wtorek, 15 listopada 2011

Rogale (święto)marcińskie

Przejechać ponad 300 km (liczonych po linii kolejowej; w linii prostej niecałe 300 km) po to, żeby objeść się rogalikami z ciasta półfrancuskiego, nadziewanymi masą z białego maku i bakalii, polanymi lukrem i obsypanymi orzechami? Żaden wyczyn ;) Ludzie potrafią odbyć znacznie dalszą podróż tylko po to, żeby zdjeść posiłek w restauracji odznaczonej 3 gwiazdkami Michelin na drugim końcu świata...

O istnieniu rogali marcińskich dowiedziałam się kilka lat temu, gdy przez przypadek nabyłam jednego w cukierni znajdującej się w galerii sklepów przy jednej ze stacji warszawskiego metra. Od razu przypadł mi do gustu :) Jakiś czas później miałam okazję spróbować oryginalnych rogali marcińskich z Poznania, które z tego miasta przywiozła dla mnie i mojego rodzeństwa mama. Wtedy też zaczęłam interesować się tym wypiekiem. Zainteresowanie to zaowocowało zaplanowaniem wycieczki do Poznania w święto św. Marcina, które równie dobrze mogłoby nazywać się świętem rogala marcińskiego :)

Zanim ja i Wybranek udaliśmy się w tę podróż, podszkoliliśmy się z wiedzy o rogalach marcińskich. Dowiedzieliśmy m.in. się, że:
  1.  rogale świętomarcińskie (=rogale marcińskie wypiekany z okazji święta św. Marcina) zostały wpisane do rejestru chronionych nazw pochodzenia i chronionych oznaczeń geograficznych w Unii Europejskiej - sposób przygotowania tych wypieków jest więc ściśle określony, a rogale przygotowywane według choćby minimalnie zmienionej receptury nie mają prawa nazywać się rogalami świętomarcińskimi;
  2. aby móc wypiekać rogale świętomarcińskie, poznańscy cukiernicy muszą uzyskać specjalny certyfikat, przyznawany każdego roku z osobna;
  3. tradycja wypiekania rogali na święto św. Marcina wywodzi się z pogańskiego zwyczaju składania bogom ofiary z wołów lub ciasta zwiniętego w rogi podobne do rogów wołów - jak głosi Wikipedia, kościół przejął ten zwyczaj, łącząc go z postacią św. Marcina, a kształt rogala miał symbolizować podkowę zgubioną przez konia tego byłego rzymskiego legionisty (o którego żywocie można poczytać tutaj). W Poznaniu rogalowa tradycja narodziła się w listopadzie 1891 roku, kiedy to proboszcz parafii św. Marcina zaapelował do wiernych, aby wzorem św. Marcina zrobili coś dla ubogich. Na mszy, w trakcie której pojawił się ten apel, był akurat cukiernik Józef Melzer, który namówił swojego pracodawcę (właściciela cukierni) do wznowienia pogańskiej tradycji. W efekcie powstała idea rogali, które zamożniejsi poznaniacy kupowali, a ci o skromniejszych warunkach materialnych otrzymywali za darmo.
Przestudiowaliśmy również rankingi rogali, np. ten z poznańskiego wydania Gazety Wyborczej (można go znaleźć pod tym linkiem) oraz z bloga Zjeść Poznań. Rankingi różniły się między sobą, a my ostatecznie zdecydowaliśmy się na zakup rogali autorstwa cukierni Słodki Kącik (ostatnie, dwunaste miejsce w rankinu Gazety Wyborczej i 8 na 12 miejsce w rankingu Zjeść Poznań). "Zdecydowaliśmy się" to może nie jest najlepsze określenie, bo w podjęciu decyzji "pomógł" nam nielogiczny (lub zgodny z obcą mi poznańską logiką) brak bardziej wyeksponowanych cukierni w sercu Starego Miasta (zauważyłam tylko jedną, w której w kolejce czekało kilkadziesiąt osób) i przy ul. św. Marcin oraz tłum, który zgromadził się w okolicach tej ulicy ok. godz. 13:00, uniemożliwiając nam przemieszczanie się.

Słodki Kącik zauważyłam przypadkiem, przepychając się wśród osób podążających na pochód. Mieści się w jednej z bram przy ul. św. Marcin - w tej samej bramie znajduje się cukiernia (w głębi podwórza) oraz malutki sklep, w którym można kupić pochodzące z niej wypieki. Stanęliśmy w kolejce trochę z braku innej opcji (była godz. 13, a ja nie jadłam jeszcze śniadania, zostawiając sobie miejsce na rogale ;) i braku możliwości przemieszczenia się w inne miejsce (tłum). W kolejce mogliśmy przekonać się, że poznaniacy rzeczywiście są oszczędni (dowiedziawszy się, jaka jest cena rogali w Słodkim Kąciku, kilka osób zrezygnowało z zakupu rogali w tym miejscu, co - ku uciesze rozrzutnej Stalowowolanki i rozrzutnego Warszawiaka ;) - zaowocowało znacznym skróceniem kolejki). Stojąc w kolejce, zastanawialiśmy się nad ilością rogali, które powinniśmy nabyć, stwierdzając, że te, której do tej pory widzieliśmy, chyba nie mają tak pokaźnych rozmiarów, jakie powinny mieć. Słysząc nasze rozważania, stojąca przed nami w tej kolejce poznanianka (najwyraźniej rozrzutna, skoro nie zrezygnowała pod wpływem ceny ;), powiedziała nam, że tradycyjnie rogal świętomarciński powinien ważyć ok 250g. Ale że taki rogal jest za duży dla przeciętnego konsumenta (nie dla mnie! :), cukiernicy sprzedają te wypieki w nieco odchudzonej formie. "Rogale są robione pod klienta", jak nam powiedziała owa poznanianka. Po skonsumowaniu 2 sztuk byłam bliska przyrzeczenia, że już nigdy więcej nie zjem rogala świętomarcińskiego - nie przeszkodziło mi to jednak skonsumować kolejnych rogali w kolejnych dniach pobytu w Poznaniu ;)

