasta (to na szczęście może zrobić maszyna), chłodzenia, wałkowania, wycinania ciasteczek i precyzyjnego wsypywania sproszkowanych landrynek do otworu na witrażyk. Więc trzeba zarezerwować na to trochę czasu, ale efekt jest tego wart. Jeśli chcecie lub musicie komuś zaimponować, to zdecydowanie jest dobry przepis. Jest dobry również, gdy nie chcecie/musicie nikomu imponować, ale po prostu lubicie przepisy z jakimś ciekawym elementem. Ciasteczkom możecie nadać dowolny kształt - ja akurat nabyłam cały zestaw foremek w kształcie gwiazdek w różnych rozmiarach, więc zrobiłam gwiazdki. Ale jeśli macie serduszka czy choinki w różnych rozmiarach, korzystajcie z tego, co macie. Równie dobrze możecie wykorzystać szklanki o mniejszej i większej średnicy do ich wycinania, jeśli rzadko robicie ciastka lub nie macie ochoty kupować foremek, wówczas takie szklankowe rozwiązanie będzie najlepsze.

Maślane ciasteczka z landrynkowym witrażykiem

















Składniki (autor przepisu podaje, że z takiej ilości składników można uzyskać ponad 70 ciasteczek):
  • 390g mąki pszennej (jeśli dacie 400g, nic się nie stanie ;-)
  • 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/2 łyżeczki soli
  • 130g cukru (taka ilość cukru sprawia, że ciasteczka są lekko słodkie - dodatkowa słodycz płynie z landrynkowego witrażyka, ale jeśli ktoś woli słodsze ciasteczka, myślę, że można nieco zwiększyć ilość cukru)
  • 230g masła w temperaturze pokojowej
  • 1 małe jajko
  • 1,5 łyżeczki esencji waniliowej
  • ok. 200-granowe opakowanie kolorowych landrynek
Przygotowanie:
  1. mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia i solą
  2. w osobnym naczyniu, za pomocą miksera lub robota kuchennego, miksujemy miękkie masło z cukrem do uzyskania puszystej jasnej masy
  3. do masła zmiksowanego z cukrem dodajemy jajko i esencję waniliową i dalej miksujemy
  4. zmniejszamy obroty i stopniowo dodajemy do mokrej masy wymieszane suche składniki
  5. uzyskaną w ten sposób masę wyjmujemy z misy, układamy na folii spożywczej, formujemy z ciasta płaski placek (dzięki temu łatwiej będzie później rozwałkować ciasto niż gdyby była to kula), zawijamy całość w folię spożywczą i chłodzimy w lodówce przez 1 godzinę
  6. podczas gdy ciasto się chłodzi, dzielimy landrynki na grupy wedle kolorów (no chyba, że macie landrynki w jednym kolorze) i rozdrabniamy je do uzyskania postaci piasku (najlepiej zrobić to z wykorzystaniem małego kubka blendera)
  7. schłodzone ciasto wyjmujemy z lodówki, odwijamy z folii i porcjami rozwałkowujemy na posypanej mąką stolnicy lub na papierze do pieczenia, na którym ciasteczka będą się piekły
  8. z rozwałkowanego ciasta wycinamy ciasteczka z otworkami (jeśli uda Wam się nie zniszczyć mniejszego ciasteczka, tego, z którego wycięcia powstaje otwór na witrażyk, wówczas można odłożyć je na bok i potem upiec całą blachę z mniejszymi ciasteczkami, co będzie wymagało krótszego czasu pieczenia niż te większe)
  9. wycięte ciasteczka układamy na wyścielonej papierem do pieczenia blaszce i całość wstawiamy jeszcze na 5-10 min do lodówki (lub wystawiamy na balkon ;-)
  10. po schłodzeniu do każdego otworka wsypujemy landrynkowy piasek i wyrównujemy tak, żeby pokrywał całą powierzchnię otworu, ale żeby jednocześnie nie wysypywał się poza granice tego "okienka" ani żeby nie było górki
  11. piekarnik rozgrzewamy do 175 stopni Celsjusza i wstawiamy blachę z ciasteczkami (jeśli nie wstawiamy blachy od razu po wsypaniu landrynkowego proszku, a czekamy, aż piekarnik się rozgrzeje, możemy ciasteczka wstawić jeszcze na chwilę do lodówki lub wstawić na balkon, ważne, żeby ciasto się nie ociepliło za bardzo przed pieczeniem)
  12. ciasteczka pieczemy 7-10 min, w zależności od ich wielkości - landrynkowy pył powinien całkowicie się rozpuścić, tworząc gładką taflę, a ciasto powinni się lekko zarumienić
  13. upieczone ciasteczka wyjmujemy z pieca i studzimy
  14. opisane powyżej czynności powtarzamy do zużycia całego ciasta
  15. wystudzone ciasteczka przechowujemy w szczelnym pojemniku
Smacznego :-)

I zdrowych, spokojnych Świąt!



niedziela, 18 listopada 2018

Gulasz wołowy z koniakiem i musztardą dijon

Tym razem pomysł zaczerpnięty z Instagrama, gdzie pojawił się na profilu gazety New York Times: gulasz wołowy z koniakiem i musztardą dijon  (z uwagi na rodowód dodatków mógłby nazywać się "po francusku"). Te dodatki sprawiają, że to nie jest taki zupełnie zwykły gulasz (acz ja do zwykłych gulaszów nic nie mam), to raczej taka wersja premium, szczególnie, jeśli do przygotowania go wykorzystacie prawdziwy koniak. Do tego dania dodaje się również czerwone wytrawne wino, wygląda więc na to, że nie tylko rybka lubi pływać. Krówka też.

