czwartek, 29 grudnia 2011

Rozgrzewająca zupa jarzynowa Justyny z imbirową nutką

Justyna to osoba, z którą w liceum przesiedziałam w jednej ławce 4 lata. Stosując zasadę "co dwie głowy to nie jedna" przeszłyśmy przez te lata "ramię w ramię", tworząc całkiem udany tandem :) Przyjaźń przetrwała, mimo 5-letniej rozłąki, podczas której Justyna studiowała na jednym z najstarszych uniwersytetów w Europie. Teraz obie mieszkamy i pracujemy w Warszawie i co jakiś czas spotykamy się w towarzystwie Elizy, która chodziła z nami do tej samej klasy, pracowała z Justyną w tej samej firmie i od liceum jest moją najlepszą przyjaciółką.

Naszym spotkaniom zawsze towarzyszy coś do jedzenia i coś do picia. Z zadowoleniem obserwowałam kulinarną ewolucję Justyny, która jeszcze 2-3 lata temu niezbyt garnęła się do gotowania. Aż tu nagle, po przeprowadzce do własnego mieszkania wyposażonego w działającą kuchenkę z piekarnikiem (czego w wynajmowanych mieszkaniach niestety często brakuje), zaczęła gotować. Nieskromnie przyznam, że miałam w tym swój udział, bo regularnie namawiałam ją do gotowania, a żeby jeszcze bardziej ją zdopingować, sprezentowałam jej książkę Jamiego Olivera o wiele znaczącym w tej sytuacji tytule "Każdy może gotować". Jakiś czas temu pisałam o wspólnym pieczeniu tarty z brokułami i pieczarkami podczas jednego z naszych spotkań. I co się okazało? Justyna złapała bakcyla! :) Gdy widziałyśmy się kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia, wyznała mi i Elizie, że już kilka razy robiła tartę z tamtego przepisu, a poza tym zaczęła wypróbowywać przepisy z książki, którą ode mnie dostała. Udało się :)

Właśnie podczas tego przedświątecznego spotkania Justyna zaserwowała nam pyszną zupę, przygotowaną zgodnie z jednym z przepisów Jamiego Olivera z tej książki. W oryginale zupa nazywa się po prostu "zupa z soczewicą i szpinakiem", a przepis na nią można znaleźć na stronie 137 tej książki. Dla mnie jednak już zawsze będzie to "zupa Justyny", której dziękuję za przygotowanie tej zupy tamtego wieczoru oraz wyrozumiałość wobec mojego apetytu, którego nie udało mi się poskromić (była grana dokładka; do tej pory zastanawiam się, czy nie wyjadłam całej zupy, która była przeznaczona nie tylko dla nas trzech, ale także dla Wybranka Justyny...).

"Zupa Justyny" to połączenie tradycyjnych i nieco mniej tradycyjnych (jak na polskie zwyczaje kulinarne) składników. Znajdziecie w niej czerwoną soczewicę, pomidory, czosnek, cebulę i szpinak, ale także seler naciowy, chili i świeży imbir. Idealna mieszanka na zimne wieczory - syci i rozgrzewa. Dla mnie była też miłą odmianą po świątecznym obżarstwie ;) Gorąco polecam :)