Po dokładnym "przerobieniu" tematu "rogale (święto)marcińskie" doszłam do wniosku, że to chyba nie jest łatwy wypiek. Utwierdziłam się w tym przekonaniu po przeczytaniu kilku przepisów na ten wypiek (m.in. przepisu z bloga Moje Wypieki). Poza tym biały mak, stanowiący podstawę nadzienia tych wypieków, jest trudno dostępny. Z drugiej strony korci mnie, żeby jednak upiec takie rogale, co oznacza, że w najbliższym czasie na blogu może pojawić się wpis z wrażeniami z własnoręcznego przygotowania rogali ;)

Tymczasem publikuję zdjęcie rogali świętomarcińskich autorstwa cukierników z cukierni Słodki Kącik w Poznaniu:


A oto i wspomniany certyfikat, o który ubiegają się cukiernie chcące wypiekać tradycyjne rogale świętomarcińskie:


Polecam wyprawdę do Poznania na 11 listopada za rok :)

środa, 9 listopada 2011

Cukiniowe placuszki

Nie wiem, skąd pochodziła cukinia, która posłużyła mi do przygotowania cukiniowych placuszków, bo w naszym pięknym kraju sezon na to warzywo już dawno minął. Może z jakiejś holenderskiej szklarni (chociaż miała smak, więc chyba nie ;) albo z hiszpańskiej plantacji (w Hipszanii jeszcze w połowie października były upały), byle nie z Chin... Czy Polska importuje z Chin warzywa?

Rozważania na temat rodowodu cukinii nie idą w dobrym kierunku, skupię się więc może na pozostałych składnikach cukiniowych placuszków ;) Przepis zaczerpnęłam z bloga Kwestia Smaku. Z tą różnicą, że mąkę pszenną zastąpiłam mąką żytnią razową typ 2000 (sama w to nie wierzę ;), a placuszki smażyłam na niewielkiej ilości tłuszczu, serwując je nie z sosem pomidorowym, ale z kremowym serkiem Philadelphia, natką pietruszki, świeżo zmielonym pieprzem i pokruszonymi suszonymi papryczkami, które rodzice przywieźli mi z urlopu spędzonego m.in. na Węgrzech.

A pomysł wziął się stąd, że w lodówce była cukinia i 3/4 opakowania serka - w ten sposób powstają najlepsze przepisy :) Na dania "nawinie" czyli z tego, co się akurat nawinie, jak mawiał mój brat cioteczny, mistrz wymyślania potraw motywowanego zawartością lodówki ;)

Cukiniowe placuszki

Składniki (na 14 placuszków = porcja dla 2-3 osób):
  • 1 średniej wielkości cukinia
  • 1 mały ząbek czosnku
  • 30g mąki żytniej razowej typ 2000 (myślę, że tak na dobrą sprawę można użyć dowolnej mąki - licząc się oczywiście z tym, że użycie każdej innej niż biała pszenna sprawi, że placuszki będą smakowały gorzej ;)
  • 1 jajko
  • 2 łyżki mleka
  • świeża natka do posypania
  • 1 suszona lub świeża papryczka (ostra) do posypania
  • 1 op. (3/4 też ujdzie) serka kremowego Philadelphia lub Twój Smak Piątnicy lub innego ulubionego (zamiast serka można też użyć gęstej śmietany)
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. cukinię dobrze umyć i zetrzeć na tarce na grubych oczkach
  2. czosnek obrać, przepuścić przez praskę lub zetrzeć na tarce na drobnych oczkach
  3. w osobnej misce wymieszać mąkę z dużą szczyptą soli
  4. do mąki z solą dodać roztrzepane jajko, wymieszać
  5. do masy stopniowo dodawać mleko (powstanie raczej gęsta i lepka masa)
  6. do masy dodać cukinię i czosnek, dobrze wymieszać - tak, aby masa okleiła i posklejała kawałki cukinii
  7. na patelni rozgrzać oliwę (w oryginale każdą porcję placuszków smaży się na 1 łyżce oliwy, ale ja smażyłam na chluście czyli na oko 1/2 łyżki)
  8. nakładać ciasto na patelnię, formując niewielkie placuszki (nie więcej niż 1 łyżka ciasta na placuszek)
  9. smażyć na złoty kolor z obu stron (uwaga przy przekręcaniu placuszków na drugą stronę - są bardzo delikatne, mogą się rozpaść w przypadku zbyt brutalnego traktowania)
  10. gotowe placuszki wyłożyć na talerz, udekorować każdy łyżeczką serką lub śmietany
  11. posypać całość drobno posiekaną natką i papryczką (w przypadku suszonej - rozgnieść papryczkę na drobne kawałki), doprawić świeżo zmielonym pieprzem
Smacznego :)



wtorek, 8 listopada 2011

Fasolka po bretońsku, czyli pogromczyni szczękających zębów i dygocących kończyn

Mieszkańcy Bretanii raczej nie słyszeli o fasolce po bretońsku (podobnie jak Grecy mogą nie kojarzyć ryby po grecku, a Rosjanie - pierogów ruskich, których korzenie wywodzą się z terenów znajdujących się dziś na terytorium Ukrainy, a nie z Rosji), ale to nie ma znaczenia, bo jesteśmy w Polsce i będziemy sobie gotowali, co nam się podoba i nazywali nasze potrawy wedle naszego uznania :) No i kto nam zabroni?