Nie jest to skomplikowane danie, ale nie jest też szybkie - trzeba nastawić się na ok. 3-godzinne przygotowanie (w tym obsmażanie kawałków mięsa partiami, czego szczególnie nie lubię, bo sprawia, że całe otoczenie patelni pokrywa się tłuszczem, nawet jeśli patelnia jest głęboka). Dużo zależy od mięsa - to z młodszego zwierzęcia, delikatniejsze, będzie gotowe szybciej, natomiast surowiec ze starszego zwierzęcia, twardszy, będzie potrzebować bardziej długotrwałej obróbki. Niemniej jednak trudno wyobrazić sobie lepszą aurę dla spędzania czasu w ciepłej kuchni i raczenie się sycącymi, ciężkimi daniami niż listopadowa.

Gulasz wołowy z koniakiem i musztardą dijon

















Składniki (dla 4-6 osób, w zależności od apetytu), ilości nieco zmodyfikowane w porównaniu do oryginału:
  • 1kg mięsa wołowego (ja na gulasz zwykle kupuję udziec)
  • 150g wędzonego boczku
  • 400g pieczarek
  • 3 marchewki
  • 1 duża cebula
  • 3/4 szklanki koniaku
  • 2 szklanki bulionu wołowego
  • 4 czubate łyżki musztardy dijon
  • 2 czubate łyżki ziarnistej musztardy
  • 1/2 szklanki czerwonego wytrawnego wina
  • 2 łyżki mąki
  • kilka gałązek świeżego tymianku
  • olej
  • sól i pieprz do smaku
Przygotowanie:
  1. Wędzony boczek kroimy w drobną kostkę, wrzucamy na suchą patelnię i podsmażamy do wytopienia tłuszczu i zrumienienia kawałków boczku
  2. Podsmażony boczek zbieramy z patelni, przekładamy do innego naczynia i odstawiamy
  3. Cebulę obieramy, drobno siekamy, wrzucamy na patelnię i podsmażamy na tłuszczu wytopionym z boczku do moment aż cebula zmięknie (ale nie zbrązowieje)
  4. Podsmażoną cebulę zbieramy z patelni, przekładamy do naczynia z boczkiem
  5. Mięso płuczemy, osuszamy, obieramy z błon itp., kroimy w dużą kostkę, oprószamy solą, pieprzem i mąką
  6. Na patelnię wlewamy dwie łyżki oleju i smażymy partiami kawałki mięsa do zrumienienia ze wszystkich stron (jeśli trzeba, dolewamy oleju) - usmażone kawałki odkładamy na bok
  7. Po usmażeniu wszystkich kawałków mięsa na patelnię z resztką tłuszczu po smażeniu wlewamy koniak i deglasujemy
  8. Następnie na patelnię wlewamy bulion i dodajemy oba rodzaje musztardy, mieszamy rózgą, żeby wszystkie składniki dobrze się wymieszały
  9. Na patelnię, do tak przygotowanej mieszaniny, dodajemy usmażone mięso, boczek i cebulę, a następnie dusimy przez ok 1h pod przykryciem, na średnim ogniu, mieszając od czasu do czasu (jeśli za dużo płynu odparuje, można dolać trochę wody)
  10. Marchew obieramy, kroimy na talarki i wrzucamy na patelnię i dalej wszystko razem dusimy
  11. Pieczarki myjemy i obieramy, kroimy na ćwiartki i podsmażamy na osobnej patelni (moja mama zawsze wrzuca pokrojone pieczarki na suchą patelnię, żeby odparował płyn, a dopiero gdy odparuje, dodaje tłuszcz i doprawia solą i pieprzem, ja robię tak samo)
  12. Podsmażone pieczarki dodajemy do gulaszu, dolewamy wino, mieszamy i dusimy całość do momentu, aż mięso będzie miękkie, na niedużym ogniu, mieszając od czasu do czasu
  13. Tuż przed podaniem doprawiamy (najpierw spróbujcie, bo danie może być wystarczająco słone dzięki boczkowi, bulionowi i doprawieniu mięsa przed smażeniem) i posypujemy drobno posiekanym świeżym tymiankiem
  14. Serwujemy ze świeżym pieczywem lub ziemniakami z wody, w towarzystwie marynowanych warzyw (moim zdaniem najbardziej pasują ogórki konserwowane)
Smacznego :-)