Zupa Justyny


Składniki (na 6-8 porcji, jak podaje Jamie Oliver):
  • 2 marchewki
  • 2 łodygi selera naciowego
  • 10 pomidorków koktajlowych (ja miałam 3 nieduże tradycyjne pomidory)
  • 2 średnie cebule (u mnie 1 większa)
  • 2 ząbki czosnku
  • 300g czerwonej soczewicy (u mnie 250g, bo kupiłam 500-gramowe opakowanie i chciałam, żeby wystarczyło mi na 2 razy ;)
  • 200g szpinaku
  • 2 kostki bulionowe (u mnie warzywna, ekologiczna, nabyta w sklepie z ekologiczną żywnością)
  • kawałek świeżego imbiru wielkości kciuka (można dodać mniej - przy dodaniu takiej ilości jak w przepisie, imbir jest mocno wyczuwalny w zupie)
  • 0,5-1 papryczka chili (ja dodałam całą jedną papryczkę, bez pestek - sprawiło to, że zupa była lekko pikantna, ale nie za bardzo czyli tak, jak łagodna zupa w tajskiej restauracji ;)
  • opcjonalnie: po kopiastej łyżce jogurtu natutalnego na każdą porcję
  • 2 łyżki oliwy z oliwek
  • sól, pieprz
Przygotowanie:
  1. marchew obrać i posiekać w talarki
  2. cebulę obrać i drobno posiekać (żeby w zupie nie pływały duże kawałki)
  3. czosnek obrać i pokroić w cienkie plasterki
  4. łodygi selera pokroić w "plasterki"
  5. na dno garnka wlać 2 łyżki oliwy, rozgrzać
  6. na rozgrzaną oliwę wrzucić pokrojone dotychczas warzywa - smażyć pod przykryciem przez ok 10 min
  7. w międzyczasie sparzyć pomidory wrzątkiem i obrać ze skórki (tego nie ma w oryginalnym przepisie, ale dobrze jest to zrobić, żeby skórki nie pływały luzem w zupie i żeby któraś z nich przypadkiem nie przykleiła się komuś do podniebienia ;)
  8. pomidory pokroić (jeśli mamy koktajlowe - na pół, jeśli zwykłe - na ósemki, a każdą ósemkę na 2-3 części)
  9. imbir obrać i pokroić w cienkie plasterki
  10. chili pozbawić pestek, drobno pokroić
  11. kostki bulionowe zalać 1,8l wrzącej wody i przygotować bulion
  12. wrzucić warzywa do garnka (pomidory, chili, imbir i soczewicę), zalać bulionem, gotować 10 minut
  13. tuż przed podaniem dodać świeży szpinak i zamieszać (Jamie podaje, że powinno się dodać szpinak 30s przed końcem gotowania)
  14. doprawić do smaku solą i pieprzem
  15. po przełożeniu zupy do naczyń, w których będzie serwowna, na wierzchu każdej porcji można zrobić jogurtowy kleks (jogurt nieco łagodzi smak)
Smacznego :)

P.S. Dodatkowa uwaga [31.12.2011]: zupę ugotowałam 2 dni temu wieczorem, był cały gar, więc jadłam sobie ją stopniowo, w sumie wyszły 4 porcje (a nie 6-8 ;) i muszę przyznać, że zupa była najlepsza tuż po jej ugotowaniu, raczej nie nadaje się do dłuższego przechowywania i wielokrotnego odgrzewania, bo staje się mdła, o czym przekonałam się dziś, jedząc ugotowaną w czwartek wieczorem zupę na lunch...

środa, 28 grudnia 2011

(Po)świąteczny pasztet

Kilka lat temu zapragnęłam upiec pasztet na Wielkanoc. Tak się złożyło, że dobre pasztety piekła mama mojego ówczesnego Wybranka. Podzieliła się przepisem, który wypróbowałam i któremu jestem wierna do dziś. Lata mijają, autorka przepisu z mojej potencjalnej teściowej zmieniła się w moją niedoszłą, a czyjąś obecną teściową, a u nas na stole pasztet króluje co święta... Piekę go w dość dużych ilościach (min.2 wąskie blachy, takie jak na keks) i dzielę się z rodziną. Kawałek zachowuję również dla obecnego Wybranka, którego mama wprawdzie pasztetu nie robi, ale gotuje za to świetny bigos :)