Fasolka po bretońsku to jedno z dań, które kojarzą mi się z dzieciństwem, wywołując dobre wspomnienia posiłków jadanych we wspólnym, rodzinnym gronie i ciepła domu moich dziadków. W mojej rodzinie specjalistką od fasolki jest babcia ze strony taty i to właśnie u niej jadałam fasolkę, która tak bardzo zapadła mi w pamięć :) Swoją fasolkę wzoruję na przepisie babci (wzór niedościgniony) i właśnie babci dedykuję ten wpis i przepis.

Fasolka po bretońsku to nie jest fast food. Szybko to ją się co najwyżej konsumuje, ale to przy dokładce, jak już gar świeżo ugotowanej fasolki nieco przestygnie ;) Nie da się jej zrobić szybko, bo fasolę typu jaś trzeba wcześniej namoczyć (jeżeli gotujemy danie do południa to dzień wcześniej wieczorem, a jeżeli wieczorem to tego samego dnia rano trzeba zalać fasolkę dużą ilością wody i odstawić do spęcznienia) i dość długo gotować (moja dzisiejsza fasolka gotowała się przez ok. 1 godzinę). Pocieszeniem jest to, że danie jest proste w przygotowaniu. Gdyby było i czasochłonne i skomplikowane pewnie porywałabym się na jego przygotowanie niemal tak często, jak boeuf bourgignon (2-3 razy w roku). A że jest tylko czasochłonne, gości na moim stole dość często, szczególnie w okresie jesienno-zimowym, kiedy to oprócz walorów smakowo-sentymentalnych dużego znaczenia nabierają również jej właściwości rozgrzewając. Pogromczyni szczękających zębów i dygocących kończyn :)

Fasolka po bretońsku z dedykacją dla babci
[uważni obserwatorzy zapewne zauważą efekt specjalny w lewej części zdjęcia, uzyskany wskutek zaparowania obiektywu ;)]

Składniki (dla 4 osób, z dokładką)
  • 1/2 kg fasoli jaś (o tej porze roku to chyba raczej suszonej niż świeżej)
  • 1/2 laski ulubionej kiełbasy (u mnie jakaś taka z beczki; można dodać więcej, jeśli ktoś lubi fasolkę z dużą ilością kiełbasy)
  • 1 zwykła cebula średniej wielkości
  • 1 łyżka oleju słonecznikowego
  • 2 łyżeczki przecieru pomidorowego
  • 1 ząbek czosnku
  • majeranek, sól, pieprz, 2 ziarnka ziela angielskiego, 1 liść laurowy
Przygotowanie
  1. fasolę włożyć do garnka, zalać wodą (objętość powinna być dwa razy większa niż objętość fasoli) i odstawić do namoczenia (albo na noc albo na cały dzień, gdy planujemy gotować to danie wieczorem, po powrocie z pracy)
  2. po namoczeniu odcedzić fasolę i na chwilę odstawić
  3. cebulę obrać i drobno posiekać
  4. kiełbasę obrać ze skórki (lub nie, jeśli ktoś woli ze skórką) i pokroić w plasterki (ja lubię cienkie, więc pokroiłam cienkie, ale nie ma przeciwwskazań co do grubych plastrów, jeśli ktoś woli grube)
  5. garnek, w którym namaczaliśmy fasolę opłukać, wysuszyć, postawić na kuchence
  6. do garnka wlać 1 łyżkę oleju i podsmażyć na niej cebulę i kiełbasę (do zrumienienia)
  7. po usmażeniu przełożyć kiełbasę i cebulę do innego naczynia, a do naczynia, w którym odbywało się smażenie wlać wodę (ok. 1l, jeśli będzie za mało po dodaniu fasoli - można dolać; łatwiej dolać niż odlewać)
  8. do garnka z wodą wrzucić ziele angielskie, liść laurowy, pokrojony na duże kawałki ząbek czosnku (wcześniej obrany) oraz fasolę
  9. dodać soli do smaku (1 łyżkę na początek) i gotować fasolę w przyprawionej wodzie przez ok. 30 min
  10. po upływie 30 min dodać przecier pomidorowy i dokładnie wymieszać go z resztą składników
  11. dodać cebulę i kiełbasę, doprawić majerankiem (co najmniej 1 dużą szczyptą) i gotować jeszcze ok 20-30 min (do momentu, aż fasola będzie miękka)
  12. przed podaniem doprawić pieprzem i solą (jeśli płyn jest za mało słony)
Smacznego i uważajcie, żeby nie poparzyć sobie języków w trakcie łapczywej konsumpcji (ostrzegam, bo sama właśnie sobie sparzyłam...).

niedziela, 6 listopada 2011

Mój pierwszy chlebek fougasse

Fougasse to rodzaj francuskiego pieczywa, podobny do włoskiego chlebka foccacia. Występuje w odmianie bez nadzienia, przyjmując kształt liścia z nacięciami (wygląda wówczas mniej więcej tak) lub z nadzieniem (wówczas wygląda np. tak). Ot, taka buła z ziołami lub innymi dodatkami ;)

O istnieniu fougasse dowiedziałam się przy jednej z wizyt w warszawskiej kawiarnio-piekarni Vincent, serwującej francuskie wypieki i francuską kawę we francuskim stylu :) W Vincencie fougasse podaje się w wersji z nadzieniem z pasty pomidorowej, oliwek, boczku i sera żółtego (tak obstawiam, bo nigdy nie spytałam o to, z czym jest to coś, co jadłam), a porcja jest naprawdę duża (co nie oznacza, że podzieliłam się z kimś moim fougasse ;). Wspaniale smakuje i na ciepło, i na zimno. Próbowałam fougasse również we Francji, co jeszcze bardziej zmotywowało mnie do wzięcia tego przysmaku na warsztat. Woziłam się z tą myślą przez kilka tygodni, aż w końcu obiecałam Wybrankowi, że zrobię nam fougasse na kolację. Skoro obiecałam to nie mogłam przecież zawieść oczekiwań. W ten oto sposób w piątkowy wieczór zakasałam rękawy i zabrałam się za przygotowanie tego przysmaku.

Znalazłam w internecie fajny przepis, ale oczywiście musiałam go nieco zmodyfikować ;) Mój pierwszy chlebek fougasse wyglądał nieco inaczej niż ten zaprezentowany na zdjęciu dołączonym do przepisu, z którego korzystałam. A to dlatego, że moja wersja jest wersją dla leniwych entuzjastów jedzenia o ograniczonych zasobach sprzętu kuchennego ;) Dla leniwych, bo skróciłam czas oczekiwania na wyrośnięcie ciasta. Dla słabo wyposażonych, bo nie posiadam piekarnika z funkcją pary, a kąpieli wodnej jakoś mi się nie chciało przygotować dla fougasse. No i nie miałam mąki chlebowej, użyłam więc tylko zwykłej mąki pszennej, a świeże drożdże zastąpiłam suszonymi (bardzo rzadko kupuję świeże drożdże, a to dlatego, że zwykle wykorzystuję tylko kawałek z kostki, a reszta, cóż, odchodzi w zapomnienie, gdzieś w ponurym kącie lodówki).Mimo to chlebek wyglądał i smakował bardzo dobrze. Oceńcie sami.

Mój pierwszy chlebek fougasse
[z nadzieniem z pasty pomidorowej, oliwek i boczku]
 

Składniki (na 2 duże chlebki = porcja dla 4 osób, po 1/2 chlebka na osobę)

CIASTO
  • 600g mąki pszennej
  • 2 łyżeczki soli
  • 1 opakowanie suszonych drożdży (7g)
  • 1 łyżka miękkiego masła
  • 3 łyżki mleka + "chlust" do posmarowania chlebków
  • 3 łyżeczki białego cukru
  • 1 szklanka ciepłej wody
  • 1 jajko

NADZIENIE
  • 1 szklanka pasty pomidorowej (tzw. puree pomidorowe, bez dodatku przypraw, dostępne w szklanych butelkach o pojemności ok 700g, ew. w kartonikach)
  • 1 mała cebula (może być szalotka albo taka najzwyklejsza)
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 łyżka oliwy z oliwek
  • garść zielonych oliwek
  • garść czarnych oliwek
  • 6 dużych plastrów boczku wędzonego (np. takiego w plastrach, sprzedawanego w zgrzewkach po 150g; po pokrojeniu w kostkę wychodzi duża garść)
  • zioła prowansalskie, sól, pieprz

Przygotowanie:
[wzorowałam się na przepisie na fougasse z bloga Cioccolato Gatto]
  1. drożdże rozpuścić w ciepłej wodzie, do której dodajemy mleko, cukier i łyżkę mąki
  2. pojemnik, w którym rozpuściliśmy drożdże, przykrywamy ściereczką i odstawiamy na 10-15 min do wstępnego wyrośnięcia (czekamy, aż drożdże "ruszą", czyli zaczną produkować coś w stylu piany)
  3. przesiewamy mąkę i sól do miski, dodajemy łyżkę miękkiego masła i rozcieramy je z mąką i solą tak, jak w przypadku wyrabiania ciasta kruchego czy na kruszonkę
  4. do mąki i soli z roztartym masłem dodajemy mieszaninę z drożdżami (po tym, jak wstępnie wyrosną) i wyrabiamy ciasto (nie powinno być zbyt lepkie, raczej sprężyste), zagniatając na stolnicy lub blacie przez ok. 10 min
  5. po zagnieceniu ciasta, wkładamy je do miski (może być ta sama, w której wyrabialiśmy ciasto), przykrywamy ściereczką i odstawiamy do wyrośnięcia w ciepłe miejsce (czekamy do podwojenia objętości ciasta; ja zwykle stawiam misę blisko ciepłego kaloryfera ;)
  6. w międzyczasie włączamy piekarnik i nagrzewamy go do 220 stopni Celsjusza
  7. obieramy i kroimy czosnek oraz cebulę, drobno siekamy i podsmażamy przez chwilę na łyżce oliwy
  8. do podsmażonej cebuli i czosnku wlewamy pastę pomidorową, mieszamy i podduszamy razem przez ok 10 min, bez przykrycia, żeby odparować ew. płyn z pasty
  9. mieszaninę cebulowo-czonskowo-pomidorową doprawiamy solą, pieprzem i ziołami prowansalskimi do smaku
  10. kroimy oliwki w plasterki oraz boczek w kostkę
  11. gdy ciasto podwoi objętość, uderzamy w nie pięścią (energicznie :)
  12. wyjmujemy ciasto z miski i chwilę zagniatamy
  13. ciasto dzielimy na 2 części, z każdej formujemy prostokąt (lub owal) i lekko rozwałkowujemy
  14. na jednej połowie uzyskanego prostokąta rozsmarowujemy pastę pomidorową oraz rozkładamy pokrojone oliwki i boczek, zostawiając ok 1 cm marginesu, żeby umożliwić sklejenie obu połówek prostokąta po ich złożeniu
  15. drugą połowę prostokąta nacinamy (poprzeczne kreski), najlepiej żyletką albo bardzo ostrym nożem (ja niestety nie miałam żyletki, a nóż jednak średnio się sprawdził)
  16. składamy obie połówki prostokąta (tak, jak zamykamy książkę), sklejamy brzegi
  17. te same czynności powtarzamy w przypadku drugiego prostokąta
  18. chlebki przekładamy na blachę wyłożoną papierem pergaminowym (blacha powinna być dość duża, może być taka "fabryczna" duża blacha, która jest elementem wyposażenia każdego piekarnika)
  19. rozkłócamy jajko z chlustem mleka i smarujemy chlebki uzyskaną w ten sposób mieszaniną
  20. posmarowane chlebki posypujemy ziołami prowansalskimi
  21. blachę z chlebkami wstawiamy do piekarnika i pieczemy przez ok. 20 min
  22. wyjmujemy z piecza i kroimy chlebek na pół lub w kromki
Serwujemy na ciepło (nie wiem niestety, jak smakuje na zimno, bo chlebek nie doczekał wystygnięcia ;)