Wbrew temu, co mogłoby się wydawać (a przynajmniej - co wydawało się mi, zanim zaczęłam robić pasztet), to nie jest trudne danie. No bo co to za sztuka kupić, ugotować, zmielić, doprawić i upiec mięso? Jego przygotowanie jest jednak dość czasochłonne, a osoby, które nie lubią babrać się w gotowanym mięsie (żeby oddzielić chrząstki, kostki, płaty tłuszczu, itd.), może przyprawić o mdłości. Ja mam to szczęście, że mięso kupuje i gotuje moja mama - ja przyjeżdżam na gotowe, a moim zadaniem jest najczęściej tylko oczyszczenie ugotowanego mięsa z niepotrzebnych części (jak wyżej), zmielenie, doprawienie i upieczenie. Nie jest to specjalnie obciążające ;)

Wpis ten dedykuję mojej niedoszłej teściowej, telepatycznie (bo raczej się już twarzą w twarz nie spotkamy, chyba, że przez przypadek), dziękując za ten przepis.

Pasztet (po)świąteczny*

Składniki (na 2 podłużne blachy, takie jak do keksu):
  • 1 cały kurczak (tu mała modyfikacja zaproponowana przez moją mamę z uwagi na fakt, że piersi kurczaka są suche, a my nie chcemy suchego pasztetu - całego kurczaka zastępujemy 4 ćwiartkami z kurczaka, czyli takimi wielkimi "udziskami")
  • 1 kg szynki wieprzowej bez kości (surowej ;)
  • 1/2 kg surowego boczku
  • 4 wątróbki drobiowe
  • 2 cebule
  • 1 korzeń pietruszki
  • 2 marchewki
  • 1 ząbek czosnku
  • 1 liść laurowy
  • 2 ziela angielskie
  • majeranek, sól, pieprz do smaku
  • 3 jajka
  • 2 suche bułki
  • odrobina oleju do wysmarowania blach i bułki tartej do ich obsypania
Przygotowanie:
  1. wszystkie mięsa (oprócz wątróbek) ugotować w wodzie z warzywami i przyprawami/ziołami
  2. wątróbki ugotować osobno, w samej wodzie, bez przypraw
  3. ugotowane mięso oddzielić od kości i zmielić (uwaga, nie wyrzucamy skóry z kurczaka i tłuszczu z boczku - poza "podeszwą" - bo inaczej pasztet będzie zbyt suchy)
  4. namaczamy suche bułki w wywarze z mięsa, odsączamy
  5. mięso (również wątróbki), namoczone bułki oraz marchew mielimy w maszynce do mielenia mięsa dwukrotnie
  6. do zmielonego mięsa, bułki i marchwi wbijamy jajka oraz doprawiamy solą i pieprzem (uwaga z solą, jeśli sporo dodaliście do gotowania mięsa) - tutaj mama doradziła mi, żeby doprawiać przed dodaniem jajka, bo wtedy mogę spokojnie spróbować, czy masa jest wystarczająco doprawiona; po dodaniu surowego jajka lepiej nie próbować
  7. wyrabiamy mieszaninę na gładką masę
  8. foremki do pieczenia (takie jak do keksu) smarujemy olejem i obsypujemy bułką tartą
  9. wypełniamy foremki masą i przykrywamy folią aluminiową (żeby pasztet nie wysechł podczas pieczenia)
  10. nagrzewamy piekarnik do 180%
  11. pieczemy pod przykryciem przez 1,5-2h, ok 20 min przed wyjęciem z pieca zdejmujemy folię, żeby pasztet się przyrumienił
  12. po upieczeniu studzimy, zabezpieczamy przed wyschnięciem i chowamy do lodówki
Podajemy schłodzony, z chrzanem, ćwikłą lub ogórkami kiszonymi lub z czym kto woli :)

Smacznego :)

*Piekę go na święta, więc dla mnie jest świąteczny, ale że przepis podaję już po świętach...

wtorek, 27 grudnia 2011

Muffinowa alternatywa dla makowca

Najlepszy makowiec - ze wszystkich, które w te święta pochłaniałam - zrobiła siostra mojej babci. Puszyste drożdżowe ciasto, rumiana skórka przypieczona w piecu kaflowym (ciocia twierdzi, że z gazowego piekarnika ciasta nie wychodzą takie dobre) i własnej roboty makowy farsz. Makowiec-ideał :)