sobota, 5 listopada 2011

Pochwała wspólnego pichcenia (tartinki i crumble)

O wspólnym pichceniu z rodziną już było (i myślę, że jeszcze nie raz będzie :), tym razem o wspólnym pichceniu z przyjaciółkami. Mamy z Elizą i Justyną, z którymi chodziłam do jednej klasy w liceum i z którymi cały czas blisko się przyjaźnię, taki zwyczaj, że co jakiś czas spotykamy się u którejś z nas w domu lub w jakimś miejscu publicznym i omawiamy bardzo ważne sprawy (plotkujemy ;). Tym razem spotkałyśmy się w dopiero co nabytym i odpicowanym mieszkaniu Justyny. Spotkanie to różniło się jednak od pozostałych ;) O ile plotkowaniu zawsze towarzyszyły jakieś przekąski, o tyle tym razem były to pełnoprawne dania, a dokładnie danie i deser, poprzedzone szybką konsumpcją muffinów z fetą, szpinakiem i suszonymi pomidorami, które dla mnie i Justyny przyniosła Eliza. Bardzo dobre to było, mimo, że jedzone w pośpiechu (nagły napad popracowego głodu) i na stojąco ;)

Menu na ten wieczór zostało wcześniej zaplanowane i omówione, a obowiązki podzielone - dzięki temu, gdy z Elizą pojawiłyśmy się w mieszkaniu Justyny wszystkie składniki były gotowe, a my nie musiałyśmy już pochylać się nad lodówką w zadumie nad tym, co by tu ugotować ;) Zamiast dumać, przystąpiłyśmy do pracy czyli do przygotowania tartinek (małych tart) z brokułami i pieczarkami oraz owocowego crumble. [Zdjęcia wykonałam aparatem, w który wyposażony jest mój telefon komórkowy, także z góry przepraszam za słabszą niż zazwyczaj jakość obrazków.]

Tartinki z brokułami i pieczarkami

Przygotowywując tartinki, korzystałyśmy z przepisu na ciasto do tarty, który podałam we wpisie o tarcie z kurkami. Proporcje składników ciasta pozostają bez zmian, zmienia się tylko rozmiar foremki. Z takiej ilości składników, jak w tym przepisie, wychodzi 12 tartinek z foremek o średnicy ok 11-12 cm.

Gdy już mamy gotowe ciasto, smarujemy każdą foremkę odrobiną masła i obsypujemy mąką, żeby ciasto nie przywarło zbytnio do foremek. Wstawiamy wyklejone ciastem foremki do lodówki na 15 min (foremek miałyśmy 6, więc na pierwszy rzut poszła połowa ciasta, a druga połowa spokojnie leżała w misce, czekając na swoją kolej). Po upływie tych 15 minut, ponakłuwałyśmy dno każdej foremki z ciastem widelcem i wstawiłyśmy je na 10 min do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza. A to dlatego, żeby ciasto się upiekło zanim zostanie wypełnione farszem.

Składniki na farsz:
  • 1 świeży brokuł (niezbyt duży, ten, który miałyśmy, miał rozmiary 1/2 przeciętnego brokuła)
  • 300g pieczarek
  • 1 zwykła cebula (średniej wilekości)
  • 1/2 dużego pęczka lub 1 cały mały pęczek świeżej natki
  • 150g sera żółtego
  • 2 jajka
  • 1 małe opakowanie śmietany 18% (200g)
  • gałka muszkatołowa, sól i pieprz
Przygotowanie:
  1. brokuł umyć i podzielić na małe różyczki (łodygę można wyrzucić, nie będzie potrzebna), rozmiaru mniej więcej połowy kciuka (no chyba, że ktoś ma kciuki-giganty, to wtedy mniejsze ;)
  2. pieczarki umyć, obrać (lub nie, jeśli ktoś nie ma obierania w zwyczaju), posiekać na plasterki i podsmażyć (żeby odparować wodę)
  3. cebulę obrać i drobno posiekać, podmsażyć
  4. natkę umyć i drobno posiekać
  5. wymieszać brokuły, usmażone pieczarki i cebulę oraz natkę
  6. ser żółty zetrzeć na tarce
  7. jajka wbić do miski, dodać śmietanę, przyprawy (po dużej szczypcie każdej) i połowę sera żółtego, dobrze wymieszać
  8. do każdej foremki z podpieczonym ciastem nałożyć farsz warzywny (po 2 kopiaste łyżki)
  9. farsz polać mieszaniną śmietanowo-serowo-jajeczną (po 2 płaskie łyżki)
  10. na wierzchu posypać odrobiną sera żółtego
  11. wstawić do piekarnika na 15-20 min (do zrumienienia wierzchu tarty), piec w 200 stopniach
  12. po upiececzniu wyjąć tartinki z foremek i można serwować
  13. opróżnione foremki wylepić pozostałym ciastem i powtórzyć wszystkie czynności
Tartinki wyszły super, bardzo dobrze komponowały się ze schłodzonym białym wytrawnym winem :) Na pewno nie wyszłyby takie dobre, gdyby nie wrodzony talent Justyny do robienia ciasta francuskiego. Wręcz genialnie je wyrobiła, mimo, że to była to jedna z pierwszych jej przygód z tym rodzajem ciasta ;) Niemniej duży wkład miała Eliza, która fenomenalnie obrała i pokroiła pieczarki oraz starła ser. Moje Drogie, szacun :) 12 tartinek to porcja dla 6 osób. Nie, nie zjadłyśmy wszystkich we 3... Każda z nas dostała po 2 szt na wynos.

Crumble według Elizy

Po przeprowadzeniu szeroko zakrojonych poszukiwań, Elizie w końcu udało się kupić kokilki (czyli takie małe ceramiczne foremki, jak ta na powyższym zdjęciu, które mogą służyć do przygotowania nie tylko małych porcji crumble, ale także np. creme brulee czy musu czekoladowego czy śniadaniowych zapiekanych jajek). Bez tego crumble pewnie też by wyszło, ale nie miałoby już tego uroku, co podane w ten sposób ;)

Crumble to po prostu owoce zapieczone pod kruszonką = prosty i pyszny deser, który można zrobić chyba z każdego rodzaju owoców (no, może poza babanami, są chyba trochę za suche). Eliza zaserwowała nam crumble w wydaniu z mieszanką różnych owóców, które kupiła w postaci mrożonki. Do tego słodkie ciasto kruszonkowe, które sprawia, że kwaskowate czasami owoce nabierają słodyczy. Wierzch można udekorować gałką lodów waniliowych lub waniliowym serkiem homogenizowanym. Eliza zaserwowała nam z lodami:


Składniki (na 3 porcje)
  • wybrane owoce (po 2-3 łyżki na kokilkę)
  • 50 g mąki
  • 25 g masła + dodatkowo do wysmarowania kokilek
  • 2 łyżki cukru pudru
  • 1 łyżeczka wody
  • 3 szczypty brązowego cukru
Przygotowanie:
  1. mąkę wymieszać z masłem, cukrem pudrem i wodą, rozcierając masło palcami z innymi składnikami
  2. ulepić kulę i owinąć ją folią spożywczą
  3. wstawić do zamrażalnika na 20 min
  4. kokilki wysmarować masłem
  5. do wysmarowanych masłem kokilek włożyć owoce (jeżeli korzystamy z mrożonych, dobrze jest je wcześniej rozmrozić)
  6. ciasto wyjąć z lodówki i zetrzeć na tarce
  7. owoce posypać ciastem, a ciasto posypać brązowym cukrem (po szczypcie na kokilkę)
  8. wstawić kokilki do piekarnika nagrzanego do 200 stopni Celsjusza (można zaraz po wyjęciu tartinek, bo to ta sama temperatura ;) i piec przez ok. 20 min
Crumble wyszło super, polecam :) Można je równie dobrze zrobić w normalnym naczyniu żaroodpornym w większych ilościach (np. dla całej rodziny). Smacznego :)

środa, 2 listopada 2011

Sałatka z pieczonych buraków i sera feta

Burak to moim zdaniem bardzo niedoceniane warzywo. W naszym pięknym kraju występuje chyba głównie w postaci zasmażanych buraczków, serwowanych z różnego rodzaju daniami mięsnymi (jak dla mnie zasmażane buraczki najlepiej smakują z kotletami mielonymi :). Jest jeszcze barszcz czerwony, ale kto tak naprawdę gotuje barszcz z buraków? Myślę, że królują przesolone i przebenzoesanowione barszczyki z torebki, najlepiej instant, żeby nie trzeba było gotować... No i ćwikiełkę też się jada, u mnie w rodzinie specjalistą od produkcji ćwikły jest dziadek ze strony mamy, który zawsze hojnie obdarowywuje nas słoikami z tąże.

Tymczasem z buraczków można zrobić inne fajne dania. Wybranek dotąd ciepło wspomina carpaccio z tuńczyka z burakami, które zamówił w restauracji Ancora w trakcie zeszłorocznego wypadu weekendowego do tego miasta. Mi z kolei bardzo smakowało sałatka na ciepło z pieczonych buraków, ziemniaków i dyni, która mniej więcej rok temu pojawiła się w menu nieistniejącej już restauracji Esencja Smaku, która mieściła się przy ul. Odolańskiej na warszawskim Starym Mokotowie. Esencja Smaku została niestety przeniesiona w inne miejsce (przy Teatrze Rozmaitości) i przemianowana na DeliEs. Wieść niesie, że poziom kuchni znacznie spadł, więc jakoś specjalnie mnie tam nie ciągnie. Ale do rzeczy :)