Ja - z moim wrodzonym lenistwem i zamiłowaniem do potraw, które można zrobić byle jak, a wychodzą dobre - postawiłam na makowe muffiny na bazie mojego sprawdzonego przepisu na te wypieki. A do tego "kupna" (jak to brzmi ;) masa makowa z puszki, lukier, kandyzowana skórka z pomarańczy i migdały. I choć do ciocinego makowca się nie umywały, były całkiem całkiem :) Polecam - teraz już nie na święta, bo "święta, święta i po świętach" - ale może na Nowy Rok lub na nasze nowe święto narodowe - Trzech Króli.

Makowe muffiny

Składniki (na 12-16 muffinów o średnicy 5 cm):
  • 300g mąki pszennej
  • 120g cukru
  • ok 30g cukru waniliowego (duża paczuszka, tzw. "na 1 kg mąki" lub "na dużą porcję")
  • 1 łyżeczka proszku do pieczenia
  • 1 łyżeczka sody oczyszczonej
  • 1 jajko
  • 180ml jogurtu naturalnego
  • 125ml oleju słonecznikowego
  • ok. 200g masy makowej z bakaliami (ja miałam 850-gramową puszkę marki Bakalland, zużyłam 1/4 na 1 porcję ciasta - teraz zastanawiam się, co zrobić z resztą ;)
  • 165g szklanki cukru pudru (1/2 szklanki) + 1 łyżka wody (można też użyć soku z cytryny zamiast wody)
  • kandyzowana skórka z pomarańczy i/lub płatki migdałów do dekoracji
Przygotowanie:
  1. nagrzać piekarnik do 180 stopni Celsjusza (bez termoobiegu; grzanie od góry i od dołu)
  2. w jednym naczyniu dobrze wymieszać suche składniki: mąkę, cukier, cukier waniliowy, proszek do pieczenia i sodę
  3. w drugim naczyniu dobrze wymieszać mokre składniki: jajko, olej i jogurt
  4. obie mieszaniny połączyć, dobrze wymieszać (wystarczy łyżką, robot kuchenny nie jest potrzebny, szkoda zachodu ;)
  5. blachę do pieczenia muffinów wyłożyć papilotkami lub każde zagłębienie wysmarować tłuszczem
  6. do każdej papilotki/do każdego zagłębienia nałożyć masę (do 2/3 wysokości/głębokości)
  7. na wierzchu masy położyć po 1 płaskiej łyżeczce masy makowej i delikatnie "rozkłócić" ją z ciastem za pomocą wykałaczki (takiej jak do koreczków) - chodzi o to, żeby powstał marmurkowy wierzch muffina, czyli ciastowo-makowy
  8. blachę z muffinami wstawić do piekarnika (na środkową półkę) i piec przez 23min w temperaturze 180 stopni Celsjusza
  9. po upieczeniu wystudzić
  10. po wystudzeniu polukrować wierzch każdej babeczki (lukier robimy dodając 1 łyżkę wody do 1/2 szklanki cukru i dobrze mieszając oba składniki, do uzyskania konsystencji pasty)
  11. polukrowane muffiny posypać skórką pomarańczową lub migdałami lub skórką i migdałami :)
Smacznego :)

niedziela, 18 grudnia 2011

Amerykańskie ciasteczka z kawałkami czekolady i orzechów laskowych z przepisu Elizy

Moja najbliższa przyjaciółka - Eliza - piecze te ciasteczka od lat. "Amerykańskie", bo przepis został zaimportowany przez rodzinę Elizy, której członkowie wiele lat mieszkali w USA. Przepis ten jako pierwsza wynalazła i wypróbowała podobno starsza siostra Elizy. Nie chciała go nikomu zdradzić, twierdząc, że to jej kulinarna tajemnica. Z czasem okazało się, że przepis pochodzi z opakowania z dropsami czekoladowymi do wypieków ;) I po tajemnicy :)

Poprosiłam Elizę o przepis, bo jakiś czas temu dostałam od niej sporo tych ciasteczek, a część mojej porcji trafiła w ręce mojej siostry, której ciasteczka te bardzo przypadły do gustu. Poprosiłam o przepis, żeby zrobić je dla mojej siostry, zastrzegając, że nie zdradzę go na blogu ;) Eliza stwierdziła jednak, że z tego przepisu wychodzą tak dobre ciasteczka, że warto się nim dzielić z innymi. Zostałam więc namaszczona do opublikowania tego przepisu, co niniejszym czynię.