Fajne dania z buraków powstają nie tylko w restauracjach, ale także w polskich domach :) Powstają i u mnie :) Zainspirowana przepisami na sałatki z pieczonymi burakami, które można znaleźć na blogu Kwestia Smaku, opracowałam własną kompozycję: sałatkę składającą się z pieczonych buraków, sera feta, miksu sałat, orzechów włoskich i natki, a wszystko to w towarzystwie miodowo-balsamicznego dressingu. Nieskromnie stwierdzam, że wyszła z tego bardzo udana kompozycja, którą niniejszym prezentuję i polecam :)

Sałatka z pieczonych buraków i sera feta
[buraki się trochę schowały, ale będą dobrze widoczne na kolejnym zdjęciu]

Składniki (dla 4-5 osób)
  • 2 średniej wielkości buraki
  • 1 kostka sera feta (najlepiej z importu)
  • 1 opakowanie mieszaki różnych sałat
  • garść orzechów włoskich
  • garść posiekanej natki pietruszki
  • 3 łyżeczki octu balsamicznego
  • 6 łyżeczek oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia
  • 1 łyżeczka płynnego miodu
Przygotowanie:
  1. buraki umyć w ciepłej wodzie i bez obierania ze skórki owinąć w folię aluminiową (każdy osobno)
  2. ułożyć na blasze/kratce do pieczenia piec w piekarniku przez 60 min w temperaturze ok. 190-200 stopni (sposób zaczerpnięty z bloga Kwestia Smaku), na środkowej półce
  3. po upieczeniu wystudzić buraki w folii
  4. po wystudzeniu buraków obrać je ze skórki za pomocą obieraczki do ziemniaków lub noża
  5. obrane buraki pokroić w kostkę
  6. wymieszać ocet balsamiczny, oliwę i miód
  7. uzyskanym w ten sposób dressingiem polać sałatę i dobrze wymieszać (najlepiej dłońmi)
  8. na doprawionej dressingiem sałacie ułożyć buraki i pokrojony w kostkę ser feta
  9. pokruszyć orzechy, posypać nimi sałatkę
  10. na koniec posypać całość posiekaną natką
  11. nałożyć sobie porcję na talerz, wymieszać wszystkie składniki i jeść :) 


Najbardziej pracochłonnym etapem przygotowania tej sałatki jest pieczenie buraków. Ja kupiłam i upiekłam cały kilogram (ok. 5 sztuk), z czego 2 buraki wykorzystałam do sałatki, a resztę do... zasmażanych buraczków, a jak ;) Zrobiłam je jednak w wersji light (bez masła). Upieczone i obrane ze skórki buraczki starłam na tarce (na tzw. "grubych" oczkach), wymieszałam je z jedną drobno pokrojoną szalotką (może też być zwykła cebula, byle niewielka) i podsmażyłam chwilę (3-5 min) na 1-2 łyżkach oliwy z oliwek, doprawiając solą i pieprzem do smaku. Gdy buraczki i cebula się podgrzały, a ich smaki się "przegryzły", posypałam całość posiekaną natką pietruszki (kilka gałązek) i podałam jako dodatek do głównego dania. Polecam :)

Po głowie chodzi mi jeszcze upieczenie muffinów z burakami. Połączenie to może się wydawać dość zaskakujące, ale widziałam kiedyś w telewizji program, w którym przygotowano ciasto czekoladowe z burakami, które nadały wypiekowi fajnej wilgotności, a jednocześnie sprawiły, że ciasto było mniej kaloryczne. Ciekawa jestem tylko, jak to smakowało...no ale nie przekonam się, póki nie spróbuję ;)

wtorek, 1 listopada 2011

Drożdzowe bułeczki z nadzieniem

Drożdżowe ciasto to moje ulubione, w zasadzie niezależnie od formy, jaką przyjmuje. Nie spocznę, póki wiem, że w domu jest jakaś niezjedzona drożdżówka (szczególnie drożdżowy rogalik z marmoladą pieczony w kuchennym piecu kaflowym przez siostrę mojej babci), przerwę dietę dla kawałka drożdżowego placka z owocami, nie odmówię pizzy na drożdżowym cieście. W swojej drożdżowej przypadłości nie jestem jednak osamotniona - u nas to rodzinne ;)

Mimo, że tak bardzo lubię drożdżowe wypieki, sama przez długi czas ich nie robiłam. A to dlatego, że zewsząd słyszałam głosy, że ciasto drożdżowe jest trudne do zrobienia i kapryśne: ciężko się wyrabia, słabo wyrasta, trzeba pozamykać wszystkie drzwi i okna, żeby ciasta z zaczynem nie dosięgnął żaden przeciąg, trudno jest uzyskać naprawdę puszyste wypieki, itd. Najciekawszą historię-straszaka słyszałam od taty: opowiadał nam o zwyczaju pieczenia baby wielkanocnej w jego rodzinie. Nie było łatwo, babę robiło się przez kilka dni, a wszyscy drżeli o jej los, chodząc wokół niej na palcach... a wszystko to przez przesąd, że jak baba wielkanocna nie wyjdzie to rodzinę w kolejnym roku będą czekały nieszczęścia. Aż strach w ogóle zaczynać piec taką złowieszczą babę ;)