Amerykańskie ciasteczka Elizy

Składniki (z tej ilości składników wychodzi ok 30-35 dużych ciastek, o średnicy ok. 6 cm):
  • 2,5 szklanki (425g) mąki pszennej,
  • 1 łyżeczka sody,
  • 1/2 łyżeczki soli,
  • 1 szklanka (220g) brązowego cukru (u mnie był jasny cukier muscovado, bo akurat taki miałam na stanie ;),
  • 1/2 szklanki (110g) zwykłego cukru,
  • 1 kostka (250g) masła,
  • 4 jajka,
  • 4 łyżeczki esencji waniliowej,
  • 2 szklanki pokrojonej czekolady (Eliza stosuje mleczną i gorzką czekoladę Wedla, po 2/3 tabliczki - ja miałam mleczną Wedla i gorzką Lindt z 70% kakao)
  • 1 szklanka (130g) orzechów posiekanych orzechów laskowych (mogą też być migdały)
Przygotowanie:
  1. przed pieczeniem wyjąć masło z lodówki, żeby zmiękło (ja zastosowałam patent z postawieniem miski z pokrojonym masłem na ciepłym kaloryferze na 10 min),
  2. rozgrzać piekarnik do 160-170 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu),
  3. masło rozetrzeć na gładką masę, utrzeć z cukrem brązowym i białym, stopniowo dosypując cukier do masła (w rozcieraniu dobrze sprawdza się taka ręczna trzepaczka do jajek, szczególnie jeśli jest pokryta gumą),
  4. do utartego z cukrem masła dodać jajka i esencję waniliową, utrzeć wszystko razem,
  5. w osobnym naczyniu wymieszać mąkę z sodą i solą,
  6. dodać sypką mieszaninę do miski z masą, dobrze wymieszać (najlepiej w robocie kuchennym, ale ja nie mam nic poza blenderem, więc musiała mi wystarczyć łyżka),
  7. pokroić czekoladę na niewielkie kawałki, posiekać orzechy,
  8. czekoladę i orzechy dodać do masy, dobrze wymieszać,
  9. blachę do pieczenia wyłożyć papierem pergaminowym i nakładać kupki ciasta (Eliza robi małe ciasteczka, obstawiam, że każde z łyżeczki ciasta; moje duże ciastka wyszły z 1 czubatej łyżki masy - mimo, że na początku kupki ciasta były dość zwarte, w trakcie pieczenia rozpłynęły się na boki, a w efekcie uzyskałam płaskie ciasteczka o dużej powierzchni) - Eliza radzi, żeby nakładać ciasto na blachę w ostępach ok. 5cm między kupkami (ja mam za małą blachę i niestety nie udało mi się uzyskać takiej odległości, dlatego niektóre ciastka zetknęły się bokami - nie miało to wpływu na smak, raczej na wygląd);
  10. ciastka piec ok. 20 min;
  11. po upieczeniu wystudzić.
Ciasteczka z tego przepisu bardzo dobrze komponują się z kawą, herbatą czy mlekiem. W tej ostatniej konfiguracji kojarzą mi się z amerykańskimi kreskówkami i filmami o tematyce świątecznej, w których dzieci zostawiały dla Świętego Mikołaja talerz ciasteczek i mleko przy kominku :)

sobota, 17 grudnia 2011

Focaccia zwana foką

Z focaccią pierwszy raz miałam do czynienia konsumując ją ok. 4 lata temu w jednej z kawiarń należących do sieci Green Coffee. Serwują ją na ciepło, z różnym nadzieniem, np. z ciągnącym się po podgrzaniu serem brie i oliwkami - pycha :) Przy którejś z kolei wspólnej konsumpcji focaccii została ona przechrzczona przez mojego Wybranka na "fokę" i tak już zostało.