Mimo całego tego straszenia, raz po raz podejmowałam wyzwanie, robiąc różne drożdżowe wypieki. Dzięki temu, że się odważyłam, znalazłam bardzo dobry przepis na foccacię/spód do pizzy, którym chętnie podzielę się na blogu przy najbliższej okazji. Próbowałam też piec drożdżowe bułeczki, dwa razy. Za pierwszym razem uzyskany efekt przypominał nieco pierwszy mus czekoladowy Wybranka - bułeczki wyszły twarde jak kamień. Trochę się wtedy zniechęciłam do pieczenia drożdżowych bułeczek - kolejną próbę podjęłam dopiero wczoraj (pierwsze bułeczki upiekłam będąc licealistką, czyli dawno temu ;). Efekty tej próby były lepsze niż pierwszej, niemniej jednak przepis potrzebuje jeszcze kilka modyfikacji, które - mam nadzieję - sprawią, że efekty będą zadowalające...lub nawet powalające ;)

Piekąc wczoraj bułeczki drożdżowe z nadzieniem, korzystałam z przepisu pochodzącego z mojego ulubionego wypiekowego bloga - Moje Wypieki. Przepis jest prosty, ale wymaga trochę cierpliwości, i przy wyrastaniu ciasta i przy lepieniu bułeczek. Ale może potrzeba tej cierpliwości wynika z mojego braku doświadczenia w tej akurat materii ;)

Drożdżowe bułeczki z nadzieniem 


Składniki (na 12 sztuk wielkości wyrośniętej kajzerki):
  • 550g mąki pszennej
  • 1 szklanka ciepłego (ale nie gorącego) mleka
  • 14g suszonych drożdży (w oryginalnym przepisie jest 15g, ale saszetki z suszonymi drożdżami dostępne w Polsce są zwykle 7-gramowe, więc wzięłam ciut mniej)
  • 3 łyżki roztopionego (i ostudzonego) masła
  • 1 jajko + 2 żółtka
  • 3 łyżki cukru
  • wybrana marmolada/dżem (ja miałam konfitury wiśniowe z kawałkami owoców)
  • 1 dodatkowe jajko roztrzepane z chlustem mleka do posmarowania bułeczek przed pieczeniem
Po konsumpcji bułeczek stwierdziłam, że warto byłoby też dodać:
  • esencję waniliową (na oko ok. 2 łyżeczek)
  • więcej cukru (dodałabym 2 razy tyle, ile jest w pierwotnym przepisie)
Dzięki temu bułeczki będą miały piękny waniliowy aromat oraz będą słodsze (te moje były bardzo mało słodkie). Zamiast kruszonką, która występuje w oryginalnym przepisie, bułeczki można posypać makiem (wersja dla leniwych ;).

Przygotowanie:
  1. drożdże wymieszać z 3 łyżkami mąki, wymieszać z ciepłym mlekiem i cukrem, przykryć ściereczką i odstawić na 15 min do wstępnego wyrośnięcia (drożdże muszą "ruszyć", jak pisze autorka bloga, z którego zaczerpnęłam przepis; "ruszenie" oznacza, że na powierzchni mieszaniny zaczynają pojawiać się bąbelki)
  2. dodać pozostałe składniki, dobrze wymieszać i wyrobić ciasto przez kilka minut (najlepiej na stolnicy lub blacie, jeśli mamy taką możliwość)
  3. po wyrobieniu ciasto powinno być jędrne i gładkie, nie powinno specjalnie się kleić
  4. wyrobione ciasto odstawiamy na 1/2 godziny do wyrośnięcia, w ciepłe miejsce, pod przykryciem - czekamy aż podwoi swoją objętość (jeśli zajmie mu to więcej czasu, czekamy dłużej)
  5. po wyrośnięciu ciasta uderzamy w nie pięścią, a następnie jeszcze chwilę wyrabiamy
  6. dzielimy ciasto na 12 części, z których formujemy placuszki
  7. na środku każdego placuszka kładziemy łyżeczkę nadzienia, zwijamy boki w sakiewkę (próbowałam kilku technik, ta wyszła najlepiej), formujemy kule i kładziemy na blasze posmarowanej tłuszczem (u mnie było masło) i obsypanej mąką (najlepiej chyba układać bułeczki zlepieniem do dołu, żeby dobrze się zasklepiło)
  8. gdy wszystkie bułeczki są już na blasze, przykrywamy ją ściereczką i odstawiamy na 1/2 godz do wyrośnięcia (na tym etapie bułeczki mogą się pozrastać, ale tak ma być ;)
  9. nagrzać piekarnik do 190 stopni Celsjusza (moim zdaniem mogłoby być trochę mniej, żeby bułeczki nie były spieczone), bez termoobiegu
  10. po wyrośnięciu bułeczek posmarować każdą jajkiem roztrzepanym z chlustem mleka, żeby były pięknie zarumienione i błyszczące
  11. po posmarowaniu każdą bułeczkę można posypać makiem (w oryginale jest kruszonka, ale jakoś nie chciało mi się jej robić, postawiłam więc na mak ;)
  12. gotowe bułeczki wstawić na środkową półkę do piekarnika i piec 25 min (bułeczki trzeba obserwować, gdyby za bardzo się zarumieniły, trzeba obniżyć temperaturę - niestety każdy piekarnik zdaje się być inny i trzeba dostosowywać wytyczne do danego piekarnika)
A wygląda to tak:

I jeszcze jedna uwaga: drożdżowe ciasto szybko wysycha. Jeżeli więc nie skonsumujecie wszystkich bułeczek od razu po upieczeniu, trzymajcie je w opakowaniu, które pozwoli uchronić je przed wysychaniem. Jeżeli poleżą 1-2h na paterze, bez przykrycia, wyschną i nie będą już takie fajne.

Powodzenia w zmaganiach z drożdżami :) To wcale nie takie trudne ;)