Mniej więcej rok temu zrobiłam pierwszą własną focaccię, z przepisu Jamiego Olivera opublikowanego przez magazyn Kuchnia (wydanie nr 8/2010). Niestety ciasto nigdy nie wyrosło mi tak ładnie jak jemu, ale to pewnie dzięki wieloletniemu doświadczeniu Jamiego - w końcu i mi się uda ;)

Focaccia z tego przepisu jest pyszna w wersji skromniejszej (np. tylko ze świeżym rozmarynem lub z oliwkami) i w wersji wypasionej (z podobnymi dodatkami jak do pizzy; tak w ogóle to piekłam pizzę korzystając z tego samego przepisu). W tym skromniejszym wydaniu świetnie sprawdza się jako dodatek do sałatek (do pogryzania), do zawiesistych gulaszy (do maczania w sosiku i czyszczenia talerzy ;) czy pieczywo imprezowe (jako tapas, do maczania w oliwie). Jej mankamentem jest to, że bardzo krótko utrzymuje świeżość, nie ma więc co nastawiać się, że następnego dnia będzie nadal tak samo dobra, jak po wyjęciu z pieca. To zdecydowanie towar o krótkiej przydatności do spożycia.

Focaccia z przepisu Jamiego Olivera

Składniki (na dużą blachę, która jest elementem wyposażenia każdego piekarnika; nazwijmy ją blachą "firmową" ;):
  • 400g białej mąki chlebowej (ja biorę albo taką najzwyklejszą jak szymanowska albo kupuję specjalną mąkę do pizzy)
  • 100g semoliny* (do kupienia w Marks & Spencer)
  • 1/2 łyżki soli (może być zwykła) + 2 szczypty soli morskiej (do posypania focaccii po wierzchu)
  • 1 saszetka suszonych drożdży (7g)
  • 1/2 łyżki cukru
  • 300ml letniej wody
  • 1 łyżka oliwy z oliwek + trochę do posmarowania placka
*jeśli nie uda Wam się kupić semoliny, można zastąpić ją zwykłą mąką lub mąką do pizzy, czyli wziąć po prostu 500g jednego rodzaju mąki

Przygotowanie
:
  1. drożdże i cukier rozpuścić w wodzie i odstawić na 10-15 min do wstępnego wyrośnięcia (poczekać, aż drożdże zaczną "pracować"=wytworzą pianę)
  2. mąkę wymieszać z 1/2 łyżki soli, w kupce mąki zrobić zagłębienie (dołek)
  3. do dołka wlać drożdżowy zaczyn
  4. wymieszać mąkę z zaczynem, wyrobić ciasto (powinno być miękkie i elastyczne) - wystarczy w misce, stolnica nie jest potrzebna
  5. wyjąć ciasto z miski, wysmarować ją oliwą, włożyć z powrotem do miski, posypać na wierzchu odrobiną mąki, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia (ciasto powinno podwoić swoją objętość - w zależności od warunków panujących w pomieszczeniu, w którym ciasto rośnie, może to zająć od 30 do 90 min; dobrze jest pomóc trochę naturze i postawić miskę z ciastem blisko kaloryfera czy kominka)
  6. gdy ciasto podwoi swoją objętość, uderzyć w nie pięścią (żeby dać ujście powietrzu), chwilę wyrobić w misce i przełożyć na blachę (wyłożoną wcześniej papierem pergaminowym)
  7. porozciągać ciasto tak, żeby dopasowało się do rozmiarów blachy
  8. wierzch ciasta posmarować oliwą (za pomocą pędzelka) i posypać solą morską
  9. przykryć blachę z ciastem ściereczką i zostawić na 20-30 min do wyrośnięcia 
  10. nagrzać piekarnik do 220 stopni Celsjusza
  11. piec przez 20 min
Po podwojeniu objętości przez ciasto, a jeszcze przed przełożeniem na blachę, można dodać np. posiekany śwież rozmaryn (tylko igiełki, bez łodyżek) lub oliwki (pokrojone lub całe). Dobrze sprawdzą się także pokrojone suszone pomidory. Można też posmarować ciasto sosem pomidorowym, dodać mozzarellę i inne ulubione dodatki do pizzy i zrobić focaccio-pizzę :) Wszystkie kolejne kroki pozostają bez zmian.

Smacznego :)

środa, 14 grudnia 2011

Owsianka w wydaniu (przed)świątecznym

Proste, szybkie, pyszne i zdrowe - śniadanie idealne, owsianka. Dziś w wydaniu (przed)świątecznym czyli z dodatkiem składników, które kojarzą się ze świętami - pierniczków i mandarynek :) W podobnej konfiguracji można zaserwować sobie jogurt naturalny. Można też zastąpić pierniczki innymi wyraźnymi w smaku ciasteczkami (np. mocno czekoladowymi lub mocno cytrynowymi herbatnikami) i /lub innymi owocami. Ciekawym połączeniem mogłaby być również owsianka z masą makową z bakaliami, taką jak do makowca :) Możliwości są nieograniczone.

Owsianka w wydaniu (przed)świątecznym

Składniki (dla 1 osoby):

  • 2/3 szklanki mleka (lub wody, ale z mlekiem smakuje lepiej)
  • 5 łyżek otrębów owsianych
  • 2 cienkie pierniczki (ja wykorzystałam moje wypieki z tego przepisu) lub 1 grubszy (może być w lukrze)
  • 1 mandarynka
Przygotowanie:

  1. mleko (lub wodę) wlać do garnka i podgrzewać (na niezbyt dużym ogniu)
  2. do mleka wsypać otręby, wymieszać
  3. mleko zagotować z otrębami, aż zgęstnieje
  4. gdy mieszanka zgęstnieje, zdjąć z ognia i odstawić na minutę, żeby zgęstniała jeszcze bardziej
  5. owsiankę przełożyć do miseczki, posypać pokruszonymi pierniczkami, wymieszać
  6. obrać mandarynkę i ułożyć cząstki na wierzchu owsianki
Więcej pomysłów na owsiankę można znaleźć tutaj.

Smacznego :)

poniedziałek, 12 grudnia 2011

Świąteczne pierniczki imbirowe rodem ze Szwecji

Imbirowe pierniczki, które można kupić na stoiskach delikatesowych w sieci IKEA, uzależniają. Raz spróbowane, pozostają w pamięci, a człowiek szuka tego smaku w innych wypiekach, nieraz nadaremnie*. Ale od czego mamy internet? ;) Poszukując przepisu na te ciasteczka rok temu, wpisałam w okno wyszukiwarki google "ciasteczka imbirowe IKEA" i trafiłam na blog White Plate, gdzie znalazłam przepis na te wypieki. Przepis wypróbowałam i już nie chcę innych pierniczków. Przypadły do gustu również mojemu Wybrankowi, który wcześniej niezbyt entuzjastycznie odnosił się do słodyczy jako takich, oraz rodzinie i znajomym.

Pepparkakor, bo tak się nazywają, pochodzą ze Szwecji, stąd ich obecność w delikatesach IKEA. Są popularne również w innych krajach skandynawskich, np. w Finlandii, w której swego czasu spędziłam kilka miesięcy na wymianie studenckiej. Przygotowywuje się je na bazie melasy (o której pisałam w poprzednim wpisie), cukru trzcinowego, mąki i mnóstwa przypraw korzennych. Ja lubię wersję mocno imbirową, z pikantnym finiszem, ale ilość imbiru można dowolnie dawkować.

Świąteczne pierniczki imbirowe
[przepis pochodzi z bloga White Plate i został przeze mnie nieco zmodyfikowany]

Składniki:
  • 150g melasy (do kupienia w delikatesach Marks & Spencer lub w sieci sklepów Kuchnie Świata)
  • 110g masła
  • 100g brązowego cukru (ja miałam demerara)
  • 400g mąki (w oryginale jest 375g, ale moim zdaniem to za mało - ciasto wyszło zbyt lepkie, ciężko się je wałkowało)
  • 1/2 łyżeczki cynamonu 
  • 3 łyżeczki mielonego imbiru (w oryginale jest 1,5 łyżeczki)
  • 1/4 łyżeczki proszku do pieczenia
  • 1/4 łyżeczki mielonych goździków
  • 1/4 łyżeczki soli
  • 1 duże jajko
  • 2 łyżeczki przyprawy do pierników
Przygotowanie:
  1. Melasę, masło i cukier podgrzać w rondelku, do momentu aż rozpuszczą się kryształki cukru (uwaga: mesalę dość trudno się odmierza, dlatego radzę ustawić na wadze rondelek, wyzerować wagę, wlać 150g melasy, wsypać cukier i dorzucić masło - w sumie rondelek z tymi składnikami powinien ważyć 660g; rondelek wystarczy zdjąć z wagi i ustawić na palniku/płycie).
  2. Po rozpuszczeniu kryształków cukru zdejmujemy rondelek z palnika/płyty i odstawiamy do wystygnięcia.
  3. Do dużej miski przesiewamy mąkę, proszek do pieczenia, sól i przyprawy, mieszamy, robiły dołek na środku.
  4. Zimną melasę z masłem i cukrem mieszamy z jajkiem.
  5. Melasowo-jajeczną mieszaninę wlewamy do dołka w mące.
  6. Mieszamy składniki i wyrabiamy ciasto, z którego można ulepić kulę (jeśli ciasto będzie zbyt lepkie, trzeba dodać mąki). [najłatwiej będzie wyrobić ciasto w robocie kuchennym]
  7. Kulę z ciasta zawijamy w folię spożywczą i chowamy do lodówki na ok. 2h (ja zrobiłam ciasto wieczorem i przetrzymałam je przez noc w lodówce, a do pieczenia pierniczków zabrałam się następnego dnia rano).
  8. Po schłodzeniu ciasta rozgrzewamy piekarnik do 175 stopni Celsjusza (bez termoobiegu, grzanie od góry i od dołu).
  9. Odkrajamy kawałki ciasta z kuli, rozwałkowywujemy (cienko), wycinamy ciasteczka wykrawaczkami.
  10. Blachę do pieczenia wykładamy papierem pergaminowym, układamy na niej ciasteczka i pieczemy 8-10 min (uwaga: im cieńsze ciasteczka tym mniej czasu powinny spędzić w piekarniku; na oko są gotowe, gdy zarumienią się ich brzegi).
  11. Czynność powtórzyć z kolejnymi porcjami :)
  12. Gotowe ciasteczka przechowywać w szczelnym opakowaniu - dzięki temu nabiorą jeszcze głębszego aromatu.
Pierniczki te świetnie sprawdzają się w roli własnoręcznie wykonanego prezentu - wystarczy pudełko lub kawałek ozdobnej folii i wstążeczki/dekoracyjnego sznurka i prezent gotowy :)

*Słowo nadaremnie niezmiennie kojarzy mi się z pewną opowieścią rodzinną. W trakcie spotkania z księdzem (nie pamiętam, jaka to była okazja, być może tzw. kolęda) młodszy brat mojego taty, wówczas kilkulatek, został poproszony o wyrecytowanie 10 przykazań (większość z nas ma za sobą takie okolicznościowe przepytywanie), co uczynił. Pomylił się tylko raz, przy dziewiątym przykazaniu: "Nie będziesz pożądał żony bliźniego swego...nadaremnie" :)